"Na moim oddziale pracuje 12 lekarzy. Siedzimy w jednym pokoju, mamy wspólne odprawy. Nie mamy fizycznej możliwości zachowania bezpiecznej odległości. Gdyby jedno z nas zostało objęte kwarantanną, oznaczałoby to paraliż całego oddziału. I tego obawiamy się najbardziej" - mówi OKO.press rezydentka ze Szpitala Wolskiego w Warszawie

O przygotowaniu szpitali i nastrojach wśród personelu medycznego rozmawiamy z Nataszą Blek, rezydentką neurologii w Szpitalu Wolskim w Warszawie.

Anton Ambroziak, OKO.press: Szpital Wolski nie jest co prawda szpitalem zakaźnym, ale pacjenci zakażeni koronawirusem przy okazji innych schorzeń mogą trafić także do was. Jak jesteście przygotowani na taką sytuację?

Natasza Blek: Jesteśmy już w fazie lokalnej transmisji wirusa, a karty, które dotyczą oceny ryzyka zakażenia, są aktualne na dwa tygodnie do tyłu. Lekarze pytają o powroty zza granicy i kontakt z podróżującymi lub zakażonymi. Jeśli pacjent trafia do nas bez objawów, w zasadzie nie mamy możliwości w oparciu o dostępne procedury go wyłapać. Trafia tam, gdzie wszyscy.

Żeby móc skutecznie odsiewać „zdrowych” od „zakażonych” musielibyśmy mieć pod ręką szybkie testy, a tych nie ma.

Sama objęłam opieką pacjenta, który wrócił z Bliskiego Wschodu, z kraju, który bezpośrednio nie jest w trudnej sytuacji epidemiologicznej, więc teoretycznie bezpiecznego. Ale przecież każda podróż odbywa się przez huby przesiadkowe, gdzie ryzyko zakażenia jest relatywnie duże.

Dodatkowo pacjent wrócił 8 marca, czyli przed decyzją o objęciu obowiązkową kwarantanną wszystkich wjeżdżających do Polski. Do naszego szpitala mężczyzna trafił więc zwyczajną drogą, z pominięciem procedur epidemiologicznych. Takich błędów i niedopatrzeń wciąż jest wiele.

A gdzie trafia pacjent, który ma objawy – podwyższoną gorączkę, kaszle? Macie wydzielony oddział dla takich osób?

Póki co nie ma oddziału stacjonarnego – jedynie tymczasowy namiot. Przygotowywany jest dodatkowy budynek, który będzie pełnił funkcję stanowiska obserwacyjnego, dla tych którzy są izolowani. Zdajemy sobie sprawę, że w pewnym momencie, już niedługo, liczba zakażonych znacząco przewyższy możliwości szpitali zakaźnych. I my będziemy musieli ich odciążyć. Póki co pacjentów podejrzanych o zakażenie przekazuje się do szpitala na Wołoskiej.

…który zgodnie z rozporządzeniem Ministra Zdrowia właśnie przekształcił się w szpital zakaźny. A jakie są nastroje? Boicie się?

Paradoksalnie póki co nadmiar obowiązków z nas spadł. Odpadli nam pacjenci, którzy zwracali się na SOR z nieuzasadnionych powodów medycznych, np. leczący się na choroby przewlekłe. Teraz przyjmujemy wyłącznie osoby w zagrożeniu zdrowia i życia. Wprowadzono też obostrzenia dotyczące odwiedzin rodziny. Może więcej czasu spędzamy na rozmowach telefonicznych z bliskimi pacjentów, bo gdy nie mogą zobaczyć ich sami, to naturalnie zwiększa ich niepokój.

Z drugiej strony, zmalała roszczeniowość rodzin pacjentów. Chyba zaczęli zdawać sobie sprawę, w jak trudnej sytuacji jesteśmy.

Moment, w którym jesteśmy, nazwałabym poczekalnią. Choć dziś pracy jest trochę mniej, wiemy, że już za chwilę będziemy pracować w tempie i presji, których żadne z nas nie zna.

Już docierają do nas sygnały, żebyśmy optymalnie planowali czas wolny i zaznaczali, kiedy jesteśmy w pełnej gotowości. To pozwoli nam po jednym telefonie wesprzeć pracę oddziałów ratunkowych.

Trzeba też pamiętać o tym, że większość z nas ma dzieci, które nie mogą chodzić do szkoły. Dziś połowa personelu lekarskiego jest na zwolnieniach, duża część z nich na dwutygodniowych urlopach opiekuńczych.

Czy jest ryzyko, że podczas największego natężenia, lekarze i pielęgniarki wiedząc, że szpitale nie są przygotowane na taki kryzys i w obawie o własne zdrowie będą brać urlopy?

Oczywiście jesteśmy zdenerwowani. Tak jak chyba każdy martwimy się o naszych rodziców i bliskich, ale wiemy czego się spodziewać. Czeka nas logarytmiczny wzrost zachorowań. Wiemy, że zaraz będziemy na pierwszej linii frontu walki z epidemią. Ale czujemy się odpowiedzialni za zdrowie i życie pacjentów.

Gdyby nasz zawód nie wiązał się z powołaniem, już dawno bylibyśmy wypaleni. Myślę, że nie będzie czegoś na kształt strajku włoskiego. To, czego się obawiamy, to kwarantanny dla lekarzy i personelu medycznego.

Dziś tylko jedna osoba z tego powodu jest wyłączona z pracy.

No właśnie, co zrobić, żeby cały szpital nie stanął, gdy jedna osoba z kadry będzie miała pozytywny wynik testu na koronawirusa?

Za granicą praktykowany jest system dyżurowy. Na moim oddziale jest 12 osób. Siedzimy w jednym pokoju, mamy wspólne odprawy. Nie mamy fizycznej możliwości zachowania bezpiecznej odległości. Gdyby jedno z nas zostało objęte kwarantanną, oznaczałoby to paraliż całego oddziału.

Najlepiej byłoby więc idąc za przykładem kolegów i koleżanek z Włoch, Hiszpanii czy Francji podzielić się na przykład na cztery trzyosobowe zespoły, które pracują w trybie zmianowym. Póki co dyrekcja szpitala nie zaleca zmiany organizacji pracy. Sama ma związane ręce, bo kodeks pracy nie pozwala na takie rozwiązanie. Nie uregulowała też tego rządowa specustawa.

Są jednostki w kraju, w których wprowadzono system zmianowy, ale pracownicy są przymuszani do wykorzystywania urlopów wypoczynkowych na czas absencji od dyżuru.

To absurd.

A jak wygląda przygotowanie oddziałów? Macie maseczki, rękawiczki, kombinezony ochronne?

Nikt nie był gotowy na epidemię. I to nie jest tylko kwestia polskich szpitali. Rezerw sprzętowych nie ma, więc nie ma mowy o dostawach z magazynów.

U nas nie jest źle, ale tylko dlatego, że dostajemy maseczki, rękawiczki czy przyłbice od obywateli.

Czego potrzebujecie?

Po pierwsze, złagodzenia prawa pracy, które pozwoli zarządzać kryzysem w sytuacjach nadzwyczajnych. Warto też już pomyśleć o wsparciu psychologicznym dla personelu medycznego, a także opiece nad naszymi rodzinami. Być może nie będziemy mogli do nich wracać? Kto się nimi zajmie? To nie są łatwe kwestie do rozwiązania.

Nie każdy będzie chciał, by jego dziećmi opiekowali się wolontariusze, ale potrzebujemy odpowiedzi systemowych, które pozwolą nam w tym najtrudniejszym momencie w pełni skupić się na pracy.

Jak się czujecie słysząc z ust decydentów, że jesteście bohaterami? Że podziwiają waszą ofiarność?

Porozumienie rezydentów walczyło o zmianę narracji dotyczącej ochrony zdrowia. Nie udało się to do końca. Zyskaliśmy wielu sojuszników, pokazaliśmy jak naprawdę wygląda nasza prace. Ale równie dużo mieliśmy hejterów.

Teraz nie myślimy o tym, że jesteśmy bohaterami. Skupiamy się na pracy, ale może gdy sytuacja się uspokoi, powrócimy do dyskusji o rozwiązaniach, szczególnie rozwiązaniach finansowych (6,8 proc. PKB na ochronę zdrowia), które piękne słowa zamienią w konkretne rozwiązania.

Zostań w domu. Myj ręce. Dbaj o innych.
OKO.press pilnuje zdrowia Polek i Polaków.

Dziennikarz i reporter. Laureat nagród: "Pióro Nadziei 2018" przyznawanej przez Amnesty International za dziennikarstwo zaangażowane i "Korony Równości 2019". Nominowany do nagrody "Zielony Prus" Stowarzyszenia Dziennikarzy RP za wyróżniający start w zawodzie. W OKO.press pisze o edukacji, prawach człowieka, społeczeństwie obywatelskim i polityce społecznej.


Komentarze

  1. Andrzej Maciejewicz

    Czy ktoś jeszcze wierzy w bujdy Dudy i Morawieckiego o finansowaniu walki z epidemią? Gdzie są te pieniądze plus pomoc unijną? Za krytykę pracownik sł zdrowia usunięty że stanowiska i z partii. Inna osoba zaszczuta przez pisowskich hejterow. Krk odprawia bałwochalcze egzekwie i plecie niewiarygodne bzdury o wodzie święconej i hostii. To już nie są kretynizmy. To zbiorowa utrata rozumu. Pierwszym nośnikiem jest zbawca narodu, zwany kaczorem.

Lubisz nas?

Dołącz do społeczności OKO.press