07 sierpnia 2021

Wybory w Niemczech. Laschet, Scholz i Baerbock - jedno z nich zastąpi we wrześniu Merkel

Kampania wyborcza przed wyborami do Bundestagu wchodzi w decydującą fazę. Za 50 dni Niemcy wybiorą nowego kanclerza, ale najważniejsze wydarzenie kampanii być może już jest za nami. Nadal jednak możliwe są trzy scenariusze - Raport Berliński Adama Traczyka

Owym politycznym punktem zwrotnym może okazać się tragiczna w skutkach powódź, która nawiedziła zachodnie Niemcy w połowie lipca. W wyniku potężnej fali powodziowej spowodowanej ulewnymi deszczami w Północnej Nadrenii-Westfalii oraz Nadrenii-Palatynacie zginęło 181 osób. Liczba ofiar może jeszcze wzrosnąć, bo zaginionych pozostaje kilkadziesiąt osób. Straty materialne szacowane są na kilka miliardów euro. To najtragiczniejsza w skutkach powódź w Niemczech od 1962 roku, gdy Łaba zalała m.in. Hamburg, a śmierć poniosło ponad 300 osób.

W powojennej historii Niemiec powodzie już nie raz zmieniały bieg politycznych wydarzeń lub były katalizatorami politycznych karier. Tak było choćby w przypadku późniejszego kanclerza Helmuta Schmidta, który w czasie wspomnianej powodzi w Hamburgu będąc miejskim senatorem ds. wewnętrznych zyskał rozgłos jako sprawny i umiejący działać pod presją menadżer.

Niemiecką kampanię wyborczą dla OKO.press opisuje Adam Traczyk*, autor cotygodniowego podcastu „Raport Berliński”, w którym Traczyk przygląda się sytuacji politycznej w Niemczech przed wrześniowymi wyborami do Bundestagu. „Raport Berliński” jest projektem Fundacji Global.Lab wspieranym przez Fundację Współpracy Polsko-Niemieckiej. Partnerem projektu jest Polis 180.

W 2002 roku powódź na Łabie odwróciła nawet losy kampanii przez wyborami do Bundestagu. Gerhard Schröder i SPD oglądali wówczas plecy chadeków i ich kandydata Edmunda Stoibera. Schröder jednak błyskawicznie wybrał się na miejsce powodzi, ubrał gumiaki, dodawał otuchy ratownikom, a ofiarom obiecywał, że nikomu po powodzi nie będzie się wiodło gorzej niż przed nią. Pomogło. Socjaldemokraci wygrali – wydawało się przegrane już wybory – przewagą 6000 głosów i ponownie stworzyli wspólny rząd z Zielonymi.

W tym roku powódź nadeszła w momencie, gdy sytuacja polityczna zdawała się stabilizować po wiosennych zawirowaniach. Po spadkach sondażowych z marca i kwietnia swoją wiodącą pozycję odzyskali chadecy pod wodzą Armina Lascheta. Taktyka premiera Północnej Nadrenii-Westfalii ostrzącego sobie zęby na zastąpienie Angeli Merkel nie tylko na stanowisku szefa CDU, ale i kanclerza zdawała się przynosić oczekiwane efekty.

Zieloni tracą z powodu liderki

Laschet cierpliwie czekał na błędy konkurencji i powoli, ale konsekwentnie odbudował poparcie aż chadecy ponownie zbliżyli się do pułapu 30 proc.

Zgodnie z nadziejami Lascheta pomogli mu w tym najgroźniejsi rywale. Seria wpadek Annaleny Baerbock sprawiła, że Zieloni w ostatnich tygodniach zajmowali się głównie gaszeniem kolejnych pożarów wzniecanych przez ich liderkę niż politycznymi konkurentami.

W efekcie ponownie spadli oni w sondażach na drugie miejsce tracąc do chadeków nawet 10 punktów procentowych.

Chadecy tracą z powodu Lascheta

Gdy uderzyła wielka woda Laschet chciał iść za ciosem. Wzorem Schrödera założył gumiaki i deszczową kurtkę i ruszył na zalane tereny. Na jego nieszczęścia mediów nie obiegły jednak zdjęcia, gdy niczym ojciec opatrznościowy dopilnowuje, aby każdy potrzebujący otrzymał pomoc, lecz nagranie na którym żartuje i śmieje się wraz ze swoimi współpracownikami.

Chwila nieuwagi sprawiła, że dotychczas teflonowy Laschet znalazł się pod ostrzałem opinii publicznej.

Chwilę później tropiciele plagiatów znaleźli w wydanej przez Lascheta książce sprzed ponad dekady przepisany z innego źródła fragment. Błąd niewielki, ale relatywizuje podobną aferkę z Annaleną Baerbock w roli głównej.

W Internecie pojawiła się natomiast strona generująca fikcyjne wypowiedzi Lascheta wyśmiewająca jego zamiłowanie do okrągłych zdań i unikania zajmowania jednoznacznego stanowiska. Nagle to, co było atutem Lascheta, czyli jego centryzm okraszony otoczką pragmatyzmu, stało się obiektem drwin obnażającym pustkę programową chadecji.

Odbiło się to od razu na sondażach. W porównaniu od badania sprzed powodzi odsetek Niemców uważających, że Laschet nadaje się na kanclerza spadł o 12 punktów procentowych z 47 proc. na 35 proc. Lider chadeków postanowił ratować sytuację przesuwając oficjalny początek swojej kampanii poświęcając więcej czasu dotkniętym powodzią regionom.

W tym samym czasie notowania CDU/CSU spadły z 30 proc. do 28 proc. O ile tąpnięcie osobistego poparcia Lascheta przybrało dramatyczny wręcz rozmiar, to spadek w sondażu partyjnym nie wydaje się znaczący.

Jednak nawet pozornie niewielkie przesunięcia poparcia mogą mieć fundamentalne znaczenie dla końcowego wyniku wyborów, o czym za chwilę.

Tak jak Laschet korzystał wcześniej na błędach Annaleny Baerbock, tak teraz kłopoty lidera chadeków pozwoliły złapać drugi oddech Zielonym i ich kandydatce.

Zielonych wspiera kryzys klimatyczny

Powódź do pewnego stopnia zresetowała kampanię, więc Zieloni mogą liczyć, że wymaże z pamięci przynajmniej części wyborców serię wpadek Baerbock. Do tego powódź na nowo formatuje tematycznie kampanię windując kwestie klimatyczne na samą górę politycznej agendy.

Mówiąc cynicznie, katastrofa naturalna spowodowana przynajmniej pośrednio przez zmiany klimatu była dokładnie tym, czego potrzebowała kampania Zielonych.

Dlatego Zieloni nie chcą zasypiać gruszek w popiele. Oczywiście, bezpośrednio po powodzi unikali konkretnych politycznych postulatów, aby nie sprawić wrażenia, że żerują na katastrofie i cierpieniu ofiar, gdy priorytetem była akcja ratunkowa.

Gdy jednak sytuacja tylko się uspokoiła, zapowiedzieli utworzenie klimatycznego super-ministerstwa. Miałoby mieć prawo recenzować działalność innych resortów i w razie potrzeby wetować ich projekty, jeśli byłyby sprzeczne z celem ograniczenia wzrostu średniej temperatury o maksymalnie 1,5 stopnia.

Czy pomoże to znowu odbić się w sondażach? Póki co Zielonym udało się zatrzymać tendencję spadkową i ustabilizować poparcie na poziomie 18-20 proc.

SPD wraca do gry

Podczas gdy kandydaci partii stojących na czele sondaży nie uniknęli wpadek, za ich plecami czai się ten trzeci, który póki co prowadzi niemal bezbłędną kampanię. To kandydat SPD Olaf Scholz, obecny wicekanclerz i minister finansów. Dzięki tej ostatniej funkcji posiada on klucze do skarbonki, z której wypłacane będą zapomogi i finansowane popowodziowe programy odbudowy.

Powódź jest więc i dla niego okazją, aby się wykazać. I póki co opinia publiczna jest dla niego łaskawa – 41 proc. Niemców dobrze ocenia jego umiejętności zarządzania kryzysowego. To zdecydowanie najlepszy wynik z trójki kandydatów.

Scholz jest także liderem sondażu kanclerskiego. Ponad jedna trzecia badanych wskazuje, że to właśnie jego chciałaby zobaczyć na czele rządu po wyborach. Lascheta wskazuje 29 proc., a Baerbock 20 proc.

Co więcej, Scholz jest jedynym kandydatem, któremu większość Niemców przypisuje kompetencje niezbędne do objęcia najważniejszego urzędu w niemieckiej polityce. Czyni to aż 54 proc. pytanych, a więc niemal 20 punktów procentowych więcej niż w przypadku Lascheta i niemal 30 niż w przypadku Baerbock.

Problemem Scholza jest jednak fakt, że w kampanii walczy nie tylko z politycznymi konkurentami, ale także z fatalnym wizerunkiem własnej partii. Tymczasem badania opinii publicznej wskazują, że

dla niemieckich wyborców zdecydowanie ważniejsze jest to, które partie będą rządzić niż to, który konkretnie polityk stanie na czele rządu.

Niemniej, Scholz mozolnie pracuje na sukces swojej partii i według niektórych sondaży udało mu się wywindować sondaże socjaldemokratów do poziomu 18 proc.

Trzy scenariusze

Na pierwszy rzut oka popowodziowe sondaże nie przyniosły więc politycznego trzęsienia ziemi. Nie zapominajmy jednak, że niemiecka scena polityczna w ostatnich latach znacząco się spłaszczyła. W połączeniu z niemal idealnie proporcjonalnym systemem wyborczym oznacza to, że nawet niewielkie przepływy poparcia między partiami mogą radykalnie zmienić układ sił w przyszłym parlamencie.

Nie dziwi więc, że niemieckie media i komentatorzy ćwiczą swoją wyobraźnię polityczną spekulując, które partie mógłby wejść do kolejnego rządu. Dlatego także i my pozwólmy sobie na takie ćwiczenie intelektualne.

Scenariusz bazowy: Chadecy, mimo wizerunkowej wtopy swojego lidera, są faworytem. Mogą dowieźć przewagę i wygrać wybory z poparciem zbliżonym do 30 proc. Jeśli Zieloni utrzymują kilkuprocentową przewagę nad socjaldemokratami, a słupek ich poparcia w dniu wyborów zatrzyma się na poziomie ok. 20 proc., to najprawdopodobniej powstanie czarno-zielony – od partyjnych barw obydwu partii – rząd.

Na jego czele stanie wówczas Armin Laschet, a Annalena Baerbock obejmie stanowisko wicekanclerki oraz zapewne minister spraw zagranicznych.

Scenariusz trójkolorowej koalicji: Gdyby jednak chadekom i Zielonym zabrakło głosów do większości, co coraz częściej sugerują sondaże, konieczne będzie zawiązanie koalicji składającej się z trzech partii. W takiej sytuacji najbardziej prawdopodobna jest koalicja jamajska (od barw flagi tego kraju), w której do kolorów czarnego i zielonego dołączy żółty liberalnej FDP. Taki rząd omal nie powstał już w 2017 roku, ale liberałowie w ostatniej chwili zerwali negocjacje.

Sam Armin Laschet nie miałby żadnych problemów, aby stanąć na czele koalicji jamajskiej. Jeszcze w latach 90. należał do pionierskiej grupy młodych posłów CDU, którzy szukali dialogu z Zielonymi, a obecnie rządzi w swoim landzie w koalicji z liberałami.

Jednak część chadeków wolałaby uniknąć użerania się z Zielonymi i przychylnym okiem patrzy na koalicję „niemiecką”, w której Zielonych zastępują czerwoni socjaldemokraci, tworząc wraz z pozostałymi partnerami koalicję w kolorach niemieckiej flagi właśnie.

Scenariusz detronizacji CDU: Jeszcze kilka tygodni temu wydawało się, że jedyna realistyczna droga do pozbawiania chadeków urzędu kanclerskiego wiedzie przez wyborczy triumf Zielonych, którzy wówczas zwyżkowali w sondażach. Teraz jednak na horyzoncie rysuje się scenariusz, w którym chadecy – nawet w przypadku osiągnięcia najwyższego wyniku ze wszystkich partii – w przyszłym Bundestagu mogą zająć miejsce w ławach przeznaczonych dla opozycji.

Relatywnie słaby wynik chadeków otwiera bowiem drzwi do zawarcia koalicji przez Zielonych, SPD i FDP.

Choć wizja ta brzmi bardziej jak publicystyczna teza niż realistyczna koncepcja, to przy korzystnym układzie głosów może ona okazać atrakcyjna dla wszystkich zainteresowanych partii.

Jaki to układ? Taki, w którym zarówno CDU/CSU i Zieloni, jak i Zieloni, SPD i FDP dysponują głosami niezbędnymi do uzyskania większości. Wówczas Zieloni, zamiast zostać junior partnerem chadeków, mogą pokusić się na zagarnięcie urzędu kanclerskiego dla siebie, kusząc SPD i FDP udziałem we władzy.

Podobny scenariusz możliwy jest również w wypadku wyprzedzenia Zielonych przez SPD. Wówczas to nie zielona Baerbock, ale socjaldemokrata Scholz mógłby objąć urząd kanclerza.

Najsłabszym ogniwem tego planu jest postawa liberałów, którzy faworyzują koalicję z CDU, ale może zmienią oni zdanie, jeśli alternatywą będzie trwanie w opozycji.

Scenariusz, o którym nikt nie mówi: Ostatnie wzrosty sondażowe socjaldemokratów sprawiają, że do gry powrócić może układ koalicyjny, który komentatorzy złożyli już do grobu. To kontynuacja tzn. wielkiej koalicji chadecko-socjaldemokratycznej.

Dziś CDU/CSU i SPD brakuje kilku punktów procentowych do większości i taka koalicja byłaby „wielka” wyłącznie z nazwy odwołującej się do czasów, w których CDU/CSU, jak i SPD, uzyskiwały grubo ponad 30 proc., a nawet 40 proc. poparcia, ale wydaje się, że to scenariusz, którego nie można całkowicie wykluczyć.

Cztery lata temu jej zawiązanie wzbudziło niemałe kontrowersje i interpretowane było jako przejaw kryzysu niemieckiego systemu politycznego, który miał być niezdolny do odnowy. Na owej stagnacji miała skorzystać skrajnie prawicowa Alternatywa dla Niemiec. Jednocześnie kolejna koalicja z chadekami miała ostatecznie pogrążyć socjaldemokratów.

Czarne scenariusze się jednak nie ziściły, AfD nie urosła, a SPD nie zatonęła. A to może sprawić, że niechęć do wejścia – trzeci raz z rzędu – do tej samej rzeki będzie mniejsza niż 4 lata temu.

Zagmatwana sytuacja sondażowa sprawia, że w wieczór wyborczy wcale nie musimy uzyskać jednoznacznej odpowiedzi, który z powyższych scenariuszy się ziści. Możemy być jedynie pewni, że 26 września niektóre z opcji spadną ze stołu negocjacyjnego.

O ile więc Armin Laschet jest faworytem do zastąpienia Angeli Merkel, to nie może być pewny swojego sukcesu i o każdy głos będzie musiał walczyć do ostatniego dnia kampanii.

Udostępnij:

Adam Traczyk

Politolog, działacz społeczny i publicysta. Współzałożyciel i prezes think tanku Global.Lab. Ukończył studia w Instytucie Stosunków Międzynarodowych na Uniwersytecie Warszawskim. Studiował też na Uniwersytecie w Bonn oraz na Freie Universität w Berlinie. Współpracował m.in. z Fundacją im. Friedricha Eberta, Helsińską Fundacją Praw Człowieka i Polską Akcją Humanitarną. Członek Amnesty International.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne