Po raz pierwszy od dawna coraz więcej libańskich polityków, jak i szyicka część społeczeństwa postrzega Hezbollah nie jako gwaranta bezpieczeństwa, lecz jako czynnik destabilizujący państwo i wciągający je w regionalne konflikty, których koszt ponoszą cywile.
Powiedz nam, co myślisz o OKO.press! Weź udział w krótkiej, anonimowej ankiecie.
Przejdź do ankietyMilion przesiedlonych nie wie, kiedy wróci do swoich domów. 28-letni Hadi drugi raz w ciągu roku musiał opuścić swoją farmę i mówi Jagodzie Grondeckiej, że nie rozumie, dlaczego znów musi cierpieć – jej relacja z Libanu dla OKO.press
Gdy w listopadzie 2024 roku Hezbollah, wspierana przez Iran libańska partia polityczna ze zbrojnym ramieniem, i Izrael zgodziły się na zawieszenie broni, miliony mieszkańców Libanu odetchnęły z ulgą.
Konflikt wybuchł, gdy po ataku Hamasu na Izrael 7 października i po zbrojnym odwecie, inwazji Izraela na Gazę, do ataków na Izrael włączył się Hezbollah. Izrael nie pozostał dłużny, w wyniku ostrzałów jedna piąta ludności Libanu musiała opuścić swoje domy.
Ataki Izraela obróciły w pył duże części południowych przedmieść Bejrutu i całe wsie i miasteczka na południu kraju, i straumatyzował jeszcze bardziej już i tak ciężko doświadczonych Libańczyków.
Liban wchodził w tę kolejną odsłonę wojny jako państwo skrajnie osłabione. Od 2019 roku pogrążony jest w jednym z najgłębszych kryzysów ekonomicznych na świecie: waluta straciła ponad 90 procent wartości, system bankowy praktycznie się załamał, a dostęp do podstawowych usług, od elektryczności po opiekę zdrowotną, jest bardzo ograniczony.
Realna władza w wielu obszarach spoczywa w rękach aktorów niepaństwowych, przede wszystkim Hezbollahu, libańskiej partii politycznej i jednocześnie niepaństwowej grupy zbrojnej.
Partia Boga, jak brzmi po arabsku jej nazwa, powstała w 1982 roku w odpowiedzi na izraelską inwazję na Liban, przy wsparciu Iranu i jego Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej. Do dziś Hezbollah pozostaje bliskim sojusznikiem Teheranu: Iran zapewnia mu finansowanie, szkolenie i uzbrojenie, traktując go jako jeden z głównych filarów swojej strategii wpływów w regionie.
Od samego początku obie strony notorycznie łamały jednak warunki porozumienia. Hezbollah nie zgodził się na rozbrojenie na północ od rzeki Litani, a Izrael nie opuścił kilkunastu punktów na terytorium Libanu, od czasu do czasu ostrzeliwując powracających do domów mieszkańców.
Gdy w listopadzie 2025 roku przez tydzień jeździłam po części kraju wzdłuż granicy z Izraelem, zarówno we wciąż zamieszkałych, jak i zupełnie wymarłych i zniszczonych miejscowościach nieustannie towarzyszył nam dźwięk latającego nisko izraelskiego drona, którego obecność mieszkańcy uważają za element wojny psychologicznej.
Jednak w Bejrucie życie toczyło się stosunkowo normalnie. Przesiedleńcy zniknęli z ulic, wojenne straty szybko się odbudowywały, a widmo wojny ponownie wydawało się odległe.
- Chociaż pomimo zawieszenia broni Izrael ciągle atakował południe, większość mieszkańców Bejrutu, w tym ja, przez pewien czas dawała się uśpić złudnemu poczuciu bezpieczeństwa. Gdy ataki przestają uderzać zbyt blisko domu i trzeba skupić się na innych palących sprawach, jak czynsz, jedzenie, media, łatwo przeoczyć codzienne doniesienia o bombie tu, czy zamachu tam – mówi mi Mayan Msaed, 27-letnia dziennikarka śledcza mieszkająca w zachodniej części libańskiej stolicy.
Ten względny spokój trwał do 2 marca, kiedy to Hezbollah wystrzelił rakiety z terytorium Libanu w kierunku Izraela. Choć wszystkie zostały przechwycone, atak dał Izraelowi pretekst do natychmiastowego odwetu na ogromną skalę. Hezbollah przedstawił tę decyzję jako walkę o przetrwanie Libanu, twierdząc, że broni kraju przed niemal codziennymi izraelskimi nalotami, które trwają mimo zawieszenia broni.
Ronnie Chatach, komentator życia politycznego i host podcastu “Beirut Banyan”, po ataku Izraela i USA na Iran poczuł krótkotrwałą ulgę, że tym razem Liban nie bierze udziału w wojnie.
- Powiedziałem o tym w rozmowie z BBC. Trzy godziny później byliśmy już bezpośrednio w to wciągnięci – wspomina. – Muszę postawić odważne założenie, że to nie była samodzielna decyzja Hezbollahu, i że to nakaz reżimu w Iranie, bo jego przetrwanie jest zagrożone. Hezbollah już był osłabiony. Moja intuicja mówi, że ich włączenie do ataków na Izrael zarządzeniem irańskim, a nie ich własnym pomysłem.
Hezbollah wydał dwa oświadczenia. “To, że przestępcza amerykańska i syjonistyczna agresja uderzyła w naszego opiekuna, naszego przywódcę, przywódcę narodu, imama Chameneiego (niech jego dusza będzie uświęcona), wraz z grupą liderów, urzędników oraz niewinnych synów narodu irańskiego, stanowi szczyt zbrodniczości” – czytamy w pierwszym z nich.
Drugie oświadczenie jest bardzo wojownicze: „Wypełnimy nasz obowiązek w konfrontacji z agresją, ufając zwycięstwu, przewodnictwu i wsparciu Allaha… Niezależnie od tego, jak wielkie będą ofiary, nie porzucimy pola honoru i oporu ani walki przeciwko amerykańskiej tyranii i syjonistycznej zbrodniczości – w obronie naszej ziemi, naszej godności i naszych suwerennych wyborów”.
Prezydent Libanu Joseph Aoun podkreślił w niedzielę, że „decyzja o wojnie i pokoju należy wyłącznie do państwa libańskiego”, po nadzwyczajnym posiedzeniu Najwyższej Rady Obrony kraju.
Premier Libanu Nawaf Salam powiedział, że nie zaakceptuje sytuacji, w której ktokolwiek „wciąga kraj w awantury zagrażające jego bezpieczeństwu i jedności”.
Hezbollah nic sobie jednak z tych ostrzeżeń nie robi.
Nagle wojenna rzeczywistość wróciła do Libanu ze wzmożoną siłą, przynosząc jednocześnie stare i nowe.
Stare, bo można mieć wrażenie swoistego deja vu: setki tysięcy osób ponownie rzuciło się do ucieczki, nad Beirutem znów kłęby dymu z kolejnych bombardowań, a izraelska armia przekracza granicę i okupuje punkty na południu kraju.
Nowe: bo skala walk i zniszczeń jest jeszcze większa, a społeczny gniew wymierzony tym razem nie tylko w Tel Awiw, ale też sam Hezbollah, który libański rząd od miesięcy planował rozbroić i tym samym pozbawić sprawczości w kwestii wypowiadania konfliktów.
- Kiedy po śmierci Chameneiego wojna rozgorzała na nowo, najgłośniejsze głosy były przeciwko tej wojnie. Ludzie zostali nagle przesiedleni, ich życie zawieszone, musieli szukać schronienia w czasie, gdy oszuści wykorzystują sytuację i zaczynają podnosić ceny wszystkiego, w trakcie Ramadanu… więc tak, wiele osób było niezadowolonych, nawet ze społeczności popierających Hezbollah – kontynuuje Msaed.
To jaskrawy kontrast wobec postawy wielu Libańczyków, szczególnie szyitów, którzy stanowią większość popleczników Hezbollahu. [Szyici stanowią do 30 proc. ludności Libanu, zamieszkują południowe dzielnice Bejrutu i południowy Liban].
Gdy zamierał poprzedni konflikt – czy raczej jego poprzednia faza – mieszkańcy Ad-Dahiji, bombardowanej przez Izrael części Bejrutu, świętowali to, co określali jako swój triumf. Zniszczenia nie mają znaczenia, mówili mi, twierdząc, że atak Hezbollahu, który zapoczątkował wojnę, był w zasadzie wyprzedzający – według nich Izrael prędzej czy później i tak napadłby na Liban.
Dziś, gdy wielu z nich przechodzi przez koszmar wojny i przesiedlenia po raz drugi, zaczynają zmieniać optykę.
- Wspieramy walkę przeciwko izraelskiej okupacji, wspieramy opór. Ale nie rozumiemy, czemu cierpimy z powodu konfliktu, który nie ma niczego wspólnego z nami, tylko z Iranem – mówi Hadi, 28-letni rolnik z południowego Libanu.
Po raz drugi w ciągu roku musiał opuścić swoją farmę położoną zaledwie 12 km od izraelskiej granicy, na terytorium objętym nakazem ewakuacji. Teraz mieszka u swojego kolegi w stolicy. Hadi i tak miał wiele szczęścia – schroniska dla uchodźców są przepełnione, szkoły, które tymczasowo spełniają tę funkcję, także.
Choć prywatne instytucje, jak teatry i kina, otwierają swoje podwoje dla uciekających przed wojną rodzin, setki z nich wciąż koczują pod gołym niebem, w deszczu, przy niskich temperaturach. Izrael przeprowadza ataki na miejsca, gdzie koczują przesiedleńcy, w tym popularną miejską plażę czy hotel w Bejrucie. Domy musiało opuścić już ponad milion osób, a tylko około 130 tysięcy osób znalazło schronienie w oficjalnych ośrodkach.
Skala izraelskich nalotów i nakazów ewakuacji objęła już setki miejscowości i rozległe obszary kraju, co sprawia, że życie codzienne zostało w wielu regionach całkowicie zatrzymane, a całe wsie i miasteczka zamieniły się w wymarłe miasta duchów.
Jednocześnie rośnie bilans ofiar – ponad tysiąc zabitych, w 118 dzieci, i tysiące rannych. To nie jest już tylko konflikt zbrojny, ale masowe wysiedlenie, które w krótkim czasie ponownie zmieniło Liban w kraj ludzi w drodze, w zawieszeniu między tym, co utracili, a tym, czego jeszcze nie mogą odzyskać.
Wielu z nich uważa, że pomszczenie Chameneiego – bo tak postrzegają przyczynę ostatniego ataku Hezbollahu na Izrael – nie było warte poświęcenia ich z trudem odbudowywanego życia.
Po raz pierwszy od dawna coraz więcej zarówno libańskich polityków, jak i szyickiej części społeczeństwa postrzega Hezbollah nie jako gwaranta bezpieczeństwa, lecz jako czynnik destabilizujący państwo i wciągający je w regionalne konflikty, których koszt ponoszą cywile.
Nicholas Blanford, mieszkający w Bejrucie ekspert Atlantic Council i autor m.in. “Warriors of God: Inside Hezbollah's Thirty-Year Struggle Against Israel”, zwraca uwagę, że te nastroje mogą ulegać zmianie w miarę rozwoju wojny.
- To bardzo trudne, sytuacja jest niezwykle płynna i wpływa na nią wiele zmiennych. To, co jest prawdą dziś, nie musi być nią jutro. Ogólnie społeczność szyicka nie jest zadowolona z powodu tej wojny. Czują, że zostali w nią wciągnięci, więc jest tam gniew wobec Hezbollahu, ale to może się zmienić. Jeśli Hezbollah odniesie jakieś sukcesy w walkach z Izraelem na południu, to może znów zdobyć poparcie części szyitów – ocenia.
Coraz większy gniew budzą też izraelskie ataki, które nie ograniczają się do przemieść Bejrutu, lecz uderzają w budynki mieszkalne w centrum miasta. Część z tych ataków poprzedzają nakazy ewakuacji – te jednak ukazują się wyłącznie w postaci postu arabskojęzycznego rzecznika IDF na platformie X.
Gdy przychodzą o 4 nad ranem, większość mieszkańców jest pogrążona we śnie. Od momentu publikacji ostrzeżenia do nalotu mija zwykle od 30 minut do dwóch godzin. Niektóre ataki, zwykle te, które Izrael klasyfikuje jako operacje wymierzone przeciwko poszczególnym członkom Hezbollahu, czyli celowane zabójstwa, nie są jpoprzedzone żadną informacją.
- W miarę, jak bombardowania i ataki zaczęły dosięgać niewinnych ofiar: profesorów Uniwersytetu Libańskiego, reżysera filmowego i jego córkę, młodą prawniczkę-aktywistkę, narracja ponownie zaczęła przesuwać się w kierunku wspieranie oporu i Hezbollahu – tłumaczy dziennikarka Msaed.
13 marca izraelskie wojsko zrzuciło na kilka dzielnic Bejrutu propagandowe ulotki. „Musicie rozbroić Hezbollah, tarczę Iranu” oraz „Liban to decyzja Wasza, a nie kogoś innego”.
Choć do rozbrojenia Hezbollahu miał dążyć libański rząd, słabość wojska, instytucji państwowych, wciąż istniejące poparcie części społeczeństwa dla szyickiej grupy i absolutny opór samego Hezbollahu przed rozbrojeniem na północ od rzeki Litani, czynią to zadanie karkołomnym. Jak twierdzi Nicholas Blanford z Atlantic Council, trwająca wojna tylko jeszcze bardziej je utrudni.
- Będzie bardzo ciężko atakować Hezbollah, gdy ten walczy o przetrwanie w południowym Libanie. Politycznie rzecz biorąc, to dla libańskiej armii wręcz niemożliwe. Mogą zatrzymywać na check pointach pojedyncze osoby i zabierać im broń, i tak robią, ale to wszystko. Cokolwiek większego w tych okolicznościach będzie bardzo trudne. Prawdziwy test nadejdzie, gdy dojdzie do zawieszenia broni i pojawi się jeszcze większa presja polityczna na libański rząd, by dążyć do rozbrojenia, i wtedy zobaczymy stanowisko Hezbollahu.
Libańczycy znaleźli się więc między młotem a kowadłem.
- Izraelczycy dopiero rozpoczęli to, co zapowiada się na długą inwazję. Gdybym miał spekulować, ich celem jest pozbycie się na dobre jakiegokolwiek irańskiego zagrożenia z terytorium Libanu, kosztem libańskiego społeczeństwa, państwa i południa Libanu – tłumaczy Chatah.
Przyszłość kraju w dużej mierze zależy od tego, jak zakończy się wojna i kto będzie kontrolował proces odbudowy. Istnieje scenariusz, w którym osłabiony Hezbollah zostanie zmuszony do większych kompromisów politycznych, w tym przede wszystkim złożenia broni, i częściowej integracji z instytucjami państwa,
Ale równie realna jest sytuacja odwrotna, w której przedłużający się konflikt i zniszczenia jeszcze bardziej osłabią państwo libańskie, pogłębiając jego zależność od aktorów zewnętrznych, w tym Iranu – o ile nie dojdzie do zmiany reżimu w Teheranie lub dużej transformacji w jego łonie.
Zdaniem Chataha, jednym ratunkiem dla Libanu jest umiędzynarodowienie problemu. – Państwo libańskie będzie bardzo podatne tak długo, jak długo władza w Teheranie pozostanie na swoim miejscu. Ale jest możliwe ograniczenie tego efektu. Hezbollah trzeba uczynić kwestią globalną i zaoferować Libanowi wsparcie i ochronę, by mógł oprzeć się presji że strony Iranu.
I dodaje: – Tak jak w 1989 roku obalenie muru berlińskiego pomogło Niemcom odzyskać wpływ na własny los, tak dziś obserwujemy powolną erozję muru, który Iran zbudował w regionie. I choć to proces, który wymaga czasu, w dłuższej perspektywie Bliski Wschód będzie wyglądał inaczej.
Iranistka, publicystka i komentatorka ds. bliskowschodnich, współpracuje z „Kulturą Liberalną”. Absolwentka Instytutu Stosunków Międzynarodowych UW. Doświadczenie zdobywała m.in. w ambasadach RP w Teheranie i Islamabadzie. Współautorka publikacji „Muzułmanin, czyli kto? Materiały dydaktyczne dla nauczycieli i organizacji pozarządowych”.
Iranistka, publicystka i komentatorka ds. bliskowschodnich, współpracuje z „Kulturą Liberalną”. Absolwentka Instytutu Stosunków Międzynarodowych UW. Doświadczenie zdobywała m.in. w ambasadach RP w Teheranie i Islamabadzie. Współautorka publikacji „Muzułmanin, czyli kto? Materiały dydaktyczne dla nauczycieli i organizacji pozarządowych”.
Komentarze