0:00
Prawa autorskie: Foto: Philippe LOPEZ / AFPFoto: Philippe LOPEZ...

Czwartek, 23 marca, to już dziewiąty z „krajowych dni protestu”, czyli koordynowanych przez centrale związkowe rożnego typu aktów sprzeciwu wobec przyjętej w zeszłym tygodniu, z pominięciem parlamentu, reformy francuskiego systemu emerytalnego.

Organizowane w czwartki akcje skupiają zwykle ponad milion (według organizatorów), a przynajmniej około pół miliona (według policji) osób w całym kraju, głównie w Paryżu. Na protesty składają się demonstracje, strajki typu walk out (opuszczenie lub niestawienie się w miejscu pracy), spowalnianie rytmu pracy (szczególnie dotkliwe w sektorze naftowym i energetycznym).

W tym dniu do centrali związkowych dołączą również licealiści i studenci. W środę zastrajkowała około połowa nauczycieli z podstawówek. Do 27 marca przedłużony został strajk paryskich śmieciarzy.

Przeczytaj także:

09 lutego 2023

Reforma emerytalna może pogrążyć Macrona. Francuzi walczą o "prawo do lenistwa"? [SMOLAR]

Płoną barykady, Macron narzeka na bojówkarzy

Opublikowany w poniedziałek sondaż opinii pokazał, że aż 68 proc. Francuzów „jest wściekłych” i wolałoby, żeby parlament przegłosował wotum nieufności dla rządu. I choć tak się nie stało, głównie z powodu międzypartyjnych podziałów, dla wielu posłów jest to mocny sygnał do refleksji nad sensem trwania kadencji Assemblée Nationale w obecnym składzie.

Od piątku płoną śmietniki i barykady, naprędce budowane i podpalane przez protestujących. Jednak atmosfera daleka jest od wciąż funkcjonującej we wspomnieniach spontaniczności i radości paryskiego maja’68.

Francuski oddział Amnesty International donosi o eskalacji policyjnej przemocy, nadmiarowych aresztowaniach i używaniu środków przymusu bezpośredniego.

Tymczasem prezydent Emmanuel Macron w środowym wywiadzie poświęconym reformie i sytuacji w kraju o protestach ma do powiedzenia tyle, że „nie ma zgody na bojówki i bojówkarzy”.

Prezydent zarzucił też związkom brak propozycji kompromisu. Biorąc pod uwagę, że temat reformy ciągnie się od poprzedniej kadencji i został zawieszony jedynie ze względu na pandemię, odpowiedzialność za organizację odpowiednich instancji dialogu społecznego spoczywa w równym stopniu na rządzie i prezydencie.

W dodatku Macron przestrzelił – łatwo sprawdzić, że w 2019 roku Francuska Demokratyczna Konfederacja Pracy (CFDT, koleżanka polskiej „Solidarności“) przedstawiła własny projekt, którego nigdy nie uwzględniono. Macron został złapany na kłamstwie, i mało co mogło sprawić większą przyjemność Laurentowi Bergerowi, obecnemu szefowi tej centrali.

Przeczytaj także:

05 listopada 2022

Spisek Scholza z Macronem przeciw Polsce i Europie? Fałszywy mit polskiej prawicy [BURAS]

Szczegóły reformy

Związkowcy protestują przede wszystkim przeciwko podniesieniu wieku emerytalnego o dwa lata (z 62 do 64 roku życia) oraz przeciwko likwidacji przywilejów branżowych i tak zwanych reżimów specjalnych (takich jak w Polsce np. emerytury mundurowe).

Proponowany przez rząd system punktowy ujednolici składkowanie i rozliczenia, i można rozsądnie założyć, że to ujednolicenie jest największą stawką projektu Macrona. Dla przeciętnej Francuzki lub Francuza poza likwidacją przywilejów i podniesieniem wieku/minimalnego okresu składkowego, źródłem niepokoju jest sam system punktowy, oceniany jako potencjalnie arbitralny i zaniżający wyliczenia świadczeń.

Uniwersalizacja systemu będzie także oznaczać ukrytą korzyść dla budżetu – pracownicy filaru publicznego podlegają reżimom specjalnym, przez co ich pracodawca – budżetówka – de facto płaci za nich wyższe składki (coś jak polskie PPK).

W pewnym ujęciu jest to subwencjonowanie prywatnego biznesu, gdyż nadwyżkowe składki z budżetówki pozwalają zbilansować system mimo niskich składek z sektora prywatnego (na te i inne nierówności zwraca uwagę np. Thomas Piketty, który proponuje zastąpienie reformy podniesieniem podatku od największych fortun).

Przeczytaj także:

29 września 2022

Hołownia chce z Macronem odnawiać Europę. Po co Polsce 2050 europejscy liberałowie?

Między konstytucją a demokracją

Obecna sytuacja wydaje się jednak nieznośna także z tego powodu, że to już po raz setny (tak!) posłużono się artykułem 49.3 francuskiej konstytucji, który pozwala w szczególnych przypadkach przyjąć ustawę z pominięciem parlamentu (czyli tak jakby dekretem).

Od znanych nam dekretów różni się to tym, że parlamentarzyści mogą w konsekwencji uruchomienia tego artykułu złożyć wniosek o wotum nieufności dla rządu. Obecny skład Assemblée Nationale sprawia, że przegłosowanie wotum nieufności jest niezwykle trudne – opozycja stanowi co prawda większość w parlamencie, ale aż 87 posłów na 577 miejsc to narodowcy z Rassemblement National, z którymi nie chce mieć nic do czynienia prawie dwusetka posłów różnych ugrupowań lewicowych.

Są to zresztą uczucia w pełni odwzajemnione. Macroniści z ich 170 deputowanymi to największe ugrupowanie w Assemblée, ale nawet z grawitującymi w ich stronę Republikanami (kiedyś UMP, partia, z której wyszedł m.in. Nicolas Sarkozy) nawet nie zbliżają się do większości.

Za to prawica i centrum uważa, że skrajna lewica Jean-Luca Mélenchona to zło w zasadzie na miarę RN, czyli dawnego Frontu Narodowego, więc też nie zagłosują ramię w ramię z lewicą.

Rządzenie dekretami

Macron i premierka jego rządu, Élisabeth Borne od jesieni umiejętnie rozgrywają te konflikty, przeprowadzając dekretami a to budżet, a to reformę wsparcia społecznego, a teraz emerytury.

Ale w tym wszystkim kompletnie zagubiła się demokracja, poczucie obywateli, że mają wpływ na życie polityczne i funkcjonowanie instytucji w kraju.

W tym wymiarze protesty emerytalne przypominają początki ruchu Żółtych Kamizelek, kiedy podwyżka akcyzy od oleju napędowego o ledwie kilka procent wywołała sprzeciw milionów Francuzów z klasy średniej, między innymi tych, którzy niewiele wcześniej skorzystali z rządowych dopłat do samochodów z silnikiem Diesla.

Macron dużo mówi o republice, pakcie republikańskim i dochowywaniu procedur, ale dla rosnącej większości osób płacących podatki nad Sekwaną te słowa brzmią coraz bardziej pusto. Stąd gwałtowne protesty, zwały śmieci na ulicach zostawione przez strajkujących śmieciarzy, płonące barykady i pogłębiający się rozziew między tymi, którzy z roku na rok odkrywają, że mają coraz mniej do stracenia, a tymi, którzy mają dużo, ale za wszelką cenę nie chcą niczego stracić.

Arogancja – tak, pogarda – nie

Wczorajsze wystąpienie Emmanuela Macrona w telewizji może się okazać przełomowe dla tej kadencji jego rządów. Do tej pory postrzegany był jako polityk zdolny, choć młody. Dyskontował zdecydowanie fotogeniczną urodę; w pierwszej kadencji przeprowadził szereg drobnych, ale znaczących dla feministek rozwiązań, takich jak choćby zakaz werbalnego molestowania w przestrzeni publicznej.

W zeszłym roku Francja zaczęła debatę o wpisaniu prawa do przerywania własnej ciąży do konstytucji – temat ten powrócił na początku marca, choć nie przebił się przez medialne doniesienia o protestach.

Gra na kobiety z jednej strony, a z drugiej podkreślanie energii i sprawczości długo uwodziły społeczeństwo. Jednak narastające trudności życia codziennego i rozczarowania wynikające z forsowania niepopularnych rozwiązań przyczyniały się do spadku popularności Macrona. Przełożyły się zwłaszcza na „ukaranie“ jego ugrupowania w wyborach parlamentarnych.

Prezydent Macron pokazuje cos dwoma palcami prawej dłoni
Macron podczas wywiadu telewizyjnego, 22 marca 2023. Foto: Ludovic MARIN / AFP

Jednak jego arogancja, telefonowanie do Putina w sprawie końca wojny w Ukrainą, przekonanie, że Francja może samodzielnie naprawić Europę – to wszystko się do tej pory podobało.

Do tej pory, bo jeśli środowy wywiad okaże się przełomowy, to właśnie dlatego, że po raz pierwszy Francuzi tak wyraźnie zobaczyli wyzierająca spod arogancji pogardę.

Traktowanie protestujących jako „bojówkarzy“, niezrozumienie społecznego braku akceptacji dla reformy postrzeganej jako niekorzystna, przerzucanie winy na związki zawodowe i przede wszystkim korzystanie z nadzwyczajnych prerogatyw w zwyczajnych sprawach zraża nawet bezstronnych komentatorów.

Wedle sondażu z 20 marca, czyli sprzed wywiadu, aż 7 na 10 Francuzów uważa, że korzystanie z art. 49.3 „neguje demokrację”. Wśród samych wyborców Macrona jego ostatnie posunięcia też budzą „wściekłość” (deklaruje to aż 41 proc. wyborców prezydenta przy takiej samej liczbie obojętnych i zaledwie 18 proc. zadowolonych).

Dwie trzecie Francuzek i Francuzów chciałoby, by rząd upadł wskutek wotum nieufności, a przynajmniej – by zdymisjonowana została premierka Élisabeth Borne. Tymczasem Macron o pani premier mówi w superlatywach, żadnych dymisji nie przewiduje – i czeka na dalsze pomysły niepopularnego rządu na rok 2023.

Perspektywy dla Europy

Kolejny cykl wyborczy co do zasady przewidywany jest na rok 2027 (chyba że wydarzenia w kraju wymuszą w końcu skrócenie kadencji parlamentu). Na horyzoncie widnieje reforma prawa imigracyjnego, która najprawdopodobniej zacieśni już dziś dość surowe reguły, ale być może pozwoli Macronowi odzyskać część wyborców z klasy średniej.

Wszystko jednak wskazuje na to, że z powodu protestów i rządów coraz twardszej ręki, kolejna kadencja należeć będzie do populistów. Z całą pewnością wzrost popularności odnotują już w najbliższych wyborach do europarlamentu w 2024 roku. I pół biedy jeśli będzie chodziło o względnie proeuropejską lewicę (nawet Jean-Luc Mélenchon, znany do niedawna z ostrego protekcjonizmu, pod tym względem stał się jakby bardziej cywilizowany).

Gorzej będzie, jeśli Francja wzmocni międzynarodówkę nacjonalistów. Także w najbliższych latach w Radzie Europejskiej Francja, postrzegana dotąd jako filar Unii, wobec rosnącego chaosu wewnętrznego będzie zapewne skupiać się na własnym interesie i migać od wszelkich form europejskiej solidarności. A to w kontekście perspektywy wspólnej unijnej polityki obronnej zaczyna brzmieć naprawdę groźnie.

Wszystko wskazuje na to, że proeuropejski Emmanuel Macron był taki tylko do użytku wewnętrznego, a na arenie unijnej jest nie tyle nawet profrancuski, ile przede wszystkim – promacronowski.

Znamy to z naszego podwórka, choć oczywiście Emmanuel Macron jest politykiem liberalnym, w przeciwieństwie do Prawa i Sprawiedliwości. Jednak co innego, gdy Europy używa jako boiska do rozgrywania wyłącznie własnych spraw rząd kraju należącego do „Unii drugiej prędkości“. Co innego jednak, kiedy taką krótkowzrocznością i egoizmem okazują się cechować rządzący z kraju będącego unijnym trzonem.

Udostępnij:

Agata Czarnacka

Filozofka polityki, tłumaczka, działaczka feministyczna i publicystka. W latach 2012-2015 redaktorka naczelna portalu Lewica24.pl. Była doradczynią Klubu Parlamentarnego SLD ds. demokracji i przeciwdziałania dyskryminacji oraz członkinią Rady Polityczno-Programowej tej partii. Członkini obywatelskiego Komitetu Ustawodawczego Ratujmy Kobiety i Ratujmy Kobiety 2017, współorganizatorka Czarnych Protestów i Strajku Kobiet w Warszawie. Organizowała również akcję Stop Inwigilacji 2016, a także obywatelskie protesty pod Sejmem w grudniu 2016 i styczniu 2017 roku. Stale współpracuje z Gazetą Wyborczą i portalem Tygodnika Polityka, gdzie ma swój blog poświęcony demokracji pt. Grand Central.

Przeczytaj także:

03 czerwca 2023

Marsz 4 czerwca. PiS pomógł ożywić mit wolności. I przypomniał, o czym jest "W samo południe"

03 czerwca 2023

Programy nie wygrywają wyborów? Organizacje społeczne uważają inaczej

03 czerwca 2023

Europoseł PiS: Słowacja zbiedniała przez euro. Kompletna bzdura

03 czerwca 2023

Nauczyciel wzywa nauczycieli na marsz 4 czerwca. Czy mamy być gastarbeiterami we własnym kraju?

03 czerwca 2023

Polityka historyczna PiS to nieustanna msza nekromantów i wskrzeszanie esesmańskich trupów [OSĘKA]

Komentarze