0:00
27 października 2021

Marsz Niepodległości. Nacjonaliści przegrywają w sądach, ale i tak pomaszerują

Sąd Okręgowy (nieprawomocnie) uchylił decyzję wojewody Radziwiłła o rejestracji Marszu Niepodległości jako wydarzenia cyklicznego. Niezależnie od formalnego finału pewne jest jedno - narodowcy przejdą przez Warszawę. Legalnie albo z naruszeniem przepisów, ale pod parasolem władzy

Wydrukuj

To kolejna odsłona walki o formułę tegorocznego Marszu Niepodległości. Wszystko zaczęło się od informacji, że "14 kobiet z mostu", wykorzystując zwłokę narodowców w formalizowaniu tegorocznej imprezy, zarejestrowało na trasie ich przemarszu własne zgromadzenie. Pomocną dłoń do organizatorów przemarszu wyciągnął wojewoda mazowiecki Konstanty Radziwiłł, rejestrując 25 października MN jako zgromadzenie cykliczne na lata 2021-2023. Oznaczało to, że marsz miałby pierwszeństwo wobec zgromadzenia kobiet.

Od decyzji tej odwołał się prezydent Rafał Trzaskowski, argumentując, że marsz nie spełnia warunku cykliczności, ponieważ nie odbył się w 2020 roku. W środę 27 października Sąd Okręgowy w Warszawie przyznał mu rację. Narodowcy zapowiedzieli odwołanie się od wyroku. Sprawa trafi wtedy do Sądu Apelacyjnego.

W kolejnych wystąpieniach i wpisach Rafał Trzaskowski podkreśla, że Marsz Niepodległości jest wydarzeniem, które zamiast upamiętniać ważne wydarzenie szarga patriotyczne symbole, promuje nienawistne treści i przyciąga osoby, które wdają się w bójki z policją oraz niszczą mienie. Wśród osób o poglądach liberalnych oraz lewicowych panuje przekonanie, że impreza powinna być po prostu trwale zablokowana. Z punktu widzenia prawa jest to jednak raczej niemożliwe, co w poprzednich latach potwierdzały sądy.

Władze Warszawy od dwóch lat używają wobec tych zgromadzeń mechanizmów czysto proceduralnych.

View post on Facebook

Narodowcy potykają się o formalności

Ratusz przekonuje także, że narodowcy nie spełnili jednego z ustawowych warunków zgromadzenia cyklicznego, ponieważ w 2020 roku Marsz Niepodległości się nie odbył. Przypomnijmy, w 2020 roku prezydent stolicy wydał zakaz organizacji imprezy, powołując się na art. 14 ust. 2 prawa o zgromadzeniach, według którego organ gminy może zakazać zgromadzenia, jeśli “jego odbycie może zagrażać życiu lub zdrowiu ludzi albo mieniu w znacznych rozmiarach”. Tym zagrożeniem była oczywiście pandemia koronawirusa, a swoją decyzję Trzaskowski wsparł negatywną opinią sanepidu. Zakaz ratusza podtrzymał Sąd Okręgowy i Sąd Apelacyjny w Warszawie.

Narodowcy podnosili argument, że w tym czasie przez całą Polskę przetoczyły się strajki kobiet, w których to zgromadzeniach udział brał nawet sam Rafał Trzaskowski. Różnica była jednak taka, że strajków nikt nie próbował nawet rejestrować, odbywały się w charakterze zgromadzeń spontanicznych. Marsz Niepodległości nie spełnia definicji ustawowej takiego wydarzenia.

W sierpniu 2020 roku narodowcy również przegrali z ratuszem sprawę Marszu Zwycięstwa, którego w sierpniu zakazał Trzaskowski. Sąd przyznał prezydentowi rację co do zagrożenia życia i zdrowia, ponieważ wnioskujący zadeklarowali, że w marszu ma wziąć aż 20 tysięcy osób. Zaledwie kilkanaście dni wcześniej w Warszawie odbywała się kilkutysięczna demonstracja solidarności z Margot - zarejestrowano ją bez przeszkód. Różnica polegała na tym, że osoby organizujące zadeklarowały udział zaledwie 150 uczestników, czyli tylu, na ilu zezwalały wówczas antycovidowe przepisy.

Ostatecznie marsz oczywiście się odbył — zarejestrowany jako trzy osobne zgromadzenia w trybie uproszczonym.

Sądy uwzięły się na narodowców?

Wygląda na to, że warszawski ratusz znalazł skuteczny sposób na oficjalne (ale mało realne) blokowanie imprez narodowców. Nie da się ukryć, że podstawy zakazów są czysto formalne. Gdy w poprzednich latach prezydenci miast próbowali tego dokonać z przyczyn rzeczywistych - przegrywali.

Na bezpośrednie zwarcie z narodowcami na ogólnych podstawach poszła w 2018 roku urzędująca jeszcze wówczas prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz. Polityczka podobnie jak Trzaskowski użyła art. 14 ust. 2 prawa o zgromadzeniach, według którego organ gminy może zakazać zgromadzenia, jeśli “jego odbycie może zagrażać życiu lub zdrowiu ludzi albo mieniu w znacznych rozmiarach”.

W swojej decyzji powoływała się m.in. na incydenty i naruszenia prawa towarzyszące marszowi w poprzednich latach, uczestniczenie w nim organizacji uznawanych za faszystowskie (chodziło m.in. o Sicz Karpacką) oraz budzące wątpliwości przygotowanie policji do zabezpieczenia zgromadzenia (odbywała się wtedy akcja protestacyjna funkcjonariuszy).

Sąd Okręgowy w Warszawie uchylił ten zakaz, wskazując m.in., że jeżeli uczestnicy marszu będą popełniać przestępstwa czy wykroczenia, to policja oraz przedstawiciel urzędu miasta mogą interweniować, a w ostateczności rozwiązać zgromadzenie. W tym samym czasie podobna historia działa się we Wrocławiu, gdzie sąd uchylił zakaz przemarszu Jacka Międlara i Piotra Rybaka.

Nie oznacza to, że prewencyjny zakaz zgromadzeń nie jest w ogóle możliwy. Jest on po prostu niezwykle trudny do uzasadnienia. Z orzecznictwa wynika, że władze miast musiałyby wykazać, że zachodzi bardzo ścisły związek między łamaniem prawa a działaniami organizatorów. Na przykład, jeśli ratusz przy wydaniu zakazu chciałby użyć argumentu, że w 2020 podczas marszu doszło do podpalenia mieszkania, to musiałby wykazać, że organizatorzy planują doprowadzić do tego w tym roku i w tym celu zbierają materiały pirotechniczne. Tymczasem, jak wiemy, mieszkania nie podpalił osobiście Robert Bąkiewicz, a zwykły uczestnik, którego rozochociła marszowa atmosfera "walki z lewactwem".

Nieco większą szansę miałoby uprawdopodobnienie złamania prawa poprzez naruszenie zakazu nawoływania do nienawiści. Ale z egzekwowaniem tych przepisów istnieje z kolei systemowy problem, co widać najlepiej na przykładzie niekończących się postępowań przeciwko Jackowi Międlarowi. W martwym punkcie stoją też składane przez polityków opozycji wnioski o delegalizację ONR. Gdyby do tego doszło, współorganizowane przez nich wydarzenia z pewnością zmieniłyby swój prawny status.

Marsz przejdzie, ale którędy?

Wszystko wskazuje na to, że - podobnie jak w ubiegłym roku - Marsz Niepodległości przejdzie ulicami miasta po prostu "bez żadnego trybu". Rafał Trzaskowski podkreśla, że w takim wypadku odpowiedzialność za jego zabezpieczenie i polityczne konsekwencje ponosić będzie w całości policja. To prawda, bo ratusz nie może rozwiązać zgromadzenia, którego nie zarejestrował.

Stawką dla narodowców jest zorganizowanie przemarszu idącego zwyczajową trasą, czyli z ronda Dmowskiego, przez aleje Jerozolimskie, most Poniatowskiego, aż na błonia Stadionu Narodowego. Jeśli sąd apelacyjny podtrzyma decyzję Sądu Okręgowego, narodowcy będą mogli oczywiście zgłosić swoje wydarzenie w trybie normalnym i - co raczej pewne - zostanie ono zarejestrowane. Musiałoby się jednak przesunąć na rzecz organizujących w tym miejscu wydarzenie "14 kobiet z mostu". Problemy z rejestracją wydarzenia mogą być zresztą w całym śródmieściu, ponieważ zgłoszonych zostało już szereg innych wydarzeń. Dla narodowców przesunięcie się na mniej eksponowane miejsce byłoby okazaniem słabości i jest wątpliwe, by chcieli to zrobić. Jeśli jednak będą chcieli wejść na trasę innych zgromadzeń, to policja powinna im to uniemożliwić, co z kolei wizerunkowo byłoby niekorzystne dla PiS, a w praktyce oznaczałoby, że między uczestnikami marszu a służbami ponownie dojdzie do starć.

Udostępnij:

Dominika Sitnicka

Absolwentka prawa i filozofii Uniwersytetu Warszawskiego. Publikowała m.in. w Dwutygodniku, Res Publice Nowej i Magazynie Kulturalnym. Pisze o praworządności, polityce i mediach.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne