Bartłomiej Misiewicz powrócił do pracy w ministerstwie obrony. W resorcie zajmuje się „analizą dezinformacji medialnych”. Macierewicz przywrócił go do pracy pomimo tego, że prokuratura prowadzi dwa postępowania sprawdzające w sprawie doniesień złożonych przeciwko Misiewiczowi przez opozycję

Min. Macierewicz swoją decyzją potwierdził, że ma poczucie humoru. Powierzając Misiewiczowi analizę dezinformacji prasowych zapomniał o dezinformacjach, których sam Misiewicz był autorem, np. gdy twierdził, że poprzednik Macierewicza nigdy nie był w Afganistanie.

Macierewicz wykazał się również podziwu godnym dystansem do własnych słów. Jeszcze 17 października w wywiadzie dla  „wSieci” nie wykluczał co prawda powrotu do pracy swojego byłego rzecznika prasowego i szefa gabinetu politycznego, ale dopiero po uzupełnieniu przez Misiewicza braków w wykształceniu:

„Blokowanie jego powrotu do pracy byłoby niewłaściwe. Oczywiście musi jak najszybciej dokończyć studia.”

O tym, by w ostatnich kilku dniach Misiewicz skończył studia niczego nie wiadomo, zwłaszcza, że został skreślony z listy studentów UKSW, na którym w ciągu siedmiu kalendarzowych lat nie ukończył trzyletnich studiów licencjackich. Inne obowiązki nie pozwoliły.

Oficerowie są w szoku?

Równo miesiąc temu, 19 września 2016, Misiewicz został zawieszony we wszystkich swoich funkcjach w MON. Według doniesień Radia Zet, powróciwszy do pracy w ministerstwie, 26-latek zdążył już poprowadzić m.in. odprawę służbową na temat szkolenia Obrony Terytorialnej. Oficerowie są w szoku – podaje Radio Zet.

Tym informacjom zaprzeczył jednak resort obrony.

W oficjalnym komunikacie ministerstwo przyznało jednak, że Misiewicz faktycznie powrócił do pracy w gabinecie politycznym Antoniego Macierewicza. Zajmuje się „analizą dezinformacji medialnych, wymierzonych w bezpieczeństwo państwa”.

Komunikat nie daje odpowiedzi, czy reputacja bliskiego współpracownika ministra mieści się w szeroko rozumianym bezpieczeństwie państwa.

Jedna prokuratura sprawdza, czy Misiewicz nie był aby „ze szkodą”

„Postanowiłem, że zarzuty wobec pana Misiewicza muszą zostać zweryfikowane. Jak dotąd poza pomówieniami nie przedstawiono żadnych dowodów, że postawione mu przez jedno z pism zarzuty dotyczące rzekomego korumpowania radnych w Bełchatowie są czymkolwiek poparte” – mówił  w tym samym wywiadzie dla „wSieci” minister.

Okazuje się jednak, że Macierewicz z ponownym zatrudnieniem Misiewicza nie czekał, aż prokuratura zakończy postępowania sprawdzające w dwóch sprawach dotyczących byłego rzecznika MON.

Obydwa wnioski do prokuratury skierowała Platforma Obywatelska. Pierwszy dotyczy ewentualnego działania na szkodę interesu publicznego przy powołaniu Misiewicza do rady nadzorczej Polskiej Grupy Zbrojeniowej oraz na stanowisko szefa gabinetu politycznego MON. Misiewicz nie ma ani wyższego wykształcenia, ani państwowego egzaminu na członka rad nadzorczych.

Jak powiedział „Oku” rzecznik Prokuratury Okręgowej w Warszawie, to postępowanie wciąż się toczy.

Wynik czynności sprawdzających poznamy być może już w przyszłym tygodniu.

Druga prokuratura bada, czy nie doszło do korupcji politycznej

Podobną odpowiedź usłyszeliśmy od rzecznika Prokuratury Okręgowej w Piotrkowie Trybunalskim. Tamtejsi śledczy sprawdzają – również na wniosek PO – czy mogło dojść do korupcji politycznej. Według tygodnika „Newsweek” Misiewicz miał proponować bełchatowskim radnym PO przystąpienie do koalicji z PiS w zamian za zatrudnienie w jednej z państwowych spółek.

Według rzecznika piotrkowskiej prokuratury przesłuchania z udziałem uczestników spotkania z Misiewiczem zaplanowane są dopiero na przyszły tydzień.

Misiewicz pełnił funkcję sekretarza PiS właśnie w okręgu piotrkowskim, z którym od lat związany jest Macierewicz. W ostatnich wyborach parlamentarnych startując z czwartego miejsca na liście PiS do Sejmu Misiewicz otrzymał 1992 głosy (0,7 proc. poparcia).

I posłem nie został. Służy społeczeństwu w inny sposób.

Abonament na wolność słowa


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym