06 lipca 2021

Kto strzeże strażników? Frontex łamie prawa człowieka na granicach, liderzy UE przymykają oko

"Niepotrzebnie boimy się skrajnej prawicy. Ona robi tylko dużo hałasu. Powinniśmy patrzeć na ręce europejskim przywódcom: Merkel, Macronowi – to oni wyznaczają nieludzką politykę, a Frontex ją realizuje” - mówi grecki socjolog Nikolaos Xypolytas

Jest dziesiąta wieczorem. Załoga Frontexu opuszcza zatokę w Vathy na greckiej wyspie Samos. Wczesnym rankiem łódź pojawia się z powrotem. Co dzieje się w nocy? „Pływamy w tę i z powrotem”, mówi zmęczony mężczyzna w ciemnej koszulce z napisem „Polizei”. Więcej nie chce powiedzieć - odsyła mnie do „centrum dowodzenia” w jednym z pobliskich hoteli.

Ten policjant to jeden z 1200 pracowników Frontexu - Europejskiej Agencji Straży Granicznej i Przybrzeżnej, która od 2004 roku wspiera kraje Shengen w zarządzaniu granicami zewnętrznymi UE. Agencja jest regularnie krytykowana z powodu przemocy wobec migrantów, którzy próbują dostać się do Europy w nieuregulowany sposób – jedyny możliwy, ponieważ bezpieczne szlaki migracyjne nie istnieją.

Początkowo agencja pełniła jedynie funkcję koordynacyjną. Teraz wyrasta na europejską armię, którą trudno pociągnąć do odpowiedzialności za łamanie praw człowieka. Jak do tego doszło?

Agencja pod lupą

Przemocowe taktyki Frontexu spotykają się ze sprzeciwem opinii publicznej i środowiska organizacji międzyrządowych od dawna. Teraz – po raz pierwszy – krytyka przychodzi ze strony różnych europejskich instytucji.

W poniedziałek 7 czerwca ukazało się sprawozdanie Europejskiego Trybunału Obrachunkowego, który nie zostawił na agencji suchej nitki. Trybunał stwierdził, że Frontex nie informuje w wystarczającym stopniu o wynikach swoich działań i wydatkach. Ponadto nie zgłasza wszystkich incydentów związanych z przestępczością transgraniczną. A to tylko część krytycznych wniosków.

Oprócz tego Europejski Trybunał Sprawiedliwości rozpatruje pozew przeciwko Frontexowi wniesiony w imieniu dwóch osób uchodźczych (kobiety z Burundi i małoletniego chłopca z Konga), które zostały zatrzymane na Morzu Śródziemnym w maju ubiegłego roku.

Załoga Frontexu „brutalnie zaatakowała zrabowała i porzuciła na tratwach [osoby z łodzi] bez żywności, wody i sprzętu do nawigacji”, piszą adwokaci we wniosku.

Również Parlament Europejski prowadzi dochodzenie w sprawie pushbacków – zawracania osób poszukujących azylu z użyciem siły. Do tego Europejski Rzecznik Praw Obywatelskich bada funkcjonowanie agencji i zarzuty łamania praw człowieka na granicach UE. Europejska Agencja Badania Nadużyć Finansowych Olaf sprawdza natomiast, czy Frontex wydaje europejskie fundusze we właściwy sposób.

Od koordynacji do deportacji

Frontex powstał w 2004 roku - dziesięć lat po utworzeniu strefy Schengen - w celu „utrzymania równowagi między swobodą [przemieszczania się] a bezpieczeństwem”, jak podaje strona internetowa Frontexu. Wcześniej państwa członkowskie nie chciały słyszeć o delegowaniu na instytucje UE tak delikatnych kwestii, jak kontrole graniczne. Zmieniły zdanie w 2004 roku, kiedy do UE przystąpiło dziesięć nowych krajów, w tym niektóre kraje Europy Wschodniej (też Polska), Malta i grecka część Cypru.

Obawy o zdolność tych nowych członków UE do kontrolowania granic przeważyły ​​nad wątpliwościami. Również ataki terrorystyczne w Madrycie (2004) i Londynie (2005) zwiększyły poparcie dla zaostrzenia kontroli granicznych.

Frontex miał jedynie koordynować współpracę między państwami członkowskimi i wspierać je w kontrolach zewnętrznych granic UE. Początki agencji były skromne: liczyła 70 pracowników i operowała budżetem 6 mln euro. Ale już po dwóch latach Frontex wykonywał zadania operacyjne: od 2007 roku jest odpowiedzialny za powoływanie zespołów szybkiej interwencji, które są wysyłane do państw członkowskich potrzebujących wsparcia w przypadku wzmożonej nieuregulowanej migracji. Od czasu wdrożenia europejskiego systemu nadzoru granic Eurosur w 2013 roku. Frontex monitoruje też sytuację na obszarach przygranicznych: mapuje nielegalne przekroczenia granic i działalność przestępczą.

Zwiększona migracja Syryjczyków, Afgańczyków i Irakijczyków do Europy w 2015 r. przyczyniła się do reformy Frontexu – w 2016 agencja została przemianowana na Europejską Agencję Straży Granicznej i Przybrzeżnej. Zakres obowiązków znacznie się rozszerzył. Od tego czasu Frontex opracowuje strategię zarządzania granicami i nadzoruje jej realizację. Ponadto przeprowadza deportacje i zapewnia wsparcie w operacjach poszukiwawczych i ratowniczych osób znajdujących się w niebezpieczeństwie na morzu – lub raczej: powinien zapewniać.

Organizacje pozarządowe działające na Morzu Śródziemnym jak Sea Watch, wielokrotnie zaznaczały, że Frontex często informuje wyłącznie władze libijskie, podczas gdy w pobliżu znajdują się jednostki organizacji pozarządowych i statki handlowe.

Tymczasem liczne śledztwa wykazały, że migranci przetrzymywani w libijskich ośrodkach detencyjnych są torturowani.

Europejska Armia Graniczna

W ciągu ostatnich lat liczba pracowników i koszty Frontexu znacznie wzrosły. W 2018 r. budżet wynosił już 320 mln euro (50 razy więcej niż w 2005 roku), w 2020 roku 460 mln euro. Wcześniej straż graniczna Frontexu korzystała ze sprzętu (m.in. helikopterów, samolotów, radiowozów, wykrywaczy bicia serca) państw członkowskich – od 2019 r. mają budżet na zakup wybranego przez siebie wyposażenia. W latach 2021-2027 Komisja Europejska przeznaczyła „ponad 11 miliardów euro na utworzenie stałego korpusu, zakup nowego sprzętu i wykonywanie dodatkowych zadań”.

Obecnie agencja zatrudnia 1200 osób z 29 różnych krajów. I na tym nie koniec. Komisja Europejska zaproponowała zatrudnienie dodatkowych 1800 pracowników do 2025 roku. Do 2027 roku planowane jest też stworzenie 10 tysiącznego korpusu funkcjonariuszy straży granicznej. W ten sposób w Unii Europejskiej powstanie „pierwsza służba mundurowa”, jak zaznaczają Frontex i Komisja Europejska na swoich stronach internetowych.

W pierwszym naborze w 2019 r. zgłosiło się ponad 7000 osób. W tym weteran organów ścigania, który zgodził się porozmawiać z portalem Politico. Mężczyznę przekonała perspektywa pracy w elitarnym środowisku – tak prezentuje ją Frontex - i wysokich zarobków - do 3348 euro pensji podstawowej. Pomyślnie przeszedł pierwszą selekcję i we wrześniu ubiegłego roku trafił – wraz z 167 innymi rekrutami - do warszawskiej siedziby Frontexu. „Prawie wszyscy należeli do ścisłej czołówki policji lub sił bezpieczeństwa” – mówił Politico. „Niektórzy mieli doświadczenie w walce z terroryzmem”.

Rzeczywistość okazała się mniej bajkowa. Aplikujący o pracę byli sfrustrowani chaotycznym procesem rekrutacji i brakiem komunikacji ze strony Frontexu.

Zawiedziony jest również pracownik agencji na wyspie Samos, która leży zaledwie 2 kilometry od Turcji. Nie spodziewał się, że będzie musiał „to” robić, powiedział jednemu z wolontariuszy z organizacji pozarządowej.

„To” to pushbacki. Wszyscy na wyspie milczą na ten temat. „Podczas gdy ludzie po prostu widzą, że to się dzieje”, mówi wolontariusz z jednej z organizacji pozarządowych. „Niedawno lokalny dziennikarz zamieścił na Facebooku informację o przybyciu 30 osób, które zostały zatrzymane, a następnie »zniknęły«. To oczywiste, że coś się tu nie zgadza. Kiedy pytamy pracowników Frontexu, gdzie i kiedy patrolują, to nas zbywają. Mówią: my tylko obserwujemy”.

Frontex uchyla się od odpowiedzialności

Pomimo dostępnych dowodów na pushbacki — takich jak śledztwo medialnej organizacji Lighthouse Reports — trudno jest pociągnąć agencję do odpowiedzialności za łamanie praw człowieka. Melanie Fink, badaczka w Instytucie Europa Uniwersytetu w Lejdzie pisze o tym na blogu Europejskiego Dziennika Prawa Międzynarodowego.

Fink zauważa, że ​​obowiązki Frontexu są tak podzielone (między podmiotami prywatnymi a agencjami UE), że trudno jest określić, kto jest dokładnie odpowiedzialny za jakie nadużycia. Ponadto działania agencji są zwykle utajnianie. „Dostarczane informacje o codziennych czynnościach są skąpe, niezbędne dokumenty nie są publicznie dostępne, a udostępniany materiał jest najpierw »redagowany«".

Do tego Frontex konsekwentnie zaprzecza, że odsyła migrantów przy użyciu nieproporcjonalnej siły. Komisja Europejska początkowo zwlekała z dokładnym zbadaniem pushbacków. Jeszcze jesienią ubiegłego roku pracownik Komisji Europejskiej, z którym miałam okazję się spotkać, nazwał pushbacki „zarzutami” i unikał pytań dotyczących łamania praw człowieka przez Frontex: „Na podstawie tych zdjęć i filmów nie można stwierdzić, co dokładnie się dzieje. Nie było mnie tam. Nie mogę na tej podstawie stwierdzić czy prawa człowieka zostały naruszone”.

W tym samym okresie większość Europosłów domagała się wszczęcia dochodzenia w sprawie „domniemanych pushbacków” na granicy grecko-tureckiej po tym, jak Grecja nazwała zarzuty „fałszywymi wiadomościami”. Komisarz Ylva Johansson stwierdziła wówczas, że zarzuty dotyczące przemocy wobec osób ubiegających się o azyl powinny zostać zbadane nie tylko w Grecji, ale w całej UE. Kilka miesięcy później europarlamentarzyści dopięli swego. Twa śledztwo, które prowadzi holenderska eurodeputowana Tineke Strik. Raport ma zostać opublikowany jeszcze tego lata.

Trybik nieludzkiej polityki

Grecki socjolog Nikolaos Xypolytas, który zajmuję się tematem marginalizacji uchodźców, podkreśla, że ​​brutalna taktyka Frontexu wypływa z nieludzkiej polityki azylowej Unii Europejskiej.

„Politycy stosują politykę odstraszania od początku wzmożonej migracji w 2015 roku” - mówi mi Xypolytas. „Najpierw w sposób pośredni: tworząc obozy, w których warunki są tak okropne, że po prostu nie chcesz tam wylądować. Potem pojawiły się pushbacki: osoby ubiegające się o azyl i migranci są przymusowo zawracani. Teraz nawet codziennie”.

Epidemia przyczyniła się do zaostrzenia nastawienia polityków z całego spektrum politycznego, przy znacznym poparciu dla podejścia Grecji, która od końca lutego ubiegłego roku przeprowadza bardziej rygorystyczne kontrole graniczne. Premier Grecji Kyriakos Mitsotakis dąży do „maksymalnego poziomu odstraszania, aby uniemożliwić migrantom dotkniętym koronawirusem wjazd do UE”.

Według Xypolytasa podejście do migracji staje się coraz bardziej radykalne. „Linia została przekroczona – nawet to, co nazywamy centrum politycznego spektrum, stało się ekstremalne w poglądach. Niepotrzebnie boimy się skrajnej prawicy. Ona robi tylko dużo hałasu. Powinniśmy patrzeć na ręce europejskim przywódcom: Merkel, Macronowi – to oni wyznaczają nieludzką politykę, a Frontex ją realizuje”.

Czy ostra krytyka i trwające śledztwa przywołają Frontex do porządku? Niemiecki badacz Samuel Hartwig z Instytutu Maxa Plancka ds. Badań nad Przestępczością, Bezpieczeństwem i Prawem w to wątpi. „Choć presja nigdy wcześniej nie była tak duża, to obawiam się, że gdy ponownie będziemy mieli do czynienia ze wzmożoną nieuregulowaną migracją – tak jak ostatnio w hiszpańskich enklawach w Maroku, gdzie dotarło 8 000 osób, po tym jak marokańskie władze otworzyły granice ze względu na napięcia między Hiszpanią a Marokiem - przywódcy mogą odnieść wrażenie, że nie mają innego wyjścia, jak polegać na Frontexie i jego wątpliwych taktykach kontroli migracji”.

Udostępnij:

Ula Idzikowska

Dziennikarka, reporterka. Absolwentka filologii niderlandzkiej, literatury porównawczej i dziennikarstwa śledczego. Obecnie mieszka we Lwowie, czasami w Szczecinie. Poprzednie 11 lat spędziła w Belgii, Holandii i reszcie świata. Pisze o migracji i tematyce społecznej.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne