Prawa autorskie: Wladyslaw Czulak / Agencja Wyborcza.plWladyslaw Czulak / A...
03 czerwca 2022

Matury 2022. Egzaminatorzy mieli być elitą, dziś czują się pariasami

Polski system edukacji polega na egzaminowaniu, ale nie docenia egzaminatorów. Stawki za sprawdzanie prac są tak niskie, że część nauczycieli zarzeka się, że w tym roku robi to po raz ostatni. Co dzieje się za kulisami?

Matura 2022 była historyczna, bo ostatnia w takiej formule. Za rok abiturienci przystąpią do nowego, zreformowanego egzaminu. Po likwidacji gimnazjów — przywróceniu ośmioletniej szkoły podstawowej i czteroletniego liceum — zmieniły się podstawy programowe, a z nimi wymagania i pomysł na nowy egzamin. Choć filozofia polskiej edukacji nie uległa wielkiej przemianie - coraz bardziej podporządkowana jest sprawdzaniu wiedzy, nie umiejętności, a w egzaminowaniu liczą się trzy zasady: obiektywizacja, parametryzacja i selekcja.

Nie zmienia to faktu, że wciąż tzw. egzamin z dojrzałości jest traktowany przez wielu jako przepustka - w formie podstawowej na wymarzone na studia, a szerzej do lepszego życia. Czy faktycznie w XXI wieku to wciąż słuszne myślenie o edukacji i egzaminowaniu?

W cieniu pozostają ci, bez których cała machina egzaminacyjna nie mogłyby ruszyć. Są to nauczyciele, którzy sprawdzają arkusze maturalne. W tym roku egzaminatorzy, przeszkoleni przez Centralną Komisję Egzaminacyjną, zdecydują o losie 289,3 tys. uczniów. Ich grupa, która jeszcze na początku wieku, po reformie ministra Handkego, miała być najlepiej opłacaną i docenianą, przez lata uległa podobnej degradacji, co cały system edukacji. Dlaczego?

Jak wygląda praca egzaminatora?

Magdalena Samborska jest nauczycielką biologii w woj. lubuskim. Arkusze maturalne sprawdza od 20 lat. W tym roku w pierwszy weekend, 27-29 maja, udało jej się ocenić 57 prac. Jak tłumaczy, to żmudna, ale i szalenie odpowiedzialna praca.

"Arkusz maturalny do biologii to książeczka, która w tym roku liczyła 20 zadań z podpunktami. Część z nich, zadania zamknięte, sprawdza się mechanicznie. Ale są też pytania otwarte, w których uczeń odpowiada na problem. Do nas należy ocena, czy zrobił to dobrze, czy źle. Mamy oczywiście klucz, który standaryzuje odpowiedzi, ale umówmy się, młodzież nie odpowiada zgodnie z instrukcjami egzaminatora. I może całe szczęście" — opowiada Magdalena.

Tylko w sobotę sprawdzała arkusze od godziny 8 do 19, oczywiście z krótkimi przerwami. "To praca w pełnym skupieniu. Za każdym numerem PESEL kryje się młody człowiek, ze wszystkimi aspiracjami i marzeniami. Jeśli ktoś zdaje egzamin z rozszerzonej biologii, najczęściej ubiega się o miejsce na studiach medycznych. Konkurencja jest tak duża, że 1 proc. może kosztować kogoś przyszłość. Dlatego każdą pracę sprawdzam średnio pół godziny. Zdarzają się również prace niepełne, "puste"- te oczywiście sprawdza się o wiele szybciej. Do otwartych zadań wracam po kilka razy, by upewnić się, czy nie zrobiłam błędu. Każdy uczeń ma prawo wglądu arkusz, może się odwołać. Ale po co przeżywać kolejny stres?' — tłumaczy Magdalena.

Można się dorobić? Nie za bardzo

W 2021 roku zmieniono zasady wynagradzania egzaminatorów. Wcześniej na umowach zlecenie podpisywanych z nauczycielami figurowała kwota za arkusz wyrażona w złotówkach. Teraz nauczycielom wylicza się procent od minimalnego wynagrodzenia zasadniczego nauczyciela dyplomowanego brutto. Od 18 maja ta kwota wynosi 4 224 zł. Samborska, podobnie jak inni nauczyciele sprawdzający prace na poziomie rozszerzonym (z wyjątkiem tych językowych), za każdy arkusz mogą zarobić 0,79 proc. wynagrodzenia zasadniczego. To daje 33 zł brutto za arkusz, czyli 23 zł na rękę.

"Jak zaczynałam szkolenie w 2001 roku to mówili nam, że będziemy elitą. Sprawdzanie prac maturalnych miało być wręcz zwieńczeniem kariery zawodowej. Mieliśmy być świetnie wynagradzani, doceniani. Dziś za trudną pracę, na której opiera się system edukacji, dostajemy niewielkie pieniądze" — opowiada Magdalena.

I nie chodzi tylko o nieuwzględnienie inflacji. Egzaminatorzy mierzą się też z tym samym, co wszyscy nauczyciele w Polsce - część subtelnych kosztów utrzymania edukacji wisi na ich prywatnych budżetach. Najbardziej rozpowszechniony jest przykład nauczycielki, która gdy chce zrealizować ciekawe zajęcia, sama musi kupić materiały plastyczne. Egzaminatorzy sami muszą za to zadbać o dojazd do Okręgowych Komisji Egzaminacyjnych.

"Codziennie dojeżdżam autem 25 km, w dwie strony to już 50 km. Dwa pełne weekendy to 300 km. Jeden z kolegów mieszka ponad 60 km od Zielonej Góry. Ile wyda na benzynę? Tak samo jest z jedzeniem. Trzymają nas na sali po kilkanaście godzin, ale nie pomyślą o tym, by zwrócić za zamówienie. I to na prawdę nie jest małostkowość. Jeśli w weekend ciężkiej, odpowiedzialnej pracy zarobimy trochę ponad 1,3 tys. zł, a jedną trzecią zjedzą koszty, to co nam zostaje?" — mówi Magdalena.

I dodaje, że chętnych do sprawdzania egzaminów zaczyna ubywać.

"W naszej 19-osobowej grupie większość osób zarzeka się, że sprawdza matury ostatni raz.

Jeszcze kilka lat temu w województwie lubuskim funkcjonowały dwie grupy egzaminatorów biologii: w Zielonej Górze i Gorzowie Wielkopolskim. Teraz jesteśmy sami".

I nie jest to tylko wina demografii. Faktycznie, jeszcze w 2009 roku do matury podchodziło rocznie 430 tys. osób. Potem ta liczba zaczęła spadać, osiągając najniższy pułap w 2018 roku (poniżej 250 tys. uczniów). Potem nastąpiło odbicie, do poziomu porównywalnego z 2012 rokiem. Zapotrzebowanie na egzaminatorów w ostatnich latach jest więc w miarę podobne.

Interwencje w sprawie sposobu i wysokości wynagrodzeń egzaminatorów podejmował wielokrotnie Związek Nauczycielstwa Polskiego.

Jak mówi OKO.press Magdalena Kaszulanis, stawki określane przez CKE są bardzo niskie, co przy obecnym wzroście cen zupełnie wypacza sens pracy, która jest mozolna, trudna i zajmuje wiele godzin. "To jednocześnie praca, która musi zostać wykonana, by uczniowie mogli rozpocząć kolejny etap edukacji.

Cały system trzyma się więc znów na poczuciu obowiązku, a nie godnych płacach" — tłumaczy Kaszulanis.

I dodaje, że z obserwacji ZNP wynika, że do komisji nie zgłaszają się nowi nauczyciele, a starzy albo odchodzą na emerytury, albo z zawodu. "Kryzys kadrowy, który obserwujemy będzie miał też wpływ na to, co dzieje się w komisjach".

A co jeśli taka matura to faktycznie bzdura?

W ostatnich czterech latach o maturach było głośno w kontekście wyjątkowo wyboistej drogi uczniów do egzaminu dojrzałości. Przygotowaniami najpierw zachwiał strajk nauczycieli, a potem przyszedł prawdziwy wstrząs — pandemia i konieczność przeniesienia nauki do sieci. Niektórzy zastanawiali się nawet, czy najlepsza nie byłaby amnestia.

Centralna Komisja Egzaminacyjna ogłaszając wyniki matur w latach 2020 i 2021 przekonywała, że nic tragicznego się nie dzieje. Co prawda co czwarty uczeń musiał poprawiać egzamin, ale przecież "były lepsze, ale też gorsze lata". Minister Przemysław Czarnek w 2022 roku powtarzał, że słaby poziom matur to wina gimnazjów.

W praktyce poziom matur zależy od wymagań egzaminacyjnych, które regulowane są specjalnym rozporządzeniem. Ich treść zgodnie z wytycznymi układa Centralna Komisja Egzaminacyjna. Demonizowanie gimnazjów jest podwójnie niesprawiedliwe, czego najlepszym dowodem są osiągnięcia polskich nastolatków z czasów funkcjonowania systemu 6+3+3.

W najsłynniejszych badaniach edukacyjnych na świecie — PISA — prowadzonych od 2000 roku przez OECD polskie 15-latki trafiły do europejskiej i światowej czołówki. Co ważne, PISA to nie test wiedzowy, ale kompetencyjny, który sprawdza umiejętności w trzech głównych obszarach: czytanie i interpretacja, matematyka, rozumowanie w naukach przyrodniczych.

W 2018 roku, przedostatni rocznik likwidowanych gimnazjów, uzyskał rewelacyjny wynik.

W Europie w czytaniu i interpretacji lepsi byli tylko uczniowie z Estonii, Finlandii i Irlandii (w tym ostatnim przypadku różnica była nieistotna statystycznie). Na świecie wyprzedziły nas tylko wschodnioazjatyckie giganty: Chiny, Singapur, Hong Kong, Makao, Korea Południowa (gdzie dzieci żyją pod edukacyjną presją) oraz Kanada. W sumie zajęliśmy 10 miejsce na świecie. W matematyce polscy gimnazjaliści po raz pierwszy wskoczyli na europejskie podium i wyprzedzili nawet osławioną Finlandię. Na świecie znów byliśmy na 10 miejscu. Równie dobrze 15-latkowie spisali się w naukach przyrodniczych. Zdobyli europejskie podium i 11 miejsce na świecie.

Polski przykład skoku w umiejętnościach był cytowany na całym edukacyjnym świecie jako efekt opóźnienia edukacyjnej selekcji i wydłużenia okresu wspólnej dla wszystkich edukacji, która wyrównuje szanse.

Zachwycano się głównie tym, że największą poprawę zanotowali uczniowie słabsi, którzy przed wprowadzeniem gimnazjów w wieku 15 lat byliby w większości w szkołach zawodowych.

Zanim wystąpił efekt gimnazjum, Polska była w badaniach PISA 2000 grubo poniżej średniej OECD, gdzieś w okolicach Rosji, Grecji i Izraela.

Minister łagodził potem swoją wypowiedź dodając, że chodzi też o obniżenie wymagań egzaminacyjnych związanych z pandemią, ale nowa matura ma wszystko naprawić. Według ministerstwa wystarczy wrócić do egzaminów ustnych z języka polskiego i nowożytnego, dołożyć dodatkową część do egzaminu z języka polskiego, pozmieniać kryteria, a także ustawić 30 proc. próg na dodatkowym przedmiocie zdawanym na poziomie rozszerzenia, i wszystko będzie dobrze.

Inni zadają jednak fundamentalne pytania. Co to w zasadzie znaczy, że matura poszła dobrze? Receptą na sukces podczas egzaminów jest dziś odporność na stres, a także opanowanie wiedzy przedmiotowej zgodnej z wymaganiami egzaminacyjnymi.

Polska matura nie jest egzaminem kompetencyjnym, nie sprawdza, czy młodzi ludzie potrafią myśleć krytycznie, czy rozumieją otaczający ich świat, lub czy potrafią go przekształcać. Matura nie sprawdza też, czy szkoła wywiązała się z tych zadań. Dobre wyniki maturalne są raczej odpryskiem formatowania - przygotowania uczniów pod test wiedzowy, który będzie miał niewiele wspólnego z ich przyszłymi wyzwaniami. Egzamin maturalny, wspólny dla wszystkich, daje też ułudę, że wszyscy uczniowie są wobec niego równi, a przecież stopień przygotowania wiedzowego w dużej mierze zależy od tego, do jakiej szkoły chodził uczeń, z jakiej rodziny pochodzi, jakie miał szanse na rozwój np. poprzez zajęcia dodatkowe itp. W polskiej edukacji, wszystko to, co systemowe, chętnie zrzuca się na indywidualne barki. Porażka maturalna, jest więc porażką konkretnego ucznia, nie szkoły, czy wadliwego systemu. I warto o tym pamiętać, gdy po raz kolejny ogłaszane będą wyniki matur.

Udostępnij:

Anton Ambroziak

Dziennikarz i reporter. W OKO.press od 2017 roku. Wcześniej pracował w kulturze i współtworzył trzeci sektor. Za pracę dziennikarską uhonorowany nagrodami: Amnesty International „Pióro Nadziei” (2018), Kampanii Przeciw Homofobii “Korony Równości” (2019). Najchętniej pisze o usługach publicznych i prawach człowieka. Entuzjasta data journalism i human stories

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne