„Mam wrażenie, że w centrali od dłuższego czasu czuli, że Olek narobił sobie dziadostwa i musi sam to posprzątać. I tak sobie stali z boku i patrzyli" – słyszmy od polityka KO. Jakie wnioski wyciąga partia po przegranym referendum w Krakowie?
Udało się pokonać „krakowskiego Tuska” – tak prawica świętuje odwołanie w drodze referendum prezydenta Krakowa Aleksandra Miszalskiego. Czy dla Koalicji Obywatelskiej to tylko problem wizerunkowy, czy może zwiastun większych problemów? W jakich jeszcze miastach może dojść skutecznej mobilizacji przeciwko włodarzom z KO? Czy brak zaangażowania centrali partii w obronę krakowskiego prezydenta był przemyślaną strategią? A może jednak strategicznym błędem?
W Telewizji Republika dzień po referendum pokazano na antenie mapę Polski z informacjami, gdzie już odwołano prezydentów, a gdzie trwają przygotowania. Zabrze, Kraków – tam już się odbyły. We Wrocławiu, według mapki Republiki, „pojawiają się pomysły”. Warto tu jednak dodać, że pomimo pojawiających się pomysłów, inicjatorom już dwukrotnie nie udało się zebrać wymaganej liczny podpisów.
Nasi rozmówcy podkreślają jednak, że w Krakowie pękła pewna psychologiczna bariera.
„To na pewno nie będzie odosobniony przypadek. Przyszedł taki moment, w którym przepisy referendalne o odwołaniu zaczynają przenikać do świadomości wyborców. Przykład Krakowa będzie zachęcał, pokazał, że to nie jest nierealne nawet w tak dużym ośrodku. Samorządowcy muszą się z tym zacząć liczyć” – słyszymy od polityka KO z kręgów rządowych.
Ale inny rozmówca, warszawski samorządowiec, zwraca uwagę, że w Krakowie polityczna układanka jest bardzo specyficzna. Spiritus movens referendum był Łukasz Gibała (choć oficjalny inicjator to nieznany szerzej Jan Hoffman), który w drugiej turze przegrał z Miszalskim zaledwie 5 tysiącami głosów. W radzie miasta, przed odejściem Aleksandry Owcy z Razem, miał siedmioro radnych. Dla porównania – klub PiS ma tam 12 mandatów.
Łukasz Gibała w rozmowę z portalem Love Kraków przyznał, że wsparł kampanię referendalną z własnych środków – kwotą „bliżej 800 tys. zł”. Od krakowskiego samorządowca słyszymy, że w jego ocenie akcja referendalna mogła kosztować nawet kilka milionów. Z zaplecza Miszalskiego słyszymy, że Polska nigdy wcześniej nie widziała kampanii referendalnej, w którą włożono by tyle pieniędzy, nikt nie był przygotowany na taką skalę finansowania.
W akcję referendalną ochoczo i skutecznie włączyła się Konfederacja i PiS, stawiając akcenty tam, gdzie uważali za stosowne. To dlatego jednym z wątków buntu przeciwko prezydentowi były Strefy Czystego Transportu, które skrajna prawica odrzucała całkowicie, a za których wprowadzeniem jeszcze kilka lat temu głosował sam Gibała.
„Na pierwszy rzut oka to jest fajna rzecz, jak się jest w opozycji. No, udało nam się uwalić prezydenta. Można by zrobić domino z tego. Tylko jest jeden problem. Oni to zrobili w dość kosmicznej koalicji. Takiej, która na dłuższą metę jest nie do utrzymania ze względu na sprzeczność interesów. Dopiero będą mieli ból głowy z ustalaniem kandydata" – mówi polityk.
I rzeczywiście, na Twitterze już doszło do przepychanek między kandydatem PiS na premiera Przemysławem Czarnkiem a politykami Konfederacji. W piątek 29 maja Konfederacja prezentowała w Krakowie swojego kandydata na prezydenta miasta, Bartosza Bocheńczaka, byłego szefa sztabu Sławomira Mentzena. W tym samym czasie Czarnek publicznie wzywał liderów Konfederacji do „pokoju na prawicy i jedności dla Krakowa”. I wybrania wspólnego kandydata. Dodał też, że jego odezwa została uzgodniona z Jarosławem Kaczyńskim.
W Krakowie oczywiście żadnej jedności i pokoju nie będzie, a liderzy potraktowali wezwania Czarnka jako bałamutną zaczepkę. Być może to Łukasz Gibała, który jeszcze nie ogłosił startu, ma największe szanse na tę prezydenturę. Ale dla wszystkich partii ta kampania jest okazją do umocnienia nazwisk, przetestowania swoich jedynek w przyszłorocznych wyborach.
W Warszawie sytuacja jest inna.
„Powiedzmy, że potrzebują do odwołania tych plus minus 30 procent. Przy niezbyt rozpędzonym PiS-ie i dość silnej Konfederacji wymagałoby to od nich ścisłej współpracy, a to byłoby nie w smak samemu PiS-owi, bo wzmacniałoby Konfederację w regionie. Dokonaliby bilansu zysków i strat” – twierdzi samorządowiec.
„Nie mówię, że to jest nie do zrealizowania, ale w Warszawie ta koalicja musiałaby być jeszcze bardziej egzotyczna. PiS i Konfederacja potrzebowałyby do takiego odwołania przymierza z lewakami i ruchami miejskimi. Wyobrażasz sobie pod jakimi wspólnymi hasłami mieliby iść? Jedni by szli – przepraszam za sformułowanie – »przeciwko pederastom« – a drudzy – »za rowerami«. Przecież to wariactwo" – słyszymy.
„Wszyscy wiedzą przecież, że ostatecznie nie chodzi o przysłowiowego Sutryka, Trzaskowskiego czy o Olę Dulkiewicz. Oni wszyscy chcą dorwać Tuska. Tak jak podpisywali Olka – »krakowski Tusk«” – dodaje.
Politycy KO w tygodniu po referendum przekonywali publicznie i na offie, że jego wyniki nie będą miały wpływu na politykę ogólnopolską. Dlaczego? Bo partia zadbała o to, żeby nie eskalować sprawy na arenę centralną.
„Popatrz, co zrobił Tusk. On sobie stanął z boku. Niczego nie położył na szali tego referendum krakowskiego. Mam wrażenie, że w centrali od dłuższego czasu czuli, że Olek narobił sobie dziadostwa i musi sam to posprzątać. I tak sobie stali z boku i patrzyli. A parlamentarzyści z regionu nagrali jakieś rolki, żeby nie iść na referendum. I to było całe to działanie. Tusk ma takie słynne powiedzenie, że władza nie jest dana, trzeba ją sobie wywalczyć" – twierdzi warszawski polityk KO.
Ta strategia może wyglądać na bezduszną. Ale w okolicznościach, w których dla części wyborców motywacją do udziału była antyrządowa emocja, mogła być też racjonalna. Wszystko jednak wskazuje na to, że problem leży głębiej. Jeszcze tydzień temu nikt z naszych rozmówców nie przewidywał, żeby miało dojść do rozwiązania krakowskich struktur.
„Nie sądzę. To byłby bardzo zły sygnał dla wszystkich w partii. Podminowywałby zaufanie" – mówił polityk KO z kręgów rządowych.
Tymczasem Donald Tusk w poniedziałek 1 czerwca rozwiązał krakowskie struktury. Miał czekać aż dymisję złoży sam Aleksander Miszalski i wiceprzewodniczący. Ale tak się nie stało. Jeszcze w piątek Miszalski opublikował wpis, w którym zapowiadał, że z polityki się nie wycofuje.
„Nie jestem zaskoczony tą decyzją. Dobrze, że tak się stało. Aleksander Miszalski przegrał przecież referendum, a sytuacja, którą obserwujemy od tygodnia i zachowanie nie tylko przewodniczącego, ale i jego otoczenia sprawia, że rozwiązanie struktur to najbardziej optymalna i naturalna decyzja” – powiedział dziennikarce OKO.press Angelice Pitoń Marek Sowa, wiceprzewodniczący małopolskiej KO, który sam został odwołany.
Zarzutów wobec polityki Miszalskiego w Krakowie było wiele. Często wymieniano umieszczanie partyjnych nominatów na stanowiskach, na których brakowało im kompetencji, czy choćby zwiększanie finansowania samorządowych mediów, które służą celom propagandowym. Ale to o Strefie Czystego Transportu było najgłośniej. Dołożyć się miał także styl komunikacji Miszalskiego – zbyt młodzieżowy, zbyt tiktokowy. To sprawia, że po referendum zaczęły się komentarze, że to będzie dla KO nauczką, by nie uprawiać w miastach progresywnej polityki. Progresywnej oczywiście z perspektywy polskiej prawicy, nie ruchów miejskich.
„Miszalski zbyt progresywny? To jest niepoważne. Przecież według prawicy Trzaskowski to jest lewicowy radykał, a to po prostu umiarkowany liberał. Gdybym miał ustawiać ich na skali, to Olka bym ustawił ze dwa oczka w prawą stronę za Rafałem” – mówi warszawski samorządowiec.
„Głównym odwołującym był Łukasz Gibała, który ma postulaty dużo bardziej progresywne i wpisujące się w politykę ruchów miejskich” – twierdzi inny polityk KO. „Zawiniły poszczególne decyzje i komunikacja. Nie uważam, że to porażka progresywnej polityki. Mówienie: trzeba było się nie pakować w strefę czystego transportu, uważam za absurd. W Warszawie pewne rozwiązania są wprowadzane i nie ma takiego społecznego oporu”.
„Komunikacja” – to słowo, które najczęściej powtarzano po przegranych przez Rafała Trzaskowskiego wyborach. „Rząd nie potrafi opowiadać swoich sukcesów” – mówiono. I w ramach środków zaradczych powołano rzecznika rządu Adama Szłapkę. Nikt takiej funkcji nie pełnił od grudnia 2023 roku. I to właśnie wytrych „komunikacji” powtarzany jest po krakowskim referendum.
„Myślę, że Olek naprawdę żył tym miastem, wiedział, jakie są problemy, wiedział, z czym się mierzy. A trzeba powiedzieć wprost, że dostał w spadku gówniany budżet, właściwie worek długów. Więc miał związane ręce, jeśli chodzi o większe inwestycje. A jak już udało mu się przekonać premiera do wsparcia budowy metra, to nie umiał tego wyjaśnić ludziom, bo oni od dziesięcioleci słyszą o metrze w Krakowie. I jak obiecujesz jakieś rzeczy, to przecież w dwa lata nie jesteś w stanie ich dowieźć.
Mam głębokie poczucie, że kolejny raz przegrywamy, bo nie potrafimy ludziom czegoś wytłumaczyć” – słyszmy od samorządowca.
Polityk lewicy mówi nam, że problemem Miszalskiego było to, że był... przyzwoity: „Ze wszystkimi się dogadywał i nikt go nie szanował”. Postrzegany był jako miękki. Nie tylko przez luzackie treści na platformach społecznościowych, ale też przez wycofywanie się z własnych decyzji pod wpływem krytyki. „Jeśli ludzie uważają, że jesteś silny, to pozwalają ci na dużo więcej. Twardy człowiek może robić niepopularne rzeczy”.
W naszych rozmowach z politykami KO powraca również jeden wątek. Z jednej strony przekonują, że Aleksandra Miszalskiego nie zatopił jego progresywny wizerunek. Z drugiej – zgodnie przepowiadają, że partia pewnie wybierze kogoś, kto jednak wzbudza inne skojarzenia.
„Zrobiliśmy próbę pod tytułem młody chłopak i nie wyszło. Chyba potrzeba kogoś bardziej stonowanego" – słyszymy od jednego z polityków.
„W tej kampanii uruchomią się przecież siły i po prawej i po lewej stronie. To będzie trudna pozycja. I trzeba zrobić porządną kalkulację – jaki kandydat ma największą szansę wejścia do drugiej tury? I z kim się w niej zmierzy? I tak jak w prezydenckich ogólnopolskich – to musi być osoba, która będzie do zaakceptowania dla bardzo różnych elektoratów. W tym także elektoratu konserwatywnego, bo nie sądzę, żeby tam się mierzył z kandydatem PiS. Może to będzie Łukasz Gibała. W takim wypadku taka osoba musi być akceptowalna dla przynajmniej części elektoratu konserwatywnego. Trzeba pokazać, że jest jednak coś pomiędzy Miszalskim a Majchrowskim. Nie dziwię się, że Kosiniak zgłasza się z chęcią wystawienia kandydata stabilizującego, reprezentującego koalicję. Czyli trochę bardziej konserwatywnego. Potrzeba osoby z autorytetem, która będzie mogła się odciąć od niektórych decyzji Olka, skrytykować. I będzie w tym wiarygodna” – mówi nam polityk z kręgów rządowych.
Bogdan Klich? „Oj, nie, tu potrzeba na kampanię młodego dynamitu. To doświadczony polityk, ale jednak polityk w starym stylu (...) Bogdan dobrze czuje się w swojej roli, chciał być tam, gdzie jest” – słyszymy.
„Bogdan cieszy się z tego, gdzie jest. Wolałby oczywiście na innych warunkach. Ale trudno mi sobie wyobrazić, że po tych wszystkich upokorzeniach, jakich tam doświadczył, przyjechałby do Krakowa, żeby bić się w tak niepewnej sytuacji” – komentuje samorządowiec.
Bartłomiej Sienkiewicz? „Znam Bartka i wiem, że pomimo tylu lat spędzonych w Warszawie ma słabość do swojego Krakowa”, „To ciekawa propozycja” – słyszmy od polityków.
Absolwentka Prawa i Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego. Publikowała m.in. w Dwutygodniku, Res Publice Nowej i Magazynie Kulturalnym. Pisze o praworządności, polityce i mediach.
Absolwentka Prawa i Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego. Publikowała m.in. w Dwutygodniku, Res Publice Nowej i Magazynie Kulturalnym. Pisze o praworządności, polityce i mediach.
Dziennikarka polityczna OKO.press. Współzałożycielka i wieloletnia wicenaczelna Krytyki Politycznej. Pracowała w „Gazecie Wyborczej”. Socjolożka, studiowała też filozofię i stosunki międzynarodowe. W radiu TOK FM prowadzi audycję „Jest temat!“, a w OKO.press podcast „Program Polityczny”.
Dziennikarka polityczna OKO.press. Współzałożycielka i wieloletnia wicenaczelna Krytyki Politycznej. Pracowała w „Gazecie Wyborczej”. Socjolożka, studiowała też filozofię i stosunki międzynarodowe. W radiu TOK FM prowadzi audycję „Jest temat!“, a w OKO.press podcast „Program Polityczny”.
Komentarze