0:000:00

0:00

Praw człowieka nie zdobywa się uśmiechem

W Polsce trwa gorąca debata na temat praw osób LGBT+. Obok jednoznacznych przeciwników i jednoznacznych zwolenników tych praw wyodrębniła się trzecia grupa osób. To ludzie, którzy deklarują, że wprawdzie są przeciw dyskryminacji mniejszości seksualnych, ale uważają, iż przyjęte przez nie formy protestu – od wieszania flag na pomnikach po środkowy palec Margot – są obraźliwe i nieskuteczne.

Przeczytaj także:

Takie osoby zazwyczaj uważają się za umiarkowane i zdroworozsądkowe. To nic nowego. Wystarczy zerknąć na Stany Zjednoczone, gdzie toczy się obecnie podobna debata na temat dyskryminacji Afroamerykanów.

Na niedawnej konwencji Partii Republikańskiej w rolę „umiarkowanych i rozsądnych” próbowali się wcielić Donald Trump i jego zwolennicy. Oskarżali ruch „Black Lives Matter” o zbytnią agresję i powoływali się na amerykańską historię, która miałaby rzekomo dowodzić, że takie spory da się rozwiązać „na spokojnie”.

Problem w tym, że historia ruchów obywatelskich dowodzi raczej czegoś przeciwnego. Niezależnie od tego, czy chodziło o prawa kobiet, osób LGBT+ bądź mniejszości etnicznych, zawsze pojawiały się narzekania na zbytnią agresję ludzi walczących o te prawa. Ich protesty były uznawane za „spokojne” co najwyżej po fakcie, gdy odnieśli zwycięstwo.

Walka o własne prawa to nie tylko sny i marzenia

Weźmy ruch, na którego czele stał Martin Luther King. Słynny pastor uchodzi dziś za ikonę pokojowych protestów. Kojarzymy go głównie ze słynnej przemowy o marzeniu czy też – w niektórych polskich tłumaczeniach – snu. To mocno uproszczony obraz, który nie uwzględnia ani tego, jak bardzo kontrowersyjną postacią był King dla swoich współczesnych, ani tego, jak mocno był on sfrustrowany postawą „spokojnych i umiarkowanych” mieszkańców USA.

Przemowa, na której King wypowiedział słynne „I have a dream”, odbyła się na zakończenie marszu waszyngtońskiego z 1963 roku, w którym wzięło 250 tysięcy osób. Jeden z sondaży przeprowadzonych po tym wydarzeniu pokazał, że 74 procent Amerykanów uważało takie masowe marsze za szkodliwe dla sprawy czarnoskórych mieszkańców USA.

Tak wyglądała rzeczywistość tamtych czasów. King nieustannie był krytykowany za potęgowanie napięć społecznych, zbyt daleko posunięte żądania i nieskuteczność.

Oprawca nigdy nie daje wolności sam z siebie

Dlatego oprócz słynnej przemowy o marzeniach napisał też „list z więzienia w Birmingham”, w którym skrytykował „umiarkowanych i rozsądnych” swoich czasów. Ostatnio fragmenty tego listu zamieścił na Facebooku Stanisław Krawczyk, socjolog i publicysta.

Jak ulał pasują one do obecnej sytuacji zarówno w USA, jak i Polsce. Gdyby wprowadzić kilka drobnych zmian, to można by je opublikować jako polemikę z dzisiejszymi krytykami „zbytniej agresji ruchu LGBT+”. Wiele osób zapewne nie zorientowałoby się nawet, że to tekst sprzed kilkudziesięciu lat, napisany przez osobę uchodzącą za symbol „pokojowych protestów”.

Oto dwa przykładowe fragmenty:

„Przede wszystkim muszę wyznać, że w ciągu ostatnich kilku lat poważnie rozczarowałem się białym umiarkowaniem. Doszedłem do smutnego wniosku, że wielką przeszkodą czarnych w ich dążeniu do wolności nie są Rada Białego Obywatela czy Ku Klux Klan, ale umiarkowani biali, którym bardziej zależy na »porządku« niż sprawiedliwości; którzy wolą negatywny pokój bez napięć od pozytywnego pokoju, jakim jest obecność sprawiedliwości; którzy ciągle powtarzają: »Zgadzam się z waszym celem, ale nie mogę zgodzić się z waszymi metodami działania«; którzy paternalistycznie wierzą, że mogą ustalać harmonogram wolności innego człowieka.

Dzięki bolesnemu doświadczeniu wiemy, że oprawca nigdy nie daje wolności sam z siebie; uciskani muszą się jej domagać. Szczerze mówiąc, nie brałem jeszcze udziału w kampanii, która z punktu widzenia ludzi nieodczuwających na własnej skórze okrucieństwa segregacji odbywałaby się »w odpowiednim momencie«. Od lat słyszę słowo »czekaj!« Każdy czarny je zna. To »czekaj« prawie zawsze oznacza »nigdy«".

Jonathan Rieder, socjolog z Columbia University, podkreśla, że King nie był miłym kompanem, który rozprawiał o swoich marzeniach, ale gniewnym człowiekiem uważającym „umiarkowanie” za główną przeszkodę na drodze do usunięcia segregacji rasowej.

Jak to się stało, że z jednej z najbardziej znienawidzonych postaci stał się symbolem „pokojowych protestów”?

Trafnie wyjaśnia to Maggie Astor, dziennikarka „New York Timesa”, opisująca typowy mechanizm społecznego odbioru ruchów obywatelskich: „Kiedy ruch nabiera rozpędu, nieproporcjonalnie dużą uwagę przywiązuje się do jego najbardziej konfrontacyjnych przejawów, a krytycy często przedstawiają je jako reprezentatywne dla całości. Gdy po latach opowiada się historię tego ruchu, jest na odwrót, teraz to najmniej konfrontacyjne elementy są podkreślane: historia ruchu zostaje oczyszczona na potrzeby publicznej konsumpcji, niewiele mówi się o sprzeciwie, jaki napotkał on w swoim czasie, zamiast tego używa się zmitologizowanej wersji przeszłości, aby zdyskredytować współczesnych przedstawicieli ruchu”.

Sufrażystki palą kukłę prezydenta pod Białym Domem

Ten mechanizm nie dotyczy tylko ruchu, na którego czele stał King. Podobnie ma się sprawa z sufrażystkami walczącymi o prawa kobiet. Dziś albo w ogóle nie opowiadamy sobie ich historii, albo przedstawiamy ją w mocno ugładzonej wersji. A środki, po które sięgały na przykład amerykańskie sufrażystki, aby dopiąć swego, były w ich czasach uważane za radykalne i przeciwskuteczne.

„Drogie panie, skąd to chamstwo? Po co ten patos? Jaka kombinacja substancji szarej doprowadziła do tego, że dobrze wychowane kobiety łamią wszystkie konwencjonalne zasady uprzejmych zgromadzeń? Kobieta z żadnej klasy i żadnej frakcji nie powinna sobie pozwalać na takie zabawy” – pisano w „New American Woman”, gdy sufrażystki udały się protestować pod Biały Dom.

Działo się to w czasie I wojny światowej, więc kiedy tylko USA do niej przystąpiły, sufrażystki zaczęto oskarżać o brak patriotyzmu i działanie na szkodę państwa. Możemy sobie łatwo wyobrazić reakcje.

Wystarczy pomyśleć, jak w naszym kraju reagowałaby na protesty osób LGBT+ frakcja „to nie jest najlepszy moment”, gdyby Polska brała udział w wojnie.

Amerykańskie sufrażystki uważały, że moment jest doskonały i nie omieszkały podkreślić hipokryzji ówczesnego prezydenta Thomasa Woodrowa Wilsona. Zjawiły się pod Białym Domem z transparentem, na którym widniały jego słowa tłumaczące, czemu USA przystąpiło do wojny: „Musimy walczyć o rzeczy, które zawsze były dla nas najdroższe – o demokrację, o prawo ludzi podporządkowanych danej władzy do wpływu na swój rząd”.

Część sufrażystek trafiła do więzienia – oficjalnie za utrudnianie ruchu drogowego. Z powodu fatalnego sposobu, w jaki je tam traktowano, opinia publiczna zaczęła domagać się ich uwolnienia. Po wypuszczeniu na wolność sufrażystki nie zamierzały odpuszczać.

Gdy w październiku 1919 roku amerykański Senat odrzucił stosowną poprawkę do konstytucji, spaliły pod Białym Domem kukłę prezydenta. „Palimy kukłę nie prezydenta wolnych ludzi, lecz przywódcy autokratycznej organizacji partyjnej, której tyraniczna władza trzyma miliony kobiet w politycznej niewoli” – obwieściła jedna z sufrażystek.

Zmagania zakończyły się powodzeniem w 1920 roku. Najpierw poprawkę przyjęły Izba Reprezentantów i Senat, a potem trzy czwarte stanów. Po głosowaniu w Tennessee można było wprowadzić zmiany do konstytucji. „Chamskie” kobiety odniosły sukces.

Bunt w Stonewall przechodzi do historii

Historia ruchów LGBT+ także jest pełna gniewnych protestów, by wspomnieć najsłynniejszy przypadek – bunt Stonewall z czerwca 1969 roku, kiedy to nalot policji na gejowski klub sprowokował całonocne zamieszki.

Dziś wydarzeń w Stonewall nie uważa się za przykład agresji czy braku kultury mniejszości, ale za symbol ich niezgody na dyskryminację.

„Powstanie w Stonewall przeciągnęło się do następnej nocy i jeszcze dalej, upamiętniano je jubileuszowymi wiecami, które utorowały drogę Paradzie Równości” – pisał w 50. rocznicę wydarzeń Michael Wilson z „New York Timesa”.

Gdyby mniejszości schyliły wtedy pokornie głowę i poczekały na „lepszy moment”, ruch na rzecz praw LGBT+ mógłby jeszcze długo nie przebić się do ogólnej świadomości. To właśnie takie wydarzenia jak zamieszki w Stonewall zmuszają opinię publiczną do rozpoczęcia debaty na temat dyskryminacji.

„Głównym celem protestów jest naruszenie codziennego trybu życia, przerwanie wcześniej zaplanowanego programu, abyś zwrócił uwagę na coś nowego ” – tłumaczy politolożka Deva Woodly.

W tym kontekście zarzucanie protestującym, że sięgają po niecodzienne, prowokacyjne środki jest bezsensu. Gdyby zwykłe, „uprzejme” działania przynosiły skutek, to dyskryminowana grupa w ogóle nie musiałaby protestować, bo jej problemy dawno zostałyby rozwiązane.

To właśnie brak skuteczności takich środków sprawia, że muszą uciekać się do ostrzejszych sposobów walki o swoje. A patrząc na historię zmagań sufrażystek, ruchu LGBT+ czy czarnych mieszkańców USA, należy zauważyć, że flagi na pomnikach, a nawet pokazanie środkowego palca, to nadal bardzo łagodna forma protestu.

Hetero też nie wszyscy są mili

Krytykowanie aktywistów za brak kultury i szacunku jest znanym sposobem na pacyfikowanie ruchów obywatelskich. Działa to na dwóch poziomach.

Po pierwsze, pozwala wprowadzić fałszywy symetryzm. Gdy skupiamy się na kulturze i szacunku – słowem: na estetyce protestów – łatwiej przedstawić dyskryminowaną grupę i jej przeciwników jako dwie skrajności.

Oni mówią, że jesteście zarazą, ale wy wieszacie tęczowe flagi na pomnikach, więc wam, tak jak i im, brakuje szacunku dla drugiej strony.

Trudniej symetryzować, gdy spojrzymy na problem nie z perspektywy szacunku, lecz praw człowieka i obywatela. Nagle się okazuje, że z jednej strony mamy znękaną grupę ludzi, która nie może czuć się ani równa ani bezpieczna w swoim kraju, z drugiej osoby, dla których największym problemem są symboliczne gesty obrażające ich uczucia.

Po drugie, skupianie się na kulturze protestów, stawia przed dyskryminowaną grupą warunek niemożliwy do spełnienia. Jeżeli osoby LGBT+ muszą być co do jednej miłe, żeby wywalczyć swoje prawa, to trzeba powiedzieć sobie wprost: żadna grupa społeczna nie jest w stanie sprostać takim wymaganiom.

Niezależnie od tego, czy mówimy o mniejszościach seksualnych, o osobach heteroseksualnych, kobietach, mężczyznach, czarnych, białych czy kimkolwiek innym, zawsze znajdzie się w tej grupie osoba, której zachowanie można uznać za obraźliwe.

Tak więc rozmowa o szacunku i kulturze, zamiast o prawach człowieka, daje ciągły pretekst do zmiany tematu. Widać to doskonale na polskim przykładzie: pod pretekstem rozmowy o skuteczności różnych form protestu przenosi się uwagę z problemu systemowej dyskryminacji na „problem” kulturalności gestów pojedynczych osób.

Jeśli historia czegoś nas uczy, to tego, że dyskryminowana grupa musi swoje prawa wydrzeć, nie zważając na dobre rady osób, których bardziej absorbuje estetyka gestów niż lata poniżania i wykluczania ze wspólnoty setek tysięcy ludzi.

Udostępnij:

Tomasz Markiewka

Filozof, autor książek „Język Neoliberalizmu” (Wydawnictwo Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, 2017) i "Gniew" (Wydawnictwo Czarne, 2020)

Przeczytaj także:

Komentarze