Polska wcale nie wyróżnia się jednoznacznie na tle Europy pod względem liczby porodówek. Porównania z Niemcami i Francją są utrudnione przez różnice w organizacji oddziałów, poza tym wraz ze spadkiem liczby urodzeń kolejne oddziały znikają z mapy i to nie tylko w Polsce
O tym, że premier Donald Tusk zagalopował się w sprawie porodówki w Lesku na Podkarpaciu, mówiło się we wszystkich mediach. Jego słowa dementowali zarówno politycy, jak i pracownicy szpitali.
Przypomnijmy, że premier pod koniec marca był pytany przez młodzież w programie #BezKitu TVN24 o to, dlaczego w Polsce ostatnio zamykane są oddziały ginekologiczno-położnicze na prowincji. „Nie ma w Polsce problemu dostępu do porodówek” – zapewniał Tusk. „Mamy w tej chwili najgęstszą sieć w Europie” – dodał.
Powiedział też, że w tej chwili w Polsce nie ma miejsca, gdzie kobieta w ciąży musiałaby jechać 170 km, by urodzić. Zapytany o porodówkę w szpitalu w Lesku,
odparł, że nie jest zamknięta.
„Na bieżąco jestem informowany o sytuacji na porodówkach. [...] Moja synowa jest neonatologiem i na co dzień zajmuje się opieką nad nowo narodzonymi dziećmi i organizowaniem sprawnym porodów” – mówił Tusk.
Wyjaśniał, że część szpitali obsługuje niewiele porodów, co generuje niepotrzebne koszty, dlatego zapadają decyzje o zamykaniu oddziałów.
O sytuację w Lesku dopytywał prowadzący program. Przypominał, że oddział położniczy w tamtejszym szpitalu miał zostać zamknięty jako jedyny w Bieszczadach, a jego rolę miałaby przejąć częściowo położna dyżurująca przy SOR-ze. Premier odpowiedział, że niedawno rozmawiał w tej sprawie z minister zdrowia. Podkreślił też, że Lesko jest dla niego ważne, bo odwiedził to miejsce w czasie kampanii i rozmawiał z mieszkańcami.
Wpadkę premiera krytykowali politycy zarówno z prawej, jak i z lewej strony.
„Premier twierdzi również, że porodówka w Lesku nie została zamknięta. Oddział ginekologiczno-położniczy został zamknięty 1 stycznia 2026 roku mimo protestów i wizyt w ministerstwie zdrowia” – pisała Marcelina Zawisza z Partii Razem. „Mieliście te kobiety tak głęboko w poważaniu, że nawet pan nie zauważył? Bez żartów. Kobiety z mniejszych miejscowości też są obywatelkami i należy im się godny i bezpieczny poród!” – dodała.
O tym, że porodówka została zamknięta, informowała również lek. Iwona Holcman z poradni dla kobiet szpitala w Lesku i przewodnicząca zakładowej organizacji związkowej Magdalena Dąbrowska w rozmowie z TVN24.
Komunikat dotyczący statusu porodówki w Lesku wydali przedstawiciele ministerstwa zdrowia. „Od 1 lipca 2025 roku do 31 grudnia 2025 roku funkcjonowanie oddziału było zawieszone na wniosek dyrektora placówki. Zawieszenie działalności oddziału wynikało z niemożności zapewnienia kadr medycznych (lekarzy) oraz przedłużającego się remontu”.
Pracownicy ministerstwa zdrowia wskazali też, że „w związku z brakiem możliwości podjęcia działalności oddziału dyrektor szpitala zwrócił się do Podkarpackiego Oddziału NFZ o zakończenie umowy z Funduszem w części dotyczącej oddziału ginekologiczno-położniczego”, a umowa została rozwiązana z 31 grudnia 2025 roku.
Zwrócili uwagę, że w ostatnich latach w szpitalu w Lesku rodziło się bardzo mało dzieci. „W 2025 roku miały miejsce jedynie 74 porody” – pisze MZ. „Spośród powiatów leskiego, bieszczadzkiego, sanockiego, brzozowskiego i przemyskiego w latach 2023-2024 jedynie 12 proc. porodów odbyło się w szpitalu w Lesku” – przekazał resort zdrowia.
Komunikat w sprawie słów premiera wydali również przedstawiciele Oddziału Położniczo-Ginekologicznego w Lesku. Wynika z niego, że oddział:
W konsekwencji:
Medycy z Leska alarmują, że konsekwencje zamknięcia placówki są dramatyczne, ponieważ dla wielu kobiet najbliższy oddział porodowy znajduje się teraz nawet ponad 100 km dalej.
Czyli około dwie godziny jazdy.
Dla kobiety w ciąży długi dojazd oznacza stres i realne ryzyko dla jej zdrowia i zdrowia dziecka w nagłych przypadkach.
Sprawa wzbudziła jeszcze większe oburzenie, kiedy rzecznik rządu Adam Szłapka próbował prostować słowa premiera, mówiąc, że oddział przechodzi remont. Zamiast uspokoić sytuację, popełnił kolejny błąd. Potem na konferencji prasowej przeprosił w imieniu premiera i zapewnił, że premier nie miał złych intencji, mówiąc, że oddział położniczy na Podkarpaciu nadal funkcjonuje.
Jak pisała Oliwia Gęsiarz w OKO.press, w Lesku sytuacja dla wielu pracowników zmieniła się też ze względu na to, że duża część personelu musiała odejść na emerytury albo na inne oddziały.
Ale Lesko to nie jest odosobniony przypadek. Według dr. hab. Marcina Mikosa praktycznie nie ma porodówek także na pograniczu północnej Małopolski i województwa świętokrzyskiego. Dla wielu kobiet z tego obszaru jedyne miejsce, gdzie mogą rodzić, są Kielce. Dla części z nich oznacza to dojazd nawet ponad 100 km. Co więcej, coraz częściej obserwuje się zjawisko porodów w karetkach. Jeszcze niedawno były to sytuacje incydentalne, ale dziś zaczynają stawać się niepokojącą normą.
W Polsce od około dziesięciu lat liczba urodzeń systematycznie maleje. To, co na początku było jedynie drobnym spadkiem, z czasem przerodziło się w poważny kryzys demograficzny.
Jak pisał Cezary Pakulski w OKO.press, liczba porodów spadła z 403 tys. w roku 2010 do 238 tys. w roku 2025, czyli niemal o połowę w skali 15 lat.
Konsekwencją obniżającej się liczby porodów jest zamykanie kolejnych oddziałów porodowych.
W 2025 roku w Polsce działało 284 porodówek (oddziały ginekologiczno-położnicze), ale w styczniu 2026 roku zamknięto 18, więc po pierwszych tygodniach tego roku pozostało jedynie 266.
Tak więc porodówki – jak pisze Pakulski – były zamykane zarówno za rządów Prawa i Sprawiedliwości, jak i są zamykane teraz. Różnica jest taka, że w latach 2017-2023 oddziały porodowe znikały w ciszy. Ministerstwo Zdrowia kierowane przez Izabelę Leszczynę przyjęło odmienną strategię działania.
Ale stan i funkcjonowanie porodówek stał się elementem walki politycznej. Resort zdrowia ma w planach stworzenie mapy porodówek w Polsce. Jak informuje „Rzeczpospolita” o planach poinformowano podczas Kongresu Wyzwań Zdrowotnych. Zaproponowano kluczowe kryteria. Po pierwsze, bezpieczeństwo – placówki powinny mieć odpowiednie doświadczenie i być w stanie przyjmować około 700 porodów rocznie. Po drugie, dostępność, czyli czas dojazdu do oddziału nie powinien przekraczać 60 minut.
Mapy porodówek w sieci już funkcjonują. Jedną z nich stworzył np. poseł PiS i były wiceminister zdrowia Janusz Cieszyński, który temat wykorzystuje do własnych celów politycznych. Jego mapa pozwala zorientować się, jakie są czasy dojazdu z dowolnej gminy do istniejących, najbliższych porodówek,
W roku 2024 i 2025 zlikwidowano 37 oddziałów położniczych i położniczo-ginekologicznych (z czego aż 26 w roku 2025). W ciągu pierwszych 4 tygodni nowego 2026 roku, z prowadzenia oddziału położniczo-ginekologicznego zrezygnowało kolejnych 18 szpitali.
Mówiąc krócej – sieć w Polsce jest relatywnie dostępna, ale system się kurczy i centralizuje – około 92 proc. kobiet ma dostęp do porodówki w czasie do 30 minut, ale już
ponad 14 proc. kobiet musi dojeżdżać dłużej niż godzinę.
Program likwidacji lub zawieszania działalności następnych wciąż trwa. Z punktu widzenia kobiety w trakcie porodu porodówka zawieszona staje się tak samo niedostępna, jak ta zamknięta. Proces zamykania porodówek, bezobjawowy jeszcze 3-4 lata temu, dzisiaj – jak wskazuje Pakulski – stał się jednym z głównych problemów systemu ochrony zdrowia.
Ministerstwo Zdrowia wskazuje, że oddziały położnicze z małą liczbą porodów nie zapewniają ani odpowiedniego poziomu bezpieczeństwa, ani jakości opieki. Lekarze i położne mają tam zbyt mało praktyk, by utrzymać doświadczenie. Jednocześnie utrzymanie takich oddziałów jest kosztowne i dodatkowo obciąża budżety szpitali.
Dwa lata temu ówczesna minister zdrowia Izabela Leszczyna przedstawiła założenia reformy szpitalnictwa. Podano w nich liczbę ok. 300-400 porodów rocznie jako uzasadniającą ekonomicznie istnienie oddziału położniczo-ginekologicznego. Potem ministerstwo wycofało się z tego rozwiązania, bo wprowadzenie tego wymogu do obiegu prawnego mogłoby doprowadzić do zamknięcia co najmniej jednej trzeciej spośród wszystkich porodówek.
Niski poziom dzietności notują także inne kraje Europy, nie tylko Polska. Według danych Eurostatu z 2024 roku najniższy wskaźnik dzietności w Europie ma Malta (1,01), potem jest Hiszpania (1,10), następnie Litwa (1,11) i tuż za nią jest Polska (1,14), która wyprzedza Włochy (1,18). Najwyższy współczynnik ma Czarnogóra (1,75), druga w kolejności jest Bułgaria (1,72), trzecia jest Gruzja (1,69). Wskaźnik dla krajów UE to 1,34.
To, że liczba urodzeń spada, a kobiety muszą często jechać dalej, żeby bezpiecznie urodzić, nie jest tylko polskim problemem. Z tym faktem mierzą się także inne kraje Europy.
Twierdzenie Donalda Tuska, że Polska ma najgęstszą sieć porodówek w Europie, nie jest weryfikowalne – nie da się tego łatwo sprawdzić w publicznie dostępnych danych.
Nie istnieje jedno, porównywalne dla wszystkich krajów europejskich zestawienie, które by mierzyło gęstość porodówek. Co więcej, poszczególne kraje różnią się sposobem organizacji opieki okołoporodowej. W niektórych organizuje się bardziej medyczne porody – w szpitalach (Polska), a gdzie indziej, np. w Niemczech, system jest mieszany i nie ogranicza się wyłącznie do szpitali; porody mogą odbywać się też w domu w ramach publicznego systemu opieki zdrowotnej.
W 2024 roku działało w Niemczech około 578 szpitali z oddziałami położniczymi (według Federalnego Urzędu Statystycznego Niemiec), w których odbywa się większość porodów. Ale w tym kraju działają również pozaszpitalne centra narodzin prowadzone przez położne (niem. Geburtshäuser). Oficjalne statystyki obejmują wyłącznie szpitale. W dużych miastach 95,1 proc. kobiet w wieku od 16 do 49 lat może dotrzeć do szpitala w ciągu 15 minut jazdy samochodem. W mniejszych miejscowościach zaledwie około jedna trzecia kobiet może liczyć na tak szybki dojazd (29,9 proc.). Jednak w Niemczech w samym tylko 2019 roku zamknięto 85 porodówek, a w ciągu ponad 30 lat ich liczba spadła z 1186 do 578.
Podobnie jest we Francji, gdzie też nie ma jednego oficjalnego zestawienia liczby porodówek. System opieki okołoporodowej opiera się na placówkach położniczych (fr. maternités), które oferują porody w szpitalach i klinikach, oraz niewielkiej liczbie wyspecjalizowanych centrów narodzin. Jednak w ciągu 25 lat ich liczba zmalała z 700 do 460. To oznacza, że od 2000 roku około 40 proc. porodówek zostało zamkniętych. Jeśli wziąć pod uwagę 50 lat, liczba porodówek zmniejszyła się o około 66 proc.
„W kontekście europejskim warto przywołać przykład Norwegii, gdzie również zmniejszono liczbę porodówek” – wskazywał pod koniec marca prof. Przemysław Oszukowski, były Prezes Polskiego Towarzystwa Ginekologicznego i wojewódzki konsultant w dziedzinie położnictwa i ginekologii dla woj. świętokrzyskiego. „Przyjmuje się, że w Norwegii maksymalny czas dojazdu do placówki powinien wynosić około 90 minut, a jego przekroczenie wymaga dodatkowych rozwiązań organizacyjnych” – mówił podczas Posiedzenia Komisji Ekspertów ds. Zdrowia przy Rzeczniku Praw Obywatelskich 25 marca 2026 roku.
Jak widać z poniższego zestawienia, jednak w wielu krajach obserwuje się trend zamykania oddziałów położniczych.
Mimo że w ostatnich dwóch latach zamykanie i zawieszanie oddziałów położniczych w Polsce wyraźnie przyspieszyło, to wszystko wskazuje na to, że największa fala dopiero przed nami.
Zdrowie
Izabela Leszczyna
Jolanta Sobierańska-Grenda.
Donald Tusk
Ministerstwo Zdrowia
ginekologia
ministerstwo zdrowia
NFZ
pielęgniarki
położne
poród
Porodówki
Przekaż 1.5%
zdrowie
Dziennikarka zespołu politycznego OKO.press. Wcześniej pracowała dla najstarszej światowej agencji informacyjnej Agence France-Presse (2019-2024), gdzie pisała artykuły z zakresu dezinformacji. Przed dołączeniem do AFP pisała dla „Gazety Wyborczej”. Publikowała m.in. w "Dużym Formacie" i "Wysokich Obcasach". Współpracuje z brytyjskim "Financial Times". Prowadzi warsztaty dla uczniów, studentów, nauczycieli i dziennikarzy z weryfikacji treści. Doświadczenie uzyskała dzięki licznym szkoleniom m.in. Bellingcat. Uczestniczka wizyty studyjnej „Journalistic Challenges and Practices” organizowanej przez Fulbright Poland. Ukończyła filozofię na Uniwersytecie Wrocławskim, gdzie pisała magisterkę z teorii konfliktu Carla Schmitta. Obroniła także licencjat na filologii angielskiej w warszawskim SWPS.
Dziennikarka zespołu politycznego OKO.press. Wcześniej pracowała dla najstarszej światowej agencji informacyjnej Agence France-Presse (2019-2024), gdzie pisała artykuły z zakresu dezinformacji. Przed dołączeniem do AFP pisała dla „Gazety Wyborczej”. Publikowała m.in. w "Dużym Formacie" i "Wysokich Obcasach". Współpracuje z brytyjskim "Financial Times". Prowadzi warsztaty dla uczniów, studentów, nauczycieli i dziennikarzy z weryfikacji treści. Doświadczenie uzyskała dzięki licznym szkoleniom m.in. Bellingcat. Uczestniczka wizyty studyjnej „Journalistic Challenges and Practices” organizowanej przez Fulbright Poland. Ukończyła filozofię na Uniwersytecie Wrocławskim, gdzie pisała magisterkę z teorii konfliktu Carla Schmitta. Obroniła także licencjat na filologii angielskiej w warszawskim SWPS.
Komentarze