0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Źródło: Bayerische Staatsbibliothek MünchenŹródło: Bayerische S...

Ten tekst został najpierw opublikowany na stronie Studio Opinii 19 listopada. Tu przedstawiamy go z niewielkimi skrótami.

Książkę wybitnej kanadyjskiej badaczki Holocaustu Doris L. Bergen, pod wiele mówiącym tytułem, „Między Bogiem a Hitlerem. Kapelani wojskowi w służbie nazizmu”, właśnie udostępniło polskiemu czytelnikowi Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego .

Książkę można widzieć jako egzemplifikację głównej tezy książki Dereka Hastingsa z 2010 roku „Catholicism and the Roots of Nazism: Religious Identity and National Socialism” (Katolicyzm i korzenie nazizmu. Religijna tożsamość i narodowy socjalizm). Pisał o niej na łamach rocznika Zagłady Żydów Polskich Grzegorz Krzywiec stwierdzając, że „Hastings przekonywająco pokazał i dowiódł złożoności religijnych motywacji narodowych socjalistów. Ich antysemicka propaganda łączyła bowiem najbardziej odległe fantazmaty chrześcijańskie z nowoczesnymi formami antysemityzmu i w tej formie docierała do znacznej części ludności”.

Dokładnie to samo można dostrzec w książce Bergen, której tezy zostały wzmocnione osobistymi świadectwami kapelanów. Sama Doris L. Bergen ur. w 1960 roku, pochodzi z mieszanej, ukraińsko-niemieckiej rodziny, w której otrzymała menonickie wychowanie. Co ciekawe te biograficzne wątki (menonici) pojawiają się również w jej badaniach nad Holocaustem.

Nim jednak przybliżę zawartość najnowszej książki Bergen (oryginał angielski ukazał się w 2023 roku) pozwolę sobie przypomnieć jej wcześniejszą publikację, również przetłumaczoną na język polski już w 2011 roku przez Wydawnictwo Poznańskie. Chodzi o rodzaj przewodnika nad badaniami różnych form ludobójstw: „Wojna i ludobójstwo. Krótka historia Holocaustu”. Jest ona o tyle istotna, że pojawiają się w niej wątki stanowiące teoretyczną ramę dla narracji obecnej w „Między Bogiem a Hitlerem”.

Kreśląc historyczną perspektywę XX-wiecznych ludobójstw autorka zwraca uwagę, iż należy pamiętać, że powstanie chrześcijaństwa dodało nowego paliwa do antyżydowskich uczuć i dość szybko z prześladowanego odłamu judaizmu stało się religią dominującą w Cesarstwie Rzymskim.

Jak przypomina: „Narodziny chrześcijaństwa wpłynęły na nasilenie antyżydowskich nastrojów”. Przypomnieliśmy o tej oczywistej oczywistości z Arturem Nowakiem w książce „Antysemickie chrześcijaństwo”. To samo można powiedzieć o protestanckiej reformacji, która nie tylko, że nie poprawiła losu europejskich Żydów, ale jej główny twórca Marcin Luter „wyśmiewał Żydów jako upartych i opornych”. To właśnie Lutrowi język niemiecki zawdzięcza „wzbogacenie” antysemickiego arsenału językowego już dość przecież bogatego dzięki ojcom kościoła z św. Janem Chryzostomem na czele.

Tak więc nazistowski antysemityzm trafił na dobrze przygotowany grunt przez wielowiekowy chrześcijański antysemityzm, czy jak niektórzy wolą antyjudaizm.

Przeczytaj także:

Konkordat z Watykanem

Jak wiadomo sam Hitler nie był ani błyskotliwym czy oryginalnym myślicielem. Jego demagogiczny „geniusz” sprawił, że antysemityzm stał się narodową ideologią. Tuż po wyborze na kanclerza w styczniu 1933 roku Hitler zrobił wszystko by jego władza znalazła legitymizację w oczach świata. Najlepszym sposobem do tego było zawarcie międzynarodowej umowy z Watykanem, do czego doszło już kilka miesięcy po nominacji kanclerskiej w lipcu 1933 roku.

Bergen przypomina, że: „Dla Hitlera konkordat okazał się niezwykle efektywnym sposobem na zdobycie poparcia zarówno w kraju, jak i za granicą”. I jak słusznie podkreśla, znaczenie tego porozumienia z Watykanem miało dalekosiężne konsekwencje: „Konkordat podciął więc gałąź pod ewentualną katolicką opozycję w Niemczech. Jak księża parafialni mogliby pozwolić sobie na krytykowanie kanclerza, którego uznał papież? Czy po podpisaniu porozumienia mógł powstać zjednoczony katolicki front sprzeciwu wobec sterylizacji? Tymczasem za granicą konkordat dodał reżimowi Hitlera prestiżu”.

To tylko niektóre z wątków obecnych w tej idącej często przeciw ustalonym sposobom myślenia o chrześcijaństwie książce. W zakończeniu Doris L. Bergen podkreśla, że lekcja Holocaustu nie tylko nie zostało odrobiona, ale wiele wskazuje na to, że mamy do czynienia z ciągłymi nawrotami do tamtych straszliwych zbrodni: „Spoglądając wstecz na epokę nazizmu i Holocaustu, często głosimy hasło ‘nigdy więcej’, ale dla Żydów prześladowanych w pogromach w polskich miastach i miasteczkach w 1945 i w 1946 r., świadków Jehowy przetrzymywanych w komunistycznych więzieniach w latach pięćdziesiątych czy okaleczonych i pozostawionych bez dachu nad głową Romów na skutek podpaleń i zamieszek w Rumunii w latach dziewięćdziesiątych XX w., bardziej odpowiednim hasłem mogłoby być słowo ‘jeszcze?’”.

Dzisiaj, w roku 2025, ta lista dyskryminowanych i prześladowanych grup i narodów tylko się wydłużyła wystarczy dodać pełnoskalową inwazję Putina na Ukrainę 24 lutego 2022 roku czy ofiary konfliktu rozpętanego 7 października 2023 r. przez bojowników Hamasu brutalnie mordujących ponad 1200 ofiar głównie cywilów, w tym kobiety i dzieci i porywając ponad 250 zakładników…

Wracajmy do książki „Między Bogiem a Hitlerem. Kapelani wojskowi w służbie nazizmu”. Prawdę mówiąc najchętniej sporządziłbym antologię co celniejszych fragmentów tej zupełnie niezwykłej książki. Wobec siły każdej niemal strony tej monografii każdy komentarz musi wydawać się blady. Dodałby jeszcze, że pisanie książki dla Autorki było sporym wyzwaniem, a jej lektura nie należy do zajęć ani łatwych, ani przyjemnych.

Kapelanat niemiecki

Najpierw spójrzmy na jej bohatera zbiorowego, czyli instytucję kapelanatu niemieckiego kierowanego przez dwóch biskupów (katolickiego i protestanckiego) zrzeszająca około tysiąca księży i pastorów i działającego w ramach episkopatów głównych wyznań Niemiec.

Książka odnotowuje ich obecność na wszystkich frontach działań armii Hitlera i stara się tę obecność zrozumieć: „Jednym z argumentów tej książki jest ten, iż niemiecki kapelanat wojskowy pomagał legitymizować reżim Hitlera i jego ludobójczą wojnę. (…) Autorytet moralny kapelanów Wehrmachtu czynił z nich klucz do kreowania uspokajających wersji wydarzeń dla żołnierzy i ich rodzin”.

W praktyce oznaczało to ni mniej, ni więcej tylko obwinianie ofiar za dokonywane zbrodnie, bo przecież w świetle prezentowanej narracji Żydzi byli śmiertelnym zagrożeniem dla Niemiec. Co więcej dochodziło do osobliwej symbiozy wojska i obsługujących jego duchowe potrzeby kapelanów: „Legitymizacja działała w obie strony – jeśli reżim hitlerowski potrzebował niemieckich kapelanów wojskowych, to kapelani potrzebowali reżimu być może jeszcze bardziej. Ich wiarygodność i cały sens istnienia zależał od ich związków z wojną i ludźmi, którzy w niej walczyli”.

Książka „Między Bogiem a Hitlerem” to siedem chronologicznych rozdziałów obejmujących lata po dojściu Hitlera do władzy w 1933 roku do bezwarunkowej kapitulacji Niemiec w 1945. Nie brak odniesień do lat wcześniejszych i późniejszych niż główne ramy czasowe. Zostały one poprzedzone metodologicznym wstępem sytuującym monografię w szerszym tle toczącej się debaty i zakończone niezbyt optymistycznymi refleksjami na temat możliwości przezwyciężenia zbrodniczych tendencji ludzkiej natury.

Bergen sięgnęła do materiałów albo nigdy wcześniej niepublikowanych albo znajdujących się w niszowych i trudno dostępnych publikacjach. Jak pisze: „Źródła, na których opiera się to studium, obejmują okresowe raporty kapelanów składane przełożonym, korespondencję między władzami kościelnymi i państwowymi, listy i dzienniki kapelanów oraz powojenne wspomnienia naocznych świadków”.

Ale nie tylko źródła i ich proweniencja są istotne. Równie ważne, a może jeszcze ważniejsze jest ich umiejętne odczytanie, a z tym miewają problemy nawet wytrawni historycy. Dobrze o tym wiemy również z polskich sporów interpretacyjnych dotyczących na przykład zasobów Instytutu Pamięci Narodowej. Nie bez znaczenia jest też moment historyczny, w którym te dokumenty są odczytywane.

Bergen nie tylko ma świadomość tej złożoności, ale zdaje z niej również sprawę już we wprowadzeniu pisząc tak: „Ponieważ kapelanów Wehrmachtu nie można zobaczyć bez obejrzenia się wstecz od chwili obecnej, niniejsze studium ukazuje również związki między przeszłością a tym, co po niej nastąpiło. Z mojego punktu widzenia ważne jest doświadczenie 11 września 2001 roku. Gdy w wieże World Trade Center w Nowym Jorku uderzyły samoloty, pracowałam nad tematem kapelanów Wehrmachtu już od dekady. Jednakże w latach dziewięćdziesiątych wśród historyków nowoczesnej Europy religia nie sprzedawała się dobrze. Zamachy z 11 września i reakcja Stanów Zjednoczonych, gdzie wówczas mieszkałam i pracowałam, zmieniły sytuację – rozbudziły zainteresowanie związkami między religią i przemocą, często postrzeganymi w kategoriach islamofobicznych. Wojny w Iraku i w Afganistanie sprawiły, że zaczęto się przyglądać kapelanom wojskowym, i nagle spostrzegłam, że za sprawą pracy, którą wykonałam, stałam się ‘ekspertem’, do którego zwracano się o komentarz…”.

Dwa pierwsze rozdziały to niejako przygotowanie do głównego rdzenia książki, czyli rozdziałów od trzeciego do szóstego obejmujących czasy drugiej wojny światowej rozpoczętej napaścią na Polskę 1 września 1939 roku. W każdym z nich omówiona jest szczegółowo rola kapelanów będących świadkami zbrodni hitlerowskich żołnierzy. Ich funkcja ulegała zmianie w zależności od wyników toczonych bitew i dokonywanych eksterminacji lokalnej ludności.

Okazywało się, że chrześcijaństwo znakomicie sprawdza się zarówno w chwilach ekstatycznych zwycięstw (Gott mit uns!) jak i w chwilach druzgocących klęsk (poniesione ofiary nie zostaną bez wiecznej odpłaty).

Oto niektóre z tych momentów towarzyszenia księży i pastorów Adolfowi Hitlerowi poczynając od wspomnianego już zwycięstwa wyborczego w 1933 roku. Zostało ono przyjęte z radością: „Dojście Hitlera do władzy ucieszyło wielu katolików i protestantów, lecz przywódcy Kościoła ewangelickiego okazywali swoje wsparcie bardziej publicznie”.

Czystość rasowa księży i pastorów

W praktyce oznaczało to wcielanie w życie kapelanatu również „paragrafu aryjskiego”, czyli kandydaci na kapelanów musieli przejść rygorystyczną kontrolę pochodzenia. Podobnie z zadowoleniem został przyjęty Anschluss Austrii w 1938 roku. Po lekturze dwóch pierwszych rozdziałów czytelnik nie będzie zaskoczony, gdy się dowie, że kapelani byli również dobrze przygotowani do napaści na Polskę i błyskawicznej wojny wrześniowej, która doprowadziła do podzielenia kraju pomiędzy hitlerowskie Niemcy i stalinowski Związek Sowiecki.

Kolejny rozdział wojennych sukcesów na Wschodzie, czyli wypowiedzenie wojny Stalinowi, również wskazuje na aktywny udział kapelanów: „Raporty kapelanów nie pozostawiają wątpliwości co do tego, że byli oni aktywnie zaangażowani w przygotowanie inwazji na terytorium sowieckie w 1941 roku”.

Szczególnie istotny w propagandzie kapelanatu był motyw walki z bezbożnym komunizmem i otwieranie chrześcijańskich świątyń dla lokalnej ludności. Jednocześnie nie widać śladu wątpliwości związanych z barbarzyńskim niszczeniem żydowskich miejsc kultu połączonym z eksterminacją ludności żydowskiej.

Genocide of the mind

„Stając w obliczu zbrodni, chrześcijańscy kapelani przestali być głosem prawości, stali się tymi, których legitymizują dowódcy wojskowi i sama wojna”.

Odnotowując postępującą kompromitację religii chrześcijańskiej wprzęgniętej w proces usprawiedliwiania kolejnych odsłon zbrodni Bergen używa niezwykle sugestywnego pojęcia ludobójstwa umysłu (genocide of the mind), wprowadzonego do obiegu akademickiego przez MariJo Moore w 2003 roku w książce zawierającej teksty rdzennych Amerykanów.

„Kultura ludobójstwa nagradza, wspiera i chroni sprawców przemocy oraz ich społeczności. Unicestwia swe ofiary i rodzi własne uzasadnienia. Kapelani funkcjonowali jako bohaterowie i czynniki sprawcze w narracjach stabilizujących ten system. Już w 1942 roku stanowili oni element machiny zbrodni – jako Niemcy, jako chrześcijanie oraz jako przedstawiciele instytucji łączącej kościoły i front krajowy z wojną i ludźmi na niej walczącymi. Ich rolą była realizacja ludobójstwa umysłu”.

Autorka wróci jeszcze do tego problemu, gdy będzie pisać o odwróceniu ról oprawcy i jego ofiary.

Cezurą wskazującą do hegemoniczną wręcz obecność wspomnianej kultury ludobójstwa stał się rok 1942, a więc szczególnego nasilenia zbrodni wobec Żydów zgodnie z postanowieniami Konferencji w Wannsee 20 stycznia 1942 roku, gdzie najwyżsi funkcjonariusze Hitlera zdecydowali o ostatecznym rozwiązaniu kwestii żydowskiej.

Umiejętność legitymizowania największej w dziejach ludzkości zbrodni leżała w zasięgu talentów oratorskich kapelanów Wehrmachtu. Pisze Bergen: „Lata 1942 i 1943 mogłyby się wydać mniej dramatyczne niż rok 1941, okres ten jednak jeszcze wyraziściej pokazuje, jak bardzo kapelani byli uwikłani w przemoc. Potworności stały się już rutyną, ludobójstwo przestało być nieoczekiwaną eksplozją, przerodziło się w śmiercionośną falę, która nie miała końca. Na przestrzeni 1942 roku Niemcy podejmowali setki zbrodniczych akcji przeciwko Żydom – w lasach, na polach i w miastach, od Paryża po Sewastopol”.

Piąty rozdział zatytułowany „Moc prawdy chrześcijańskiej i wiary chrześcijańskiej. Kultura ludobójstwa, 1942-1943” kończą refleksje, które rzucają również sporo światła na nasze dzisiejsze problemy z populistami, którzy zręcznie odwracają znaczenie używanych w publicznej debacie pojęć.

Tu znowu pozwolę sobie na dłuższy cytat,: „Kluczowym posunięciem służącym usprawiedliwieniu niemieckich bestialstw i ułatwianiu ich popełniania było odwrócenie ról, zamienianie miejscami sprawców i ofiar. Odwrócenie ról to idea znana chrześcijanom i wbudowana w wiarę chrześcijańską, ponieważ Jezus – niewinna ofiara – jest zwycięzcą nad śmiercią. W tradycji chrześcijańskiej Żydzi byli odwiecznym celem ataków: w rzekomych zabójcach Chrystusa widziano tych, którzy zasługują na zagładę, ucieleśnienie zła i martwą religię, przedstawianą jako żerowanie na krwi chrześcijańskich dzieci w celu ożywienia samej siebie.

Chrześcijaństwo samo w sobie było potężnym narzędziem i siłą, która prowadziła do niszczenia istniejących tradycji religijnych i społecznych, oraz centralnym elementem kultury ludobójstwa, która je zastąpiła, uzasadniającym przemoc, magicznie przeobrażającym sprawców w ofiary, a ofiary w sprawców, dostarczającym narracji o zbawieniu i odkupieniu poprzez krew”.

To odwrócenie pojęć trwa do dzisiaj i ma się szczególnie mocno w krajach, gdzie Holocaust się wydarzył. Wystarczy wspomnieć sukces wyborczy skrajnie prawicowej partii AfD w Niemczech i triumfy negacjonisty Holocaustu i zdeklarowanego antysemity w Polsce, Grzegorza Brauna. Jak widać siła nazistowskiej demagogii przetrwała swoich twórców.

Rok 1945 i później

To długie trwanie hitlerowskiej ideologii pokazuje rozdział siódmy już swoim tytułem „Od hitlerowskiej przeszłości do chrześcijańskiej przyszłości. Rok 1945 i później”, w którym zaraz na początku czytamy: „Chrześcijaństwo dobrze się przysłużyło kapelanom Wehrmachtu w burzliwym okresie powojennym. Ofiarowało poszczególnym osobom możliwość odkupieńczej narracji o swojej własnej roli w wojnie i Zagładzie oraz o roli wojska i narodu, w którym służyli”.

Mogę to potwierdzić własnym doświadczeniem, gdy jako ksiądz pracowałem w okresie wakacyjnym w latach 1983-2004 na parafiach w Niemczech nieraz spotykałem się z komentarzami jak różni księża bardzo cierpieli w czasie wojny w bolszewickiej Rosji. Rzadko słyszałem wyjaśnienie, dlaczego się tam znaleźli i jaką rolę odegrali na froncie wschodnim.

Pozostaje nam wsłuchać się w kilka końcowych refleksji: „Przez całą epokę narodowego socjalizmu kapelani okazywali się partnerami godnymi zaufania. Kapelanat Wehrmachtu jeszcze przed jego formalnym utworzeniem w 1935 roku mógł się poszczycić historią lojalności względem hitlerowskiego państwa niemieckiego i jego sił zbrojnych, a gdy nadeszło sześć lat wojny, trzymał się tego wzorca”.

I już na koniec uwaga dla tych, którzy mają wątpliwości czy aby na pewno można uważać chrześcijaństwo za część ideologii hitlerowskiej: „W hitlerowskim imperium chrześcijaństwo i chrześcijańscy kapelani stanowiły istotne elementy w systemie złożonym z idei, struktur i narracji, który chronił i nagradzał sprawców ludobójstwa oraz ich społeczności, jednocześnie wymazując ich ofiary i zaprzeczając ich zbrodniom”.

Rozgrzeszenie Auschwitz

Na koniec chciałbym dołączyć fragmentu eseju napisanego przed kilku laty na zamówienie amerykańskiego jezuity Jamesa Bernauera, którego nigdy nie publikowałem po polsku. Myślę, że dobrze koresponduje z książką omówioną powyżej.

Zatytułowałem go „Rozgrzeszenie Auschwitz – to jest skandal moralny”. Zrezygnowałem z przypisów i fragmentów odnoszących się do faktu że w tej zbiorowej książce znalazła się fikcyjna spowiedź komendanta Auschwitz Rudolfa Hössa i równie fikcyjny dziennik jego spowiednika Władysława Lohna.

Temat rozgrzeszenia Hössa, przez polskiego jezuitę Władysława Lohna (1889-1961) budzi we mnie nie tylko mieszane uczucia. Uważam sam fakt rozgrzeszenia zbrodniarza wojennego za skandal. Być może gdybym był na miejscu Lohna zachowałbym się tak samo, co nie zmienia faktu, że pozostaje to wydarzenie gorszącym.

Jednak nie chodzi mi o ocenę tego akurat gestu rozgrzeszenia udzielonego przez księdza katolickiego, który to zrobił z pełnym przekonaniem i zgodnie z doktryną Kościoła katolickiego. Chodzi mi raczej o cywilizacyjne konsekwencje tego gestu, który unieważnia metafizyczną winę o jakiej w swojej książce, opartej na wykładach z 1945/1946 roku, Problem winy pisał Karl Jaspers (1883-1969).

Oto przedstawiciel instytucji stwierdza, że w oczach Boga zbrodniarz mający na sumieniu miliony ofiar i żałujący za swoje grzechy nie tylko jest uniewinniony, ale ma zapewnioną wieczną szczęśliwość. Dla mnie jest to sprzeczne z elementarnym poczuciem sprawiedliwości.

Jest to tym bardziej zdumiewiające, że w świetle „spowiedzi” Hössa, jego stosunek do Żydów nie uległ zmianie, a jego antysemityzm był perspektywą patrzenia na Holocaust.

Moje oburzenie ma związek nie tylko z rozgrzeszeniem Hössa, ale dotyczy reakcji Kościoła katolickiego na dramat Holocaustu, a zwłaszcza otwartego chronienia po drugiej wojnie światowej zbrodniarzy wojennych. Ten proceder został dość dokładnie udokumentowany, a sam Watykan nigdy się do niego nie odniósł, ani tym bardziej nie potępił zaangażowanych w niego księży i biskupów.

Moje stanowisko opieram na filmie „Spowiedź diabła. Zagubione taśmy Eichmanna” opartego na rozmowach między zbrodniarzami nazistowskimi i na dwu książkach, które są ściśle związane z tym filmem. Jedna autorstwa argentyńskiego dziennikarza Uki Goni i druga napisana przez niemiecką filozofkę Bettinę Stangneth.

Dokumentalny film „Spowiedź diabła. Zagubione taśmy Eichmanna” (The Devil’s Confession: The Lost Eichmann Tapes) oparty jest na trwającym 70 godzin wywiadzie jakiego pod koniec lat 50-tych w Argentynie udzielił Adolf Eichmann (1906-1962), holenderskiemu dziennikarzowi (również o przeszłości nazistowskiej) Willemowi Sassenowi (1918-2002).

Rozmowy miały miejsce w mieszkaniu Sassena. Pod koniec tych rozmów Eichmann mówi: „Na zakończenie muszę powiedzieć…, że nie żałuję niczego. Nie odczuwam potrzeby by powiedzieć, że zrobiliśmy coś niewłaściwego”. By nie pozostawić żadnej wątpliwości, co do tego, co miał na myśli, dodawał: „Gdybyśmy zabili 10,3 milionów Żydów to powiedziałbym z satysfakcją ‘dobrze, zniszczyliśmy wroga’. Dopiero wtedy wypełnilibyśmy naszą misję. A do tego, czego żałuję, nie doszło”. Eichmann miał oczywiście na myśl wszystkich europejskich Żydów.

Sassen szczegółowo spisał wynurzenia Eichmanna i przekazał mu je do sprawdzenia. Na zachowanym zapisie widać ręczne dopiski Eichmanna, który chciałby te rozmowy były wykorzystane tylko do celów badawczych i opublikowane po jego śmierci.

Po schwytaniu Adolfa Eichmanna przez izraelskich agentów 11 maja 1960 roku i przewiezieniu go do Izraela Sassen sprzedał historię amerykańskiemu pismu „Life”. Już po rozpoczęciu procesu 700 stronicowy zapis tych rozmów został przekazany izraelskiej prokuraturze, która niektóre z nich wykorzystała w procesie.

Gdy w trakcie procesu Eichmann twierdził, że był tylko małym trybikiem, izraelski prokurator generalny Gideon Hausner konfrontował go z tymi zapisami. Eichmann uparcie twierdził, że były to cytaty wyrwane z kontekstu.

Główną rolę w ucieczcie hitlerowskich zbrodniarzy do Argentyny odegrał sympatyzujący całe życie z faszyzmem Juan Peron (1895-1974). Uki Goni, argentyński dziennikarz śledczy, autor książki Prawdziwa Odessa. Jak Peron sprowadził hitlerowskich zbrodniarzy do Argentyny, pisze, że głównym impulsem do napisania tej książki była dojmująca świadomość fałszowania najnowszej historii kraju: „Istnieje odrębna wersja dla zatwardziałych peronistów, odmienna dla katolickich nacjonalistów, inna dla ofiar masakry z lat 1976-1983 i jeszcze inna dla tych, którzy ślepo kroczyli przez ten koszmar”.

Ważne są w niej krótkie biogramy kluczowych dla książki postaci. Jest tam dwóch kardynałów – Eugene Tisserant (1984-1972), Francuz i Antonio Caggiano (1889-1979), Argentyńczyk, dwóch biskupów – Alois Hudal (1885-1963), Austriak i Augustin Barrere (1865-1952), Argentyńczyk. Jest tam też kilku księży katolickich różnej narodowości, którzy aktywnie uczestniczyli w zbrodniach hitlerowskich.

Każdy z tych duchownych katolickich jest „wielce zasłużony” dla ratowania zbrodniarzy nazistowskich. Kardynałowie ściśle współpracowali z papieżem Piusem XII. Pięciu największych zbrodniarzy hitlerowskich uratowanych przez kler katolicki nie jest wymienionych w tym glossariuszu bo mają oddzielne rozdziały w samej książce (Erich Priebke, Gerhard Bohene, Josef Schwammberger, Josef Mengele i najsłynniejszy bodajże z nich Adolf Eichmann).

Kluczowe było spotkanie wspomnianych kardynałów w 1946 roku w Rzymie, gdzie opracowano szczegółowy plan „ratowania” jak największej liczby zbrodniarzy wojennych. O jednym z nich, który w 1960 roku został uprowadzony przez Mosad, kardynał Caggiani, który był zdecydowanie przeciw temu uprowadzeniu, powiedział: „Naszym chrześcijańskim obowiązkiem jest wybaczenie mu tego, co zrobił”. A więc wraca motyw rozgrzeszenia zbrodniarza.

Bettina Stangneth w książce Eichmann sprzed Jerozolimy. Spokojne życie masowego mordercy stawia pytania, dlaczego widząc dziejące się zło i obserwując dokonujących go zbrodniarzy milczymy i dlaczego ulegamy kłamstwu. Jej zdaniem stało się tak dlatego, że Eichmann urządził perfidny spektakl kłamstwa, który odegrał dosłownie na globalnej platformie jakiej udzieliły media. Książka Stangneth jest rozprawą o zakłamaniu, pisze bowiem: „Naród sprawców aż nazbyt ochoczo przystał na to, by wszystko wyglądało tak, jakby Eichmann sam zabił sześć milionów Żydów”.

Cykl „SOBOTA PRAWDĘ CI POWIE” to propozycja OKO.press na pierwszy dzień weekendu. Znajdziecie tu fact-checkingi (z OKO-wym fałszometrem) zarówno z polityki polskiej, jak i ze świata, bo nie tylko u nas politycy i polityczki kłamią, kręcą, konfabulują. Cofniemy się też w przeszłość, bo kłamstwo towarzyszyło całym dziejom. Rozbrajamy mity i popularne złudzenia krążące po sieci i ludzkich umysłach. I piszemy o błędach poznawczych, które sprawiają, że jesteśmy bezbronni wobec kłamstw. Tylko czy naprawdę jesteśmy? Nad tym też się zastanowimy.

;
Na zdjęciu Stanisław Obirek
Stanisław Obirek

Teolog, historyk, antropolog kultury, profesor nauk humanistycznych, profesor zwyczajny Uniwersytetu Warszawskiego, były jezuita, wyświęcony w 1983 roku. Opuścił stan duchowny w 2005 roku, wcześniej wielokrotnie dyscyplinowany i uciszany za krytyczne wypowiedzi o Kościele, Watykanie. Interesuje się miejscem religii we współczesnej kulturze, dialogiem międzyreligijnym, konsekwencjami Holocaustu i możliwościami przezwyciężenia konfliktów religijnych, cywilizacyjnych i kulturowych.

Komentarze