Minister spraw wewnętrznych w „Sygnałach dnia” uznał brak zamieszek 11 listopada w Warszawie za zasługę rządu PiS. Co prawda nie potwierdzają tego fakty, ale minister Błaszczak nie dopuszcza do siebie myśli, że żadna z opozycyjnych organizacji nie chciała zamieszek. Wtedy nie miałby czym się chwalić w mediach


Postawiłbym taką tezę, że problem nie leżał w Marszu Niepodległości, tylko problem dotyczył rządu. Koalicji PO-PSL

Mariusz Błaszczak, "Sygnały Dnia" Program I Polskiego Radia - 12/11/2016

"Sygnały Dnia" Program I Polskiego Radia

fot. Polskie Radio


fałsz. Fałsz. Przeczy temu przebieg Marszu Niepodległości w 2015 roku.


Budowanie związku między zmianą rządu a brakiem zamieszek jest wątpliwe, ponieważ 2016 jest drugim rokiem z rzędu ze stosunkowo spokojnym przebiegiem Marszu Niepodległości. Rok temu również nie było zamieszek, choć ministrem spraw wewnętrznych była Teresa Piotrowska z Platformy Obywatelskiej.

Choć minister Błaszczak uznaje brak zadym za dowód swojego profesjonalizmu, to równie dobrze można dowodzić, że to raczej zmiana władzy zmniejszyła skłonność kiboli do zadymy. Rząd Prawa i Sprawiedliwości jest dla uczestników Marszu Niepodległości partnerem, a nie przeciwnikiem – a tak było w latach 2011-2014, gdy uczestniczący w marszach kibole wszczynali zamieszki, a demonstranci skandowali m.in. do premiera Tuska: „Donald Matole, twój rząd obalą kibole”.

W 2015 roku prezydent Andrzej Duda zarzucił inicjatywę Bronisława Komorowskiego, który przez kilka lat organizował politycznie konkurencyjny – konserwatywny, ale programowo „kulturalny” – marsz prezydencki w dniu 11 listopada. W 2016 roku Duda poszedł jeszcze dalej – skierował do uczestników demonstracji ONR i Młodzieży Wszechpolskiej list z serdecznymi pozdrowieniami.

Podsumowując, Błaszczak nie tylko nie dowiódł swojego profesjonalizmu, ale wchodząc w publicystyczne rozważania nie dostrzegł, że być może ma po prostu łatwiej, niż  jego poprzednicy w latach 2011-2014.

Poza tym tak naprawdę nikomu nie zależy na zamieszkach w Warszawie. Są szkodliwe dla wizerunku organizujących marsz narodowców, którzy chcą pokazywać się jako normalna partia polityczna. Lewica od lat już nie blokuje marszy faszyzującej młodzieży, ponieważ nie chce był obciążana współodpowiedzialnością za bitwy kiboli z policją. KOD natomiast nigdy w żadnym starciu nie brał udziału i nic nie wiadomo o jego bojówkarskich zapędach. Wręcz przeciwnie lider ruchu Mateusz Kijowski przy każdej okazji – także 11 listopada 2016 r. – wzywa do narodowej zgody.



Prowokacja Schrodingera


Jest to niewątpliwie zasługa rządu, zasługa policji. Można zorganizować, jeżeli, oczywiście, jest wola ze strony władzy, te uroczystości w sposób bezpieczny.

Mariusz Błaszczak, "Sygnały Dnia" Program I Polskiego Radia - 12/11/2016

"Sygnały Dnia" Program I Polskiego Radia

fot. Polskie Radio


raczej fałsz. Rząd zrobił, co należało. Ale wielkie wyzwanie minister sobie wymyślił.


Wnioskowanie logiczne i powiązania przyczyn ze skutkami kuleje u ministra Błaszczaka zwłaszcza wtedy, gdy chwali siebie i policję za to, że nie doszło do starć między Marszem Niepodległości a demonstrantami Komitetu Obrony Demokracji – starć, które sam wymyślił, przed którymi wbrew zapewnieniom wszystkich stron ostrzegał, o których prowokowanie oskarżał Komitet Obrony Demokracji.

Ministrowi Błaszczakowi nie przeszkadzało w upieraniu się przy swojej wersji nawet to, że przewidywany przez niego przebieg zdarzeń był sprzeczny z prawem, co wytknął mu już kilka tygodni temu Mateusz Kijowski.

Niezrażony minister spraw wewnętrznych twierdził, że Hanna Gronkiewicz-Waltz tak pokieruje marszami, że dojdzie do spotkania KOD z Marszem Niepodległości – choć oznaczałoby to złamanie przez nią obowiązków wynikających z ustawy o zgromadzeniach.



W rzeczywistości było dokładnie przeciwnie, niż twierdził Błaszczak. Prezydent Warszawy postąpiła zgodnie z prawem, a nawet naciągnęła je na korzyść narodowców, ponieważ Obywatele RP wcześniej złożyli wniosek o rejestrację zgromadzenia na trasie marszu. Jeśli Gronkiewicz-Waltz zdecydowałaby się odmówić rejestracji ze względów bezpieczeństwa, to zgodnie z prawem powinna ją wysłać do Marszu Niepodległości.

Na kilka dni przed Świętem Niepodległości minister ogłosił jednak, że KOD wycofał się z prowokacji. Oczywiście to była zasługa Błaszczaka.  „Dzięki moim wypowiedziom organizatorzy wycofali się z prowokacji „– ogłosił w Polsat News trzy dni przed świętem 11 listopada.

12 listopada 2016 w  „Sygnałach Dnia” najwyraźniej zmienił zdanie o swej skuteczności i mówił o pikiecie Obywateli RP. „To jest taki odłam KOD–u, który zarejestrował swoją manifestację na trasie przemarszu Marszu Niepodległości. Byli bardzo konfrontacyjni”. Wychwalał policję, że do prowokacji nie doszło .

Znów pudło. Pikietę Obywateli RP zasłoniła czarnymi płachtami Straż Marszu Niepodległości, a policja na to nie zareagowała. Punkty za pomysłowość należą się więc organizatorom demonstracji narodowców, którzy przewidzieli, że obecność kontrpikiety może być dla uczestników ich marszu nie do zniesienia. Podejrzenia były zresztą słusznie – w stronę Obywateli RP poleciały jednak butelki, race i petardy.

Wygląda więc na to, że minister Błaszczak najpierw wymyślił prowokacje i zamieszki w Święto Niepodległości, a później skutecznie się z nimi rozprawił, tym łatwiej, że nigdy nie istniały. Tę niskiej jakości intrygę OKO.press oznacza „matołkiem”.


OKO pilnuje, by nacjonalizm nie rozlał się po Polsce.
Wesprzyj nas, byśmy mogli działać dalej.

Socjolog, publicysta. Publikuje na łamach Gazety Wyborczej. Doktorant w ISNS UW.


Lubisz nas?

Dołącz do społeczności OKO.press