Marek Jurek przez przypadek zdekonstruował ksenofobiczną retorykę, którą stosuje PiS. Pomylił uchodźcę z imigrantem ekonomicznym i udowodnił, że ekonomicznych migrantów możemy do Polski przyjmować bez szwanku, a nawet z zyskiem


Mamy milion Ukraińców w Polsce. To w ogóle nie interesuje Komisji Europejskiej. Szczególnie ta Ukraina za Zbruczem (...). Ci ludzie mają takie samo prawo do poprawy swojego statusu życia i Polska im w tym pomaga

Marek Jurek, Trójka - 16/06/2017

fot. Bartosz Bobkowski / Agencja Gazeta


Zbity zegar. Pomieszanie z poplątaniem.


Marek Jurek, lider ugrupowania Prawica Rzeczpospolitej i europoseł z listy Prawa i Sprawiedliwości, udowodnił, że z trwającego obecnie kryzysu uchodźczego niewiele rozumie. Przywołał popularny pośród polityków prawicy argument dlaczego Polska nie powinna przyjmować uchodźców z ogarniętych konfliktami terenów Bliskiego Wschodu i Północnej Afryki. Twierdzi, że nie mamy obowiązku przyjmować tych osób, bo przyjęliśmy już „ogromną liczbę” uchodźców z Ukrainy.

Ta wypowiedź na wielu poziomach nie ma sensu.

Owszem, szacuje się, że w ostatnich latach przybyło do Polski około miliona Ukraińców i Ukrainek. Jednak większość trudno nazwać uchodźcami. We wschodniej Ukrainie trwa obecnie konflikt zbrojny. Ale osoby, które stamtąd przybywają, to tylko mała część wszystkich przybyszów. Większość pochodzi z innych części kraju m.in. – jak mówi sam Jurek np. „z Ukrainy za Zbruczem” (to dawna granica II RP).

Oczywiście, choć rosyjska inwazja objęła tylko mały kawałek kraju, jej gospodarcze skutki odczuła cała Ukraina. Tylko w latach 2013-15 jej PKB zmniejszyło się o 15 proc, a pensje spadły. Wielu obywateli Ukrainy „za chlebem” wyjeżdża do innych krajów, najczęściej do Polski.



I tu przykład niekonsekwencji wśród polityków PiS. A właściwie podstawianie pod pojecie uchodźca pojęcia imigrant ekonomiczny w sposób całkowicie dowolny. Niemal codziennie kolejny działacz PiS  tłumaczy, że ludzie uciekający przed konfliktem w Syrii to nie uchodźcy, tylko właśnie imigranci ekonomiczni, którzy przyjechali tu czerpać garściami z zachodniego dobrobytu. A my ich nie możemy przyjmować bo przyjmujemy zbyt wielu uchodźców, obywateli Ukrainy.

Owszem, przyjmujemy ich dużo, ale nie są to uchodźcy, tacy jak uciekinierzy wojenni z Syrii, tylko według języka PiS, właśnie imigranci ekonomiczni. A zatem wg. partii rządzącej imigranta ekonomicznego z Ukrainy można przyjąć, a imigranta ekonomicznego z Syrii już nie.

Nie znaczy to oczywiście, że z Ukrainy nie przybywają do nas uchodźcy. Ale ich akurat nie przyjmujemy – dla przykładu, w 2016 r. z 757 złożonych przez Ukraińców i Ukrainki podań o ochronę rządu RP, pozytywnie rozpatrzonych zostało tylko 68, czyli jedynie ok. 9 proc.

A status uchodźcy uzyskało zaledwie 16 Ukraińców!

Spośród wszystkich cudzoziemców, którzy starali się w Polsce o ochronę, wnioski tylko 307 zostały pozytywnie rozpatrzone – to znaczy, że 68 Ukraińców to zaledwie 22 proc. osób z przyznanym statusem uchodźcy lub ochroną międzynarodową. Jak informuje Urząd ds Cudzoziemców: „Stanowi to około 2,5 proc. osób, które złożyły wnioski o nadanie statusu uchodźcy – o ponad połowę mniej niż rok wcześniej”.

Faktem jest jednak, że sytuacja Ukraińców poprawiła się nieco w 2017 r. Już w pierwszych pięciu miesiącach Polska udzieliła ochrony (nadając status uchodźcy lub przyznając ochronę uzupełniającą) 140 obywatelom Ukrainy. Negatywnie rozpatrzonych wniosków było jednak więcej – 185.

Jak Polska „pomaga” Ukraińcom?

Marek Jurek zarzucił też Komisji Europejskiej, że ta „w ogóle nie interesuje się” tym, że do nas przyjechali Ukraińcy. W kontekście kryzysu uchodźczego na Bliskim Wschodzie być może nie – bo nie ma to nic do rzeczy.

Spór między Polską a KE o wypełnienie zobowiązania do relokacji – to znaczy do przyjęcia osób, które w Europie już są – ściśniętych w małych obozach w Grecji i Włoszech. W rozwiązaniu tego problemu chodzi więc nie tylko o pomoc ludziom w potrzebie, ale również o podstawową europejską solidarność i nasze zobowiązania traktatowe.



Drugą sprawą jest nazywanie stosunku Polski do przyjeżdżających Ukraińców „pomaganiem”.

Nie od dziś wiadomo, że Polska jest w słabej sytuacji demograficznej – w niektórych sektorach rynku najzwyczajniej brakuje rąk do pracy. Mimo wspomnianego miliona Ukraińców, w Polsce panuje obecnie historycznie niskie bezrobocie – w kwietniu wyniosło tylko 7,7 proc. wg. danych GUS.

Ukraińcy pełnią rolę podobną, jak np. Polacy w Wielkiej Brytanii – zatrudniają się w pracach, na które, z powodu niskich płac i kiepskich warunków, coraz trudniej jest znaleźć chętnych wśród obywateli danego kraju.

Jeżeli już zatem mówić o „pomaganiu”, to raczej dwustronnym. W dodatku, według danych ZUS, 230 tys. (spośród ok. 1,2 mln) pracujących w Polsce Ukraińców płaci składki na ubezpieczenie emerytalno-rentowe.

W dodatku od 11 czerwca 2017 r. „uchodźcy” z Ukrainy mogą bez wiz wjeżdżać do wszystkich krajów Unii Europejskiej.  „Ukraiński” argument polityków PiS uległ więc całkowitej destrukcji.


Opłać abonament na wolność słowa

Socjolog, absolwent Uniwersytetu Cambridge, analityk Fundacji Kaleckiego. Publikował m.in. w „Res Publice Nowej”, „Polska The Times”, „Dzienniku Gazecie Prawnej” i „Dzienniku Opinii”.


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym