Uchodził za polityka drugiego planu: pilnego, ideowego, zawsze o krok za kimś silniejszym. Operacja w Wenezueli zmienia tę perspektywę. To moment, w którym widać go nie jako wykonawcę cudzej woli, lecz jako architekta — stratega, który cierpliwie czekał na swoją kolej
Ślady aktywności Rubio można dostrzec na całej amerykańskiej operacji w Wenezueli. To, co wydarzyło się w Caracas, nie było impulsywną decyzją Donalda Trumpa ani doraźnym popisem siły jego całej ekipy. To finał wieloletniej, konsekwentnej polityki prowadzonej przez obecnego sekretarza stanu, który od ponad dekady traktuje ten południowoamerykański kraj i jego przyszłość jak osobisty projekt.
Nocna operacja, podczas której amerykańskie siły specjalne wtargnęły na terytorium obcego państwa i wywiozły Nicolása Maduro do Stanów Zjednoczonych, to bezprecedensowy akt demonstracji zamiaru USA, by kontrolować Amerykę Łacińską. Formalnie to element postępowania karnego w sprawie narkoterroryzmu. Politycznie – sygnał, że Waszyngton wraca do brutalnej logiki stref wpływów w zachodniej hemisferze. I że architektem tej zmiany jest właśnie Rubio.
Jako senator z Florydy obecny szef dyplomacji od lat budował swoją pozycję na bezkompromisowej krytyce reżimów na południe od Rio Grande.
Wenezuela była w centrum tej narracji. Już w 2017 r. na forum Senatu wzywał do izolacji Caracas, nazywał Maduro dyktatorem i domagał się międzynarodowego bojkotu. W czasie pierwszej kadencji Trumpa współtworzył system sankcji i planów „dnia po Maduro”, zakładających pełną zmianę władzy. Wtedy projekt się nie powiódł. Teraz wraca w formie znacznie bardziej radykalnej.
Charakterystyczne jest to, że obecny rząd nie mówi już o demokratyzacji Wenezueli ani o długotrwałym „budowaniu instytucji”. Po usunięciu Maduro Waszyngton sygnalizuje gotowość do współpracy z nowym przywództwem, niewykluczone, że pochodzącym z obecnego reżimu, ale pod warunkiem pełnej lojalności. To nie idealizm liberalnej demokracji, lecz klasyczna polityka siły. Czyli dokładnie taka, jaką Rubio postulował od lat. Jego rosnąca pozycja w administracji Trumpa nie jest przypadkiem. Po objęciu funkcji p.o. doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego uzyskał bezpośredni dostęp do prezydenta i realny wpływ na kierunek polityki zagranicznej. Wenezuela stała się pierwszym widocznym efektem tej zmiany.
Operacja przeciwko Maduro jest także ostrzeżeniem dla Hawany. Kuba, uzależniona od taniej wenezuelskiej ropy, znalazła się nagle w sytuacji strategicznej niepewności. Rubio nie ukrywa, że traktuje to jako element szerszej gry o przetasowanie układu sił w regionie. Wenezuela nie jest więc incydentem. Jest zapowiedzią. Jeśli Marco Rubio pozostanie jednym z głównych decydentów drugiej administracji Trumpa, Ameryka Łacińska stanie się laboratorium nowej doktryny USA: twardej, ideologicznej i pozbawionej złudzeń co do prawa międzynarodowego.
W tekście „Prodigal Son” (Syn marnotrawny) napisanym dla POLITICO Magazine Ann Louise Bardach pokazuje, że polityczna biografia Rubia jest w znacznej mierze opowieścią o micie – i o tym, jak sprawnie potrafił go „obsłużyć”.
Szef dyplomacji latami przedstawiał się Amerykanom jako „syn wygnańców” uciekających przed Fidelem Castro, choć dokumenty i rekonstrukcja jego rodzinnej historii wskazują, że rodzice osiedlili się w USA jeszcze przed 1959 r., zanim komunistyczny dyktator przejął władzę. Ta różnica nie jest tylko sporem o daty: we florydzkim świecie el exilio historio (czyli pierwszych fal emigracji z Kuby po zwycięstwie rewolucji) status „wygnańca” stanowi rodzaj legitymacji moralnej i politycznej, a Rubio, wychowany i wypromowany przez kubańsko-amerykańską wspólnotę w Miami doskonale rozumiał jej reguły.
Bardach pisze też o paradoksie, który dobrze streszcza relację polityka z Kubą: Rubio nigdy nie odwiedził wyspy przodków, a mimo to właśnie ona – jako dziedziczona trauma i polityczny obowiązek – wyznaczała mu język, tożsamość i twardą linię wobec Hawany.
Wreszcie, pod powierzchnią tej starannie układanej narracji, autorka przypomina mroczniejszy epizod: sprawę szwagra Rubio, Orlanda Cicilii, skazanego w latach 80. za udział w przemycie narkotyków, oraz późniejszą, agresywną próbę zatuszowania tej afery przez otoczenie ówczesnego senatora, gdy zainteresowały się nią media. W tym portrecie szef dyplomacji jawi się więc nie jako naiwny chłopiec z plakatu, ale jako polityk ulepiony z miamskiego betonu: wyczulony na symbole, bezwzględny w obronie etosowo opowiadanej historii i doskonale świadomy, że w tej grze liczy się nie tylko prawda, lecz przede wszystkim kontrola nad opowieścią.
Z drugiej strony na tle krzykliwego, wręcz performatywnego sposobu uprawiania polityki przez Donalda Trumpa Marco Rubio uchodzi za postać niemal anachroniczną: zdyscyplinowaną, pracowitą i głęboko racjonalną. Dziennikarze opisują go jako polityka „z głową w książkach”, który lepiej czuje się w komisji senackiej niż na wiecu oraz w przygotowanej argumentacji niż w improwizowanej zaczepce.
Jego religijność – katolicka, konsekwentna, ale pozbawiona ostentacji – nadaje mu rys moralisty, czasem wręcz kaznodziei, co dotąd było odbierane jako autentyczne.
Rubio nie ma instynktu samca alfa; zamiast tego operuje pilnością i ambicją prymusa, co w prawyborach republikańskich 2016 r. okazało się politycznym balastem, ale później pozwoliło mu przetrwać i odbudować pozycję. Wielu komentatorów zwraca uwagę na jego zdolność do stania w cieniu i czekania na swój moment – cechę rzadką w epoce natychmiastowej reakcji. To polityk, który łatwiej znosi upokorzenie niż marginalizację i który wydaje się wierzyć, że historia nagradza nie tych, którzy najgłośniej krzyczą, lecz tych, którzy zostają na planszy najdłużej.
Senatorem został w 2010 r., na fali rozczarowania polityką gospodarczą i społeczną Baracka Obamy (przypomnijmy, że Obama dwukrotnie wygrał wybory prezydenckie na Floydzie, co nie udało się potem żadnemu z trojga kandydujących po nim demokratom). Sześć lat później próbował swoich sił w wyścigu do Białego Domu, który skończył na wczesnym etapie prawyborów.
I tam właśnie na swej drodze spotkał Donalda Trumpa. To jedna z tych historii, które najlepiej pokazują, jak działa polityka w epoce Trumpizmu: najpierw publiczne upokorzenie, potem wymuszone pojednanie, a na końcu chłodny, transakcyjny sojusz. Wtedy Trump uczynił z Rubio wygodny cel: młodszy o pokolenie senator z Florydy miał być ucieleśnieniem bezideowego establishmentu. Padły przezwiska, które przeszły do historii, chociażby „Little Marco”. Kpinom z wyglądu towarzyszyły sugestie o nieudolności, braku charyzmy i politycznej niedojrzałości.
Rubio próbował odpowiadać ironią i punktowymi kontratakami. Wypominał Trumpowi, że ten zatrudniał nielegalnych imigrantów z Polski i musiał za to zapłacić karę. Trump ripostował bez wahania: przez całe życie dawał pracę dziesiątkom tysięcy ludzi, podczas gdy Rubio – ani jednemu. Senator z Florydy próbował jeszcze ustawić się w roli obrońcy wolnego handlu, a potem uderzał w czuły punkt, sugerując, że bez „prezentu” od ojca w wysokości 200 milionów dolarów Trump sprzedawałby dziś zegarki na Manhattanie.
Odpowiedź była natychmiastowa i typowo trumpowska: oskarżenia o kłamstwo, niekompetencję i całkowite oderwanie od rzeczywistości. Ten pojedynek szybko jednak się rozstrzygnął – Rubio poległ nie na argumentach, lecz na stylu. Trump walczył bez reguł i to on dyktował tempo, brutalność i finał tej konfrontacji.
Po klęsce w prawyborach Rubio wycofał się w cień, publicznie dystansował od Trumpa, a po publikacji nagrań z „Access Hollywood”, na których Trump przechwalał się brutalnymi zdobyczami seksualnymi, sugerował nawet, że nie odda na niego głosu. Moralny sprzeciw nie przetrwał jednak próby czasu. Gdy Trump został prezydentem, Rubio stopniowo wracał na orbitę władzy, łagodząc ton, głosując lojalnie i odnajdując dla siebie niszę: przede wszystkim w polityce zagranicznej, gdzie mógł łączyć własną ideologiczną pasję z interesami administracji.
Dziś ich relacja pozbawiona jest dawnych emocji: nie ma przyjaźni ani wzajemnej fascynacji, jest za to zimna użyteczność.
Trump toleruje Rubio jako sprawnego wykonawcę twardej linii wobec Chin i Ameryki Łacińskiej, Rubio zaś zaakceptował regułę Trumpowskiego świata, w którym dawne zniewagi nie mają znaczenia, jeśli jesteś potrzebny. Tę samą drogę przeszedł też wiceprezydent J.D. Vance.
Co do Chin: szef dyplomacji w rządzie Trumpa należy do najbardziej radykalnych polityków amerykańskiego mainstreamu i od lat wyznacza twardą, ideologiczną linię konfrontacji z Pekinem. Nie postrzega relacji z Chińską Republiką Ludową wyłącznie w kategoriach handlowych czy geopolitycznego pragmatyzmu, lecz jako długofalowy konflikt systemowy między liberalną demokracją a autorytarnym komunizmem.
Był jednym z głównych inicjatorów sankcji wobec chińskich urzędników odpowiedzialnych za represje w Sinciangu, współtworzył ustawodawstwo uznające prześladowania Ujgurów za ludobójstwo i forsował zakaz importu towarów powstających w warunkach pracy przymusowej.
Jego aktywność była na tyle intensywna, że w 2020 r., czyli na rok przed objęciem stanowiska szefa MSZ USA, władze Chin objęły go osobistymi sankcjami, co w praktyce zamknęło mu wjazd do kraju. Rubio otwarcie domagał się bojkotu zimowych igrzysk olimpijskich w Pekinie, nazywając państwo chińskie „ludobójczym reżimem” oraz konsekwentnie wspiera militaryzację Tajwanu i przygotowania USA na możliwość konfliktu w Azji.
W odróżnieniu od Donalda Trumpa, skłonnego do transakcyjnych zwrotów akcji, Rubio jest przedstawicielem republikańskiego skrzydła, które jest przekonane, że z Chinami nie da się zawrzeć trwałego kompromisu – można je jedynie powstrzymywać, izolować i osłabiać, nawet kosztem eskalacji napięć globalnych.
W sprawie Izraela Marco Rubio reprezentuje linię absolutnie bezwarunkowego poparcia dla rządów Binjamina Netanjahu, co sytuuje go wśród najbardziej lojalnych sojuszników Jerozolimy w amerykańskim Senacie.
Otwarcie uznaje Organizację Narodów Zjednoczonych za forum strukturalnie uprzedzone wobec Izraela i konsekwentnie sprzeciwia się wszelkim próbom umiędzynarodowienia konfliktu izraelsko-palestyńskiego. W 2017 r. był współautorem ponadpartyjnej inicjatywy potępiającej rezolucję Rady Bezpieczeństwa ONZ uznającą żydowskie osiedla za nielegalne. Rubio argumentował, że podobne działania nie przybliżają Bliskiego Wschodu do pokoju, lecz podważają legitymację państwa izraelskiego i wzmacniają kampanie bojkotu oraz presję dyplomatyczną. Choć formalnie deklaruje poparcie dla rozwiązania dwupaństwowego, ale wyłącznie jako efektu bezpośrednich negocjacji stron. W praktyce odrzuca wszelkie zewnętrzne ramy, sankcje czy narzucane harmonogramy.
Jego bliskie relacje z izraelskim establishmentem, w tym z premierem Netanyahu oraz twarda retoryka wobec krytyków Izraela czynią z Rubio jednego z głównych architektów republikańskiej polityki, w której bezpieczeństwo i interesy Izraela traktowane są jako element strategicznego zobowiązania USA, a nie przedmiot dyplomatycznego kompromisu.
W kwestii Iranu Rubio zajmuje jednoznacznie twarde stanowisko.
Jako szef dyplomacji otwarcie wskazuje na irański reżim jako jedno z głównych ognisk niestabilności na Bliskim Wschodzie, podkreślając nie tylko kwestie proliferacji nuklearnej, lecz także łamanie praw człowieka i sponsorowanie organizacji uznawanych przez Waszyngton za terrorystyczne. W wywiadach i oświadczeniach zwraca uwagę, że amerykański spór z Teheranem nie ogranicza się wyłącznie do programu nuklearnego, lecz dotyczy również sposobu, w jaki irański rząd traktuje własnych obywateli i wspiera watażków w regionie.
W jego wizji negocjacje z Iranem mogą prowadzić jedynie do prawdziwego ograniczenia potencjału nuklearnego, a nie do jego ograniczenia i zachowania pod pozorem „pokojowych celów” – w przeciwnym razie sankcje i presja pozostaną głównymi narzędziami polityki USA wobec Teheranu.
A sprawy dla nas najważniejsze? W momencie, gdy Putin rozpoczął pełnoskalową inwazję na Ukrainę w lutym 2022 r., Marco Rubio uznał działania Kremla za naruszenie fundamentalnych zasad. Jako senator już w pierwszych dniach wojny potępił rosyjską agresję, podkreślając, że wkroczenie wojsk na terytorium niepodległego sąsiada narusza podstawowe zasady prawa międzynarodowego, a świat demokratyczny nie może pozostawać obojętny wobec takiej brutalnej ekspansji.
Wtedy nie ukrywał, że Rosja jest jednym z głównych czynników destabilizujących Europę. Jeszcze przed 2022 r. nazywał Putina „gangsterem”, podkreślając, że agresywna polityka Moskwy to nie tylko zagrożenie militarne, ale też szeroko zakrojone działania hybrydowe i cyberataki wymierzone w państwa demokratyczne.
Już jako sekretarz stanu w administracji Trumpa Rubio przyjął podejście bardziej pragmatyczne. Oficjalnie Waszyngton nadal potępia rosyjską inwazję i podtrzymuje sankcje, ale Rubio wyraża przekonanie, że wojna „nie może trwać w nieskończoność” i musi znaleźć się sposób na jej zakończenie, zanim bierna postawa doprowadzi do jeszcze większej liczby ofiar.
Ostatnio w wypowiedziach Rubio pojawia się osobliwy utylitaryzm: przekonanie, że Stany Zjednoczone nie chcą, by wojna zamieniła się w globalny konflikt, mimo moralnej solidarności z Ukrainą. W jego ocenie to właśnie korygowanie równowagi sił i doprowadzenie do kompromisu, w którym obydwie strony muszą pójść na ustępstwa, daje jedyną szansę na trwały pokój.
Wielu krytyków, zwłaszcza w Europie Środkowej i Wschodniej, postrzega takie podejście jako ustępstwo wobec imperialnych ambicji Moskwy oraz ryzyko dopuszczenia do tego, by agresor w praktyce dyktował warunki zakończenia wojny. Z perspektywy Polski i innych krajów regionu rodzi pytania o granice kompromisu wobec brutalnej agresji na suwerenne państwo.
W polityce społecznej syn kubańskich imigrantów jest ultrakonserwatywny. W kwestii aborcji Rubio od lat prezentuje stanowisko skrajnie restrykcyjne, osadzone w języku katolickiej moralności.
Sam wielokrotnie powtarzał, że jego osobistym ideałem byłby niemal całkowity zakaz aborcji, z jedynym wyjątkiem: ratowania życia kobiety.
W praktyce oznacza to także sprzeciw wobec wyjątków dla ofiar gwałtu czy kazirodztwa, co Rubio mówił wprost podczas kampanii prezydenckiej w 2015 r., podkreślając, że sytuacja „nie wymaga” takich wyjątków w prawie. Jednocześnie jego dorobek legislacyjny jest bardziej pragmatyczny niż deklaracje: jako senator popierał projekty ustaw zawierające wyjątki dla gwałtu i kazirodztwa, argumentując, że są one politycznym kompromisem pozwalającym „ratować jak najwięcej istnień”. Ta dwoistość – bezkompromisowa retoryka i taktyczna elastyczność w głosowaniach – stała się trwałym elementem jego wizerunku jako jednego z ideologicznych liderów prawicy w sporze o prawa reprodukcyjne.
W sprawie Obamacare, czyli systemu ubezpieczeń zdrowotnych, polityk od początku zajmował stanowisko otwarcie wrogie wobec Obamowskiej reformy.
Jako senator wielokrotnie głosował za uchyleniem ustawy i w 2017 r. deklarował gotowość poparcia jej likwidacji nawet bez przygotowanego wcześniej jakiegoś systemu zastępczego. Argumentował, że Obamacare jest „z gruntu zepsuta”, podnosi koszty ubezpieczeń i szczególnie uderza w młodszych, zdrowszych Amerykanów, którym – jego zdaniem – oferuje drogie polisy ze zbyt wysokimi udziałami własnymi.
Rubio odrzucał koncepcję „naprawiania” systemu, forsowaną przez Demokratów i umiarkowanych Republikanów, traktując ją jako utrwalanie błędnej architektury państwowej interwencji. Ta postawa była politycznie ryzykowna zwłaszcza na Florydzie, gdzie z Obamacare korzystały i korzystają miliony osób.
Marco Rubio widzi w Wenezueli — a potencjalnie także w Kubie — nie tylko pole manewru geopolitycznego, lecz także narzędzie budowania własnej pozycji w Partii Republikańskiej. W Waszyngtonie rośnie jego znaczenie jako jednego z głównych architektów amerykańskiej polityki wobec Ameryki Łacińskiej — zarówno w oczach jej zwolenników, jak i krytyków, obawiających się głębokiej ingerencji USA w regionie.
Pytanie, czy polityk zamierza jeszcze raz ubiegać się o prezydenturę, pozostaje na razie bez jednoznacznej odpowiedzi. Pozycjonując się dziś jako lojalny sekretarz stanu w administracji Donalda Trumpa, publicznie podkreśla, że jego priorytetem jest pełnienie obecnej funkcji do końca kadencji. W wywiadach unika deklaracji o starcie, a nawet sugerował, że wolałby, aby przedstawicielem Republikanów w 2028 r. został wiceprezydent J.D. Vance. Rubio mówił wprost, że Vance byłby „świetnym kandydatem”, jeśli zdecyduje się wystartować.
Trump tymczasem nie zamyka przed Rubio drzwi, o czym świadczy to, że pozwala sekretarzowi stanu kumulować władzę. Jedyną osobą, która wcześniej jednocześnie pełniła funkcję szefa dyplomacji i doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego był ponad 50 lat temu Henry Kissinger.
Były korespondent polskich mediów w USA, regularnie publikuje w gazeta.pl i Vogue, wcześniej pisał do Polityki, Tygodnika Powszechnego, Gazety Wyborczej i Dwutygodnika. Komentuje amerykańską politykę na antenie TOK FM. Oprócz tego zajmuje się animowaniem wydarzeń kulturalnych i produkcją teatru w warszawskim Śródmieściu. Dużo czyta i podróżuje, dalej studiuje na własną rękę historię idei, z form dziennikarskich najlepiej się czuje w wywiadzie i reportażu.
Były korespondent polskich mediów w USA, regularnie publikuje w gazeta.pl i Vogue, wcześniej pisał do Polityki, Tygodnika Powszechnego, Gazety Wyborczej i Dwutygodnika. Komentuje amerykańską politykę na antenie TOK FM. Oprócz tego zajmuje się animowaniem wydarzeń kulturalnych i produkcją teatru w warszawskim Śródmieściu. Dużo czyta i podróżuje, dalej studiuje na własną rękę historię idei, z form dziennikarskich najlepiej się czuje w wywiadzie i reportażu.
Komentarze