Prawa autorskie: AFPAFP
05 listopada 2022

Spisek Scholza z Macronem przeciw Polsce i Europie? Fałszywy mit polskiej prawicy [BURAS]

Stan relacji między Paryżem a Berlinem może budzić troskę i obawy, ale obraz francusko-niemieckiego imperializmu, który jak walec przetacza się po Europie, jest wytworem bujnej wyobraźni. Nie ma żadnego wspólnego niemiecko-francuskiego planu – nie tylko podporządkowania sobie Europy, ale nawet popchnięcia jej do przodu w paru kluczowych kwestiach

Dwie opowieści konkurują dzisiaj ze sobą w wyścigu po rząd dusz polskiej i europejskiej opinii publicznej. Francja i Niemcy odgrywają w obu kluczową rolę. W popularnej po stronie polskiej prawicy narracji o „nowym imperializmie” w Unii Europejskiej te dwa największe kraje są szwarccharakterami.

Albo Paryż i Berlin dążą do dominacji...

Pod płaszczykiem pogłębiania integracji, celu z pozoru rozsądnego i ponętnego, zwłaszcza w aktualnej sytuacji permanentnego kryzysu, Paryż i Berlin wspólnie dążą do dominacji. Chcą wreszcie sięgnąć po hegemonię, pozbawić mniejsze kraje suwerenności, wykończyć je gospodarczo, a nawet może zrealizować na Starym Kontynencie ideę kondominium razem z Rosją.

Minister Zbigniew Rau pisał o groźbie francusko-niemieckiej dominacji jako nieuchronnej konsekwencji zlikwidowania zasady jednomyślności w polityce zagranicznej, co postulował kanclerz Niemiec Olaf Scholz.

Jan Parys uważa z kolei, że „niemiecko-francuskie plany dotyczące Europy nie gwarantują pokoju, lecz konflikty i wojnę". Oraz że „tylko dzięki temu, że nie są jeszcze zrealizowane pomysły Macrona i Scholza, oczekiwania polityków niemieckich, by Ukraina upadła, a Rosja zwyciężyła, zakończyły się fiaskiem”.

Ta opowieść snuta jest w różnych odsłonach, a jej propagatorzy różnią się czasem znacznie między sobą, jeśli chodzi o sposób argumentacji, poziom zacietrzewienia i skłonność do teorii spiskowych. Jednak łączy ich przekonanie o trwałym sojuszu francusko-niemieckim, który stanowi rosnące zagrożenie dla równowagi sił w Unii i interesów Polski.

...albo tandem francusko-niemiecki się skończył

Alternatywna do tej wizji opowieść opiera się na stwierdzeniu, że tandem francusko-niemiecki się skończył. Jest w niej trochę Schadenfreude, bo bliska współpraca między oboma stolicami postrzegana jest nieufnie i z zazdrością nie tylko w Warszawie.

Ale więcej w niej lęków i obaw o Unię, która ze względu na problemy między Paryżem a Berlinem może nie poradzić sobie ze stojącymi przed nią ją wyzwaniami.

Mantrą studiów nad integracją europejską jest bowiem powiedzenie, że chociaż współpraca między Francją a Niemcami jest niewystarczająca do zapewnienia efektywności działania UE, to bez niej grozi jej po prostu paraliż.

Narzekania, że obie stolice nie mogą się dogadać, to nic nowego. Ale im trudniejsza sytuacja całej UE, tym większa jest waga dzielących je napięć.

W ostatnich tygodniach opowieść o zatarciu się motoru francusko-niemieckiego zyskała szczególną popularność. Zaplanowane na październik konsultacje międzyrządowe zostały nagle odwołane. Zaś przygotowana naprędce wizyta kanclerza Olafa Scholza w Paryżu najwyraźniej nie przyniosła odprężenia. Wbrew zwyczajowi kanclerz i francuski prezydent Emmanuel Macron nie urządzili nawet wspólnej konferencji prasowej po swoim spotkaniu.

Cykl „SOBOTA PRAWDĘ CI POWIE” to propozycja OKO.press na pierwszy dzień weekendu. Znajdziecie tu fact-checkingi (z OKO-wym fałszometrem) zarówno z polityki polskiej, jak i ze świata, bo nie tylko u nas politycy i polityczki kłamią, kręcą, konfabulują. Cofniemy się też w przeszłość, bo kłamstwo towarzyszyło całym dziejom. Będziemy rozbrajać mity i popularne złudzenia krążące po sieci i ludzkich umysłach. I pisać o błędach poznawczych, które sprawiają, że jesteśmy bezbronni wobec kłamstw. Tylko czy naprawdę jesteśmy? Nad tym też się zastanowimy.

Jaka jest rzeczywistość

Tych dwóch opowieści nie da się ze sobą pogodzić.

Albo Niemcy i Francją knują wspólnie, jak wziąć wymykającą im się spod kontroli Europę pod but. Albo też kłócą się między sobą, zostawiając Unię pozbawioną jednoznacznego przywództwa (nie mówiąc o sprawowanej wspólnie hegemonii). Jaka jest więc rzeczywistość?

Prawdą jest, że po brexicie siła głosu największych ludnościowo państw w UE istotnie wzrosła. Zgodnie z zasadami głosowana w Radzie UE, najważniejszym organie decyzyjnym Unii, do uchwalenia aktów prawnych proponowanych przez Komisję potrzeba 55 proc. państw członkowskich (ale nie mniej niż 15 państw) reprezentujących co najmniej 65 proc. ludności UE.

Jak pisali analitycy PISM, populacja Francji i Niemiec stanowi po brexicie „wyraźnie większy procent ogółu ludności Unii (łącznie ponad 33,5 proc. zamiast ok. 29 proc.). Dzięki temu będzie im łatwiej budować koalicje służące uchwalaniu projektów KE, ale przede wszystkim będą mogły bez trudu tworzyć małe koalicje liczące 4–6 państw w celu blokowania jej inicjatyw”.

System głosowania

Trudno więc negować fakt, że znaczenie obu krajów jest w systemie instytucjonalnym Unii bardzo istotne. O to, jak zreformować system głosowania w UE, toczył się zaciekły spór polityczny, którego rezultatem są powyższe zapisy przyjęte w traktacie lizbońskim, silnie (dla krytyków: zbyt silnie) uwzględniające potencjał demograficzny państw. Wyjście Wielkiej Brytanii zaburzyło delikatną równowagę.

Ale korekta obecnego systemu wymagałaby zmiany traktatu i prowadzących do niego trudnych negocjacji. Nic nie wskazuje na to, by taki scenariusz był dzisiaj realny. Jednomyślności wymagałoby także rozszerzenie stosowania zasady głosowania większościowego, co proponował Olaf Scholz. Entuzjazmu dla takiego kroku w UE nie ma, więc szanse na realizację są bardzo marne. Wystarczy sprzeciw jednego państwa.

Innymi słowy: Francja i Niemcy nie narzucą Unii zmian w systemie głosowania, które miałyby dodatkowo wzmocnić ich pozycję.

O tym, czy tandem francusko-niemiecki jest tak wszechmocny, jak malują go zwolennicy opowieści o „nowym imperializmie”, decydują jednak nie zapisy traktatowe, lecz polityka. Jeśli Berlin i Paryż grają do jednej bramki, wynik meczu jest faktycznie w zasadzie przesądzony.

Czy Berlin i Paryż grają do jednej bramki?

Jednak polityka europejska to nie piłka nożna. Wspólna linia francusko-niemiecka nie jest znana już w szatni, lecz wykuwana w niełatwych często zmaganiach skutkujących kompromisami, które ani w Berlinie, ani w Paryżu nie budzą zwykle euforii.

Paradoksalnie, lepiej odnajdują się w nich inne kraje.

W szeregu kluczowych spraw, począwszy od polityki fiskalnej (Francja chce poluzowania, Niemcy oszczędności), poprzez energetyczną (spór o atom, od którego Niemcy chcą trzymać się jak najdalej), kwestie wspólnych unijnych pożyczek (Niemcy tylko wyjątkowo zgodziły się na Fundusz Odbudowy, który Francja chciałaby traktować jako model na przyszłość), aż po politykę rozszerzenia (Niemcy za, Francja hamuje) czy obrony europejskiej (tu Niemcy mocno kuleją), oba kraje mają po prostu rozbieżne stanowiska.

To Macron parł do zmian w UE

To właśnie dlatego bardzo często kompromis francusko-niemiecki bywa wprawdzie zgniłym, ale satysfakcjonuje resztę Unii, godząc stanowiska reprezentowane także przez szerokie spektrum państw i regionów.

W ostatnich latach to Macron parł do zmian w Unii, przedstawiając co chwila nowe propozycje reform i projektów. Kiedy obejmował rządy, miał wielką nadzieję, że Berlin będzie jego sojusznikiem w rekonstrukcji Unii i budowie suwerenności europejskiej. W swoim odczuciu zawiódł się srodze.

Zamiast podjąć jego grę, Niemcy broniły status quo. Angela Merkel nigdy nie odpowiedziała na programowe wystąpienia prezydenta Francji i jego propozycje reform.

Macron zmienił wiec taktykę: zamiast za wszelką cenę szukać najpierw porozumienia z Berlinem, zaczął obchodzić Berlin szerokim łukiem, tworząc doraźnie koalicje z innymi krajami i budując w ten sposób presję na Niemcy. Ta metoda zadziałała.

W ten sposób powstał np. wspomniany Fundusz Odbudowy, którego pierwszym pomysłodawcą był premier Hiszpanii.

Scholz chory, ale tylko dla Paryża

Aktualna odsłona francusko-niemieckiej sagi jest dobrą ilustracją realiów Unii, które nie mają wiele wspólnego z wizją żelaznego wspólnego frontu Berlina i Paryża. Źródeł napięć, które eskalowały odwołaniem zaplanowanych wcześniej konsultacji międzyrządowych, jest szereg.

Francuzi skarżą się na będący od roku u władzy rząd Olafa Scholza, twierdząc, że nigdy wcześniej Berlin nie przywiązywał tak małej wagi do współpracy z Paryżem.

Komunikacja między najwyższymi szczeblami władzy nie działa, jak powinna. Scholz odwołał spotkanie z szefową rządu francuskiego z powodu infekcji koronawirusem, zaś stan zdrowia miał mu uniemożliwić nawet rozmowę online.

Tymczasem tego samego dnia w niezłej formie nagrał wystąpienie ogłaszające utworzenie wartego 200 miliardów euro funduszu, z którego finansowane będą działania osłonowe w związku z kryzysem wysokich cen energii. Francuzi byli podwójnie niemile zaskoczeni.

Po pierwsze, postawą kanclerza wyglądającą na wykręt lub grubą niezręczność. Po drugie, informacją o gigantycznym pakiecie finansowym, o którego planach nie mieli pojęcia.

Berlin był w stanie dość szybko wytłumaczyć Paryżowi, że wielkość pomocy, jaką zamierza przeznaczyć na wsparcie swoich obywateli i firm, nie jest taka szokująca, jak na pierwszy rzut oka wygląda. Ale braku jakiejkolwiek koordynacji i komunikacji w tak kluczowej sprawie nie udało się zatuszować. Głęboki niesmak pozostał.

Dlaczego Niemcy nie dbają już tak bardzo o relacje z Paryżem?

Pomimo wielu podobieństw Olaf Scholz jest innym kanclerzem niż Angela Merkel. Zdaje sobie sprawę z tego, że sama obrona status quo nie wystarcza, bo i czasy są inne (choć już za Merkel brak entuzjazmu zmian wydawał się anachroniczny).

Podejmuje inicjatywy, jak w sprawie rozszerzenia UE o Bałkany, za którym po raz kolejny mocno opowiedział podczas zorganizowanego w mijającym tygodniu szczycie w Berlinie.

Jego propozycję zniesienia jednomyślności w obszarze polityki zagranicznej nietrudno zinterpretować jako balon próbny, wypuszczony nie w kierunku Warszawy, lecz Paryża. Lecz tym razem Macron nie odpowiedział na niemieckie awanse.

W otoczeniu Scholza coraz silniejsze jest (nieobce Warszawie, choć niekoniecznie słuszne) przekonanie, że Macron promuje europejskie inicjatywy po to, by wzmacniać Francję, a nie UE. Że bardziej malowany z niego lider Europy niż prawdziwy. I niechętnie oddałby mu w tym obszarze pałeczkę.

Joseph de Weck, komentator zajmujący się Francją i jej relacjami z Niemcami, celnie podsumował, że problemem w nich staje się fakt, że Scholz coraz bardziej przypomina w swoim postępowaniu Macrona: nie ogląda się na innych i próbuje grać swoją własną grę.

Polityka "Germany First"

To nie Merkel, dla której rewersem jej polityki obrony status quo było dbanie o jedność UE i mozolne wypracowywanie kompromisów. Scholzowi brakuje takiego instynktu, w czym jego krytycy widzą skłonność do polityki „Germany First”.

Kanclerz odmówił Macronowi, kiedy ten zaproponował mu, by wspólnie pojechali złożyć wizytę w Chinach. Francuzi musieli przełknąć gorzką pigułkę, ale Scholz i w tej sprawie nie chce oddać w pełni pola swojemu francuskiemu partnerowi. Macron od lat utrzymuje stosunki z chińskim przywódcą XI Jinpingiem. Scholz nie chce stać tylko w drugim szeregu.

À propos szeregów: kiedy w październiku w Pradze odbywał się głośny szczyt Europejskiej Wspólnoty Politycznej, będący realizacją pomysłu Emmanuela Macrona, na zdjęciu obejmującym ponad czterdziestu liderów państw UE i sąsiedzkich Scholz stał, ledwie widoczny, w ostatnim rzędzie.

Macron nie próbował uczynić z Europejskiej Wspólnoty Politycznej projektu francusko-niemieckiego. Kiedy podczas szczytu toczyły się delikatne rozmowy między przywódcami Armenii i Azerbejdżanu pośredniczył w nich prezydent Francji. Scholza przy stole nie było.

Gdzie Niemcy wydadzą 100 mld euro na armię

Nie chodzi jednak o próżne ambicje, resentymenty i trudne charaktery kluczowych polityków. Macron ma za złe Scholzowi, że ogłoszony osiem miesięcy - w reakcji na wybuch wojny w Ukrainie – plan wydania przez Niemcy dodatkowych 100 miliardów euro (w ciągu 4 lat) nie przewiduje jak na razie wsparcia żadnych wielkich europejskich projektów.

Tymczasem wzmocnienie wspólnej obrony europejskiej, współpraca przemysłów zbrojeniowych i koordynacja inwestycji to potrzeba chwili. A przy okazji potężny francuski przemysł zbrojeniowy mógłby sporo skorzystać na wielkich wydatkach u wschodniego sąsiada…

Ale na razie Niemcy kupują gdzie indziej – ku frustracji Paryża.

Aby zapewnić uczestnictwo Niemiec w kluczowym programie współdzielenia nuklearnego NATO, Berlin zamówił amerykańskie samoloty F-35 zdolne przenosić ładunki nuklearne. Tymczasem wspólny francusko-niemiecki projekt budowy służących do tego samego celu samolotów stoi w miejscu.

Francuzi są wściekli, ale Niemcy argumentują, że problemem jest egoizm Paryża w kwestii technologii i ich zazdrosna ochrona interesów francuskiego producenta Dassault. Zaś F-35 można kupić „z półki” (a potrzebne są niemal od zaraz), a na ślimaczący się wspólny produkt i tak trzeba by czekać jeszcze z dekadę.

Niemcy blokują limit cen gazu

Niemcy nie zgodziły się także na to, by na poziomie europejskich wprowadzić limity cen gazu, ani by stworzyć nowy wspólny europejski fundusz, z którego wypłacać można by subsydia dla firm szczególnie dotkniętych wysokimi kosztami energii. Argumenty Berlina nie są wzięte z księżyca.

Jeśli na rynkach światowych brakuje gazu i wszyscy ścigają się o zakontraktowanie dostępnych jeszcze ilości, to z dyktowaniem cen eksporterom trzeba piekielnie uważać. Bo szybko może się okazać, że klienci w Azji czy Ameryce Południowej zaproponują lepszą cenę – i surowiec zamiast do Europy odpłynie w siną dal…

Francja słusznie naciska z kolei na stworzenie europejskiego funduszu dla firm. Niemcy zaś twierdzą, że na razie nie ma takiej potrzeby, bo pakiety narodowe wystarczają. Natomiast dyskusję o ewentualnej – niezwykle trudnej w warunkach niemieckiej polityki wewnętrznej – decyzji o kolejnym uwspólnotowieniu długu w UE lepiej odłożyć na później, kiedy może stać się to już nieuniknione.

Niemiecka gra koalicyjna

Polityka wewnętrzna Niemiec jest zresztą niezbędnym i kluczowym elementem układanki, jeśli chcieć zrozumieć zawiłości aktualnego kryzysu między Paryżem a Berlinem.

Słaba responsywność Niemiec i jego niezdolność do sprawnej współpracy z Francją jest ostatecznie w ogromnej mierze efektem głębokiego tąpnięcia w niemieckiej polityce, jaki stał się następstwem wojny w Ukrainie.

Postawiła ona pod znakiem zapytania nie tylko kluczowe przesłanki niemieckiej polityki zagranicznej (wiara we współzależność i „koniec historii"), lecz także fundamenty modelu gospodarczego (gaz z Rosji, wycofanie się z atomu, strategiczne partnerstwo z Rosją i Chinami).

Chaos panujący w niemieckiej polityce i niezdolność do prowadzenia spójnej polityki europejskiej jest w niemałym stopniu skutkiem konieczności przerabiania tych lekcji i adaptowania się do nowych warunków.

Niemcy bodaj nigdy wcześniej nie były tak bardzo zaprzątnięte sobą i nie mając głowy i energii do tego, by poświęcać dostatecznie dużo uwagi temu, jak ich działania postrzegane są w Europie.

To także konsekwencja skomplikowanego układu politycznego. Po raz pierwszy rządzi w Niemczech trójpartyjna koalicja socjaldemokratów, zielonych i liberałów, dla której szukanie ratunku dla kolejnych walących się filarów systemu jest nie lada wyzwaniem.

Dlatego dojście do kompromisu tylko w trójkącie koalicyjnym fetowane jest już jak gigantyczny sukces, a fakt, że uzgodnienie go powinno być poprzedzone także konsultacjami z takimi partnerami, jak Francja, schodzi na trzeci plan.

Tak było właśnie z osławionym pakietem ratunkowym wartym 200 mld euro. Rząd federalny był pod ogromną presją czasu, by znaleźć rozwiązanie do końca września, przez co zaniedbał oczywisty europejski wymiar tego kluczowego projektu. Zaś triumfalistyczny ton jego ogłoszenia, wyłącznie pod krajową publiczkę, eksponujący gigantyczne rzekomo rozmiary pomocy państwa, pogłębił tylko wrażenie niemieckiego egoizmu i odklejenia się od Europy.

Stan relacji między Paryżem a Berlinem może dzisiaj budzić troskę i obawy, ale obraz nowego francusko-niemieckiego imperializmu, który jak walec przetacza się po Europie, jest tylko wytworem bujnej wyobraźni. Nie ma żadnego wspólnego niemiecko-francuskiego planu – nie tylko podporządkowania sobie Europy, ale nawet popchnięcia jej do przodu w paru kluczowych kwestiach. Jeden z najwyższych rangą europejskich polityków ubiegłych lat mówił niedawno na zamkniętej konferencji, że osłabienie osi francusko-niemieckiej i jej malejący wpływ na Unię jest jednym z najważniejszych zjawisk ostatniej dekady.

Jednak opowieść o przemożnej hegemonii Paryża i Berlina trzyma się w Polsce mocno. Nie tylko przydaje się w rządowej propagandzie antyunijnej. Maskuje także niechęć i niezdolność do podjęcia bardziej wyrafinowanej gry w UE, która pozwoliłaby Polsce na miarę jej możliwości przejąć inicjatywę. Unia Europejska nie jest skazana na francusko-niemieckie przywództwo. Ale chwilowo pozostaje nam nadzieja, że – jak to często w przyszłości bywało – drogi Paryża i Berlina w ważnych sprawach jednak się zejdą.

Pod płaszczykiem pogłębiania integracji Paryż i Berlin wspólnie dążą do dominacji. Chcą wreszcie sięgnąć po hegemonię, pozbawić mniejsze kraje suwerenności wykończyć je gospodarczo, a nawet może zrealizować ideę kondominium razem z Rosją
Oceń wypowiedź
PrawdaFałsz

Piotr Buras, dyrektor warszawskiego biura think-tanku European Council on Foreign Relations

Wyłączną odpowiedzialność za wszelkie treści wspierane przez Europejski Fundusz Mediów i Informacji (European Media and Information Fund, EMIF) ponoszą autorzy/autorki i nie muszą one odzwierciedlać stanowiska EMIF i partnerów funduszu, Fundacji Calouste Gulbenkian i Europejskiego Instytutu Uniwersyteckiego (European University Institute).

Udostępnij:

Piotr Buras

szef warszawskiego biura think-tanku European Council on Foreign Relations, współautor wydanej we wrześniu 2022 analizy „Survive and thrive. A European plan to support Ukraine in the long war against Russia"

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne