Są w wodzie, powietrzu, spadają z deszczem. Znajdowano je na szczytach Himalajów i w lodzie Antarktydy. I wykrywano je w ludzkich jelitach, krwiobiegu i mózgach. Teraz te badania poddaje w wątpliwość spora część naukowców
Naukowcy szacują, że w środowisku zalega już 5 miliardów ton tworzyw sztucznych, potocznie zwanych plastikami. Co roku wytwarzamy kolejne 380 milionów ton. Ich ilość stale rośnie, w połowie tego stulecia ta liczba będzie już trzykrotnie większa.
Taką ilość trudno sobie wyobrazić. Wyobraźmy sobie zatem olimpijski basen, który mieści około 3,75 miliona litrów wody, która waży 3750 ton. Zbiegiem okoliczności większość tworzyw sztucznych ma gęstość zbliżoną do gęstości wody.
Wyobraźmy sobie więc olimpijski basen wypełniony (sprasowanym, by miał gęstość wody) plastikiem. Jest pełen opakowań i foliowych toreb, części samochodów i urządzeń, rur i rurek, dywaników i zmywaków, polarowych bluz i nylonowych rajstop, strzykawek i wenflonów. Jest w nim 3750 ton tworzyw sztucznych.
Co roku na Ziemi przybywa sto tysięcy takich basenów.
W skali całego globu ponownie przetwarzamy (recyrkulujemy) niecałe 10 procent tworzyw sztucznych (tysiąc basenów ze stu tysięcy). Pozostałe 90 procent trafia do spalarni i na wysypiska, ale raczej w krajach zamożnych. W uboższych większość śmieci wyrzucana jest gdzie popadnie. Także do rzek, których wody niosą tony plastiku do mórz i oceanów.
Słońce i wiatr rozdrabniają te śmieci na mniejsze kawałki. Drobiny tworzyw sztucznych o rozmiarach mniejszych niż 5 milimetrów naukowcy nazywają mikroplastikami. Najmniejsze z nich można zobaczyć tylko pod mikroskopem, bo mają średnicę kilkunastu mikrometrów, mniejszą niż średnica ludzkiego włosa (30-100 mikrometrów).
Nie wszystkie plastiki to pozostałości plastikowych śmieci. Mniej więcej jedna trzecia to fragmenty sztucznych włókien z naszych ubrań, które podczas prania trafiają do wody. W powietrzu unoszą się drobiny okładzin klocków i tarcz hamulcowych oraz opon ścieranych o asfalt. Do gleby trafiają zaś z nawozów sztucznych, bo ich producenci często pokrywają granulki nawozów sztucznymi tworzywami, by uwalniały się stopniowo.
Mikroplastiki uwalniają się także z plastikowych butelek z napojami. Z amerykańskich badań wynika, że w litrze butelkowanej wody pływa 240 tysięcy takich mikroskopijnych drobin. Mikroplastiki rzecz jasna odrywają się i od plastikowych opakowań żywności, i od kuchennych utensyliów.
Nawet jeśli nasz dom jest wolny od tworzyw sztucznych, ich mikrocząsteczki i tak do nas trafią, bo wiatr roznosi je po całym globie. Znajdowano je w Himalajach i w każdej próbce badanej pod tym kątem na Antarktydzie. Nie powinno szczególnie dziwić, że są obecne w wodzie z kranu, w piwie, sprzedawanej w sklepach soli morskiej oraz rybach.
Mikroskopijne cząstki tworzyw sztucznych wykryto dotychczas w organizmach ponad stu gatunków zwierząt (twierdzi „Encyclopedia Britannica”). Nie powinno więc dziwić, że w 2018 roku wykryto mikroplastiki w ludzkim kale (w badaniu uczestniczyli także ochotnicy z Polski).
Cztery lata później, w szeroko cytowanym badaniu opublikowanym w maju 2022 roku, naukowcy znaleźli je w większości próbek krwi (17 z 22) badanych osób.
Skoro mikroplastiki są wszędzie, naukowcy zaczęli zastanawiać się, czy mogą szkodzić zdrowiu. Zdrowy rozsądek nakazywał przypuszczać, że mogą. Jest bowiem wiele badań wskazujących, że szkodzą nam drobiny pyłów ze smogu, które trafiają do płuc i do krwiobiegu. Organizm traktuje je bowiem jak ciała obce i uruchamia stan zapalny, by zwalczyć mikroskopijnych intruzów.
W marcu 2024 w „New England Journal of Medicine” opublikowano pracę, która tego dowodziła. Jej autorzy zbadali pod kątem obecności mikroplastików blaszki miażdżycowe usuwane z tętnic pacjentów między sierpniem 2019 a sierpniem 2020 roku. Cząstki tworzyw sztucznych wykryto w takich blaszkach większości (58,4 procent) osób.
Zdrowie pacjentów monitorowano do czerwca 2023 roku, czyli przez kolejne 3 lata. Osoby, u których wykryto mikroplastiki w tętnicach, zapadały czterokrotnie częściej na zawał serca lub udar (niż te, u których mikroplastików w tętnicach nie wykryto). Nie był to przypadek, w tkankach zawierających mikroplastiki wykrywano także wysokie ilości markerów zapalnych.
Był to solidny dowód na to, że mikroplastiki szkodzą. Jednak nie wszyscy, którym usuwano złogi w tętnicach, mieli w nich mikrocząstki plastiku. Takich cząstek w ogóle nie znaleziono w miażdżycowych złogach u sporej części, 41,6 procent badanych.
Do tych badań zaraz wrócimy.
Niedawna publikacja Damiana Carringtona w brytyjskim „The Guardian”, z 13 stycznia 2026 roku, zadaje tym badaniom kłam. Cytuje opinie wielu naukowców, którzy twierdzą, że mikroplastików w ludzkim ciele może w ogóle nie być.
Jak to możliwe, skoro publikowano wiele naukowych badań, które wskazywały na obecność takich mikroskopijnych cząstek tworzyw sztucznych w rozmaitych tkankach ludzkich: mózgach, tętnicach, jądrach i łożyskach?
To mogą być konsekwencje błędów, nadinterpretacji wyników i (niestety) chęć zaistnienia autorów publikacji.
Po pierwsze, cząstki mikroplastików są maleńkie i jest ich bardzo niewiele. Wykrycie ich w ludzkich tkankach odbywa się na granicy możliwości laboratoryjnych technik analitycznych. Jeśli coś ledwo widać pod mikroskopem, łatwo pomylić to z czymś innym. Jeśli „chemiczny odcisk palca” jest słaby lub niekompletny, łatwo błędnie go przypisać.
Po drugie, w przypadku badań analitycznych istotna jest eliminacja ryzyka zanieczyszczenia próbek. Jeśli badamy ludzkie tkanki na obecność mikroplastików, nie powinny mieć styczności z tworzywami sztucznymi. W praktyce jest to trudne, są na to jednak pewne sposoby (do czego wrócimy).
Po trzecie, niektóre tworzywa sztuczne często pozostawiają „chemiczne odciski palców”, które naśladują ślady naturalnych tkanek. Otóż wiele tworzyw sztucznych składa się z długich łańcuchów cząsteczek węgla, a podobną budowę mają kwasy tłuszczowe, ich „kręgosłup” także stanowi łańcuch cząsteczek węgla (do tego też za chwilę wrócimy).
Po czwarte, część prac naukowych donoszących o wykryciu mikroplastików w ludzkich tkankach była publikowana przez zespoły badaczy „o ograniczonym doświadczeniu analitycznym”. Na przykład donosili o tym lekarze kardiolodzy – a nie specjalizujący się w analizie tkanek patolodzy czy specjaliści z zakresu analityki i biochemii.
Nic nie jest doskonałe. Nauka również nie jest. Naukowcy czasem błądzą. Pojawiają się i takie prace naukowe, które donoszą o jakimś odkryciu, ale kolejnym zespołom nie udaje się tego potwierdzić.
Takich badań naukowych w medycynie może być nawet więcej niż połowa, ostrzegał statystyk John Ioannidis już w 2005 roku w pracy zatytułowanej „Why Most Published Research Findings Are False”, czyli „Dlaczego większość publikowanych odkryć naukowych jest fałszywa”. Najgorzej pod tym względem wypadały nauki społeczne, ale kolejne w niechlubnym rankingu były nauki medyczne i biologiczne.
Badacze z University of Virginia od 2011 roku prowadzili „Reproducibility Project” – projekt mający na celu odtworzenie wyników badań naukowych z dziedziny psychologii. Powtórzyli sto badań, w 60 przypadkach nie uzyskali takiego samego rezultatu, o czym donieśli w „Science” w 2015 roku.
Nie powinniśmy się temu dziwić (ani na to wydziwiać). Wyniki badań, których nikomu nie udaje się powtórzyć, mogą być dziełem przypadku, wynikiem źle skonstruowanego badania (zwłaszcza zbyt małej próby badanych), skutkiem nieprawidłowej analizy statystycznej wyników oraz rezultatem błędnej interpretacji danych. To całkiem sporo czynników.
(Nawiasem mówiąc większość badań donoszących o wykryciu mikroplastików w ludzkich tkankach była prowadzona na niewielkich próbach, liczących po kilka, kilkanaście badanych osób. Nie ma takich badań prowadzonych na tysiącach osób.)
Owszem, czasem zdarza się manipulacja autora badań, który przedstawia tylko korzystne wyniki eksperymentu i pomija nieudane próby. Takie naciąganie wyników zdarza się również dlatego, że środowisko naukowe chętniej premiuje badania, w których „coś wyszło” niż takie, które pokazują brak efektu. W nauce niestety jest też presja, by publikować rzeczy nowe i interesujące.
Badanie, które kończy się konkluzją „nie stwierdziliśmy obecności mikroplastików w badanych ludzkich tkankach”, nie wnosi nic nowego. Badania, które jedynie potwierdzają dotychczasowy stan wiedzy, często wypadają spod radaru zainteresowania. Radaru naukowego (badacze mniej chętnie za nie się zabierają) i administracyjnego (łatwiej dostać grant na badania poszukujące nowych i przełomowych odkryć).
W swoim tekście w „Guardianie” Carrington prócz opinii wielu naukowców przytacza dwie prace naukowe negujące istnienie mikroplastików w ludzkich ciałach.
Autorzy pierwszej analizy, opublikowanej w styczniu ubiegłego roku w „Environmental Science & Technology” twierdzą, że w osiemnastu pracach naukowych, w których donoszono o wykryciu mikroplastików w ludzkich tkankach, autorzy w ogóle nie wzięli pod uwagę możliwości, że błędnie zidentyfikowali mikroplastiki. Takie zastrzeżenie o możliwości pomyłki jest z naukowego punktu widzenia istotne.
Jest zasadnicza różnica między „zebrane przez nas dowody świadczą o obecności mikroplastików w ludzkim ciele”, a „zebrane przez nas dowody mogą, choć nie muszą świadczyć o obecności mikroplastików w ludzkim ciele; ryzyko błędu szacujemy na 50 procent”.
Ryzyko błędu w przypadku mikroplastików wynika z metody badania. Jest nią najczęściej Py-GC-MS (to skrót od Pyrolysis, Gas Chromatography, Mass Spectrometry). Polega na rozkładzie termicznym (pirolizie) badanej substancji i badaniu produktów takiego rozkładu za pomocą chromatografii gazowej i spektrometrii masowej.
Nie potrzebujemy wnikać w to, jak działa chromatografia i spektrometria. Chodzi o to, że produkty rozkładu termicznego wielu tworzyw sztucznych są takie same jak produkty rozkładu kwasów tłuszczowych. Nic w tym dziwnego, jak wcześniej wspominałem, jedne i drugie składają się z długich łańcuchów cząstek węgla. I po podgrzaniu rozkładają się na podobne lub identyczne związki chemiczne.
Niektóre tkanki zawierają niewiele kwasów tłuszczowych. Natomiast w cholesterolowych blaszkach jest ich całkiem sporo. Sporo kwasów tłuszczowych zawierają też tkanki ludzkiego mózgu.
Z kolei w przypadku siedmiu innych prac donoszących o wykryciu mikroplastików w ludzkich tkankach, na łamach tych samych czasopism naukowych ukazały się później polemiki, których autorzy znajdowali błędy w badaniach lub interpretacji wyników. W sumie wyniki 25 prac donoszących o wykryciu mikroplastików w ludzkich tkankach można uznać za krytykowane przez innych badaczy i mało miarodajne.
Czy to zaskakująco dużo? Tak i nie. Wykrywanie mikroplastików w tkankach to stosunkowo nowa dziedzina badań. I, jak to w nowej dziedzinie, jest spore ryzyko pomyłek. Oraz nadinterpretacji i błędnych wniosków, płynących z entuzjazmu badaczy.
Weźmy pod lupę pracę, która donosiła o wykryciu cząstek mikroplastików w ludzkich mózgach, które badano podczas sekcji osób zmarłych w latach 1997-2024. Opublikowano ją w „Nature Medicine” w lutym ubiegłego roku. Wynikało z niej, że z roku na rok w ludzkich mózgach jest coraz więcej mikroplastików.
Dziewięć miesięcy później, w listopadzie 2024 roku, inna grupa naukowców również w „Nature Medicine” opublikowała list, w którym zwracała uwagę na niedociągnięcia metodologiczne tego badania. Innymi słowy, na to, że badanie było kiepsko skonstruowane.
A nawet bardzo kiepsko – jak mówi „Guardianowi” dr Dušan Materić, z niemieckiego Helmholtz Centre for Environmental Research. „Ta praca naukowa to kpina. Tłuszcze często dają fałszywy sygnał obecności polietylenu. Mózg składa się mniej więcej w 60 procentach z tłuszczów”.
Materić twierdzi, że wątpliwej jakości jest więcej niż połowa prac naukowych donoszących o wykryciu mikroplastików w tkankach.
Mikroplastiki są w naszych ciałach
Stworzony zgodnie z międzynarodowymi zasadami weryfikacji faktów.
W wielu przypadkach, gdy mikroplastiki są wykrywane, prawdopodobnie wcale nie pochodzą z badanych tkanek.
Próbki badane na obecność danej substancji nie powinny mieć przypadkowej styczności z rzeczoną substancją przed badaniem. Chodzi o wyeliminowanie możliwości, że to, co znajdziemy (w naszym przypadku cząstki syntetycznych polimerów), pochodzi z zanieczyszczonego powietrza, wody, pojemników, czy laboratoryjnego sprzętu.
Często nie da się takiego ryzyka wyeliminować. W praktyce rozwiązuje się to tak, że bada się próbki kontrolne (na przykład wody destylowanej) i określa się w nich liczbę cząstek mikroplastików. Załóżmy, że było ich średnio 10 (w pięciu próbkach było 8, 10, 12, 11, 9). Tę średnią wartość powinniśmy odjąć od wartości otrzymywanych w badaniach tkanek.
Jeśli w próbkach badanych tkanek (o podobnej objętości, to też istotne) znajdziemy między 0 a 20 cząstek mikroplastików, należy założyć, że około 10 cząstek to zanieczyszczenia. Rzeczywista liczba cząstek wykrywanych w tkankach jest zatem o dziesięć cząstek na próbkę mniejsza. Zawiera się między wartościami minus dziesięć a dziesięć, czyli zapewne średnia zawartość mikroplastików waha się w okolicach zera!
Natomiast „między 0 a 20” to pojemne pojęcie. Jeśli w pięciu próbkach tkanek znalazłem odpowiednio 2, 4, 10, 12 i 20 cząstek mikroplastików, a zanieczyszczeń powinienem się spodziewać około 10 cząstek na próbkę, oczywiste jest, że mikroplastiki prawdopodobnie zawierała mniejszość badanych przeze mnie próbek. W większości wcale ich nie było.
Wiele prac donoszących o wykryciu mikroplastików nie badało próbek kontrolnych. I wiele z nich badało mało, na przykład kilkanaście próbek. Takie badania są niewiele warte. Mogą stanowić sygnał, że mikroplastiki mogą akumulować się w organizmach – ale jedynie sygnał. Nie jest to żaden dowód na to, że tak jest.
Autorzy pracy donoszącej o wykryciu cząstek mikroplastików we krwi, opublikowanej w maju 2022 roku, już we wrześniu tego samego roku musieli bronić się przed zarzutami innych naukowców, że badane przez nich próbki były zanieczyszczone. Były też badane metodą Py-GC-MS, która daje fałszywe wyniki (biorąc tłuszcze za plastiki).
Główna autorka tej pracy, prof. Marja Lamoree z Vrije Universiteit Amsterdam w wypowiedzi dla „Guardiana” odrzuca zarzuty o możliwości zanieczyszczenia próbek. „Jestem przekonana, że wykryliśmy mikroplastiki”, mówi. I dodaje: „Zawsze mówiłam, że [wykryte ilości mikroplastików] mogą być dwa razy niższe lub dziesięć razy wyższe”.
Nie powinniśmy za to zamieszanie winić nauki i naukowców. Wykrywanie mikroplastików w tkankach to świeża dziedzina. Nie doczekało się jeszcze standardów, norm i dobrych praktyk, a metody analityczne są niedoskonale.
Standardy jednak z czasem powstaną, a metody analityczne są stale ulepszane. Na odpowiedź, czy mikroplastiki są w naszych ciałach, raczej nie będziemy musieli długo czekać.
Oddajmy głos autorom prac oraz prac, które odkrycia mikroplastików w naszych ciałach podważały.
Prof. Lamoree twierdzi, że dowodów jest niewiele i trudno stwierdzić, czy powinniśmy się martwić mikroplastikami w naszych ciałach. „Sama jednak trochę staram się ich unikać tak na wszelki wypadek. Naprawdę staram się używać mniej plastików, zwłaszcza podczas gotowania czy podgrzewania potraw, unikam też plastikowych butelek. Inną rzeczą, którą robię, jest wietrzenie domu”.
„Myślę, że bezpieczniej jest zakładać, że wszyscy mamy w sobie plastiki”, twierdzi dr Materić, „ale musimy poczekać na dowody, ile go jest”. I dodaje, że jeśli ktoś obawia się mikroplastików w wodzie, wystarczy ją przefiltrować przez węgiel aktywny. I lepiej unikać picia i jedzenia z plastikowych naczyń.
Dr Cassandra Rauert, chemik z australijskiego University of Queensland (autorka pracy opublikowanej w styczniu ubiegłego roku w „Environmental Science & Technology”, która podważała osiemnaście prac donoszących o wykryciu mikroplastików) sądzi, że większość mikrocząstek tworzyw sztucznych, które wdychamy lub spożywamy, jest najpewniej wydalana przez nasze ciała. Jednak rozwikłanie tego, czy nam szkodzą, uważa za istotne. „Wiemy, że jesteśmy na nie narażeni, więc zdecydowanie lepiej wiedzieć, co się z nami dzieje. Będziemy nad tym pracować rzecz jasna”.
Z pewnością ciekawi Państwa, ile mikroplastiku zjadamy na co dzień. To akurat wiadomo, bo zbadali to naukowcy w 2024 roku, a swój eksperyment opisali w „Science of the Total Environment”.
Postanowili przygotować porcję jedzenia, 30 gramów dostępnej w sklepach galaretki rozpuszczone w 100 g wody, na trzy różne sposoby.
(1) Galaretka przygotowana w metalowym garnku i szklanej misce z użyciem drewnianych i metalowych przyborów kuchennych i tak zawierała mikroplastiki, średnio poniżej 3 cząstek na porcję.
(2) Przygotowana w nowym teflonowym garnku, nowej plastikowej misce i z pomocą nowych plastikowych przyborów kuchennych zawierała przeciętnie około 9 cząstek mikroplastików.
(3) Przygotowana w używanym teflonowym garnku, używanej plastikowej misce i z pomocą używanych plastikowych przyborów kuchennych zawierała średnio nieco ponad 16 cząstek mikroplastików.
Wśród tych drobin tworzyw sztucznych najmniej było teflonu. Większość stanowiły polietylen (PE) i polipropylen (PP).
Badacze wnoszą z tych eksperymentów, że każdego roku z potrawami przygotowanymi w domu spożywamy około 2,5-5 tysięcy cząstek mikroplastików. Na pewno nie są to „miliony”, jak sugerowały sensacyjne doniesienia z 2022 roku (akurat dotyczące teflonu).
Jeśli natomiast obawiają się Państwo mikroplastików w wodzie pitnej, spieszę donieść, że zawarty w wodzie tlenek miedzi osadza się na plastikowych powierzchniach. Ten osad zatrzymuje znaczącą większość, bo aż 99,8 procent mikroplastików (jak dowiodły eksperymenty opisane w 2021 roku).
Mikroplastiki wiążą także, choć nieco mniej skutecznie węglany wapnia i magnezu, czyli zwykły kamień kotłowy, który wytrąca się w rurach wodociągowych i czajnikach. Zatrzymuje około 80 procent mikroskopijnych plastikowych cząstek (czego dowiodły eksperymenty przeprowadzone w 2024 roku).
Spożywamy miliony cząstek mikroplastików rocznie
Stworzony zgodnie z międzynarodowymi zasadami weryfikacji faktów.
Wszystko to nie zmienia faktu, że mikroplastików w środowisku w ogóle nie powinno być. Z poniewierających się po lądach i wodach 5 miliardów ton zużytych reklamówek, pudełek, butelek, rurek, dętek, opon oraz ich kawałków i mikroskopijnych drobin nie powinno być ani jednego grama.
Rocznik 1976. Od dziecka przeglądał encyklopedie i słowniki. Ukończył anglistykę, tłumaczył teksty naukowe i medyczne. O nauce pisał m. in. w "Gazecie Wyborczej", Polityce.pl i portalu sztucznainteligencja.org.pl. Lubi wiedzieć, jak jest naprawdę. Uważa, że pisanie o nauce jest rodzajem szczepionki, która chroni nas przed dezinformacją. W OKO.press najczęściej wyjaśnia, czy coś jest prawdą, czy fałszem. Czasem są to powszechne przekonania na jakiś temat, a czasem wypowiedzi polityków.
Rocznik 1976. Od dziecka przeglądał encyklopedie i słowniki. Ukończył anglistykę, tłumaczył teksty naukowe i medyczne. O nauce pisał m. in. w "Gazecie Wyborczej", Polityce.pl i portalu sztucznainteligencja.org.pl. Lubi wiedzieć, jak jest naprawdę. Uważa, że pisanie o nauce jest rodzajem szczepionki, która chroni nas przed dezinformacją. W OKO.press najczęściej wyjaśnia, czy coś jest prawdą, czy fałszem. Czasem są to powszechne przekonania na jakiś temat, a czasem wypowiedzi polityków.
Komentarze