0:00
04 grudnia 2022

Maszyna daje i odbiera. Hazard w małym mieście – w co grają Polacy?

Ludzie są powciągani. Mieliśmy kiedyś dużo nielegalnych jaskiń hazardu, jedna wciąż działa. Ale kary są takie, że ci, co mają lokal i ci, co grają, siedzą cicho. Hazard uprawia 37 procent Polaków. Niemal co trzeci gra w Lotto. Dalej są zdrapki, konkursy SMS-owe. I automaty

Wydrukuj

– Kto miał być, to już był. Mamy takich, którzy przychodzą codziennie. Większość na automatach to stali bywalcy – mówi sprzedawczyni w kolekturze.

Wszyscy w miasteczku dobrze wiedzą, kto ma problem z alkoholem, a kto z hazardem. Wiadomo, że Anka, która prowadzi sklep odzieżowy, przegrywała krocie na maszynie w miejscowym pubie. Dzisiaj zdezelowany automat stoi upchnięty w kąt w zasnutym papierosowym dymem pomieszczeniu.

Fortunę przegrał też syn dawnego starosty. Mówi się, że z nudów, wciąż jest przy kasie. Na pokerowych spotkaniach lokalni biznesmeni mieli przegrywać domy i samochody. Grał dyrektor szkoły, grał też Marek, który wyprzedał wszystko, co miał w domu. Sąsiadom wciskał raz ekspres do kawy, raz telewizor. Potem upozorował napad, że niby złodzieje zabrali, a nie kolejne internetowe zakłady.

– Ludzie są powciągani – przyznaje sprzedawczyni. – Mieliśmy kiedyś dużo nielegalnych jaskiń hazardu, jedna wciąż działa. Ale teraz jest taka nagonka, takie kary dają, że ci, co obsługują, ci, co grają i ci, co mają lokal, siedzą cicho. Za to u nas wszystko legalne. Elegancko jest, mamy pięć maszyn, skórzane fotele – zachęca. – To co, wyrabiamy kartę?

– Wyrabiamy.

„NIEDZIELA CIĘ ZASKOCZY” to cykl OKO.press na najspokojniejszy dzień tygodnia. Chcemy zaoferować naszym Czytelniczkom i Czytelnikom „pożywienie dla myśli” – analizy, wywiady, reportaże i multimedia, które pokazują znane tematy z innej strony, wytrącają nasze myślenie z utartych ścieżek, zaskakują właśnie

600 godzin gry na miesiąc

Na papierze miasteczko liczy nieco ponad dziesięć tysięcy mieszkańców, a najbliższe duże miasto, dawne wojewódzkie, ponad sto tysięcy. Lata temu w okolicy działała fabryka eternitu, zostały po niej toksyczne odpady i złośliwe nowotwory. Ulice tętniły życiem przez kilkadziesiąt lat, więc nikt nie przejmował się, ile przyjdzie za to zapłacić. Później pracownicy chorowali jeden po drugim, wielu nie dożyło emerytury. Wraz z fabryką, zniknęły też inne zakłady.

Przemysł do dzisiaj nie wrócił. Przyszło za to bezrobocie, wciąż niemal dwukrotnie wyższe niż średnia krajowa.

Wieczorem na sennym rynku światła palą się tylko w aptece, sklepie spożywczym, zakładzie bukmacherskim i kolekturze. Rozsiane po małych miastach kolektury to jednak nie tylko zwyczajne lotto czy zdrapki, ale też legalne automaty. Od pięciu lat monopol na maszyny ma Totalizator Sportowy. Żeby zagrać, trzeba wyrobić specjalną kartę. Podpisać też papier, który ustala limit czasu i kwot, jakie można przeznaczyć na grę. Górna granica to 20 godzin gry dziennie, miesięcznie 600.

– Czasami przyjeżdżają do nas z większego miasta, bo mają tylko trzy punkty, a ludzi sto tysięcy. U nas jest luźniej, zawsze miejsce się znajdzie. Kierowcy też się zatrzymują – opowiada sprzedawczyni. – Wszystko jest dla ludzi. Alkohol, gry hazardowe też. Tylko umiar trzeba mieć – poucza.

– I mają ludzie umiar?

– Takich bardzo, bardzo uzależnionych to u nas nie ma – obrusza się. – Poza tym ludzie nie tylko przegrywają, ale też wygrywają. Mamy pulę na wygrane i ona wcale nie jest taka mała, ale więcej powiedzieć nie mogę.

Zenek, Pudzian, husaria i Lewy

Ostatni podpis i zamek w drzwiach obok lady brzęczy. Za nimi panuje półmrok, szyby oklejone są ciemną folią. Kolorowo rozświetlone automaty stoją pod ścianą. Na jednym z foteli siedzi mężczyzna, zapatrzony w ekran naciska guzik, wpuszcza liczby w ruch. Tym razem nic. Naciska kolejny raz. Znów nic. – Lepiej w zeszłym miesiącu szło – klnie pod nosem, wychodzi doładować kartę. Wraca, siada, znów klika. I znów nic.

Z ekranu spogląda Zenek Martyniuk, który ma grę nazwaną własnym imieniem. Podobnie Mariusz Pudzianowski i legendarna polska husaria. Przed wejściem do gry zachęcał Robert Lewandowski.

Na jednym z ekranów co chwilę pojawiają się wygrane, które padły w innych miastach. 50 tysięcy złotych w Białymstoku, prawie 90 tysięcy w Opolu, 64 tysiące w Nowym Sączu, 28 tysięcy w Trzebnicy. Rekordowa wygrana to ponad 280 tysięcy złotych. Padła dwa lata temu.

Na wsiach gra co trzecia osoba

Hazard uprawia 37 procent Polaków. Niemal co trzeci gra w Lotto. Na kolejnym miejscu są zdrapki, dalej wszelkiego rodzaju loterie i konkursy SMS-owe, potem automaty.

Grają kobiety i mężczyźni, ludzie o różnym wykształceniu, miejscu zamieszkania i dochodach. Najczęściej jednak młodzi mężczyźni z dużych miast. Na wsiach co trzecia osoba twierdzi, że gra, a w największych miastach niemal co druga. Zupełnie odwrotnie wyglądają statystyki jeżeli chodzi o ryzyko uzależnienia. Tu przoduje wieś, osoby z podstawowym wykształceniem i ci, którzy własną sytuację materialną oceniają jako złą. To wszystko dane z raportu CBOS.

Eksperci zauważają, że hazard na wsiach i w małych miastach nie doczekał się jeszcze kompleksowego badania. Wiadomo jednak, że gry, niezależnie od miejsca zamieszkania, pełnią w życiu graczy kilka funkcji.

Mogą być rozrywką, ale wiązać się z chęcią zarobku. Niektórzy grają, by uciec od codziennych problemów. Wówczas eksperci mówią, że gra ma charakter eskapistyczny.

Niektórzy grają, bo nie potrafią przestać, czują, że muszą odzyskać pieniądze, które przegrali.

Wśród uzależnionych dominuje aspekt finansowy. Najczęściej mówią, że chcą poprawić swoją sytuację i wygrać choćby małą kwotę.

Ze dwadzieścia lat, jak gram

W rogu sali siada mężczyzna. Nie zdejmuje nawet kurtki, od razu wkłada kartę i zaczyna grać. Przedstawia się jako Romek.

– Skoro wczoraj maszyna dała, to teraz będzie zabierać – kręci głową.

– I tak to chyba jest – dodaje, gdy na ekranie wyskakują kolejne przegrane kombinacje.

– To ile wczoraj dała?

– Wrzuciłem dwieście, wyjąłem dwa i pół – ożywia się. – Najpierw miałem te cztery – pokazuje jedną z kombinacji na ekranie. – Wpadło tysiąc pięćset, ale zaryzykowałem, grałem dalej. I wtedy znowu weszło – objaśnia, po czym milknie i raz po raz wciska guzik. Kredyty topnieją.

Romek najpierw twierdzi, że wcale nie gra często. Później okazuje się, że dzisiaj jest od rana, a minęło już południe. Wyszedł tylko na chwilę, zapalić. Wczoraj też spędził przed maszyną kilka godzin. Tłumaczy, że do większych wygranych trzeba mieć cierpliwość. – Zdarzało się, że całą wypłatę wsadzałem jednego dnia, potem nie miałem na papierosa – opowiada. – Będzie ze dwadzieścia lat, jak gram. Na szczęście nigdy nie pożyczałem na to pieniędzy – zastrzega. – Po prostu jak coś więcej wpadło, to myślałem, że może uda się pomnożyć. No i udawało się.

Zwykle, aby coś wygrać, Romek musi spędzić przed maszyną co najmniej sześć godzin. Przez ten czas próbuje też rozgryźć, jak działają automaty, bo w losowość i przypadek nie wierzy. – Jak to ktoś ustawia, że raz na danej grze się wygrywa, a na innej nie da rady? Ostatnio wygrałem pod rząd kilka razy na tej samej maszynie i tej samej grze. Musi być algorytm – zamyśla się. – Na małych kredytach też się da wygrać. Niedawno po pięć złotych grałem i tysiąc sto złotych zrobiłem. Ale teraz to żadnej taktyki nie można mieć. Kiedyś się dało.

– Jak? – dopytuję.

– Maszyny stały w barach, więc można było piwo kupić, siąść w rogu i obserwować. Ludzie przychodzili, wrzucali pieniądze, ale w końcu maszyna musiała oddać. Dopiero jak miała dużo pieniędzy, zaczynało się grać. Teraz przez te karty tak się nie da – fuka Romek.

– Jak kiedyś monety wypadały, to się wychodziło nie raz z dwiema siatkami.

Brat pojechał po nagrodę, nigdy nie wrócił

Tym razem Romek wrzucił trzysta złotych. Każdy strzał, bo tak nazywa jedno kliknięcie, to trzy złote. Na jednej maszynie dzisiaj nie idzie, więc zmienia na drugą. – W starych mordowniach na każdej maszynie stała popielniczka, piwo można było kupić. Dzikich punktów pełno kiedyś było, mafia nimi rządziła. Co chwilę nowe się pojawiały, nawet małe kasyno było na rogu. Różne rzeczy się tam działy. Dzisiaj jeden taki punkt został – opowiada wgapiony w ekran. Zmiana maszyny niewiele pomogła, kredyty topnieją.

– Jakie rzeczy tam się działy?

– Mój brat zginął w niewyjaśnionych okolicznościach – Romek odrywa się od gry. – Uważam, że go zamordowali, bo wygrał ponad dwadzieścia tysięcy. Właściciele punktu mu powiedzieli, żeby po pieniądze przyszedł jutro, bo nie mieli wydać. Zrobił, jak poprosili. Wtedy go wywieźli dziesięć kilometrów za miasto do lasu. Odnalazł się w rowie. Nie miał żadnych wrogów, nic. Musiało o te pieniądze chodzić. Trzeba było wtedy iść z nim, we trzech najlepiej.

Romek milknie. Historii morderstwa, które opisał, nie przypomina sobie lokalna policja. Po kilku strzałach Romek mówi dalej, że ma syna, który mieszka w Warszawie. Do miasteczka raczej nie wróci, bo co miałby tutaj robić.

Romek pracuje dorywczo, coś naprawi albo przewiezie.

– Mało kto wieku emerytalnego dożywa, więc nie będę tak zasuwał, jak wszyscy – tłumaczy.

– Pracuję, jak mi wygodnie. Jednego dnia zarobię tysiąc, potem dwa dni nie robię – stwierdza. Milknie, gdy siedzenie obok zajmuje kolejny klient, który rzuca skórzaną kurtkę na oparcie i uderza w maszynę.

– Bułgar – szepcze Romek. – Dwóch takich regularnie przychodzi. Jest też taka kobieta, od alkoholu uzależniona, która na samym początku całą emeryturę przegrała – opowiada. – No i weszło! – wykrzykuje nagle. – Miałem sto sześćdziesiąt, mam tysiąc trzysta. Idzie grubo. Teraz trzeba trochę jeszcze pograć. Na pewno nie zbiednieję – stwierdza podekscytowany Romek i postanawia, że wygraną uczci papierosem. A jak wróci, to na pewno poniżej tysiąca nie zejdzie.

Terapia tylko dla alkoholików

Ośrodek pomocy społecznej dzieli od rynku kilka kroków. Wyremontowany za unijne pieniądze budynek otaczają jednorodzinne domy. Obok w krzakach leżą tory, które prowadziły do sąsiedniego miasta.

Ostatni pociąg przejechał tędy dwadzieścia lat temu, więc budynek stacji przerobiono na mieszkania. Złomiarze rozkradli to, co zdołali unieść.

Przed ośrodkiem bywa tłoczno. Swego czasu burmistrz przyznał, że korzysta z niego ponad pięć tysięcy osób. Niemal połowa miasteczka. Działają tam również grupy wsparcia dla uzależnionych. Uruchomiono też punkt, do którego mogą zgłaszać się nie tylko nałogowcy, ale też ich bliscy. Po bezpłatne porady, informacje o terapiach, ośrodkach, wsparcie psychologiczne.

– Osoba uzależniona od hazardu też może przyjść? – pytam w ośrodku.

– Oj, u nas są tylko panowie uzależnieni od alkoholu, czasami od narkotyków – mówi przepraszającym tonem pracowniczka ośrodka. – To może w mieście bardziej? Ciężko mi coś powiedzieć, nasz terapeuta nie zajmuje się hazardem.

– Może jest prywatny ośrodek gdzieś w okolicy?

– Już szukam, bo mamy taką listę – kobieta milczy dłuższą chwilę. – Kraków, Kraków… Tylko Kraków mi się pojawia, w naszym rejonie dla hazardu nic nie ma. Może pan jednak spróbuje w mieście obok? Może coś wiedzą – rozkłada ręce.

Formalnie hazardzistów w miasteczku nie ma.

Nawet ankieta, którą na zlecenie samorządu przeprowadzono w tym roku, na to wskazuje. Choć 70 proc. badanych mieszkańców stwierdziło, że uzależnienie od hazardu to nałóg, który zagraża życiu, a co trzeci uznał, że hazard to istotny problem w jego środowisku, to niemal 90 proc. powiedziało, że nie gra w żadne gry hazardowe.

Nie przyznali się nawet do gry w Lotto. Reszta, która się przyznała, najczęściej mówiła, że chce w ten sposób podreperować domowy budżet. W raporcie podsumowano, że wyniki świadczą o „przeciętnej świadomości” mieszkańców gminy na temat „specyfiki uzależnienia od hazardu”.

Wygrałem i poszedłem do domu

W najstarszej kolekturze, położonej w samym centrum miasteczka, co kilka minut sprzedają się kolorowe zdrapki i kupony na chybił trafił. Ustawia się kolejka, klientów nie brakuje, bo kupon często jest nieodłącznym punktem listy sobotnich zakupów.

– Przede wszystkich mam regularnych klientów. Najczęściej to starsi ludzie – opowiada Marcin. Nigdy nie szukał innej pracy, bo już jako nastolatek przychodził do kolektury pomagać ojcu. Jego rodzina założyła punkt zaraz po transformacji. Ojciec Marcina był pracownikiem państwowych zakładów sportowych. Kiedy tylko można było, poszedł na swoje. – Kolektura to nasza rodzinna misja – chwali się Marcin.

– Kiedy coś w końcu wygram? – uśmiecha się jeden z klientów, mężczyzna po pięćdziesiątce.

– A jak długo pan gra? – dopytuje Marcin.

– Całe życie. Codziennie wysyłam, ale teraz czuję, że wygram.

Dostanę w końcu swoje pięćset plus. Państwo wszystkim daje, tylko ja nic nie mam, bo samotny jestem.

Za ścieranie zdrapki obiecującej kokosową fortunę, bierze się od razu. Tym razem nie weszło. Nadzieja jeszcze w kuponie, który wciska do kieszeni. – To może trochę choroba, ale czy od razu uzależnienie? – zastanawia się. – Jak było zamknięte, to nie wysyłałem. Uzależniona osoba to przecież taka, która musi wysłać. Ostatnio wygrałem pięćset złotych, wyszedłem i nie grałem dalej. Na maszynach raz wygrałem dwa i pół tysiąca ze stówy. I też poszedłem do domu.

– Nie powiedziałbym, że moi klienci są uzależnieni – podsumowuje Marcin. – Ale na pewno nawet zdrapka to hazard.

– Jeśli nie są uzależnieni, to czemu latami przychodzą?

– Po rozrywkę, po emocje.

Gra na dużych stawkach

Jaskinia hazardu w miasteczku powstała kiedyś obok stacji benzynowej, czyli centrum nocnego życia. Jedynego, poza szpitalem i apteką, całodobowego punktu. Choć po północy mało kto w lokalu bywał. Pracował tam Paweł, dorabiał sobie jeszcze jako uczeń liceum. Nie miał wyboru, ofert pracy jak na lekarstwo, pieniędzy brakowało. Musiał pomóc utrzymać matce dom.

Wskoczył na miejsce swojej koleżanki, która poleciła go właścicielowi. Najpierw pracował w mieście obok. Punkt podobny, tylko okolica szemrana.

Na wyposażeniu miał gaz łzawiący i pilota wzywającego ochronę.

W końcu przeniósł się do miasteczka, więc do pracy było kilka kroków. I spokojniej. Pod ladą miał tylko pięć tysięcy, żeby wypłacić ewentualne wygrane. I jeszcze przełącznik, którym wyłączał wszystkie automaty, gdyby wpadła kontrola. Szef dawał cynk, że coś będzie się działo. – Maszyny były nie do ruszenia, jeżeli były zgaszone, a wtedy ja byłem tylko osobą, która zajmowała się utrzymaniem czystości – uśmiecha się.

Paweł podzielił klientów na dwie kategorie. Pierwszą byli małolaci, którzy eksperymentalnie wrzucali piątkę. Przychodzili zwykle przed imprezą albo w trakcie. Druga to faceci, którzy wrzucali całą wypłatę. Regularnie. Kobiet nie widywał.

– Kojarzyłem tych, co przychodzili drugi, trzeci raz. Ale nikt tam nie szukał we mnie kolegi, ludzie przychodzili w jednym celu. Tylko do maszyn. Odpalali kiepa za kiepem, byli jak zahipnotyzowani, nie rozmawiali ze sobą. Jak ktoś miał grubszy szmal, to nawet na wejściu się nie witał.

W zasnutym papierosowym dymem baraku klienci tracili majątek. – Ci, którzy zostawiali duże pieniądze, zazwyczaj grali na dużych stawkach. Nie tracili czasu – stwierdza Paweł. – Jedno kliknięcie to była maksymalnie stówa, więc przepuszczenie dwóch, trzech tysięcy trwało kwadrans. O ile „maszyna nie dawała”, jak to się mówi.

Przestępca się nie boi, państwo nie umie ściągać

Za prowadzenie nielegalnego salonu grożą dzisiaj wysokie kary. Każda ujawniona maszyna to nawet sto tysięcy złotych grzywny, do tego trzy lata więzienia. Mimo to nielegalnych punktów wciąż działają tysiące. Ministerstwo Finansów przyznało, że w 2021 roku nałożono 462 miliony złotych kar za łamanie przepisów ustawy o grach hazardowych. Wyegzekwowano jedynie nieco ponad 1 milion. To więc ułamek procenta skuteczności. Do tego często karani są ci, którzy już wcześniej dostawali kary. I ich nie zapłacili.

Skala? Jesienią ubiegłego roku rozbito grupę, która rozstawiła 30 tysięcy automatów w 9700 miejscach. Szacunki mówią, że maszyny wypracowały dla przestępców setki milionów złotych zysku. W 2021 roku służby wydały łącznie 2300 decyzji o nałożeniu kar, najwięcej na Podkarpaciu, Śląsku i Dolnym Śląsku. NIK w swoim raporcie zauważa, że mimo zaostrzenia prawa budżet państwa traci na nielegalnym hazardzie miliardy złotych.

Między 2016 a 2018 rokiem wykryto niemal 63 tysiące nielegalnych automatów do gier. Wiele z nich stało w małych miastach.

Zgodnie z przepisami, a konkretnie z ustawą hazardową, grać można wyłącznie w lokalach Totalizatora Sportowego. Jeden automat może przypadać na 1000 mieszkańców powiatu. W kwietniu Totalizator chwalił się, że w ostatnim roku, pomimo pandemii, podwoił liczbę salonów. Otworzono wówczas tysięczny punkt.

Poza tym w miejscowościach do 250 tysięcy mieszkańców może działać też jedno kasyno. Niewykluczone, że jedno powstanie niedaleko miasteczka. Radni miejscy wyrazili na to zgodę już w ubiegłym roku.

Kilka tygodni temu na lokalnym portalu ukazał się sponsorowany tekst. Anonimowy autor przekonuje, że biznes hazardowy to jeden najściślej regulowanych segmentów gospodarki, a inwestorzy zatrudniają wykwalifikowanych specjalistów.

Pisze również, że kasyno to nie tylko miejsce, w którym można spędzić wolny czas, ale też dobrze zarobić. Do tego, przekonuje dalej autor, państwo zarabia krocie na podatkach. Słowem, kasyno to zysk dla wszystkich.

Wstyd, że sąsiad się dowie

Doktor Bernadeta Lelonek-Kuleta leczy nałogowych hazardzistów od lat. Pracuje w Lublinie, ale pacjenci przyjeżdżają do jej gabinetu z mniejszych miejscowości oddalonych nawet o kilkadziesiąt kilometrów.

Tłumaczyli, że poradnię mieli bliżej, ale wstydzili się do niej pójść, bo znali tych, którzy w niej pracują albo bali się, że sąsiedzi się dowiedzą.

Niektórzy nie mogli u siebie znaleźć ani terapeutów, ani grup wsparcia dla hazardzistów. Gdy szukali pomocy, słyszeli, że muszą jechać do większego miasta. – W małych miejscowościach o terapię nadal jest trudno – mówi terapeutka.

– Łatwiej przyznać się do picia niż do grania? – dopytuję.

– Alkohol jest mocno znormalizowany. Nie jest czymś, co od razu sugeruje patologię. A hazard już tak. Poza tym jeżeli gry są nielegalne, to przyznanie się może nieść ze sobą ryzyko – zauważa Lelonek-Kuleta. – Często słyszałam, szczególnie od starszych osób, że zmieniają miejsca, w których grają nawet w gry liczbowe. Żeby źle nie wyglądało, że starsza pani tak marnuje pieniądze. Na pewno jest wstyd.

Terapeutka mówi, że młodzi z mniejszych miast bali się przestać grać, bo zwyczajnie nie wiedzieli, co mogliby robić w wolnym czasie.

Odcięliby się od znajomych, a alternatywą było siedzenie w domu.

– Początki zwykle są towarzyskie. Zaczynasz grać, bo znajomi grają. Pierwsze wygrane, potem zniekształcenia poznawcze, czyli wiara, że ma się szczęśliwą rękę, że można wygrywać – mówi Lelonek-Kuleta. Do gabinetu trafiali też pracownicy, którzy często jeździli w delegacje i tam zaczynali grać. Gdy na weekend wracali do domu, o grach nie wspominali. Bańka pękała, gdy rosnących długów nie dało się już ukryć.

– Nie znajdzie pan badań poświęconych hazardzistom z mniejszych miast. Ale wiemy, że nie ma środowisk, gdzie problem hazardu nie występuje – zaznacza terapeutka. – Potrzebna jest diagnoza, jak ludzie w małych miejscowościach uprawiają hazard. W jakim nasileniu grają, w co, ilu się uzależnia. Jestem przekonana, że problem istnieje, tylko nie wiadomo w jakiej skali.

Koleżanka wrzuciła utarg do maszyny

Paweł zapamiętał, że do nielegalnego salonu przychodził kierowca busów, które kursowały do pobliskiego miasta. Wrzucał po kilka tysięcy, czyli całą wypłatę i jeszcze trochę. – Kojarzę też jednego, który miał szmal, zostawiał bardzo dużo pieniędzy. Ostatnio mignął mi w jakimś jaguarze, więc chyba nie ma źle – mówi dalej.

– Ekscytowali się tylko ci, co przychodzili dla sportu, wrzucali góra stówkę. Goście, którzy przegrywali grubsze pieniądze, milczeli. Nawet nie rzucali kurwami, nie kopali automatów. Przegrywali, wychodzili, nie kręcili awantur. Co mieli zrobić? Wyglądali, jakby byli pogodzeni z losem.

Raz na dobę Paweł otwierał maszyny, żeby przeliczyć utarg. Wyjmował po kilka tysięcy. Właściciel przyjeżdżał zwykle co trzy dni. Wyciągał z kasy kilkanaście tysięcy. – To był bardzo szemrany interes. Właściciel miał tych ludzi za debili, na których kosił hajs – wspomina.

- Korciło cię, żeby zagrać?

– Nigdy, bo widziałem, jak to działa od środka – mówi Paweł. – Ale koleżanka na jednej ze swoich zmian wpadła w jakiś trans i wpuściła do maszyny cały szmal, który był na wypłaty. Odpracowywała to trzy miesiące, musiała wyjechać do Niemiec.

* imiona bohaterów zostały zmienione. Miasteczko to miejscowość w Małopolsce, na prośbę bohaterów nie podajemy jego nazwy.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne