0:00
0:00

0:00

Wyróżnienie w czerwcu tego 2021 roku Jolanty Brzeskiej tytułem Honorowej Obywatelki miasta Warszawy jest drobnym zadośćuczynieniem przekazanym pośmiertnie liderce Warszawskiego Stowarzyszenia Lokatorów. Jej tragiczny los symbolicznie uosabia okrucieństwo procesu reprywatyzacji i reprezentuje krzywdy licznych osób, które zostały wyrzucone na fali prywatyzacyjnego szaleństwa z mieszkań w całym kraju. Przypłacają to zniszczonym życiem rodzinnym, stresem, depresjami i innymi szkodami na zdrowiu.

Czy upamiętnienie tragedii Jolanty Brzeskiej zbliży nas do zmiany myślenia o skrajnie sprywatyzowanej dziedzinie, jaką jest mieszkalnictwo?

Pełna prywatyzacja tego sektora oznacza, że budowa kolejnych przestrzeni mieszkalnych odbywa się wyłącznie w celu maksymalizacji zysków, a nie zaspokojenia potrzeb.

To niewydolny – również z punktu widzenia ochrony klimatu i przyszłych pokoleń – mechanizm, który zużywa coraz więcej materiałów i energii nieodnawialnej, nie zaspokajając jednak podstawowej ludzkiej potrzeby, jaką jest dach nad głową.

Nadwyżki przejmowane są przez zamożniejszą część społeczeństwa posiadającą dodatkowe metry kwadratowe na wynajem albo inwestującą w firmy deweloperskie, narzucające wysokie marże oraz urbanistyczny koszmar nowych osiedli. Najemcy otrzymują w zamian niepewność i drenaż skromnych zasobów finansowych, nabywcy — uwiązanie kredytem na dekady. Ten mechanizm opisywała niedawno architektka i urbanistka, dr hab. Agata Twardoch w rozmowie z OKO.press:

Przeczytaj także:

Presja rynkowych rozwiązań nie jest wyłącznie polskim doświadczeniem. Nawet kraj taki jak Niemcy, który — z polskiej perspektywy — posiada silne i stabilne regulacje, umożliwiające spokojne życie w wynajmowanym mieszkaniu, poddany są narastającej presji spekulacji i podwyżek. To powoduje eskalację niezadowolenia, ale także wzmożone zainteresowanie metodami odrynkowienia mieszkalnictwa.

Powstają ruchy społeczne, które domagają się zmian politycznych. Mieszkańcy stolicy Niemiec wzywają Senat Berlina do przeprowadzenia referendum, w celu uspołecznienia ponad 240 000 mieszkań należących do takich gigantów jak Deutsche Wohnen, Vonovia, czy Akelius & Co. Powołują się przy tym na artykuł 15 Ustawy Zasadniczej. Umożliwia on wywłaszczanie w interesie społecznym, choć do tej pory nie był jeszcze wykorzystywany w celu ograniczenia spekulacji na rynku mieszkaniowym.

„Kapitaliści ich nienawidzą. Zobacz jak…”

Rosnącym powodzeniem cieszy się Syndykat domów czynszowych (Mietshäuser Syndikat, MHS) który znalazł nietypowy sposób na oddolną kontrolę wysokości czynszów oraz deprywatyzację zasobów mieszkaniowych za pomocą już istniejących narządzi prawnych i ekonomicznych. Gdy raz dany budynek dostanie się pod parasol MHS, nie ma szans na powrót na komercyjny rynek nieruchomości. Ostatnio Syndykat rozpoczął ekspansję na nowe obszary: budownictwo mieszkaniowe oraz własność ziemi rolnej.

Pierwszego członka MHS, Marca, z zawodu psychologa, poznaję na demonstracji Housing Action Day domagającej się m.in. właśnie wywłaszczenia i uspołecznienia koncernów mieszkaniowych. Mimo że wiec odbywa się w ścisłym reżimie covidowym, to w 90-tysięcznej Tybindze zgromadził grubo ponad setkę osób. Zebrani wypełniają plac na starym mieście, wszyscy w maseczkach, odpowiedzialnie zachowując dystans fizyczny.

Koszty zamieszkania rosną nie tylko w wielkich ośrodkach miejskich. Tybinga łapie się do ścisłej czołówki najdroższych miejscowości w Republice Federalnej. Położone w dolinie Neckaru miasto uniwersyteckie obfituje w kliniki medyczne, ośrodki badawcze, jak Instytut Maxa Plancka, czy nowoczesne firmy, jak CureVac, opracowująca szczepionkę przeciwko Covid. Zjeżdżający tu wyspecjalizowani pracownicy stwarzają presję cenową i powodują rosnący głód mieszkaniowy. Również koncepcja Cyber Valley - etykieta dla inwestycji w badania nad sztuczną inteligencją, na potrzeby gigantów takich jak Amazon czy niemiecki przemysł samochodowy - powoduje, że mniej zamożni mieszkańcy obawiają się wypchnięcia przez napływających do miasta techies. Studenci z barku miejsc nierzadko zajmują sutereny i strychy.

Jednak Marc nie obawia się straty mieszkania ani podwyżki czynszu, jest bowiem najemcą w jednym z tzw. projektów mieszkaniowych (Wohnprojekt) rozwijających się pod parasolem Syndykatu Domów Czynszowych. Zaprasza mnie do obejrzenia ich siedziby nazwanej „4-Häuser Projekt”, który jest jednym z ośmiu tego typu projektów w Tybindze zrzeszonych w MHS. Ten, jak sama nazwa wskazuje, składa się z czterech budynków. Dawniej służyły jako domy oficerów francuskiego garnizonu, stacjonującego w mieście do 1991 roku, a następnie jako mieszkania personelu medycznego kliniki uniwersyteckiej.

Odremontowane i zadbane, dwukondygnacyjne domy wielorodzinne, z krytymi czerwoną dachówką czterospadzistymi dachami oraz z centralnie położoną klatką schodową prezentują się bardzo przyjaźnie. Odróżniają się od innych domów wielokolorowymi lamówkami otaczającymi wnęki okienne, trochę większą swobodą w utrzymaniu ogródków oraz — gdzieniegdzie — wywieszonymi na płocie i balustradach transparentami. Hasła wzywają do walki ze zmianami klimatycznymi oraz wyrażają sprzeciw wobec odsyłania uchodźców do Afganistanu.

Czym jest Projekt Mieszkaniowy?

To rodzaj celowej wspólnoty mieszkaniowej wywodzącej się z lat ‘70/‘80 XX w. Z socjologicznego punktu widzenia jest odpowiedzią na starzenie się społeczeństwa i kurczenie się rodziny nuklearnej. W odróżnieniu od znanych w Polsce wspólnot mieszkaniowych, czy spółdzielni, projekty mieszkaniowe dają szansę na samodzielne życie bez dużego kapitału własnego oraz są alternatywą dla życia w izolacji, w pojedynczym mieszkaniu lub domu spokojnej starości.

Pod jednym dachem mogą mieścić się zarówno indywidualne mieszkania, zajmowane przez rodziny, singli, emerytów bądź osoby samotnie wychowujące dzieci, a także, cieszące się w Niemczech popularnością tzw. Wohngemeinschaften – mieszkania współzamieszkiwane przez niespokrewnione ze sobą osoby, nie tylko studentów, ale też czynne zawodowo w różnym wieku (popularny skrót WG spotykany często w ogłoszeniach o wynajmie).

Domy „4-Häuser Projekt” nie stanowią zwartego kompleksu mieszkaniowego, są rozrzucone wzdłuż ulicy, jeden stoi w bocznej uliczce. Marc zwraca moją uwagę na przebudowane przez samych mieszkańców partery, umożliwiające niezależne wejścia ze strony ogrodu rodzinom mieszkającym na tym samym piętrze. Cztery budynki zamieszkiwane są przez sto osób, w tym 40 dzieci. Wchodzimy na teren jednego z nich. Nowa dachówka, zmieniona rok wcześniej, na dachu panele słoneczne. Obecność dzieci jest zauważalna. W ogródku, jak i w klatce schodowej, parkują rowerki, leżą zabawki i gry. Na półpiętrze stoi duży regał z dziesiątkami butów. Siadamy w pomieszczeniu przeznaczonym do zebrań. W budynku słychać dźwięk wiertarki udarowej. Marc wyjaśnia, że właśnie pracują nad wygospodarowaniem dodatkowego pomieszczenia na pokój gościnny.

„Ten ciągły rozwój i zmianę podkreśla nazwa zbiorcza tego, co robimy. To zawsze jest »projekt mieszkaniowy« – nigdy coś ostatecznie zakończonego, raczej struktura, którą przekształcamy, wraz ze zmianą zbiorowych potrzeb” - mówi Marc.

„Czy to ma coś wspólnego z ruchem skłoterskim?” – pytam, chwytając się utartych klisz. „I tak, i w ogóle nie. Choć faktycznie nie byłoby MHS bez ruchu skłoterskiego” wyjaśnia Marc.

Idea Syndykatu zrodziła się wśród osób, które jeszcze w latach osiemdziesiątych zajęły opuszczoną fabrykę produkcji maszyn we Fryburgu Bryzgowijskim. To były lata szczytowego rozkwitu ruchu społecznego, w ramach którego młodzi ludzie w czasie przyspieszającej dezindustrializacji i ciągłej ucieczki klasy średniej na przedmieścia, zajmowali opuszczone budynki w centrach dużych miast. W ich murach tworzono ośrodki pozaparlamentarnej działalności politycznej, inicjatywy społeczne, niezależne centra kultury. Budowano „alternatywne społeczeństwo”, były więc również, a może przede wszystkim, miejscem zamieszkiwania.

W miastach takich jak Londyn, Amsterdam, czy Berlin na skłotach mieszkały tysiące osób. Jednak powrót wielkiego kapitału do centrów miast i gentryfikacja z tym związana, a przede wszystkim przeciągające się konflikty o prawo własności, których nieodłącznym elementem były wybuchy policyjnej przemocy, zaczęły skłaniać coraz bardziej zaawansowanych wiekowo skłotersów do poszukiwania nowych ram dla swojej działalności. Większość skłotów zniknęła z map miast, niewielka część została „zalegalizowana”, na przykład jako młodzieżowe ośrodki kultury. Nieliczne pustostany zostały wykupione. Wykupione, a więc mogły być ponownie obiektem obrotu towarowego. Niektórzy zaczęli szukać sposobów jak tego uniknąć.

Uciec przed widmem reprywatyzacji

Pierwszą myślą przyszłych „syndykalistów” było założenie spółdzielni. Demokratyczna kontrola członkowska, autonomia i niezależność, współdziałanie, troska o społeczność lokalną – zasady ruchu spółdzielczego grają w tej samej tonacji i wydawały się pasować jak ulał do planowanego przedsięwzięcia. Jednak również ta forma wspólnej własności nie gwarantuje utrzymania jej w przyszłości. Poprzez większość kwalifikowaną walne zgromadzenie spółdzielni może doprowadzić do reprywatyzacji własności spółdzielczej. Tymczasem celem miało być wyprowadzenie nieruchomości na stałe z cyrkulacji rynkowej. W ówczesnych latach opisywano to hasłem „neutralizacji kapitału”.

Paradoksalnie, ostatecznie zdecydowano się na wykorzystanie formy pochodzącej z samego jądra kapitalistycznego systemu: na spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością (niem. Gesellschaft mit beschränkter Haftung, GmbH). A właściwie stworzono złożoną strukturę połączonych stowarzyszeń i spółek. Dlaczego? Charakter prawny spółki oferuje jedną kluczową cechę: możliwość ustanowienia asymetryczności podmiotów ją tworzących. Była ona potrzebna po to, by każdemu projektowi mieszkaniowemu oddać pełną autonomię decydowania o sobie, z jednym jedynym wyjątkiem – zdolnością do reprywatyzacji. Prawo weta w tym przypadku należy do drugiego partnera spółki, a więc podmiotu reprezentującego cały Syndykat, czyli wszystkich zrzeszonych w MHS projektów mieszkaniowych.

W przypadku, gdyby którejś grupie zachciało się przejąć budynek na własność, albo go sprzedać, cała reszta ma narzędzie formalne, by ją powstrzymać. W ten sposób droga do reprywatyzacji jest zamknięta. Działa mechanizm zapadkowy.

Na pierwszy rzut oka może wyglądać to na skomplikowane. W praktyce nie jest. Nowo powstająca grupa, która chce wspólnie nabyć lub wybudować nieruchomość, powinna zawiązać stowarzyszenie (Verein). Wielkość grup waha się od kilku do dziesiątek osób. Potem następuje kluczowy moment – opracowanie planu finansowego. Od niego zależy bowiem wysokość przyszłego czynszu, który będą płacić członkowie projektu mieszkaniowego oraz to, czy w ogóle zostaną przyjęci w grono Syndykatu. Grupa nie musi jednak wymyślać wszystkiego sama. MHS oferuje stałą darmową pomoc wolontariuszy i wolontariuszek, którzy zapewniają, by grupa nowicjuszy nie zapomniała o policzeniu wszystkiego, co jest konieczne do spięcia się planu. Gdy wypełnione są arkusze kalkulacyjne, nowa grupa prezentuje swój projekt na walnym zgromadzeniu Syndykatu, które odbywa się trzy lub nawet cztery razy do roku. Jeśli koncepcja zostanie zatwierdzona przez walne, otwiera to kolejny etap – zawiązanie spółki (GmbH) pomiędzy stowarzyszeniem projektu mieszkaniowego a Syndykatem. To ta spółka będzie podmiotem nabywającym nieruchomość i nią zarządzającym.

Sam Syndykat Domów Czynszowych ma również formę spółki z ograniczoną odpowiedzialnością, lecz jedynym jej udziałowcem (Gesellschafter) jest stowarzyszenie o tej samej nazwie, Mietshäuser Syndikat. W skład stowarzyszenia wchodzą wszystkie wcześniej przyłączone do Syndykatu grupy, stowarzyszenia poszczególnych domów oraz osoby prywatne.

„Skąd osoby prywatne? Czy można założyć projekt domowy indywidualnie?” – pytam zaskoczony. „Nie, to są osoby, które nie mieszkają w żadnym z domów zrzeszonych w Syndykacie. Jednak ich obecność jest kluczowa dla całej struktury” – tłumaczy Marc. „W jakim sensie?” – jestem jeszcze bardziej zdumiony. „To proste. To są osoby, które przystąpiły do stowarzyszenia MHS ze względów ideowych albo te, które kiedyś mieszkały w projektach mieszkaniowych, i choć z powodów zmiennych kolei życiowych się wyprowadziły, nadal czują się z Syndykatem związane. Istotne jest, że nie mają one żadnego materialnego interesu w poparciu ewentualnej reprywatyzacji. Są hamulcem bezpieczeństwa, na wypadek, gdyby wszystkie inne stowarzyszenia nagle zapragnęły prywatyzacji Syndykatu. Co z wydaje się jednak bardzo mało prawdopodobne”.

Chociażby z powodu obecnej skali przedsięwzięcia.

Skalowalność

Jedno z ulubionych słówek coachów przedsiębiorczości, zaczerpniętych z obszaru informatyki opisuje, jak dodawanie kolejnych elementów wpływa na wydajność całości. Na razie wzrost Syndykatu, a zatem ilość wyprowadzonego na stałe z cyrkulacji kapitalistycznej majątku, przyspiesza.

W 2015 roku MHS zrzeszał około setki projektów mieszkaniowych, obecnie jest ich już niemal 170. Na swoje 30 urodziny w 2022 roku Syndykat przewiduje, że będzie łączył ich już dwieście.

W ciągu trzydziestoletniej działalności poniósł tylko jedną porażkę. Przed dziesięciu laty jeden z dużych projektów, wobec rosnących kosztów przeciągającego się remontu zabytkowego wiejskiego dworu, musiał ogłosić upadłość.

Wśród budynków przejętych przez Syndykat panuje pełna różnorodność stylistyczna i funkcjonalna. Znajdziemy wśród nich zarówno wille ze starych, bogatych mieszczańskich przedmieść, jak i parterową zabudowę barakową we wschodnioniemieckiej wsi, kamienice z przełomu XIX i XX wieku, jak i pełen wachlarz zabudowy dwudziestowiecznej, pierzejowej, szeregowej, osiedlowej, a także bloki, dawny biurowiec, koszary, stację kolejową. Ale też całkowicie nowe gmachy. W atrakcyjnej dzielnicy Hamburga powstał nowoczesny budynek oferujący 1400 m2 przestrzeni warsztatowej zrzeszonym w projekcie rzemieślnikom, firmom remontowym i pracownikom wolnych zawodów.

Mimo że MHS nie działa pod szyldem spółdzielczości, to w 2012 roku otrzymał spółdzielczą nagrodę, przyznawaną co pięć lat, mającą na celu promowanie innowacyjnych rozwiązań w sektorze mieszkaniowym.

Całkowita powierzchnia mieszkaniowa wszystkich budynków Syndykatu to ok. 150.000 m2 , dodatkowo 25.000 m2 powierzchni użytkowej na działalność gospodarczą. Wspomniane niemal 170 budynków zamieszkuje prawie 4,5 tysiąca mieszkanek i mieszkańców. Wartość wszystkich nieruchomości szacowna jest obecnie na ok. 280 milionów euro. Jak mówi jeden z bohaterów dokumentalnego filmu o Syndykacie: „Cały myk polega na tym, że ta wartość nigdy już nie zostanie zrealizowana na rynku”. Neutralizacja kapitału.

Jednak „wykupić budynek” – łatwo powiedzieć. Ale skąd na to pieniądze? Czy w MHS zrzeszają się sami krezusi?

Ja nie mam nic, ty nie masz nic, on nie ma nic. Założymy Syndykat

Dla większości osób zamieszkujących w domach Syndykatu inwestycja w jakąkolwiek nieruchomość byłaby prawdopodobnie w ogóle nie do pomyślenia. Jednak na własne oczy widziałem plan finansowy, opiewający na ponad milion euro, którym zarządzali ex-skłotersi. Jak pozyskują takie sumy?

Według stanu na rok 2020 wkład własny w wykup nieruchomości wynosił tylko 7 proc. kosztów. 39 proc. to pożyczki bezpośrednie (Direktkredite). To pieniądze, które pożyczają osoby prywatne – najczęściej rodzina, znajomi, czy osoby identyfikujące się z ideą Syndykatu. Pożyczający nie kierują się wyłącznie rodzinną miłością. W przypadku 4Häuser Projekt z Tybingi pożyczkodawcą był nawet urząd miasta. Dla udzielających pożyczki kredyty bezpośrednie oferują możliwość przejrzystej, prospołecznej i zrównoważonej inwestycji bez przechodzenia pieniędzy przez bank, gdy w przypadku innych, komercyjnych form, takich jak konta oszczędnościowe lub fundusze kapitałowe, często nie jest jasne, co dzieje się z pieniędzmi i co jest z nich finansowane. Poza spokojem sumienia MHS oferuje do 3 proc. zysku, czyli więcej niż oferują banki za trzymanie pieniędzy na koncie. Z kolei sumy zgromadzone przez MHS jako pożyczki bezpośrednie, banki traktują jako wkład własny Syndykatu.

Cała reszta kosztów, czyli 54 proc., to właśnie kredyty bankowe. Na początku z ich uzyskaniem było krucho. Jednak znalazł się bank, który jako pierwszy pożyczył pieniądze „na walkę z własnością prywatną”. Był to bank spółdzielczy GSL, który jest specyficzną dla kultury niemieckiej instytucją. Wywodzi się bowiem z antropozoficznego ruchu Rudolfa Steinera, w Polsce znanego z organizacji przedszkoli i szkół waldorfskich.

„Dzisiaj nie mamy już najmniejszych problemów, współpracujemy z wieloma bankami. Wiedzą, że jesteśmy ludźmi godnymi zaufania. To raczej my wybieramy instytucje, które są z naszego punktu widzenia najmniej poszlakowane etycznie” – mówi Marc. MHS uzyskuje środki m.in. z państwowego Banku Odbudowy (KfW), instytucji kredytowych krajów związkowych (Landesbank), banków spółdzielczych (Volksbank), czy Banku Ochrony Środowiska (Umweltbank).

Uzyskać zdolność kredytową to jedno, ale spłacić pożyczkę to drugie.

Finanse i metoda replikacji

Mietshäuser Syndikat opiera się na trzech zasadach: własności wspólnej, samoorganizacji i solidarności. Przy czym nie są one wyłącznie pięknym hasłem na transparencie, a mają konkretny wymiar finansowy.

Plan finansowy każdego nowego projektu mieszkaniowego zawiera koszt nabycia nieruchomości, jej remontu, koszty obsługi pożyczek, przyszłe wydatki bieżące, zrzutkę do funduszu solidarnościowego Syndykatu itd. Im więcej przyszli mieszkańcy są w stanie zgromadzić środków finansowych z pożyczek bezpośrednich, im więcej robót remontowych wykonają we własnym zakresie, tym stawka będzie niższa. Otrzymana suma dzielona jest przez ilość metrów kwadratowych nieruchomości. Tak uzyskuje się stawkę za metr, którą będą płacić mieszkańcy projektu. Już zawsze. Nikt im jej nie podniesie, bo sami o tym decydują. Ale też po spłaceniu kredytów nie zostanie ona obniżona. Różnica wędruje bowiem na zasilenie funduszu Syndykatu, który służy wsparciu nowych projektów (obecnie również w postaci pożyczek bezpośrednich), działania public relations, czy doradztwo. Syndykat z solidną pulą środków finansowych jest również bezpiecznym żyrantem pożyczek nowopowstających projektów. Suma składek solidarnościowych opłaconych tylko w 2020 roku osiągnęła pułap 350 tysięcy euro. To siedmiokrotnie wyższa kwota od uzyskiwanej dekadę wcześniej.

Czynsze skalkulowane w ten sposób są, mimo wszystko, znacznie niższe niż występujące na rynku komercyjnym, a praktyka pokazuje, że ta różnica z czasem rośnie na korzyść Syndykatu.

Jeśli zresztą wysokość czynszu w danym projekcie zaczęłaby przekraczać 80 proc. poziomu lokalnych stawek, mieszkańcy mogą wnioskować o częściowe umorzenie składki płaconej na rzecz Syndykatu. W ten sposób mieszkania znajdujące się pod parasolem MHS zawsze oferują korzystniejsze stawki niż te z rynku komercyjnego. W Grether – pierwszym w ten sposób przekształconym kompleksie budynków we Fryburgu – czynsze są obecnie dwa do ponad trzech razy niższe niż w sąsiadujących lokalizacjach. „Syndykaliści” płacą 5,70 euro za metr kwadratowy. Tymczasem średnie ceny w mieście kształtują się w roku 2021 na poziomie od 13,5 euro do ponad 17 euro za metr kwadratowy. Dodatkowo część płaconego czynszu w Grether trafia do wspólnej kasy Syndykatu na cele rozwojowe całości grupy.

W swoich publikacjach MHS zamieszcza opisy wszystkich projektów wraz z parametrami: rokiem nabycia, wielkością gruntu i powierzchni mieszkalnej, liczbą mieszkańców, kosztami zakupu, wysokością czynszu za metr kwadratowy oraz wysokością składki na rzecz Syndykatu. Pełna transparentność.

Domy są samorządne. Jako spółki prowadzą pełną księgowość, administrują budynkiem, przeprowadzają remonty. Do tego dochodzi organizacja walnych zgromadzeń, własne publikacje, nierzadko działalność na rzecz społeczności lokalnej, różne odmiany polityczności. Jednym z narzędzi mającym przeciwdziałać atomizacji projektów mieszkaniowych jest zasada, że każdy lokator i lokatorka powinna być zaangażowana w przynajmniej jedną grupę roboczą. Nie ma tu biernych kibiców.

Baza-matka

W mateczniku Syndykatu w Grethergelände przyjmują mnie Howard i Jochen. Howard jest sześciesięcioparoletnim Amerykaniem z Chicago. Przyjechał studiować do Europy i został. Jest muzykiem i tłumaczem. Jochen jest księgowym i do Grether trafił, gdy do pofabrycznych zabudowań dostawiano nowy blok mieszkalny. Pracował przy jego budowie prowadząc rachunkowość.

Kompleks położony przy Adlerstraße to dawna fabryka maszyn i odlewnia metali założona w roku 1888 roku. Obecnie mieszka tu sto osób. Mieszczą się tu również siedziby dwóch przedszkoli, rozgłośnia radiowa Dreyeckland, mała drukarnia, kooperatywa spożywcza, atelier fotograficzne, warsztat ceramiki, sklep z antykami i kawiarnia. Wśród nich znalazły swoje organizacje (samo)pomocowe, jak Różowa Pomoc (dla osób LGBT+), Centrum Kobiet, czy rasthaus, w którym uchodźcy i imigranci, bez pytania o papiery i ubezpieczenie, otrzymują poradę medyczną oraz prawną, a także mogą uczestniczyć w kursie języka niemieckiego i informatyki. Gdy wchodzę na dziedziniec, przy stoliku z kawą i herbatą gromadzi się kilkanaście osób, głównie kolorowych, by skorzystać z oferty rasthausu. Wewnątrz rośnie dorodna lipa, a ściany, oplata bujna winorośl i kwitnące krzewy pnących róż.

O tym, że nie zawsze panowała tu atmosfera współpracy przypomina tablica odsłonięta z inicjatywy mieszkańców Grether 1. maja tego roku. W okresie wojennym fabryka była miejscem niewolniczej pracy robotników przymusowych. Członkowie Syndykatu sfinansowali profesjonalną kwerendę historyczną i obecnie 52 osoby spośród więźniów są znane z imienia i nazwiska. Wśród nich sporo polskobrzmiących. Wydano broszurę dokumentującą odnalezione dokumenty i rekonstruującą tragiczne losy robotników. To poruszający gest oddolnego podtrzymywania pamięci o niechlubnej przeszłości. Antyfaszyzm w działaniu.

Grether składa się z trzech oddzielnych projektów mieszkaniowych, zarządzanych przez osobne stowarzyszenia-spółki. Część Zachodnia (West) zajęta została w 1980 roku. Po długich bojach z władzami miasta doszło w 1987 roku do ugody polegającej na przekazaniu terenu w wieczyste użytkowanie na 75 lat. Część Wschodnia (Ost) wykupiona została w 1995 roku. Dawna odlewnia metali, ze względu na wysoki poziom zanieczyszczeń, musiała przejść długoterminową sanitację, a następnie przebudowę. Część Południowa (Süd) dołączyła w 2000 roku jako ostatnia. Howard mieszkał tu zanim jeszcze budynek przeszedł pod parasol Syndykatu.

Jak wyglądał zatem etap pionierski? „Wcześniej jako indywidualni najemcy nie znaliśmy się z innymi mieszkańcami budynku. Nie znaliśmy też ludźmi z Grether. Byli naszymi sąsiadami, ale nie utrzymywaliśmy bliskich kontaktów. Gdy właściciel naszego budynku postanowił sprzedać nieruchomość, zaczęliśmy z niepewnością patrzeć w przyszłość. Czy będziemy musieli opuścić nasze mieszkania? Wtedy zjawili się nasi sąsiedzi i pytają, czy nie chcemy wykupić naszego budynku? My na to, ale jak? Nie mamy tyle pieniędzy. Wtedy opowiedzieli nam, jak to mogłoby zadziałać”.

Howard wspomina to jako stresujący czas. W krótkim czasie wszyscy lokatorzy musieli się poznać, uzgodnić swoje preferencje, dogadać się i założyć stowarzyszenie. Do transakcji kupna doszło po kilku miesiącach.

Liczba projektów mieszkaniowych, które wywodzą się z grupy wcześniej nieznanych sobie osób, lecz lokatorów wystawionych na sprzedaż budynków rośnie. Ostatnio szczególnie w Berlinie. Syndykat postrzega to jako wyzwanie.

Pytam o konflikty. W dużych grupach, które nie działają wg z góry narzuconej procedury, a muszą wszystko uzgadniać między sobą, na pewno do nich dochodzi. Jak sobie z tym radzą? „Są oczywiście nieuniknione. Nauczeni doświadczeniem, wiemy, że one prędzej czy później się pojawią, i każda nowa grupa musi być na to przygotowana. Tak jak planuje się wydatki na remont czy opłaty za wodę, trzeba mieć fundusz antykryzysowy na rozwiązywanie konfliktów”.

Howard i Jochen potwierdzają to, co wcześniej słyszałem w Tybindze. Czasem wystarczy koleżeńska pomoc w ramach sieci projektów. Bywa jednak, że trzeba skorzystać z profesjonalnej usług zewnętrznych mediatorów, poświęcić czas i pieniądze. Jednak właśnie to dalekosiężne planowanie pozwala zrozumieć sukces Mietshäuser Syndikatu. Jego zasięg zaczął przekraczać granice państwowe. W podobnym modelu, dostosowanym do lokalnych warunków prawnych, powstają projekty mieszkaniowe w Holandii, Austrii, Hiszpanii i Czechach.

Jochen dodaje, że jako Syndykat właśnie podjęli decyzję o dalszej rozbudowie struktury na terenie Niemiec. Powstaje Fundacja MHS, która umożliwi im wejście w kolejne obszary, m.in. ułatwi przyjmowanie zapisów testamentowych. Postępuje regionalizacja krajowa, tak aby uelastycznić działanie rozrastającego się Syndykatu. Pod koniec października zeszłego roku wspólnie ze spółdzielczą siecią Solidarischen Landwirtschaft (SoLaWi - Solidarna Gospodarka Rolna) założyli Syndykat Rolny (Ackersyndikat), który jest odpowiednikiem mieszkaniowego, a umożliwi deprywatyzację i uwspólnienie ziemi rolnej.

Pytam, co jest jego marzeniem? Deprywatyzacja wszystkich nieruchomości w Niemczech? „E, nie – uśmiecha się – chciałbym, aby podobne do MHS struktury powstały np. w Rosji, w Białorusi, czy w Turcji. To byłby sukces”.

W trakcie pisania tekstu rozpytuję, czy ktoś może wie, o zainspirowanym modelem Syndykatu projekcie w Polsce. Nikt jednak nic nie słyszał. Jeszcze.

;

Udostępnij:

Łukasz Dąbrowiecki

Absolwent Uniwersytetu Jagiellońskiego, projektodawca i twórca spółdzielni, emigrant, dziennikarz i publicysta. Pisuje głównie na tematy związane ze społeczną recepcją technologii, gospodarowaniem zasobami i o polityce energetycznej w kontekście zmian klimatycznych. Nominowany w 2022 do polsko-niemieckiej nagrody dziennikarskiej im. Tadeusza Mazowieckiego. Publikował m.in. w Tygodniku „Przegląd”, polskiej edycji Le Monde Diplomatique, Krytyce Politycznej, kwartalnikach „Zdanie” i „Autoportret” oraz w londyńskiej „Tribune”.

Komentarze