Gdyby nie 1,5%, mogłoby nie być OKO.press

Twoja pomoc ma znaczenie

0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. Kancelaria Prezydenta Ukrainy / APFot. Kancelaria Prez...

Dokładnie 40 lat temu, 26 kwietnia 1986 roku, doszło do największej katastrofy w historii energetyki atomowej. W wyniku awarii i wybuchu reaktora Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej skażeniu promieniotwórczemu uległy duże połacie przede wszystkim dzisiejszej Ukrainy i Białorusi, tysiące osób zostało narażonych na wysokie dawki promieniowania, a setki tysięcy ewakuowano i przesiedlono. Na ukraińsko-białoruskim pograniczu do dziś funkcjonuje zamknięta strefa, zarządzana przez Państwową Służbę Ukrainy ds. Sytuacji Nadzwyczajnych.

Katastrofa stanowiła także poważny hamulec dla rozwijającej się dynamicznie energetyki atomowej. Choć przed 1986 rokiem dochodziło do wypadków związanych z elektrowniami jądrowymi, żaden nie miał porównywalnej skali i żaden nie zapisał się w społecznej świadomości równie mocno. Dzisiaj, 40 lat po tamtej awarii, energia nuklearna jest coraz częściej podawana jako „czysta” odpowiedź na zmiany klimatu: niskoemisyjna i bardziej stabilna niż OZE. Nadal musi się jednak mierzyć z wiszącym nad nią widmem Czarnobyla.

O tym, jak 26 kwietnia 1986 roku zmienił nasze postrzeganie atomu, jakie przyniósł konsekwencje dla rozwoju energetyki jądrowej i jakie odcisnął polityczne piętno w Polsce, Europie Zachodniej i krajach byłego Związku Radzieckiego, rozmawiamy z Pawłem Sekułą, doktorem Uniwersytetu Jagiellońskiego, ukrainoznawcą oraz autorem licznych publikacji na temat katastrofy w Czarnobylu.

Od Czarnobyla do Energiewende

Pospekulujmy: jak w Pana opinii wyglądałby dziś nasz miks energetyczny bez katastrofy w Czarnobylu? Jeśli spekulujemy, to można zaryzykować tezę, która wydaje się paradoksalna – historia jest pełna paradoksów – że gdyby nie katastrofa w Czarnobylu, być może dzisiaj rozwój energii odnawialnej byłby na znacznie wcześniejszym etapie. Po tamtej tragedii niektóre państwa w Europie zdecydowanie zmieniły swoją politykę energetyczną, z atomu zrezygnowały chociażby Włochy czy Belgia. Ta ostatnia później do niego wróciła. Jednym z krajów, które zareagowały najmocniej, była RFN. A że Niemcy są najsilniejszą gospodarką europejską, to wyznaczają pewne kierunki w gospodarce i nadają tempo Unii Europejskiej. Stąd też

decyzja Niemiec o rezygnacji z energetyki jądrowej i pójściu w kierunku odnawialnych źródeł energii miała duży wpływ na cały region.

Czy Niemcy nie odwróciły się od atomu dopiero po katastrofie w Fukushimie? W końcu pierwsza wersja polityki Energiewende zakładała, że energia nuklearna będzie pomostem pomiędzy stanem obecnym a gospodarką opartą w zupełności na odnawialnych źródłach energii. Fukushima utwierdziła Niemcy w decyzji o odejściu od energii jądrowej. Pokazała im, że Czarnobyl nie był jednostkową anomalią. Wtedy zostały podjęte ostateczne decyzje, żeby z energetyki jądrowej zupełnie zrezygnować i oprzeć się na OZE. Ponieważ – jak powiedzieliśmy sobie przed chwilą – gospodarka Niemiec jest dominująca w Europie, miało to olbrzymie znaczenie dla kierunku całej Europy.

Przeczytaj także:

Trzeba jednak zaznaczyć, że niektóre równie silne gospodarki, np. francuska, nie zmieniły swojego podejścia do atomu. Francja po prostu nie mogłaby sobie pozwolić na tak radykalne decyzje jak Niemcy, ponieważ tam ponad 70 proc. energii elektrycznej pozyskiwane jest z reaktorów jądrowych i takie decyzje doprowadziłyby tam do poważnego kryzysu. Zresztą po Fukushimie podobne ruchy podejmowano nie tylko w Europie, ale przede wszystkim w Japonii. Japończycy w obliczu tamtej katastrofy mocno zainwestowali w zieloną energię, zwłaszcza w fotowoltaikę, więc można spekulować, że rozwój fotowoltaiki też byłby dziś nieco inny, gdyby nie tamta tragedia. Nie chcę oczywiście sugerować, że rozwój OZE jest zależny od katastrof, ale miks energetyczny bez tych dwóch wydarzeń bez wątpienia byłby inny: pewnie miałby większy udział atomu, a mniejszy odnawialnych źródeł energii.

Przed Czarnobylem elektrownie jądrowe nie budziły obaw na szerszą skalę? Aż do 1986 roku stosunek społeczeństw do energetyki jądrowej był w dużej mierze podobny po obu stronach żelaznej kurtyny. Energetyka atomowa była postrzegana jako stabilne i bezpieczne źródło energii. To oczywiście nie znaczy, że do Czarnobyla nie było awarii jądrowych, bo takie się zdarzały: mieliśmy chociażby pożar w Windscale w Wielkiej Brytanii czy wypadek w Three Mile Island w Pensylwanii w Stanach Zjednoczonych. Ale to nie były wydarzenia na taką skalę i nie były też jakoś szczególnie nagłaśniane. Oczywiście, już od lat 60. działały organizacje ekologiczne, których negatywny stosunek do energetyki jądrowej wywodził się z protestów przeciwko testom nuklearnym, ale ich głos nie przebijał się w dyskursie publicznym.

Czarnobyl zadziałał dla nich wówczas jak megafon. Żadne działania ekologów i przeciwników atomu, żaden najlepszy referat, książka czy wykład nie uzmysłowiły Europejczykom w tak dobitny sposób, że energetyka jądrowa nie daje gwarancji bezpieczeństwa i że konsekwencje ewentualnej katastrofy mogą być bardzo destrukcyjne. Kwiecień 1986 roku był wstrząsem, który doprowadził do sytuacji, w której władze niemieckie postawiły pod znakiem zapytania sensowność dalszego rozwoju energetyki jądrowej. Pomiędzy tamtymi wydarzeniami a katastrofą w Fukushimie minęło jednak 25 lat, i w Europie zaczęto postrzegać wypadek w Czarnobylu jako pewnego rodzaju anomalię. Myślano: tak, to była straszna tragedia, ale ona już się więcej nie powtórzy, bo wyciągnęliśmy z tej lekcji naukę. Katastrofa w Fukushimie w marcu 2011 roku pokazała, że zagrożenie wciąż jest realne, i dopiero wtedy na przykład w Niemczech podjęto te ostateczne decyzje, żeby całkowicie zrezygnować z atomu i w procesie transformacji stopniowo oprzeć się w pełni na OZE.

Powiedział Pan, że w Niemczech wraz z upływem czasu zaczęto uważać Czarnobyl za pewną anomalię, ale Fukushimę też można tak traktować. W końcu za naszą zachodnią granicą perspektywa tsunami jest trudna do wyobrażenia. Dlaczego więc akurat katastrofa w Japonii stała się ostatnim gwoździem do trumny dla atomu w Niemczech? Postaram się odpowiedzieć na to pytanie językiem filozofa Nassima Taleba. On wielokrotnie w swoich wystąpieniach i publikacjach zwracał uwagę na fakt, że społeczeństwa mają tendencję do uspokajania się po pewnych katastrofach, wychodząc z założenia, że to, co się wydarzyło, było właśnie anomalią. Taleb nazywa to złudzeniem kontroli.

Problem polega bowiem na tym, że wypadki czy wielkie kataklizmy dzieją się nie z powodu tego, co już wiemy, ani z doświadczeń, które posiadamy, ale z nieznanego.

Tu nawet nie chodzi konkretnie o przyczynę, że w Czarnobylu był to splot błędów ludzkich i wad reaktora, a w Fukushimie tsunami. Chodzi o wypadki, których nie jesteśmy w stanie przewidzieć. Czyli o to, co Taleb nazywa czarnymi łabędziami.

Czarnobyl a Polska

Na razie krążymy cały czas wokół zachodniej Europy, szczególnie Niemiec. A jak Czarnobyl zmienił polskie podejście do energii jądrowej? My znajdowaliśmy się w bloku państw socjalistycznych, więc katastrofa, a przede wszystkim reakcja na nią władz sowieckich i naszych władz komunistycznych, miała tutaj decydujące znaczenie dla działalności opozycji. Czarnobyl stał się w Polsce swego rodzaju paliwem dla różnego rodzaju organizacji antykomunistycznych, w tym ekologicznych. Sprzeciw budził zarówno sam fakt tej katastrofy, ale też próba jej ukrywania, bo przecież Związek Sowiecki przez pierwsze dni starał się ją zataić. Być może gdyby nie okres prieriestojki i fakt, że katastrofa miała miejsce w europejskiej części ZSRR, to udałoby się ją trzymać w tajemnicy przez długi czas. Tak przecież było w przypadku katastrofy kysztymskiej z 1957 roku, która została ujawniona opinii publicznej dopiero za czasów Gorbaczowa.

Tamten wypadek zresztą do dziś nie jest szeroko znany. Katastrofa kysztymska bywa nazywana rosyjskim Czarnobylem ze względu na swoje skutki. To wprawdzie nie był wybuch w elektrowni atomowej, ale w zakładach związanych z przemysłem jądrowym, w Oziorsku za Uralem, blisko dzisiejszej granicy z Kazachstanem. Według różnych danych spowodował on straszne skutki zdrowotne dla dziesiątek tysięcy ludzi, skaził okoliczne środowisko. Ale to, co jest istotne z propagandowego punktu widzenia, to fakt, że Związkowi Sowieckiemu udało się go zataić nie tylko przed opinią międzynarodową, ale także przed własnym społeczeństwem.

Z Czarnobylem się to nie powiodło. I właśnie ten fakt ukrywania został odebrany przez społeczeństwo polskie jako zbrodnia zaniechania. Odbierano to w ten sposób, że zagrożenie wywołane katastrofą jest duże również dla mieszkańców naszego kraju. W związku z tym brak działań ze strony władz, zatajanie informacji na temat skażenia w poszczególnych regionach Polski, brak decyzji na temat środków zaradczych czy zapobiegania ewentualnym skutkom postrzegano jako potwierdzenie tego, że Polska ma w całym bloku wschodnim status kolonialny. Co za tym idzie, w Polsce

protest ekologiczny przeciwko energetyce nuklearnej, przeciwko elektrowni w Żarnowcu, ale też elektrowni w Klempiczu, czy składowisku odpadów radioaktywnych w Międzyrzeczu, zawsze był też wymierzony w komunistyczne władze PRL-u.

W takim razie u nas reakcja na Czarnobyl miała przede wszystkim wymiar antysystemowy, a mniej antynuklearny? Nie przeciwstawiałbym tego sobie, ponieważ to były komplementarne segmenty protestu. Krytykowano władzę i cały system za to, jak poradziły sobie z tą katastrofą, pojawiały się również pogłoski, że funkcjonariusze partyjni, służby mundurowe czy milicja wcześniej jod, który miał chronić tarczycę, wcześniej, niż reszta społeczeństwa. Z drugiej strony wskazywano na to, że realizacja projektów jądrowych w naszym kraju jest wyrazem kolonialnego statusu PRL-u. Opozycja podkreślała, że choćby placówka w Żarnowcu, nazywanym popularnie Żarnobylem, opierała się na technologii radzieckiej, że nie ma gwarancji bezpieczeństwa i że należy się w ogóle zastanowić nad sensownością budowy elektrowni jądrowej w Polsce.

Kiedy finalnie porzucono plany budowy reaktorów w Żarnowcu? Ostateczna decyzja zapadła już w niepodległej Polsce, 4 września 1990 roku, ale był to dosyć złożony proces. Pierwsze protesty zaczęły się jeszcze w PRL-u, ale problem elektrowni jądrowej władze komunistyczne zostawiły w spadku rządowi suwerennej Polski. Opozycja oraz ruchy ekologiczne dążyły wówczas do oddania głosu ludności, zwłaszcza tej, która miałaby być najbardziej narażona na skutki ewentualnych wypadków – a zatem do przeprowadzenia referendum. I do takiego referendum lokalnego ostatecznie doszło w maju 1990 roku. Pokazało ono, że większość mieszkańców ówczesnego województwa gdańskiego jest przeciwko kontynuacji budowy elektrowni jądrowej. Dokładnie głosów na „nie” było 86%, co też w kontekście Czarnobyla jest symboliczne. Nie został jednak spełniony próg dla referendum, ponieważ zagłosowało nieco ponad 44% uprawnionych, więc jego rezultaty zostały zignorowane.

Skoro opinia wyrażona w referendum nie była wiążąca, to dlaczego zdecydowano się na porzucenie tej inwestycji? Często w narracji na temat wydarzeń w Żarnowcu pojawia się pogląd, że tylko antynuklearne środowiska ekologiczne wskazywały na niebezpieczeństwo takiej inwestycji, i że to one zniechęciły społeczeństwo polskie do budowy elektrowni. Tymczasem warto zwrócić uwagę, że jeszcze w PRL-u Służba Bezpieczeństwa wysyłała raporty, wedle których zasadność postawienia elektrowni jądrowej w Żarnowcu była pod dużym znakiem zapytania. W tych tajnych raportach wskazywano na to, że bezpieczeństwo jest bardzo mocno zagrożone przez szereg czynników. Wymieniano uchybienia podczas budowy elektrowni: braki materiałowe, braki organizacyjne, brak kultury pracy i wiele innych problemów, które mogły w przyszłości zaważyć na jej funkcjonowaniu. A to przecież informacje pochodzące od służb, które wspierały rozwój energetyki jądrowej w Polsce!

Po drugie, już w niepodległej Polsce komisja powołana przez ówczesnego ministra przemysłu Tadeusza Syryjczyka wyrażała pewne wątpliwości co do bezpieczeństwa tego obiektu, nawet jeśli w dość lakonicznej formie. Na późniejszym etapie nawet część członków Państwowej Agencji Atomistyki wyłamała się i opowiedziała się przeciwko kontynuowaniu tej inwestycji – wśród nich był Andrzej Wierusz, czyli jedna z osób, która miała swój wkład w projektowanie elektrowni.

Czy do momentu, powiedzmy, wejścia do Unii Europejskiej temat elektrowni jądrowej w Polsce był podnoszony przez któreś ze stronnictw politycznych, czy raczej widmo Czarnobyla nieustannie wisiało nad ideą atomu w naszym kraju?

Często decyzja o wycofaniu się z budowy elektrowni jądrowej w Żarnowcu czy Klempiczu jest traktowana jako zakończenie tematu energetyki jądrowej. Ale on został odroczony, nigdy nie było decyzji o całkowitym odejściu od energetyki jądrowej, tak jak w Niemczech. Ale od roku 1990 bardzo dużo się zmieniło. Z perspektywy historycznej te protesty w Żarnowcu uważane są za kamień węgielny ruchów ekologicznych w Polsce, i to chyba była najważniejsza akcja ekologiczna w kraju.

Impuls niepodległości

W innych krajach ówczesnego bloku wschodniego, szczególnie w tych, które były najbardziej dotknięte, czyli na Białorusi i w Ukrainie, Czarnobyl miał podobny polityczny wymiar? O ile na zachodzie narodziny i rozwój ruchu ekologicznego wiążemy przede wszystkim z awangardą politycznej lewicy, o tyle w republikach radzieckich sytuacja była bardziej skomplikowana. Katastrofa w Czarnobylu odegrała rolę czynnika pobudzającego świadomość narodową Białorusinów i Ukraińców. Tam sytuacja w latach 70. wyglądała bardzo niekorzystnie z punktu widzenia ukraińskiej czy białoruskiej tożsamości, kultury, języka. Działania te przypadły na okres, który nastąpił po traumatycznych doświadczeniach totalitaryzmu i charakteryzował się względną stabilizacją epoki Breżniewa, w której ruch tożsamościowy praktycznie zamarł. Podejmowane wcześniej, głównie przez opozycyjną inteligencję, próby budowania narodowej tożsamości nie przynosiły oczekiwanych rezultatów.

Przełomowym momentem okazała się katastrofa w Czarnobylu, która dostarczyła silnego impulsu do podjęcia na szeroką skalę protestów antysystemowych. Ich nowatorski charakter polegał na tym, że po raz pierwszy nie ograniczały się one do wąskiego kręgu inteligencji ukraińskiej czy białoruskiej, ale angażowały szerokie masy społeczne.

Dlaczego akurat Czarnobyl stał się tym impulsem? Ponieważ społeczeństwa te odebrały katastrofę jako zagrożenie o charakterze egzystencjalnym. Wcześniejsze protesty inteligencji koncentrowały się głównie wokół abstrakcyjnych kwestii teoretycznych, np. marksizmu, leninizmu, często przeintelektualizowanych i niezrozumiałych dla przeciętnego odbiorcy. Ta oderwana od codziennych realiów debata nie była w stanie poruszyć szerokich mas i wywołać oddolnego sprzeciwu. A tutaj był bardzo prosty przekaz. Mamy katastrofę, mamy ogromne zagrożenie dla zdrowia i bezpieczeństwa mieszkańców tych republik, a nawet dla kolejnych pokoleń.

Nie można też pominąć, że okolicznością sprzyjającą był fakt, że do wypadku w Czarnobylu doszło w momencie, kiedy ogłoszono już pieriestrojkę. Oczywiście informacje ukrywano, ale z drugiej strony mieliśmy pewne poluzowanie cenzury, zwłaszcza bliżej końca lat 80. Możliwe stały się działania, które były nie do pomyślenia jeszcze pięć lat wcześniej. Ukraińska opozycja antysystemowa to wykorzystała, tworząc ruch ekologiczny o charakterze silnie antynuklearnym, ale nie tylko. Z postulatami domagającymi się zamknięcia elektrowni jądrowych albo ujawnienia prawdziwych informacji na temat katastrofy w Czarnobylu ściśle powiązany był paradygmat tożsamościowy: żądania przywrócenia swobody języka, kultury, choć oczywiście trochę ukryte za hasłami przeciwko atomowi.

Czy ów ruch ekologiczny był tolerowany przez władze? On się nawet troszeczkę wpisywał w politykę pieriestrojki. O kwestiach ochrony środowiska naturalnego w Związku Sowieckim, podobnie jak w PRL-u, pisano i mówiono bardzo dużo, choć inna rzecz, że niewiele robiono w praktyce. Więc ludzie wychodzący na ulicę pod hasłami ekologicznymi niejako nie głosili niczego, co byłoby przeciwko komunistycznym władzom. Natomiast im bliżej lat 1990–1991, tym częściej do demonstracji przenikały hasła o charakterze niepodległościowym, domagające się najpierw suwerenności gospodarczej, a później politycznej republik białoruskiej i ukraińskiej.

Na podstawie tych procesów amerykańska badaczka procesów Jane Dawson ukuła pojęcie eko-nacjonalizmu: dość nietypowego połączenia ekologizmu i kwestii niepodległościowych.

W Europie Zachodniej z przyczyn oczywistych on się nie pojawił, bo tam były państwa niepodległe. Zresztą w różnych republikach radzieckich też były pewne odmienności. O ile u Białorusinów i Ukraińców Czarnobyl był archetypem tożsamościowym, który pomógł w odrodzeniu odrębności narodowej, o tyle już w republikach bałtyckich jedynie zintensyfikował ten rozwój, bo tam świadomość narodowa była bardzo mocna na długo przed 1986 rokiem. Stąd też czasami w literaturze pojawiają się pojęcia na przykład ukrainizacji, białorutenizacji czy lituanizacji Czarnobyla – te społeczeństwa odbierały tę awarię jako swoją narodową katastrofę.

Czy katastrofa w Czarnobylu nadal ma decydujący wpływ na ruchy ekologiczne w Ukrainie czy na Białorusi? Jak widoczna jest czarnobylska trauma po 40 latach i czy tendencje antynuklearne są silne w społeczeństwach za naszą wschodnią granicą? Na Białorusi sytuacja jest nieco inna, bo tam nie było wówczas elektrowni jądrowych. Ale jeśli mowa o Ukrainie, ruch antyatomowy odnosił poważne sukcesy jeszcze w czasach, gdy była republiką radziecką. Doprowadzono do tego, że władze zrezygnowały z planów budowy elektrowni jądrowych w Charkowie, w Czechryniu i na Krymie. Ogólnie ocenia się, że na terytorium całego Związku Sowieckiego protesty po katastrofie w Czarnobylu doprowadziły do porzucenia około 50 planowanych elektrowni jądrowych. To był bardzo poważny cios w plany Moskwy, ponieważ w latach 60. i 70. istniały zamiary przejścia na energetykę jądrową na większą skalę w całym ZSRR. W Ukrainie w ogóle ogłoszono później moratorium na budowę nowych energobloków. Tam aż do 1991 roku ruchy ekologiczne były bardzo silne. Zresztą pierwszą ukraińską partią polityczną była właśnie Partia Zielonych Ukrainy, której liderem był Jurij Szczerbak, dziś legenda ukraińskiej opozycji.

Jak zmieniła się sytuacja po upadku ZSRR? Od roku 1991, kiedy republiki odzyskały niepodległość, zainteresowanie sprawami ekologicznymi spada. Społeczeństwa musiały zmierzyć się z zupełnie nowymi wyzwaniami: wolny rynek, kapitalizm, po prostu walka o byt. Kwestie ekologiczne zostały odsunięte na dalszy plan. Zresztą na nie patrzono też silnie przez pryzmat działań Moskwy. Uważano, że jeżeli Związek Radziecki upadnie lub wyzwolimy się spod kurateli sowieckiej, to jednocześnie rozwiąże się większość problemów ekologicznych. Oczywiście nie jest też tak, że po uzyskaniu niepodległości zupełnie wycofano się z postulatów ekologicznych. Natomiast zauważalny był zwrot w kwestii energetyki jądrowej. O ile wcześniej domagano się całkowitego odejścia od atomu, to już władze niepodległej Ukrainy zmieniły swój stosunek do elektrowni nuklearnych o 180 stopni. Przystąpiono do realizacji budowy kolejnych reaktorów, nie zamierzano nawet zamykać RBMK w czarnobylskiej elektrowni. Przyczyn takiej zmiany poglądów należy doszukiwać się przede wszystkim w sytuacji ekonomicznej. W tej sytuacji, w której znalazła się Ukraina w latach 90., w obliczu kryzysu i dość dużego uzależnienia od energetyki jądrowej, odpowiadającej za mniej więcej 50% produkcji energii, realizacja tych postulatów, które głosiła opozycja, oznaczałaby całkowity krach ukraińskiej gospodarki.

Duchowy Czarnobyl

Czy czarnobylska trauma nadal istnieje? Ten wstrząs kulturowy nie był bynajmniej ograniczony do krajów za żelazną kurtyną. Obalił zaufanie – z dzisiejszej perspektywy dość naiwne – do ludzkich możliwości tworzenia bezpiecznych i stabilnych technologii. Nagle okazało się, że mogą mieć miejsce nieprzewidywalne sytuacje, które mają olbrzymi zasięg destrukcji, mogą znacząco wpłynąć na środowisko, zdrowie i życie ludzi. Czarnobyl stał się archetypem ostrzeżenia. Sprawił, że przestajemy myśleć w sposób technokratyczny czy inżynieryjny. To jest pewna lekcja dla naszej pychy.

Dyskusja, która toczy się na temat energetyki jądrowej w obliczu Czarnobyla czy Fukushimy, nie może koncentrować się tylko wokół megawatów, kosztów czy kapitalizacji tego przedsięwzięcia, ale muszą być również brane pod uwagę kwestie społeczne, psychologiczne czy etyczne. Na terenie byłych republik sowieckich powstało w ogóle pojęcie „duchowego Czarnobyla”. To termin, który co prawda został zaczerpnięty z literatury radzieckiej, ale szybko zaadaptowała go ukraińska opozycja, która określała nim stan, w jakim znalazły się ukraińska kultura i społeczeństwo pod panowaniem sowieckim. Podnoszono również argument, że Europie Zachodniej zagraża własny, „duchowy Czarnobyl”. Miałby on być konsekwencją bezgranicznej wiary we wszechmoc technologii i własne możliwości, bez dopuszczania do świadomości takiego scenariusza, że czekają nas sytuacje, których nie jesteśmy w stanie przewidzieć.

Tak, ale jednocześnie Czarnobyl musiał w drastyczny sposób wpłynąć na kwestie zabezpieczeń czy wymogów bezpieczeństwa nowych jednostek jądrowych, prawda? Tak. Katastrofa w Czarnobylu wydarzyła się w elektrowni wyposażonej w reaktory typu RBMK. To jest rodzima radziecka produkcja, nigdzie poza Związkiem Sowieckim ich nie instalowano. Po katastrofie w Czarnobylu przeprowadzono modernizację tych reaktorów, zwiększono system bezpieczeństwa, zresztą pod ścisłą egidą Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej. Co za tym idzie, dzisiejsze reaktory RBMK, które wciąż funkcjonują – a Rosja jest jedynym państwem, w którym jeszcze pracują reaktory tego typu – są zupełnie inne niż te, które uległy awarii w Czarnobylu. A w innych krajach, czyli w Ukrainie i Litwie, w ogóle nastąpiło odejście od tego rodzaju reaktorów.

A więc wprowadzono dodatkowe zabezpieczenia, Czarnobyl zaczęliśmy traktować jako swego rodzaju anomalię, coraz częściej zwraca się uwagę, że w związku ze zmianami klimatu i potrzebą transformacji energetycznej szersza adaptacja energii jądrowej jest niezbędna. Z drugiej strony widzieliśmy tę medialną panikę z 2022 roku, kiedy Rosjanie wkroczyli do Ukrainy właśnie przez Strefę Wykluczenia, a ludzie momentalnie zaczęli obawiać się powtórki tamtej katastrofy, z aptek wykupywano nawet płyn Lugola tak, jak przed czterdziestoma laty. Czy w takim razie, pomimo upływu czterech dekad, nadal żyjemy w cieniu Czarnobyla? To jest temat, który ponownie wypływa przy różnych okazjach. Na przykład budowa elektrowni jądrowej w Ostrowcu na Białorusi wywołała falę gwałtownych protestów na Litwie, gdzie podczas demonstracji nieustannie porównywano białoruską placówkę do potencjalnego drugiego Czarnobyla. A skoro już wspomniał Pan o wybuchu wojny – w marcu 2022 roku wojska rosyjskie zajęły elektrownię jądrową w Zaporożu, i niedługo później odbyli do niej wizytę przedstawiciele Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej. Ona była mocno krytykowana przez stronę ukraińską, nawet Wołodymyr Zełenski określił ją mianem „bezsensownej wycieczki”. Jeszcze ostrzej wypowiadał się wtedy bliski współpracownik prezydenta, Mychajło Podolak, który określił wizytę przedstawicieli agencji jako „tchórzliwą i uprzedzoną na korzyść Rosji”.

Władze ukraińskie oburzył przede wszystkim fakt, że MAEA nie nazwała Rosji stroną odpowiedzialną za okupację elektrowni i militaryzację obiektu, a cała wizyta przebiegała według scenariusza rosyjskiego. MAEA wprawdzie apelowała, żeby zaprzestano ostrzałów w pobliżu elektrowni, ale nie nazwała winnego. Wspominam o tym dlatego, że zauważyłem, iż w publicystyce ukraińskiej zaczęły się wtedy pojawiać odwołania do tego, co stało się w Czarnobylu. Były oskarżenia pod adresem agencji, że w latach 80. i 90. pomagała promować narrację moskiewską na arenie międzynarodowej, jeżeli chodzi o przyczyny i przede wszystkim skutki ekologiczne i zdrowotne katastrofy, np. na konferencji zorganizowanej przez MAEA w Wiedniu w 1986 roku. Więc tak, ten temat jest nadal żywy.

Katastrofa czarnobylska na trwałe zakorzeniła się w naszej świadomości jako archetypiczny symbol ostrzeżenia i, jak sądzę, pozostanie nim na zawsze.

To właśnie dzięki niej, podejmując decyzje związane z zaawansowaną technologią, nie ulegamy pysze ani złudzeniu, że mamy nad nią pełną kontrolę. W naszej kulturze, a nawet szerzej w całej zachodniej cywilizacji, Czarnobyl urósł do rangi trwałego memento. I osobiście uważam, że jest to zjawisko niezwykle potrzebne i pozytywne.

Na zdjęciu Jakub Mirowski
Jakub Mirowski

Magister filologii tureckiej Uniwersytetu Jagiellońskiego, niezależny dziennikarz, którego artykuły ukazywały się m.in. na łamach OKO.Press, Nowej Europy Wschodniej, Balkan Insight czy Krytyki Politycznej. Zainteresowany przede wszystkim wpływem globalnych zmian klimatycznych na najbardziej zagrożone społeczności, w tym uchodźców i mniejszości, a także rozwojem i ewolucją skrajnie prawicowych ruchów i ideologii.

Komentarze