Wiosną 2019 roku do szkół średnich ruszy 730 tys. uczennic i uczniów, czyli dwa razy więcej niż zwykle. Konkurencja będzie mordercza. Zamiast ratować co się da, minister Zalewska zaprzecza, że problem istnieje, manipuluje liczbami i przykładami, zrzuca odpowiedzialność na samorządy

Za nieco ponad rok – w czerwcu 2019 roku – ostatni rocznik gimnazjalistów i gimnazjalistek przystąpi do egzaminu  i otrzyma świadectwo ukończenia szkoły. Z tym dokumentem szesnastolatkowie będą ubiegać się o przyjęcie do szkół średnich. W tym samym czasie ich czternasto- i piętnastoletni koledzy i koleżanki będą zdawać pierwszy w historii egzamin ósmoklasisty i ze świadectwem ukończenia szkoły podstawowej również ruszą do szkół średnich. Tych samych.

Wskutek nieprzemyślanej i pośpiesznie wdrożonej reformy edukacji o miejsce w szkołach średnich walczyć będą dwa roczniki młodzieży, dwa razy więcej niż zwykle.

Fakty są następujące: w obecnych siódmych klasach uczy się młodzież urodzona w latach 2004 oraz 2005 (dzieci, które w 2011 roku rozpoczęły naukę w szkole, mając 6 lat). W 2019 roku ta grupa, licząca 372 tys. uczennic i uczniów (dane z Systemu Informacji Oświatowej), rozpocznie naukę w szkołach ponadpodstawowych – liceach, technikach lub szkołach branżowych. W tym samym roku, w tych samych szkołach naukę rozpocznie również 359 tys. uczennic i uczniów z rocznika 2003, ostatniego, który opuści gimnazja.

Oznacza to, że wiosną 2019 roku do rekrutacji do szkół średnich przystąpi około 730 tys. uczennic i uczniów, czyli dwa razy więcej niż w innych latach. Uzyskanie miejsca w wybranej szkole średniej będzie niezwykle trudne.

Ta perspektywa potęguje i tak duży stres dorastającej młodzieży, którą u progu dorosłego życia państwo potraktowało wyjątkowo niesprawiedliwie. Ostrzeżenia dotyczące kumulacji roczników płynęły do MEN ze strony ekspertów, nauczycieli, rodziców przez cały czas szykowania i wprowadzania „reformy edukacji”.

W wyniku działań Ministerstwa Edukacji Narodowej w 2019 roku młodzież będzie miała dużo mniejsze szanse niż zwykle na dostanie się do wybranej szkoły. Zostało to przez Rzecznika Praw Obywatelskich uznane za naruszenie art. 70 Konstytucji RP, gwarantującego powszechny i równy dostęp do edukacji wszystkim obywatelkom i obywatelom.


Autorka tekstu – Dorota Łoboda – to działaczka edukacyjna i liderka ruchu „Rodzice przeciwko reformie edukacji”


Strategie ministry Zalewskiej

Czy Ministerstwo Edukacji Narodowej planuje jakieś rozwiązania? Czy ministerialni urzędnicy dwoją się i troją, planując zasady rekrutacji tak, aby żadne dziecko nie było poszkodowane? Czy ministra edukacji uspokaja rodziców mówiąc, że zdaje sobie sprawę z wagi problemu i maksymalnie wykorzysta rok, który pozostał do katastrofy, aby jej zapobiec lub chociażby zminimalizować skutki?

Nic podobnego. Anna Zalewska przyjęła taktykę zaprzeczania faktom. Także w korespondencji z Rzecznikiem.



Odpowiedzi nie na temat

Standardową odpowiedzią Anny Zalewskiej na zarzut dotyczący kumulacji roczników jest twierdzenie, że uczniowie po gimnazjum i po podstawówce będą kandydowali do różnych klas.

To prawda, w szkołach średnich będą równolegle dwie ścieżki edukacyjne, zakończone dwie różnymi maturami (swoją drogą to będzie dodatkowe źródło chaosu), ale to przecież nie zwiększy liczby miejsc. Po prostu młodzież po gimnazjum znajdzie się w przeznaczonych dla siebie klasach, a młodzież po szkole podstawowej – w innych, ale suma klas się nie zwiększy. Każda z tych grup będzie miała do dyspozycji o połowę mniej miejsc.

Jeżeli przyjmiemy, że w liceum były dotychczas cztery klasy pierwsze, to w roku 2019 nie powstanie ich osiem.

Zapewne utworzone zostaną dwie dla absolwentów gimnazjum i dwie dla absolwentów ośmioklasowej podstawówki. Gdyby nie reforma edukacji, te dwie grupy młodzieży ubiegałyby się o miejsca w szkołach średnich w dwóch kolejnych latach.

Osobnym problemem wynikającym z ograniczenia liczby klas dla każdej grup jest zmniejszenie liczby dostępnych profili. Nie wiadomo dotąd, jak szkoły sobie z tym poradzą i czy utworzą równoległe profile matematyczno-fizyczne, humanistyczne, biologiczno-chemiczne, językowe etc., czy też z któregoś profilu szkoła będzie musiała zrezygnować, ograniczając tym samym wybór młodym kandydatom i kandydatkom.

O tym minister Zalewska nie mówi nic.

Zaprzeczanie danym statystycznym

We wrześniu 2017 Anna Zalewska mówiła w Sejmie: „Jestem państwu winna wyjaśnienie tzw. kumulacji roczników. Rodzi się pytanie, czy w szkołach [ponadgimnazjalnych w roku szkolnym 2019/2020] wystarczy miejsc? Wystarczy. Rocznik rzędu 700 tys. to taki rocznik, który był oczywisty jeszcze kilka lat temu”.

Nie kilka, tylko 36 lat temu. Ostatni tak liczny był rocznik 1983.



Manipulowanie liczbą uczniów

Chcąc uniknąć konfrontacji z oczywistą nierównością, którą napotkają uczennice i uczniowie w 2019 roku,

ministerstwo podaje dane zbiorcze pokazujące liczbę uczniów we wszystkich rocznikach obecnych szkół średnich i porównuje ją z danymi z przeszłości wykazując, że kiedyś było już tylu uczniów w systemie.

Ta banalna manipulacja nie jest odpowiedzią na niesprawiedliwość związaną z rekrutacją do szkół średnich w nieszczęsnym i wyjątkowym roku 2019.

W 2018 roku o miejsca w szkołach średnich starać się będzie 358 tys. uczennic i uczniów, w 2020 – 344 tys. W 2019 – powtórzmy ok. 730 tys.

Anna Zalewska tłumaczy, że skoro już kiedyś w szkołach średnich było tyle młodzieży, to na pewno szkoły dysponują miejscem, by te skumulowane roczniki pomieścić. Zapomina, że szkoła to nie sale lekcyjne, ale przede wszystkim kadra pedagogiczna.

Skąd nagle szkoły średnie (nie tylko licea, ale również technika i szkoły branżowe) znajdą wyspecjalizowanych nauczycieli, których zatrudnią wyłącznie na czas edukacji skumulowanych roczników?

Tego aspektu pani minister w swoich wypowiedziach nie porusza.

Wybiórczy przykład zespołów liceum-gimnazjum

Jako potwierdzenie tezy, że problem kumulacji nie istnieje, MEN w odpowiedzi udzielonej Adamowi Bodnarowi, przedstawia tabelę z liczbą uczniów w postępowaniu rekrutacyjnym w sześciu wybranych szkołach w kolejnych latach. Z tabeli wynika, że te licea w 2019 roku przygotują dwa razy więcej miejsc niż w latach ubiegłych. Jak to możliwe?

Proste sprawdzenie przykładu minister Zalewskiej ukazuje kolejną manipulację.

Wszystkie licea wybrane jako dowód są specyficznymi szkołami – tworząc tzw., zespół szkół z wygaszanym gimnazjum, co oznacza, że w 2019 roku będzie dysponować dodatkowymi miejscami wynikającymi z ostatecznej likwidacji klas gimnazjalnych.

Manipulacja polega na tym, że takich liceów jest w Polsce 203 na 4372, co stanowi zaledwie 4,6 proc. wszystkich szkół tego typu.

Tych nielicznych szkół nie można podawać jako przykładu reprezentatywnego dla całego kraju. Pozostałe 95,4 proc. liceów nie będzie mieć dodatkowej przestrzeni i nauczycieli w liczbie umożliwiającej kształcenie dwukrotnie większej liczby oddziałów w klasach pierwszych.



Zrzucanie odpowiedzialności na samorządy

Tradycyjnie MEN przerzuca też odpowiedzialność na samorządy – w tym przypadku na powiaty – pisząc: „nadrzędnym obowiązkiem każdego powiatu jest realizacja potrzeb edukacyjnych młodzieży zamieszkałej na terenie danego powiatu na zasadzie powszechnej dostępności”. Jak to zrobić i kto poniesie koszty? Tego pani minister nie wyjaśnia. Możemy się domyślać, że samorządy muszą samodzielnie zmierzyć się z problemem, który stworzyła pani minister.

Wiceprezydent Warszawy Włodzimierz Paszyński już teraz ostrzega, że za rok dostanie się do wybranej szkoły będzie trudne i otwarcie wskazuje jako winną tego stanu Annę Zalewską.

Zachwalanie szkolnictwa branżowego

Rozwiązaniem problemu kumulacji roczników ma być zwiększony nabór do szkół branżowych, które dotychczas nie były chętnie wybierane przez młodzież. Wkrótce ma ruszyć kampania promująca ten typ szkół. Oczywiście nie każdy musi iść do liceum czy technikum. Niczego złego nie ma w szkołach branżowych, pod warunkiem, że są wybierane przez tych, którzy rzeczywiście w wieku 14 lat chcą wybrać zawód, a nie nieszczęśników i nieszczęśniczek, dla których zabrakło miejsca w innych typach szkół.

Dobrych rozwiązań nie ma. Niestety nie ma też woli współpracy i troski o dziecko ze strony ministry edukacji.

Być może dlatego, że – jak donoszą media – Anna Zalewska szykuje się do wyborów do Europarlamentu

i kiedy nasze dzieci będą ponosiły konsekwencje jej nieudolności, pani minister będzie zasiadała daleko, w brukselskich ławach, gdzie gniew rodziców jej nie dosięgnie.

Autorka zrezygnowała z honorarium wyrażając w ten sposób wsparcie dla OKO.press




Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym