0:000:00

0:00

Prawa autorskie: FOT. ROBERT KOWALEWSKI / Agencja Wyborcza.plFOT. ROBERT KOWALEWS...

12 lutego Ministerstwo Edukacji Narodowej rozpoczęło prekonsultacje zmian w podstawach programowych [prekonsultacje – czyli rozpoznanie opinii przed właściwymi konsultacjami – red.].

Celem zmian w podstawach programowych jest ograniczenie obowiązkowych treści, które muszą dziś przyswoić uczniowie i uczennice szkół. Przynajmniej do czasu, gdy powstanie kompleksowa propozycja reformy edukacji. Ale to możliwe dopiero za dwa lata.

Zmiany, które proponuje dziś MEN, wejdą w życie we wrześniu 2024. Uwagi można zgłaszać do 19 lutego.

O tym, jak po korekcie mogłyby wyglądać lekcje polskiego w szkołach podstawowych i średnich, rozmawiamy z Kingą Białek, dydaktyczką języka polskiego ze Szkoły Edukacji PAFW (Polsko-Amerykańskiej Fundacji Wolności) i UW, która uczestniczyła w pracach ministerialnego zespołu ekspertów i ekspertek zajmujących się odchudzeniem podstaw programowych.

Anton Ambroziak, OKO.press: Zbyt szczegółowe, przeładowane, sztywne, anachroniczne, zideologizowane – to były zarzuty do obowiązujących podstaw programowych. Ile udało się naprawić?

Kinga Białek: Kluczowe jest właśnie słowo „naprawić”. Zadanie, które stało przed zespołami pracującymi przy ministerstwie edukacji, polegało na tym, żeby urealnić zapisy podstawy programowej. Nie było założeniem tej pracy zmienianie zasadniczej koncepcji, filozofii.

To jest chyba największy niedosyt, bo choć zysków mamy wiele, to wciąż zostajemy z podstawą programową, którą wprowadziła ministra Zalewska i jej następcy. Składa się ona z listy bardzo konkretnie nazwanych wymagań – my ich nie modyfikowaliśmy, nie tworzyliśmy nowych, nie zmieniliśmy myślenia o tym, czym jest język polski w szkołach.

Na czym polegała wasza praca?

Dla mnie najważniejsze jest to, że praca, którą wykonaliśmy, nie była wyłącznie pracą nad listą lektur. Najważniejsze było skrupulatne przejrzenie bardziej szczegółowych treści wymagań, żeby wyczyścić je z zapisów, które są trudne do realizacji w praktyce szkolnej, z zapisów nieadekwatnych do wieku i umiejętności uczniów na danym etapie edukacji albo po prostu nieczytelnych lub nielogicznych.

Na przykład?

W podstawie programowej jest np. zapis dotyczący umiejętności rozpoznawania manipulacji w tekstach. A zaraz za nim szczegółowe wymaganie o rozpoznawaniu środków manipulacji w reklamie. Nazywanie konkretnych środków nie tylko jest bardzo trudne, ale też zupełnie niepotrzebne uczniom w szkole podstawowej.

Raczej chcemy ich nauczyć tej szerszej, bardziej ogólnej umiejętności dostrzegania zabiegów manipulacyjnych w różnych tekstach.

Przeczytaj także:

Były też fragmenty podstawy, które były pewnego rodzaju ozdobnikiem, który niekoniecznie niesie za sobą jakąkolwiek wartość. Na przykład w dwóch miejscach pojawiały się zapisy o porównywaniu doświadczeń bohaterów literackich z własnymi.

Udało się wpuścić więcej swobody do pracy nauczycielek i nauczycieli?

Najbardziej jestem szczęśliwa ze zmiany układu lektur uzupełniających. Pojawia się tam adnotacja, że mają być wybierane nie tylko przez nauczyciela, ale także przez uczniów. Każdy polonista i każda polonistka dobrze wie, czego potrzebują uczniowie, co mogą im zaproponować, jakie są możliwości klasy, czego dzieciaki szukają w literaturze. Ale mają też swobodę, żeby zapytać uczniów i uczennice, co by chcieli przeczytać, omówić, o czym chcieliby porozmawiać na lekcji

I teraz będą mieli na to czas?

Trudno stwierdzić, w jakim stopniu nauczyciele realizowali zapisy, w jakim stopniu koncentrowali się na szczegółowych wymaganiach, a jak dalece starali się je łączyć w klastry umiejętności. Liczę, że znajdą czas na autorskie lekcje i treści oraz dostosowanie swoich działań do potrzeb uczniów i uczennic. Na pewno od września będą mieli mniej twardych zobowiązań, jeśli chodzi o czytanie tekstów obowiązkowych.

W szkołach średnich wykreślone z lektur „Romeo i Julia” i „Konrad Wallenrod”. „Pan Tadeusz” (to szkoła podstawowa) i „Chłopi” – tylko we fragmentach. Nie-boska komedia i Odyseja – dla uczniów na poziomie rozszerzonym.

Przez wiele lat pracowałam jako praktyczka, wiem, że czasem nauczyciel stoi przed trudnym wyborem. Decyduje się na jedną lekturę, bo ta jest mu bardziej potrzebna, a chciałoby się sięgnąć po inną książkę. Może brzmi to żartobliwie, ale taka jest prawda.

Jedną z najtrudniejszych umiejętności w pracy nauczyciela jest decydowanie, z czego rezygnuję i w imię czego. To naprawdę nie jest tak, że wszystkie dzieci w Polsce muszą przeczytać konkretną lekturę. Nie warto patrzeć na to przez pryzmat straty. Po prostu zyskają co innego. Rezygnując na przykład z omawiania Konrada Wallenroda, robię przestrzeń na omówienie tekstu współczesnego. Co nie znaczy, że te teksty muszą zniknąć z praktyki szkolnej. Nie widzę przeszkód, żeby nauczyciel po nie sięgał, jeśli uzna, że to potrzebne jego klasie.

A co z ideologizacją podstawy? Z lektur uzupełniających dla szkół podstawowych i średnich zniknęły dzieła Jana Pawła II, w ich miejsce pojawiło się trochę tekstów współczesnych, np. Olgi Tokarczuk czy Marcina Wichy. To jakaś wskazówka?

Musimy myśleć o tym w kategoriach praktycznego rozwiązania, jeśli pojawiają się teksty nowsze, coś starego musiało zniknąć.

To nie tylko wybór praktyczny, ale kierunkowy.

Nie chciałabym, żeby lista lektur uzupełniających była wskazówką ideologiczną czy polityczną. Myślę raczej o tym, co sprawdzi się praktyce, co może być ciekawe, co może być inspiracją dla uczniów i nauczycieli. Z drugiej strony, nasz ruch naprawdę nie oznacza, że jeśli nauczyciel chciałby przeczytać ze swoimi uczniami jakąś lekturę, to ktoś mu tego zakaże. Chciałabym, żebyśmy myśleli o tym w kontekście autonomii.

Jak zmiany wpłyną na uczniów i uczennice? Będzie im tylko lżej czy jednak przeżyją kolejną rewolucję?

Nie jesteśmy w stanie zagwarantować, że uczniowie poczują tylko ulgę. Wiele zależy od nauczycieli. Jeśli ci uznają, że to dla nich trudne, będą zaniepokojeni, to może być źródłem dodatkowych napięć w klasach.

Ale my nie powtarzamy błędów ministry Zalewskiej, która naprawdę wywróciła szkolną rzeczywistość. Nasza intencja była inna: zróbmy tak, żeby obowiązujące podstawy były realistyczne, ale żeby jednocześnie nie oznaczało to zaburzenia rytmu pracy. Podręczniki się nie zmienią, praktyka nauczycieli się nie zmieni z dnia na dzień.

Co z egzaminami?

Punktem odniesienia dla egzaminów zewnętrznych w Polsce jest podstawa programowa. Od przyszłego roku szkolnego wymagania egzaminacyjne, jako dokument dodatkowy, który wprowadzono w czasie pandemii, nie będzie obowiązywać. Obowiązywać będzie zaktualizowana podstawa programowa. I tyle, nic więcej się nie zmienia.

Wiele osób jest pozytywnie zaskoczonych, że ministerstwo zdecydowało się na tak szerokie konsultacje.

Cieszę się, że nawet drobne zmiany są konsultowane, bo ludzie chcą mieć przestrzeń, żeby zabrać głos. Musimy zerwać z myśleniem, że oto ministerstwo w swojej mądrości coś wymyśli, a nauczyciele mogą to tylko przyjąć i realizować.

Taką wpadką nowego kierownictwa jest rozporządzenie ws. zadań domowych: kilka nieścisłych wypowiedzi, dokument bez szerokich konsultacji i mamy aferę.

Tym bardziej cieszę się, że w przypadku podstaw programowych mamy szansę na spokojny dialog. Czekam na wszystkie uwagi i wątpliwości. A jeszcze mocniej wypatruję zapowiedzianego przez wiceministrę Katarzynę Lubnauer szerokiego procesu przebudowy podstaw programowych. To musi być wspólny projekt całego społeczeństwa, uwzględniający potrzeby szkoły i głos ekspercki.

Zupełnie nowe podstawy programowe mają wejść w życie w 2026 roku. Co powinno się w nich znaleźć?

Chciałabym, żeby język polski nie był przedmiotem, na lekcjach którego poznaje się głównie wiedzę o historii literatury. Chciałabym, żeby to były lekcje, na których kształtuje się głębokie kompetencje czytelnicze. Uczniowie i uczennice powinni dostać narzędzia do tego, żeby czytanie – nie tylko książek – było stałym elementem ich życia.

Marzy mi się podstawa, która koncentruje się na kompetencjach i umiejętnościach. Nie na konkretnych treściach do omówienia. Jeszcze ze sobą walczę i nie mam konkretnego zdania, czy to oznacza całkowitą rezygnację z listy lektur obowiązkowych, czy raczej znaczne jej ograniczenie.

Na pewno chciałabym, żeby nauczyciele mogli częściej dokonywać wyboru, wiedząc, jakie cechy książki mają omówić. Jeśli ich zadaniem jest przeczytanie powieści na przykład dystopijnej, niech wybiorą ją wspólnie z uczniami. Dzieciom i młodzieży czasem trzeba coś pokazać, podsunąć lub zaproponować, ale bardzo często wystarczy posłuchać ich propozycji.

Lekcje języka polskiego powinny być też czasem na autentyczne rozwijanie umiejętności. Dobrze byłoby, gdyby dużo działo się warsztatowo, żeby uczniowie naprawdę uczyli się pisać, pisząc, żeby uczyli się czytać, czytając. Żeby język, który poznają, był językiem żywym, a nie oderwanym od rzeczywistości tworem z ćwiczeń. Niech to będzie coś, co mogą przeczytać, usłyszeć i zobaczyć.

;

Udostępnij:

Anton Ambroziak

Dziennikarz i reporter. Uhonorowany nagrodami: Amnesty International „Pióro Nadziei” (2018), Kampanii Przeciw Homofobii “Korony Równości” (2019). W OKO.press pisze o prawach człowieka, społeczeństwie obywatelskim i usługach publicznych.

Komentarze