0:00
20 października 2020

Migranci? Niech toną. Taki sygnał wysyła Unia Europejska

„Morze Śródziemne to największy grób na Ziemi” – pisze organizacja Open Arms. Od 2014 w drodze do Europy utonęło 20 tys. osób. Organizacje ratujące tonących postrzegano jako bohaterów. Dziś państwa UE coraz częściej oskarżają je o pomoc przemytnikom i zachęcanie migrantów do „zalewania” Europy

Wydrukuj

Od początku 2020 roku na Morzu Śródziemnym zginęło 675 osób, które próbowały dotrzeć do Europy.

W 2015 roku, gdy zaczęto mówić o tzw. kryzysie migracyjnym, morze pochłonęło niemal 3,5 tys. żyć. Liczba ofiar śmiertelnych spadła między innymi dzięki działaniom organizacji pozarządowych, które ratują ludzi płynących na szalupach i pontonach.

Załogi organizacji społecznych wykonują pracę, którą powinna robić sama UE. Unia tymczasem pilnie strzeże swoich granic przed migrantami, kryminalizując działania organizacji pozarządowych, i wysyła jasny komunikat – niech toną.

Na początku sierpnia 2020 na włoskiej wyspie Lampedusa rozmawialiśmy z Kaiem Von Kotze z organizacji pozarządowej Sea-Watch. Jest pilotem samolotu Moonbird i ma za zadanie monitorować sytuację na Morzu Śródziemnym. Gdy dostrzeże łódź lub ponton zagrożony utonięciem, zawiadamia załogi statków Sea-Watch, ale też unijny Frontex i włoską straż przybrzeżną. Tak przynajmniej było, dopóki lokalne władze nie zabroniły mu lotów.

Zamknięte granice

Droga między Libią a Włochami, tzw. trasa środkowo śródziemnomorska, jest najbardziej śmiercionośna. Podczas przeprawy giną tam rocznie setki osób.

“Tych ludzi można było uratować” mówił nam Daniel Bebawi, członek załogi Sea-Watch 3, statku ratunkowego zablokowanego w sycylijskim porcie Empedocle (na zdjęciu ilustrującym ten tekst).

Dodaje, że pieniądze, które Unia wydaje na patrolowanie granic przez Frontex, można byłoby wydać na europejski system ratunkowy. I po prostu ocalić czyjeś życie.

Frontex, czyli Europejska Agencja Straży Granicznej i Przybrzeżnej, powołana z ramienia UE, pilnie strzeże Fortu Europa. Często łamiąc przy tym prawo. Organizacja i lokalne straże graniczne stoją za nielegalnymi praktykami odpychania ludzi od europejskich granic. Widzimy to na granicy hiszpańsko-marokańskiej, grecko-tureckiej, chorwacko-bośniackiej, czy między Włochami a Libią.

Ale ustalenie odpowiedzialności za naruszenia praw nie jest łatwe, zwłaszcza gdy w operacje na morzu zaangażowany jest zarówno Frontex jak i lokalna straż graniczna. Utrudnia to również fakt, że plany operacyjne, decyzje i rozkazy na ogół nie są znane publicznie.

Budżet Frontexu wzrósł ze 142 mln euro w 2015 roku do 460 mln w roku 2020. W niedawnym przemówieniu Margaritis Schinas, odpowiedzialny za politykę migracyjną wiceprzewodniczący Komisjii Europejskiej, bronil tego budżetu i podkreślał, że w ciągu pięciu lat UE przekazała w sumie 9 mld euro na wsparcie dla migrantów i uchodźców oraz społeczności przyjmujących.

Tyle że poza granicami Unii. Przemowa towarzyszyła przedstawieniu nowego unijnego paktu o migracji i azylu. Długo wyczekiwany projekt skupia się jednak nie na pomocy, a na ściślejszej ochronie granic i deportacjach.

Pozarządowe organizacje w odpowiedzi opublikowały list do Komisji Europejskiej, w którym apelują o uzupełnienie projektu o działania ratunkowe (Search and Rescue).

Daniel Bebawi z organizacji pozarządowej Sea Watch. Fot. Anna Mikulska.

Także Polska pilnie broni dostępu do Unii Europejskiej. Zamyka granice przed Czeczenami i Czeczenkami, którzy próbują uciec przez Białoruś od terroru w swoim regionie. Wielu z nich nawet po kilkadziesiąt razy stara się złożyć wniosek o status uchodźcy. Mimo że obowiązkiem straży granicznej jest przyjąć go od razu i oddać do rozpatrzenia odpowiednim organom, to często tak się nie dzieje.

Zgodnie z prawem unijnym, każda osoba na jej terenie ma prawo złożyć wniosek o status uchodźcy. Nie można też cofnąć nikogo do kraju, w którym może grozić mu niebezpieczeństwo.

Tymczasem straże graniczne niemal rutynowo stosują tzw. pushback lub pullback, czyli odpychanie ludzi próbujących przedostać się do UE na lichych statkach czy pontonach. Ale to nie wszystko.

UE wspiera kraje graniczne takie jak Maroko, Libię czy Turcję, płacąc im za zatrzymywanie migrantów na swoim terytorium. Udają, że nie wiedzą, co dzieje się po drugiej stronie, wydają puste deklaracje o konieczności obrony praw człowieka w tamtejszych krajach lub sporadycznie odnoszą się do zarzutów wobec Frontexu. W praktyce jednak nie zmienia się nic.

“Wypłynęliśmy łodzią w 120 osób, aż zatrzymała nas libijska straż przybrzeżna. Aresztowali nas wszystkich, po czym trafiliśmy do więzienia. Za co nas aresztowali? Podobnie jak inni migranci próbujący dostać się z Libii do Europy, zostaliśmy przez nich po prostu porwani. Służby dzwoniły do naszych rodzin i mówiły, że nas zabiją, jeśli nie przyślą pieniędzy. Rażono nas prądem” opowiadał nam Ebrima, Gambijczyk, którego poznaliśmy na Sycylii.

Takich historii jest więcej w 2019 roku na terenie Libii było łącznie ponad 655 tys. migrantów. W 26 oficjalnych ośrodkach detencyjnych przebywało wtedy 4,7 tys. osób.

Świadek jest ślepy

We wrześniu 2020 samolot patrolowy Moonbird został uziemiony przez włoskie władze. Powód? Zbyt wiele godzin spędzonych w powietrzu. Zdaniem pilotów samolotu argument jest irracjonalny. W przypadku statku Sea-Watch 3 za powód do zatrzymania uznano między innymi zbyt wiele kamizelek ratunkowych na pokładzie.

“Podczas gdy ludzie umierają na morzu i są bezprawnie odpychani od europejskich granic, my stajemy się obiektem ataku, bo byliśmy świadkami zbyt wielu zdarzeń. Podczas naszych patroli widzieliśmy przypadki łamania praw człowieka, które stały się niemal rutyną. Moonbird był naszą odpowiedzią na te naruszenia” - opowiada Kai Von Kotze w oświadczeniu udostępnionym w Internecie.

Jakie są konsekwencje uziemienia samolotu Sea-Watch?

“Główny świadek zdarzeń na najbardziej śmiercionośnej granicy na świecie stał się ślepy. Pullbacki będą miały miejsce i nikt nawet się o tym nie dowie. A ci, którzy za tym stoją, nie zostaną pociągnięci do odpowiedzialności” – mówi Kai.

Kai Von Kotze z Sea Watch. Fot. Anna Mikulska

Załogi ratunkowe organizacji pozarządowych walczą jednak dalej. Po zatrzymaniu samolotu Moonbird na Lampedusie, patrol przejął Seabird. Pod koniec września samolot przechodził pierwsze testy na trasie środkowo-śródziemnomorskiej.

W porcie Empedocle, obok Sea-Watch 3, uziemiony został też statek Ocean Viking organizacji pozarządowej SOS Méditerranée. We wrześniu zakaz operowania na morzu otrzymał z kolei Sea-Watch 4, zatrzymany w porcie w Palermo.

W sumie w ciągu pięciu miesięcy włoskie władze zakazały działań pięciu morskim jednostkom ratunkowym.

Ale utrudnianie NGO-som ratowania migrantów na morzu nie jest żadną nowością dzieje się tak od kilku lat.

Agencja Praw Podstawowych Unii Europejskiej (FRA) udostępniła listę wszystkich pozarządowych statków i załóg ratowniczych operujących na Morzu Śródziemnym, które zostały zatrzymane przez władze państw członkowskich do 2018 roku.

Na stronie FRA czytamy: „W ostatnich latach znaczna część migrantów, którzy znaleźli się na morzu w niebezpieczeństwie, została uratowana przez pozarządowe statki misji humanitarnych (…). Jednak od 2018 roku władze w niektórych państwach członkowskich UE zaczęły przyglądać się [im] z wrogością. Wszczęły około 40 postępowań administracyjnych i karnych przeciwko załogom”.

Statek organizacji pozarządowej SOS Mediterranee zatrzymany w porcie. Fot. Anna Mikulska

W rzeczywistości NGO-sy realizują po prostu prawo zawarte w konwencji SOLAS, którego przestrzegać powinna również sama Unia. Według konwencji, każdy statek przebywający na morzu ma obowiązek udzielenia pomocy ludziom w razie niebezpieczeństwa.

Ta zasada jest jednak notorycznie łamana. Przykład? Sytuacja, o której Sea-Watch raportowała pod koniec września. Przez całe 12 godzin, Watch The Med - Alarmphone, organizacja zajmująca się odbieraniem sygnałów od ludzi tonących na morzu, oraz załoga Seabird alarmowały włoskie władze, by podjęły akcję ratunkową.

Przepełniony ponton mógł zatonąć w każdej chwili. Jak donosi organizacja, samolot Frontexu również był na miejscu, ale wszystko wskazuje na to, że nie podjął żadnych działań. Później piloci Seabird zauważyli, że łódź zaczyna tonąć, niektórzy ludzie byli już w wodzie. Znów nie doczekali się odpowiedzi. Ostatecznie migranci zostali uratowani przez libijską straż przybrzeżną i zawróceni z powrotem do Libii. Los co najmniej czterech osób, które znajdowały się za burtą, nie jest znany.

“Jak wyglądają wasze relacje z Frontexem?” – pytał pracowników Sea-Watch w wywiadzie dla Onet Wiadomości red. Bartosz Rumieńczyk, z którym byliśmy na miejscu*.

Daniel Bebawi: “Zero współpracy. Gdy widzimy samoloty Frontexu, które wylatują patrolować morze, to wiemy, że jest sytuacja alarmowa. Moglibyśmy sobie pomagać, ale gdy się z nimi łączymy, to w radiu zapada cisza. A przecież informacjami o sytuacji alarmowej na morzu wszyscy powinni się dzielić”.

Kai Von Kotze: “My ich w radiu słyszymy i wiemy, że przekazują informacje libijskiej straży granicznej, wiemy, że uczestniczą w pullbackach – ale z nami się nie kontaktują. Czasem tylko mijamy się na lotnisku (...) mówią nam czasem: dobra robota, ale my przecież robimy co innego. Owszem, oni pomagają libijskiej straży granicznej ratować ludzi – tylko, czy to jest ratowanie? Przed zatonięciem tak, ale to, co robią z ludźmi w Libii, to osobna historia”.

A co z zarzutami o pomoc przemytnikom? Zdaniem Kaia, bez ich działań morze pochłonie więcej ofiar, ale nie powstrzyma ludzi przed szukaniem dla siebie lepszego czy po prostu bezpiecznego życia. Coraz więcej statków ratunkowych i samolotów zostaje uziemionych, a migracje trwają nadal.

Migracje w czasie pandemii

Malta, obok Lampedusy, jest pierwszym przystankiem na trasie środkowo-śródziemnomorskiej. I tam sytuacja migrantów nie wygląda lepiej. Amnesty International donosi o pushbackach do Libii ze strony maltańskiego rządu i przekierowywaniu łodzi w kierunku Włoch zamiast ratowania ludzi w niebezpieczeństwie.

Do tego dochodzi nielegalne przetrzymywanie setek osób na źle wyposażonych promach u wybrzeży Malty czy podpisanie nowej umowy z Libią, żeby nie dopuścić migrantów na wyspę.

Koronawirus stał się dla krajów UE kolejnym argumentem, by nie przyjmować migrantów. Odmawiają dostępu do portów statkom ratunkowym, twierdząc, że to z troski o zdrowie przypływających na nich osób. Lub po prostu nie mówiąc nic.

Pod koniec września statek ratunkowy Alan Kurdi organizacji Sea-Eye nie dostał pozwolenia na wpłynięcie do portów we Włoszech i na Malcie. Na pokładzie znajdowały się 133 osoby, które załoga ocaliła przed utonięciem. Ostatecznie statek obrał kurs na Francję, by uniknąć pozostania na morzu.

Osoby, które zostają odratowane z tonących łodzi, często wymagają pomocy lekarskiej i opieki. Dlatego zwlekanie z zejściem na ląd nie jest bezpieczne.

W kwietniu sytuacja na Morzu Egejskim między Grecją a Turcją stała się wyjątkowo dramatyczna. Prezydent Erdoğan oświadczył, że nie będzie dłużej powstrzymywać migrantów przed docieraniem do Europy. Światowe media obiegły wtedy nagrania, na których greckie straże przybrzeżne strzelają w ludzi na pontonach gumowymi pociskami i brutalnie odpychają ich od granic, używając m.in. gazu łzawiącego. Na granicy morskiej i lądowej zapanował wtedy chaos, przez kilka dni ludzie koczowali pod „bramą Europy”, bez jedzenia i picia.

Łodzie uchodźców i migrantów na Lampedusie
Łodzie migrantów na Lampedusie. Fot. Anna Mikulska

W czerwcu dziennikarze Deutche Welle przeprowadzili śledztwo w sprawie brutalnych pushbacków dokonywanych przez grecką straż przybrzeżną. Ta komentowała z kolei, że w czasie pandemii koronawirusa Grecja stoi przed „masową i zorganizowaną falą” migracji z Turcji i że chroni europejską granicę morską zgodnie z prawem krajowym i międzynarodowym.

Z greckimi strażnikami na Morzu Egejskim ściśle współpracuje Frontex. Na pytania stawiane przez DW organizacja odpowiedziała jedynie, że „w ramach swoich działań angażuje się w pełni w utrzymanie najwyższych standardów kontroli granicznej oraz że pushbacki są nielegalne w świetle prawa międzynarodowego”.

Na granicy grecko-tureckiej operują m.in. statki i pracownicy organizacji Open Arms, w zeszłym roku zatrzymane w hiszpańskich i włoskich portach. Od początku działalności umożliwiły bezpieczne dotarcie na grecki ląd niemal 150 tys. osób, głównie na wyspę Lesbos.

Do niedawna działał tam największy obóz dla uchodźców w Europie. We wrześniu wybuchły w nim dwa pożary, doszczętnie spalając obóz. Jego mieszkańcy wylądowali na ulicy, znowu – bez jedzenia i picia. Trwają przepychanki między krajami, kto i czy w ogóle powinien ich przyjąć. Niektóre państwa wyciągnęły rękę, inne, w tym Polska, zwlekają z reakcją. O działania ze strony rządu apelowało 61 polskich NGO-sów.

W tym roku organizacja Open Arms kończy pięć lat. Z tej okazji jej założyciel Òscar Camps komentował: „Chciałbym, żebyśmy nie musieli być potrzebni, ponieważ każdy nowy rok naszej działalności jest kolejnym rokiem, w którym Unia Europejska nie wywiązuje się ze swoich obowiązków”.

*Rozmowę z ratownikami Sea-Watch we Włoszech przeprowadziliśmy razem z red. Bartoszem Rumieńczykiem. Cały wywiad ukazał się na łamach Onet Wiadomości.

Udostępnij:

Anna Mikulska

Dziennikarka "OKO.press" i reporterka, z wykształcenia antropolożka kultury. Pisze o migracjach, prawach człowieka, pracy przymusowej i edukacji. Laureatka konkursu "Pisma. Magazynu Opinii" - "Między wierszami" za reportaż "Imigracja przez morze plastiku" oraz konkursu Festiwalu Wrażliwego w kategorii twórca szczególnie wrażliwy za dwa reportaże i projekt "Historie o Człowieku". Publikowała m.in. na łamach "Gazety Wyborczej", "Wysokich Obcasów", "Onetu", "Krytyki Politycznej", "Pisma. Magazynu Opinii" czy "Tygodnika Powszechnego".

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne