Piotrek zbudował na podwórku schron za sześć tysięcy. Pan X chce w swoim trzymać dzieła sztuki. Asia strzela już z visa, beryla i grota. Pytałam pod ukraińską granicą, czy ludzie czytają „Poradnik bezpieczeństwa”
Przyjeżdżam do Piotrka w środku ataku zimy, mróz i śnieg po kolana. Prowadzi mnie najpierw nad rzeczkę.
- Cieszyłem się, że ją mam, bo będę morsować – wraca do czasu, gdy dziesięć lat temu kupował działkę. Dziś mówi o niej: „niezależne źródło wody”.
Idziemy pod dom. Przy garażu szare drzwi. Trochę przymarzły, ale wystarczy mocniej pociągnąć za klamkę. – To mój schron – mówi i zapala światło. – Ma wentylację, nośność cztery tony, można po nim jeździć samochodem. Przed wojną atomową nas nie ochroni, ale w razie alarmu lotniczego daje jakieś zabezpieczenie.
Schron ma trzy metry na trzy. Betonowe ściany, lampa na suficie, półki z przetworami, ziemniaki, cebula.
- To zwykłe, gotowe szambo – mówi Piotr. – Wyciąłem otwór na drzwi. Na razie goła podłoga. Można położyć materace, zamknąć się od środka i przeczekać.
„Jeśli nie możesz ukryć się w oznaczonym miejscu schronienia, zostań w domu – z dala od okien, przy ścianach nośnych, w centralnych pomieszczeniach”. Tak brzmi jedna ze wskazówek z „Poradnika bezpieczeństwa”, który Polacy dostali do domów.
Książeczka jest zbiorem rad na różne sytuacje: od ataku z powietrza, zagrożenia terrorystyczne po długotrwały brak prądu.
„Plecak ewakuacyjny powinien mieć każdy domownik, nawet dzieci”. Do niego schować należy m.in. scyzoryk, zapalniczkę, mapy drukowane, worki na śmieci a nawet pamiątkę rodzinną.
Czy ktoś wziął tę książeczkę na serio? Pojechałam to sprawdzić na polsko-ukraińskie pogranicze, które od kilku już lat słyszy wojnę.
Piotrka niełatwo zastać. Jego grafik od poniedziałku do soboty wypełniony jest po brzegi. Rehabilituje pacjentów. Czasem w gabinecie, czasem w domach. Ma 42 lata.
Jego dom od granicy z Ukrainą dzielą cztery kilometry. Dziś to województwo lubelskie, ale bliżej stąd do Lwowa niż do Lublina. Przed II wojną światową teren ten należał do województwa lwowskiego. Tutejszą atrakcją turystyczną są bunkry linii Mołotowa – radzieckie umocnienia z początku II wojny światowej.
- Czasem w nocy słychać wybuchy na poligonie w Jaworowie – mówi Piotrek. To pod Lwowem. W 2022 r. w Przewodowie, w sąsiednim powiecie rakieta zabiła dwóch mężczyzn.
Do kryjówki Piotrka wchodzi się z poziomu podwórka. Żadnych schodów w dół. – Może to nie wygląda jak schron z filmów, ale swoją rolę spełni. A na co dzień mamy dodatkową piwniczkę. Zrobiliśmy to jesienią, więc jeszcze nie poprzenosiliśmy wszystkiego.
Piotrek zamyka schron i prowadzi do garażu. Siadamy na fotelach wymontowanych z aut.
- Tu w garażu też możemy się schronić.
- A dlaczego zbudowałeś schron?
- Każdy mówi, że w razie czego wyjedzie za granicę. A ja pytam: w jaki sposób? No jak? Do córki do Niemiec. A ja na to: a wyjeżdżaliście z Lublina o godz. 15? Widzieliście, jak to wygląda? A to tylko ludzie z pracy wracają do domów. A jak wybuchnie wojna i wszyscy będą chcieli wyjechać naraz, to będziemy stać w korku w Narolu. A jak nam Niemcy zamkną granicę? Nie ma takiej opcji, żebyśmy wszyscy wyjechali.
Rozmawiamy. Co chwilę dudnienie w podłogę. Jest weekend, po domu biegają dzieci. Syn ma siedem lat, córka pięć.
- Mówiłeś im po co budujesz piwniczkę?
- Ale nie tak by ich traumatyzować. Mówimy im, że może się zdarzyć, że będziemy siedzieć w garażu czy piwnicy przez kilka dni. Że może nie być internetu i prądu, ale mamy latarki. Preppersem nie jestem, ale coś tam się magazynuje na gorsze czasy.
- Według poradnika?
- Jeszcze go nie dostałem. Ja tak sam z siebie.
- To co masz na gorsze czasy?
Piotrek wstaje i zaczyna oprowadzanie. Najbliżej foteli: – Webasto na ropę, do ogrzewania. 200-300 zł kosztuje. Chińczycy to robią masowo i jest coraz tańsze. Kominek. W domu jest pompa ciepła, ale na wszelki wypadek kupiłem. Facet przywiózł z Norwegii. A niech stoi.
Podchodzimy do regału pełnego pudełek, pakunków i kabli.
- Mam dużo latarek. I takich, że samolot ściągną i takich, że są ledwo widoczne. Te ledwo widoczne są dobre, jak nie chcemy, żeby ktoś światło widział z daleka. A oko się przyzwyczaja, więc sobie poradzimy. Dobrej czołówki jeszcze nie mam. Na AliExpress za 150 zł można kupić naprawdę dobre. Jest butla z gazem. Powerbanków sporo. Karimaty, śpiwory, nawet do minus 16 stopni. Ten Bundeswery to już mam ponad 20 lat, nie wiem skąd. Cholernie ciężki, no ale żeby przespać się w garażu, to da radę.
- O, piła ręczna.
- Po co mi piła ręczna? A niech sobie leży. Jakieś termosy jeszcze. A to jest magazyn energii z panelami słonecznymi, przenośny.
Pytam Piotra o zapasy.
- Zakupów większych nie robimy. Makaronów zawsze mamy więcej, konserwy jakieś też, ale nie za dużo. Wiadomo, że piwnica będzie zagospodarowana słoikami, bo co roku robimy soki dla dzieci malinowe i z bzu. Tankuję zawsze do pełna. Nie jeżdżę na rezerwie ani za 50 zł. Już tak praktykuje od dawna. Szkoda mi czasu, żeby tankować co chwilę, a po drugie w razie co, może zabraknąć paliwa.
- Znasz kogoś, kto by walczył?
- Ja będę walczył, bo jak dostanę powołanie do wojska, to co zrobię? Przecież nie będę się w lesie ukrywał.
Piotrek nigdy nie zsumował, ile kosztowały go te wszystkie rzeczy.
- To się kupuje na bieżąco. Zawsze się przyda. Piwnicę chciałbym zrobić jeszcze jedną, może bardziej ukrytą. A tę może jakoś zamaskuję.
Wiadomo, że jak idzie wojna, to nie dowiadujemy się tego o 4 rano, tylko wcześniej jakieś przygotowania są. Wywiad działa.
Tak z Ukrainą było. Dużo ludzi wcześniej uciekało. Tędy to jeden samochód za drugim jechał zanim wybuchła.
- A czemu stąd nie wyjedziesz już teraz?
- Wychowałem się tutaj. A poza tym nie ma różnicy, czy się mieszka 4 km od granicy czy dalej. Przykład drona, który wleciał do mazowieckiego. Po Rosjanach można się wszystkiego spodziewać.
Szybko przekonuję się, że Piotrek to wyjątek. Spaceruję po Hrebennem, w którym na początku lat 90. uruchomiono przejście graniczne z Ukrainą. Po rosyjskiej agresji, stało się bramą dla tysięcy ludzi uciekających przed wojną. Dziś raczej tu sennie.
- Dostał pan „Poradnik bezpieczeństwa”? – zaczepiam mężczyznę rąbiącego drewno. Mieszka przy Biedronce.
- Dostałem. A co miałem nie dostać?
- I jakoś się pan do tych rad zastosuje?
- Proszę pani, to dla miastowych – śmieje się. – Jak coś by się działo, to my tu mamy piwnice.
Przeprasza, ale nie pogada, bo zajęty.
Przy samym przejściu mieszka Krzysztof. Gdy wybuchła wojna, skrzyknął okolicznych mieszkańców i stworzyli punkt, w którym uchodźcy za darmo dostawali picie i jedzenie. Często pierwszy ciepły posiłek od kilkudziesięciu godzin. Punkt był też wybawieniem dla rodzin uchodźców, które przyjeżdżały po bliskich z całej Polski. Spędzali przy przejściu całe noce i dni, spali w samochodach, a ogrzewali się przy ognisku. Przez podwórze Krzysztofa przewijały się tłumy.
Zaprasza do kuchni. – Każdy odczuwa jakiś strach, co będzie jutro. Oby nie, ale ten świat idzie w złym kierunku. W 2014 roku, jak Rosjanie weszli na Krym, stryjek z Jeleniej Góry mówi: ty do piwnicy to zanieś kilof jakiś, łom, młotek. Ale przede wszystkim ze dwa podnośniki, żebyś mógł się wygrzebać.
- Zaniósł pan ten podnośnik?
- No nie, nie było potrzeby, ale myślę, żeby zanieść.
Żona pana Krzysztofa przynosi kawę. – Całe szczęście okno mamy w piwnicy, w razie czego można wyjść, jak się zawali. A wie pani, że ja w 2014 roku bardziej się przestraszyłam niż teraz.
- Czyli w razie czego będzie piwnica? – pytam Krzysztofa.
- Tylko piwnica. Jak coś ciężkiego spadnie, to i tak się człowiek nie uratuje. Teraz nie ma jazdy czołgami, tylko drony.
- Nie myślał pan, by się stąd wyprowadzić?
- To niech mi pani powie, gdzie? Trzeba by to sprzedać, żeby coś kupić gdzieś dalej, a jak to mówią, starych drzew się nie przesadza.
- Jakieś większe zakupy robicie?
Żona: – Na zapas nie kupujemy. Całą piwnicę mamy swoich słoików. Tyle dobrze, że już psa nie mamy. Jak był wilczur, to mąż przygotował bagażnik w Land Roverze, że w razie co psa zabierzemy.
Krzysztof: – Mamy koty. Chyba z osiem, półdzikie. Karmimy, ale nie przychodzą do ręki. Siedzą, patrzą, kiedy jeść damy. Uchodźcy pozostawiali i to się tak rozlęgło.
Zostawiam Hrebenne, jadę dalej. Jeszcze przy aucie mijam kobietę. Wraca z zakupami.
- A pani skorzysta z rad „Poradnika bezpieczeństwa”?
- Na to trzeba mieć pieniądze.
Asię spotykam w sklepie jubilerskim. Dopiero co otworzyła. Parzy kawę, zapach rozchodzi się po eleganckim wnętrzu. Ma świeży manicure i jasną, wyprasowaną koszulę. Mieszka dwadzieścia kilometrów od granicy. Czasem znika na szkolenia z przetrwania.
- Czy ja się boję wojny? Oczywiście, chyba każdy się boi.
Asia, matka dwóch chłopców należy do Wojsk Obrony Terytorialnej. Ma 33 lata. – Zawsze lubiłam w-f i wojsko.
Wstąpienie do WOT to pomysł jeszcze sprzed wojny w Ukrainie. Po jej wybuchu utwierdziła się, że to była dobra decyzja.
- Bo człowiek jest tak skonstruowany, że nosi w sobie różne lęki. Wojnę mamy za plecami. Putin jest osobą nieobliczalną i nikt nam nie jest w stanie powiedzieć, że wojny nie będzie. Nikt nie ma takich informacji.
Bezradność budzi lęk w ludziach. A jeżeli w jakiś sposób się do czegoś przygotujemy, czujemy się bezpieczniej.
Przetrwanie Asia ćwiczy w różnych warunkach.
- Na przykład trzy dni w lesie. Bez śpiwora, karimaty. W grudniu!
- Bez śpiwora?
- Nie można, musimy sobie poradzić bez.
- Ale jak?
- Nazbierać gałęzi, zbudować szałas, ognisko rozpalić. Do jedzenia dostajemy rację żywnościową: konserwę i paczkę sucharów. Na cały dzień. Do tego półtora litra wody, ale jak kończymy szkolenie, to musimy mieć wody tyle samo. Tyle co na starcie, to i na mecie. Musimy ją sobie pozyskiwać, śnieg topić czy nalewać z jeziorek. Filtry z piasku, gotujemy i pijemy. W takim metalowym kubeczku, ważne, żeby taki kubek mieć. W lesie dużo razy spałam. Czy się boję kleszczy? No boję się, żeby nie mieć boreliozy. Jak szliśmy gdzieś daleko, np. jak chodziliśmy po górach, bałam się, że nie dam rady, że z tyłu będę, że coś mnie będzie bolało.
- A plecak ewakuacyjny masz?
- Ja mam całą szafę rzeczy. Różnego rodzaju noże, scyzoryki, wkładki grzejące do butów. Działają osiem godzin. Stuptuty, co się zakłada na głęboki śnieg. Elektrolity w proszku, batony. W zależności od tego na jakie szkolenie jadę, wrzucam do plecaka to, co mi potrzeba.
- Te wszystkie rzeczy masz też dla męża i dzieci?
- Na razie dla siebie. Aż tak nie panikuję.
Asia sięga po telefon. Paznokcie stukają o ekran. – Zobacz – pokazuje zdjęcia. – Strzelamy w całym uposażeniu. Strzelanie lubię.
- Co masz na głowie na tym zdjęciu?
- Hałer, hełm balistyczny. To podstawowy element wyposażenia żołnierzy. Do niego podpinamy noktowizje, żeby widzieć w nocy. Strzelam z visa, beryla i grota. Uważam, że to dobry pomysł, żeby ludzie dostali ten poradnik, bo mogą sobie najpotrzebniejsze rzeczy zgromadzić.
- To co powinniśmy mieć w domu?
- Dobry nóż, ale nie kuchenny, tylko taki taktyczny. Nawet siekierę albo piłkę.
- Po co?
- Żeby ściąć drzewo, zrobić szałas, jakieś schronienie, gdzie można się przespać.
- Co jeszcze?
- Ubrania przeciwdeszczowe. Opatrunki, coś do dezynfekcji, stazę taktyczną. Jak ktoś ma krwotok, trzeba umieć pomóc, by się nie wykrwawił. Stazę można zamówić w internecie. No i krzesiwo do rozpalania ognia.
- Skąd je wziąć?
- Można z AliExpress. Zapałki czy zapalniczka mogą przemoknąć i wtedy nic nie zrobimy.
- Trudno rozpalić ogień krzesiwem?
- Jeśli nikt ci nie pokaże, to tak. Najpierw kora z brzozy, taka miotełka, potem iskra. Jednym ruchem. Moje dzieci potrafią.
- A zapasy jedzenia?
- Bardzo dużo ludzi chomikuje jedzenie, piwnice całe mają zawalone, bo mają lęk, że jedzenia nie będzie. Widziałam o tym program, ale nie polski. No kurczę, chore. Potem to wymieniają, bo data ważności się kończy. Wiadomo, jakieś zapasy trzeba mieć, ale nie zaopatrywać się na siedzenie w piwnicy pięć lat, bo to nierealne. Lepiej mieć umiejętności. Jak coś potrafimy, to czujemy, że sobie poradzimy.
Asia znów szuka czegoś w telefonie. Pokazuje krzesiwo.
- A jak padnie internet?
- Wszystko padnie. Zostaje tylko radio wojskowe. Cywile tego nie będą mieli.
- To komu ufać?
- Najważniejsze, żeby nie panikować. Zaufanie do siebie, rozsądne decyzje. Warto wcześniej pójść na szkolenia.
- Umiałabyś coś upolować?
- Są szkolenia, na których się poluje. Ja na takim nie byłam. Las by wyżywił. Ale samych owoców nie da się jeść. Trzeba by było coś kombinować, gdyby to była walka o życie.
Rozmowę na chwilę przerywa klient. Zostawia w kasie 700 zł i wychodzi.
- A ile gotówki mieć na wszelki wypadek?
- Każdy ma inną sytuację finansową, ale zastrzyk gotówki powinien być w domu, choćby po to, żeby wyjechać. Nikt za darmo nigdzie nas nie zawiezie.
- Tysiąc?
- Mało. Chociaż 3 tys., żeby mieć. Dolary, euro – też warto.
- Gdy wojna przyjdzie, zostaniesz, czy wyjedziesz?
- Nie wiem. Z jednej strony chciałabym zostać i pomóc. Z drugiej – człowiek w stresie robi różne rzeczy. Czasem to nie my podejmujemy decyzję, tylko sytuacja. Ja tego nie wiem, ty tego nie wiesz.
Mariusz 45-letni przedsiębiorca, tak jak Asia, mieszka 20 km od granicy. Jest sobotnie popołudnie, skończył, co miał zrobić na dziś, więc może usiąść ze mną przy kawie. Dwa stoliki od nas grupa nastolatków świętuje urodziny przy pizzy.
- Sam jestem ciekaw, co napiszesz, bo znajomych mam różnych, ale nikt nie garnie się do tego tematu. Rozmawiają godzinami o pierdołach, a o bezpieczeństwie nie chcą. „Nie psuj mi dnia„. I koniec. Każdy powinien bać się wojny. Wojna będzie. Tylko nikt nie wie, czy za 5, 10 czy za 50 lat. Bo człowiek taki jest, że do wojny doprowadzi. Masz przy sobie ten poradnik? O, tu na początku jest takie mądre zdanie: ”Bezpieczeństwo każdego z nas zaczyna się od wiedzy i świadomości". Ludzie śmieją się z tego poradnika. Nie rozumieją go. On nie mówi, by naszykować się stricte na wojnę i zbudować sobie schron. Ale przygotuj się na trzy dni bez prądu. Kilkanaście lat temu spadł taki marznący deszcz, że pozrywało linie. Przez tydzień nie mieliśmy prądu, a przyszły mrozy, kilkunastostopniowe. Kto dziś jest przygotowany na takie coś? Ludzie na wioskach prędzej. Mają piece. A w bloku w Warszawie? Powiedzą: zapalimy sobie świeczkę i przeżyjemy. Ale musisz spuścić też wodę w ubikacji, a spłuczka nie będzie działać. I co wtedy?
Daj jeszcze na chwilę ten poradnik. Tu na końcu są wolne strony. Stanowski mówi, że jak się nie wie co dać, to się daje miejsce na notatki. No tak mnie tym wkurzył. Głosowałem na niego, a on takie głupoty gada. A tu jest miejsce na bardzo ważne informacje, by wpisać choroby, alergie, przyjmowane leki. W zeszłym roku moja mama dostała zapaści. Dzień przed tym, jak pojechała na SOR, zawołała mnie, bo jeszcze kontaktowała i powiedziała, jakie leki bierze i w jakich dawkach. Wszystko miałem ładnie rozpisane, jak ją zabrali do szpitala. No takie rzeczy są mega istotne.
Wojna jest dla mnie na razie abstrakcją. Mimo że jest tak blisko. A jak będzie pożar? Ty w pracy, dzieci w szkole. Przyjeżdżasz, a dom spalony. Jesteś na to przygotowana? A zdarzyć się może. Nie chodzi o to, że każdy ma teraz dostać paranoi. Po prostu, na pewne sytuacje się przygotuj.
- Jak?
- Przez trywialne rzeczy: wyleczone zęby, szczepienia, ubezpieczenie domu, przegląd kominowy. Wiem, że wszyscy są uśpieni, marazm, lepiej poprzerzucać rolki w telefonie. Nie chce się ludziom. W poradniku jest też wątek, żeby zadbać o zdrowie fizyczne i psychiczne, pójść na badania profilaktyczne. Kto będzie zdolny do zareagowania leżąc całe dnie na kanapie? Chociaż o minimalną aktywność trzeba zadbać. No i uporządkować dokumenty.
- Masz w dokumentach porządek?
- W miarę. Mam na komputerze skany paszportów, aktów własności. Ale to powinien być pendrive z samymi kopiami, który bym mógł szybko zabrać. Dyscyplina u każdego jest inna, ale powinno się ją w sobie wyrabiać małymi krokami, bo czas jest przed nami burzliwy. Sam z tym walczę, sam chciałbym porobić wszystko co powinienem. Może trzeba sobie jakoś rozpisać strategię.
- Zapasy robisz? – pytam Mariusza.
- Co roku przetwory: warzywa, owoce, pomidory. Zawsze mam dwie dziesięciokilówki mąki. Jak tylko jedna się kończy, jadę i kupuję. Tak samo z cukrem. Papier toaletowy, rękawice, środki czystości – jak tylko widzę, że czegoś ubywa, dokupuję. I w domu, i w firmie. Wyrobiłem w sobie ten nawyk.
- Gotówka?
- Staram się jakąś w domu mieć. I tu znowu – nie o wojnę chodzi – tylko utratę pracy, złamanie nogi, cokolwiek. Trzeba mieć zabezpieczenie na trzy miesiące. Na przeżycie i najważniejsze rachunki. Dyszka to za mało. W przeciętnym domu to myślę 20-30 tys. Ale nie tak, by to leżało stricte w gotówce i traciło na wartości. W gotówce te 10-15 tys. Złota nie praktykowałem, ale też lepiej mieć niż nie mieć.
Jednej rzeczy żałuję. Mieszkam w drewnianym domu po dziadkach. Były w nim kiedyś trzy piece kaflowe. Jakby to ode mnie zależało, jeden bym zostawił. Ale ojciec je rozebrał. To co mówię, to trzeba ludziom wykładać kawa na ławę. Ja to bym generalnie przeszkolił wszystkich w sposób systemowy. Finlandia to dla mnie wzór niedościgniony. Każdy wie co ma robić w razie czego. A u nas? Książeczka to dopiero początek budowania jakiegoś systemu.
Wyobrażasz sobie tańszy koszt przedstawienia problemu niż wydrukowanie kilku kartek? A już jest problem, już ludzie na to psioczą. W sieci hejt. Słabo się robi.
Mariusz pokazuje kilka filmików.
Pierwszy. "Chciałbym z tego miejsca bardzo serdecznie podziękować panu ministrowi Marcinowi Kierwińskiemu i panu ministrowi Władysławi Kosiniakowi-Kamyszowi, że poinstruowali mnie, że w razie kryzysu, w przypadku braku bieżącej wody, mogę nasrać do wiadra. Panowie, serdecznie dziękuję, sam bym na to nie wpadł” – komentuje Łukasz Warzecha, prawicowy publicysta.
Na drugim filmiku książeczka ląduje w ogniu. "Do czego może się przydać taki poradnik bezpieczeństwa? Oczywiście do ogrzania domu, więc co? Buch do pieca”.
Mariusz: – Nie chodzi mi o to, by każdy wziął krzesiwo i pobiegł do lasu. To nierealne. Kto przy minus 15 przetrwa tydzień w lesie? Tylko najbardziej przygotowani. Chodzi o to, by ludzie wiedzieli, co mają robić, w razie czego.
- A na szkolenie wojskowe się wybierasz? Są bezpłatne, zapisać się można choćby przez mObywatel.
- Praca, dom. Prowadzę firmę, żona prowadzi firmę, wymieniamy się dziećmi, bardzo mało czasu. Trudno sobie zorganizować wolny tydzień wakacji w ciągu roku a co dopiero szkolenia. W firmie jestem od maili, faktur, produkcji. Ale każde szkolenie jest dobre, czemu nie?
- Walczyłbyś, gdyby coś?
- Oczywiście. Ale najpierw chciałbym zostać przeszkolony – i to dobrze. Bo nie chcę iść na front po sześciodniowym kursie. A ty wolałabyś, aby twoje dziecko, chłopak 18 czy 19-letni, poszedł przeszkolony po sześciu dniach czy po roku? W ten sposób Polacy powinni podejść do sprawy, bo jak wszyscy będą odrzucać temat, to może ich spotkać nieszczęście. Dzisiaj to nie dziwne, że ludzie myślą, że wyjadą. Bo jesteśmy nieprzygotowani.
Opuszczam pogranicze. Piotrek za swój przydomowy schron zapłacił sześć tysięcy złotych. Zastanawiam się, ile osób decyduje się na własny bunkier. Sprawdzam. W internecie znajduję firmy, które budują takie konstrukcje. Przeglądam oferty.
Schron atomowy – 21 tysięcy złotych za metr kwadratowy.
Gotowe projekty – jak domy z katalogu, wybierasz metraż i układ.
Wizualizacje. Na jednej piętrowe łóżka, miejsca dla czterech osób.
Na rozmowę zgadza się Sebastian Kubiak ze spółki Schrony.
- Kto buduje sobie dzisiaj schron? – pytam.
- To dobro luksusowe. Klient schronowy ceni dyskrecję. To bardzo intymny zakup. Każdy chce ten temat kamuflować tak mocno, jak tylko się da.
Powód?
- Budowę schronu trzeba zgłosić do urzędów. Jeśli jest przewidziany dla 10 osób, a właściciel przygotował go tylko dla swojej czteroosobowej rodziny, w sytuacji zagrożenia mogą zostać mu przydzielone kolejne osoby. Zupełnie obce. Informujemy klientów o obowiązku zgłoszenia, ale nie muszą nam mówić, czy to zrobili.
Sebastian Kubiak, menadżer projektu, wcześniej w branży OZE, 2,5 roku temu wpadł na pomysł zmiany branży. Zbadał rynek i doszedł do wniosku, że warto iść w tym kierunku.
- Infrastruktura schronowa w Polsce po prostu musi powstać. Gdyby dzisiaj zawołano ludzi do schronów, niecałe 4 proc. Polaków miałoby zagwarantowane miejsce. Wyobraźmy sobie tysiąc osób przed schronem, kiedy miejsc wystarczy dla 40. To mogłoby skończyć się anarchią i prawem siły.
Kubiak tłumaczy mi, że prywatne schrony przydomowe budowane są pod ziemią. Potrzebny jest wykop o głębokości co najmniej 7 metrów. Ale nie zawsze grunt na to pozwala. Wtedy zostaje opcja „panic room”, czyli pokoju bezpieczeństwa. Ten można zrobić już w istniejącym budynku.
- Taka pancerna otulina. Planuję taki dla siebie, bo nie mam aż tak dużej działki do wybudowania schronu – dodaje Kubiak.
Wśród gotowych modeli jest „muszla”: 24 metry, maksymalnie dla czterech osób albo „dom żółwia”: 80 metrów, dla sześciu, ośmiu osób. Można też tak jak pan X – zdecydować się na projekt indywidualny.
- Jego schron będzie naszym okrętem flagowym, którym chcielibyśmy się chwalić na prawo i na lewo, ale nie możemy. Nawet nie powiem w jakiej części Polski. Mamy go tak budować, by nikt się nie zorientował. Byliśmy już na wizji lokalnej. Chcemy by nasze schrony były odtworzeniem mieszkania. Aby ludzie, którzy wejdą do niego zdenerwowani, rozemocjonowani, nie czuli dyskomfortu.
- Pan X będzie miał w schronie kuchnię, lodówki, łazienkę?
- Wszystko będzie. Chce tam też trzymać dzieła sztuki. Zawsze łatwiej splądrować dom niż zamknięty szczelnie schron.
Kubiak przyznaje, że na razie jest więcej pytań niż podpisanych umów. – Informacja o cenie powoduje, że część osób dziękuje. Niektórzy są szczerzy, że to nie ich budżety.
- A ile własny schron kosztuje?
- Cena zaczyna się od 21 tys. zł za metr, ale może sięgnąć nawet do 50, 60 tysięcy. Tak naprawdę klienta ogranicza tylko wyobraźnia. I pieniądze. Same drzwi pancerne mogą kosztować od 15 tys. zł do 300 tys.
Metr kwadratowy schronu pana X kosztować będzie blisko 90 tys. Obliczony jest na 60 dni przetrwania. Schrony na kilka, kilkanaście godzin są tańsze.
- Obyśmy nie musieli z nich nigdy korzystać, bo ludzie nie są przystosowani do życia w schronach. Nawet jeśli sobie tam zrobimy najlepsze kina domowe i winiarnie, to jednak wolelibyśmy czuć słońce – dodaje.
- A schrony na abonament? Znalazłam na waszej stronie coś takiego.
- Nasze kolejne dziecko. Pracujemy nad tym. To pomysł dla ludzi, których nie stać na własny schron, a nie chcieliby się chować w publicznych, gdzie są setki osób. Takie pomieszczenia mogłyby pełnić też funkcję sejfów – jak skrytki bankowe, tylko powiększone do mikropokoi. Dostęp byłby na zasadzie subskrypcji.
- Ale pewnie droższej niż Netflix?
- Trzeba to policzyć w exelu i zrobić dokładne badania, ile ludzie byliby w stanie płacić miesięcznie za gwarancję, że w sytuacji zagrożenia mają gdzie się schować. Ale na pewno więcej.
- A jeśli będą lecieć bomby, a ja bez abonamentu znajdę się przy takim schronie – nie zostanę wpuszczona?
– Nie, nie zostanie pani wpuszczona.
Imiona niektórych osób oraz detale umożliwiające identyfikację zostały zmienione.
Absolwentka historii sztuki i Polskiej Szkoły Reportażu. W latach 2007-2024 dziennikarka Gazety Wyborczej w Lublinie. Pracuje w Domu Słów w Lublinie.
Absolwentka historii sztuki i Polskiej Szkoły Reportażu. W latach 2007-2024 dziennikarka Gazety Wyborczej w Lublinie. Pracuje w Domu Słów w Lublinie.
Komentarze