Gdyby nie 1,5%, mogłoby nie być OKO.press

Twoja pomoc ma znaczenie

0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: 23.09.2025 Warszawa , Aleje Ujazdowskie 1/3 , Kancelaria Prezesa Rady Ministrow . Ministra zdrowia Jolanta Sobieranska - Grenda podczas posiedzenia Rady Ministrow . Fot. Dawid Zuchowicz / Agencja Wyborcza.pl23.09.2025 Warszawa ...

Ministerstwo Zdrowia zdecydowało: w lipcu minimalne zarobki w ochronie zdrowia wzrosną o 8,82 proc. Ustawa o wynagrodzeniach w tym sektorze będzie działać tak, jak dotychczas, choć losy pensji medyczek i medyków ważyły się do ostatniej chwili. Rządzący rozważali zamrożenie ich do początku 2027 roku. Wtedy też miało nastąpić – zgodnie z proponowaną reformą – spowolnienie dalszych wzrostów płac, czemu stanowczo sprzeciwiało się środowisko.

Do zmian nie doszło, a pielęgniarki, położne, lekarki i ratowniczki powinni w lipcu otrzymać wyższe niż dotychczas przelewy. Problem rozwiązany? Nic bardziej mylnego.

To, że – bez wątpienia potrzebna – waloryzacja zarobków medyczek i medyków nie została wstrzymana, wcale nie oznacza, że osoby pracujące w ochronie zdrowia będą zarabiać zgodnie z zapisami siatki płac. Ministerialny sukces niezamrażania zdaje się topnieć w oczach. I nie jest to jedyny problem.

Szpitale toną w długach

Szpitale nie mają pieniędzy. Przedstawicielki i przedstawiciele zawodów medycznych biją na alarm: wyceny procedur medycznych są niedoszacowane. W ostatnich miesiącach robi się coraz głośniej o konieczności zamykania kolejnych oddziałów; ich restrukturyzacji lub – uspokajająco brzmiącego – tymczasowego zawieszania.

Rządzący wspominają o konieczności ograniczenia liczby wykonywanych badań; testują na żywym organizmie nie zawsze dopracowane pomysły – takie jak ten dotyczący zamykania „nierentownych” porodówek przy jednoczesnym braku konkretnych rozwiązań mających na celu rzeczywistą poprawę opieki na oddziałach, które pozostaną na mapie.

Mimo tych wszystkich sygnałów Ministerstwo Zdrowia nadal zdaje się nie widzieć potrzeby dyskursu o konieczności ponownej wyceny świadczeń.

Tymczasem szpitale toną w długach. W niektórych miejscach kryzysy finansowe są tak głębokie, że w namacalny sposób dotykają pracownic i pracowników.

Przeczytaj także:

Lesko: personel otrzymał tylko 75 proc. wynagrodzenia

W podkarpackim Lesku na początku miesiąca personel otrzymał od pełniącego obowiązki dyrektora Mirosława Leśniewskiego pismo, zgodnie z którym wynagrodzenia za luty ograniczono do 75 proc. wysokości. Reszta? Zostanie wypłacona po pozyskaniu środków przez pracodawcę.

Akapit niżej zarządzający zwrócił się do personelu z prośbą o podejście do zaistniałej sytuacji z należytą cierpliwością i wyrozumiałością, bez zgłaszania dodatkowych roszczeń i eskalowania konfliktów.

Sprawę nagłośniła w mediach społecznościowych Siostra Bożenna, która zauważyła, że przedstawiciele elektrowni czy banków, w których leski personel ma kredyty, niekoniecznie znajdą w sobie analogiczne pokłady wyrozumiałości.

Wypłat nie uzupełniono

W odpowiedzi na zadane przez OKO.press pytania Mirosław Leśniewski stwierdził, że na kontach księgowych SP ZOZ w Lesku nie było wystarczającej do wypłaty pełnych wynagrodzeń kwoty.

Mimo upływu kilkunastu dni (stan na 25 marca 2026) wypłat nie uzupełniono.

Zarządzający leskim szpitalem podkreślił, że decyzja o częściowej wypłacie dotyczy wszystkich pracowników placówki, bez podziału na rodzaj zawartej umowy czy zajmowane stanowisko. Dodał: „Bez znaczenia pozostaje również fakt, czy jest to pracownik medyczny, czy niemedyczny”.

Sam Leśniewski twierdzi, że nie był uwzględniony na liście płac za luty 2026, co znaczy, że wynagrodzenia nie pobrał wcale.

Zgodnie z zapewnieniami p.o. dyrektora, wynagrodzenia personelu medycznego zatrudnionego w SP ZOZ w Lesku podlegają zapisom tzw. siatki płac.

Co jednak personelowi po uznaniu przepisów, skoro na ich konta spływają niepełne pensje?

Jak komentuje Małgorzata Pucyk, położna pracująca w szpitalu w Lesku, personel nadal nie otrzymał informacji dotyczących terminu, w jakim może spodziewać się wypłaty zaległej części wynagrodzenia: „Nie wiem, co na to związki zawodowe, ale wiem, że informacja została już przekazana do Państwowej Inspekcji Pracy. Z tego, co się orientuję, lekarze czekają do końca miesiąca – później planują przekazać sprawę do sądu. Dyrektor nadal rozkłada ręce, twierdząc, że pieniędzy nie ma i nie wie, kiedy będzie je miał”.

Położna wspomina, że dalsze losy wypłat osób pracujących w leskiej placówce są równie niepewne: „Dochodzą do nas nieoficjalne informacje, że w przyszłym miesiącu może się okazać, że na naszych kontach pojawi się nie 75 proc., a jedynie 50 proc. należnych wynagrodzeń. Biorąc pod uwagę okoliczności, w jakich się znaleźliśmy, wcale się nie zdziwimy, jeśli tak właśnie będzie”.

Położne przesunięte na SOR

Sytuacji nie ułatwia fakt zawieszenia funkcjonującego do niedawna w Lesku oddziału ginekologiczno-położniczego. Ze względu na decyzję o nieprzyjmowaniu porodów w ostatniej sali porodowej w Bieszczadach duża część personelu niemal z dnia na dzień musiała zmienić charakter pracy. Pucyk opowiada: "Niektóre położne pracują na SOR-ze. Kilka odeszło – część na emerytury, część – ze względu na posiadanie dodatkowego wykształcenia – na inne oddziały. Jedna z koleżanek została instrumentariuszką na bloku operacyjnym. Inna zrezygnowała z pracy w zawodzie.

To jednak wyłącznie rozwiązanie tymczasowe. Dyrekcja nie miała co z nami zrobić.

Rozważali otworzenie Zakładu Opiekuńczo-Leczniczego, ale doszli do wniosku, że wygeneruje on straty na poziomie 200 tysięcy złotych miesięcznie. Oddział ginekologiczno-położniczy, zanim został zawieszony, również generował straty. Mimo to w dyskusji na temat ochrony zdrowia nadal nie pojawiają się wyraźne głosy o tym, jak niezbędna jest ponowna, realna wycena poszczególnych świadczeń.

Przed zawieszeniem pracy, w 2024 roku, mieliśmy ponad 1000 zabiegów i operacji ginekologicznych rocznie. Zapewnialiśmy opiekę na bardzo dobrym poziomie. Gdyby pojawiła się możliwość otworzenia oddziału stricte ginekologicznego z jednym łóżkiem porodowym dostępnym w sytuacjach awaryjnych, bezpieczeństwo pacjentek z Bieszczad mogłoby zostać zapewnione.

Tymczasem przy obecnych kwotach refundacji prowadzenie oddziału ginekologiczno-położniczego po prostu nie może się opłacać – niezależnie od tego, czy mowa o Lesku, czy też o wiele większym Elblągu".

Rządzący, choć niejednokrotnie kładli temat Leska na tapet, nadal zdają się jednak nie widzieć rzeczywistej skali problemu. Udowodnił to Donald Tusk, który w emitowanym w TVN24 programie #BezKitu twierdził, że leska porodówka działa. Za jego słowa przepraszał później rzecznik rządu Adam Szłapka.

Lubliniec: pieniędzy brak, bo komornik zajął konta szpitala

Przykład Leska nie jest odosobniony. Dyrektor Szpitala Powiatowego w Lublińcu poszedł jednak o krok dalej. W wystosowanym do personelu placówki komunikacie z 10 marca 2026 r. poinformował, że w związku z podejmowanymi wobec szpitala egzekucjami komorniczymi, istnieje realne niebezpieczeństwo braku możliwości realizacji przelewów dot. wynagrodzeń w terminie określonym w regulaminie. Nie 75 proc. Nie połowa. Całość pensji medyczek i medyków miała nie trafić na ich konta w zgodnym z umowami czasie.

Ostatecznie personel otrzymał część wynagrodzeń – tyle, na ile pozwoliło odblokowanie kont z komorniczych zajęć.

W udzielanym lokalnym mediom wypowiedziach zarządzający placówką Gabriel Dors argumentował, że walczy o przetrwanie lublinieckiego szpitala, mimo 12 milionów złotych bieżących zobowiązań i 70 milionów złotych długów.

Do momentu publikacji artykułu władze Samodzielnego Publicznego Zespołu Opieki Zdrowotnej w Lublińcu nie odpowiedziały na zadane przez OKO.press pytania. Jeżeli odpowiedzą – wprowadzimy aktualizację.

Siatka płac kością niezgody

Konflikty związane z wysokością wynagrodzeń osób zatrudnionych w ochronie zdrowia trwają od lat. Ich apogeum nastąpiło wraz z wejściem w życie ustawy wprowadzającej tak zwaną siatkę płac, zgodnie z którą personel medyczny zaczął być przypisywany do konkretnych grup powiązanych z posiadanym wykształceniem.

W teorii miało to spowodować docenienie lepiej wykształconych osób. Przykładowo: lekarz bez specjalizacji może liczyć na niższe minimalne wynagrodzenie od lekarza, który specjalizację posiada. Obowiązująca ustawa miała usystematyzować także zarobki innych medyczek i medyków – w tym pielęgniarek i położnych.

W tych zawodach najniższą podstawę wynagrodzenia mają otrzymywać osoby z licencjatem lub medycznym wykształceniem średnim (a więc np. doświadczone pielęgniarki czy położnej po nieistniejących od ponad dwóch dekad liceach medycznych) bez specjalizacji. Zalicza się je do grupy 6.

Na nieco wyższe zarobki mogą liczyć przedstawiciele grupy 5; posiadający licencjat albo wykształcenie średnie medyczne ORAZ specjalizację lub osoby z kierunkowym wykształceniem magisterskim bez specjalizacji.

Najwyższy poziom minimalnego wynagrodzenia zgodnego z siatką płac wśród przedstawicieli zawodów innych niż lekarz specjalista lub dentysta ze specjalizacją przypada pielęgniarkom i położnym z tytułem magistra oraz specjalizacją – grupie 2.

1) lekarz albo lekarz dentysta ze specjalizacją, ze współczynnikiem pracy 1,45 – 12 910,16 zł

2) farmaceuta, fizjoterapeuta, diagnosta laboratoryjny, psycholog kliniczny, inny pracownik wykonujący zawód medyczny inny niż określony w lp. 1, 3 i 4 z wymaganym wyższym wykształceniem na poziomie magisterskim i specjalizacją, pielęgniarka z tytułem zawodowym magister pielęgniarstwa albo położna z tytułem magister położnictwa z wymaganą specjalizacją w dziedzinie pielęgniarstwa lub w dziedzinie mającej zastosowanie w ochronie zdrowia, ze współczynnikiem pracy 1,29 – 11 485,59 zł

3) lekarz albo lekarz dentysta bez specjalizacji, ze współczynnikiem pracy 1,19 – 10 595,23 zł

4) stażysta, ze współczynnikiem pracy 0,95 – 8 458,38 zł

5) farmaceuta, fizjoterapeuta, diagnosta laboratoryjny, pielęgniarka, położna, technik elektroradiolog, psycholog, inny pracownik wykonujący zawód medyczny inny niż określony w lp. 1–4 z wymaganym wyższym wykształceniem na poziomie magisterskim; pielęgniarka, położna z wymaganym wyższym wykształceniem (studia I stopnia) i specjalizacją albo pielęgniarka, położna ze średnim wykształceniem i specjalizacją, ze współczynnikiem pracy 1,02 – 9 081,6312 zł

6) fizjoterapeuta, pielęgniarka, położna, ratownik medyczny, technik elektroradiolog, inny pracownik wykonujący zawód medyczny inny niż określony w lp. 1-5 z wymaganym wyższym wykształceniem na poziomie studiów I stopnia; fizjoterapeuta, ratownik medyczny, technik analityki medycznej, technik elektroradiolog z wymaganym średnim wykształceniem, pielęgniarka albo położna z wymaganym średnim wykształceniem, która nie ma tytułu specjalisty w dziedzinie pielęgniarstwa lub dziedzinie mającej zastosowanie w ochronie zdrowia, ze współczynnikiem pracy 0,94 – 8 369,34 zł

7) inny pracownik wykonujący zawód medyczny inny niż określony w lp. 1-6 z wymaganym średnim wykształceniem oraz opiekun medyczny, ze współczynnikiem pracy 0,86 – 7036,28 zł

8) pracownik działalności podstawowej inny niż pracownik wykonujący zawód medyczny z wymaganym wykształceniem wyższym, ze współczynnikiem pracy 1 – 8 903,56 zł

9) pracownik działalności podstawowej inny niż pracownik wykonujący zawód medyczny z wymaganym wykształceniem średnim, ze współczynnikiem pracy 0,78 – 6 944,77

10) pracownik działalności podstawowej inny niż pracownik wykonujący zawód medyczny z wymaganym wykształceniem poniżej średniego, ze współczynnikiem pracy – 0,65 – 5 787,31 zł

Brzmi logicznie i całkiem sprawiedliwie? Przejdźmy zatem dalej.

Zasady siatki płac od samego początku wzbudzały kontrowersje. Część środowiska oburzała się, że 26-letnia pielęgniarka bezpośrednio po studiach magisterskich i specjalizacji zarobi znacznie więcej od pracującej na tym samym oddziale koleżanki, która posiada trzydziestoletnie doświadczenie, ale skończyła edukację na liceum.

Z drugiej strony: młode pokolenie medyków przekonywało, że doświadczenie nie zawsze idzie w parze z aktualizowaniem wiedzy. Starsi koledzy po fachu mieli ich zdaniem kierować się przestarzałymi zaleceniami i niechętnie aktualizować swoją wiedzę.

Magistrów nie potrzebujemy?

To jednak nie koniec problemów. Ustawodawca zostawił w przepisach furtkę, z której nazbyt często zaczęli korzystać dyrektorzy szpitali. Ustawa o minimalnym wynagrodzeniu nie zobowiązuje bowiem zarządzających szpitalami do wypłaty pensji zgodnie z wykształceniem posiadanym, lecz takim, jakie jest wymagane na danym stanowisku.

Idąc tym tropem, dyrekcje zaczęły dochodzić do wniosku, że tak właściwie to wcale nie potrzebują na oddziałach magister ze specjalizacjami.

Położne i pielęgniarki po licencjacie w zupełności im wystarczą – i za takie wykształcenie są skłonni zapłacić. Niezależnie od tego, czy personel w rzeczywistości spędził na edukacji o wiele więcej czasu.

Taki sposób interpretacji zapisów ustawy prowadzi do paradoksalnych sytuacji, w których ze względu na niedobór lekarzy poszczególnych specjalizacji szpitale oferują im nieadekwatnie wysokie stawki na kontraktach, wypłacając jednocześnie pielęgniarkom i położnym pensje nieuwzględniające wysiłku, który został przez nie włożony podczas studiów drugiego stopnia czy szkoleń specjalizacyjnych.

Pielęgniarki i położne padające ofiarą niesprawiedliwych interpretacji zaczęły pozywać swoich pracodawców. Procesy, choć żmudne, kończą się regularnie przyznaniem niedocenianemu personelowi racji. Dyrekcje są zobowiązywane do wypłaty zaległych części wynagrodzeń wraz z odsetkami.

Problem sam się nie rozwiąże

Polski system ochrony zdrowia jest w głębokim kryzysie. Zawiesza się kolejne oddziały; ogranicza możliwości leczenia osobom dotkniętym wykluczeniem komunikacyjnym; nie zważa na kreatywne interpretowanie przepisów dotyczących zarobków personelu.

Kwoty, jakie szpitale otrzymują za leczenie pacjentów, są tak niskie, że nawet gdyby personel – ku uciesze zwolenników koncepcji „służby” w miejscu ochrony zdrowia – zdecydował się pracować charytatywnie, prowadzenie opłacalnych szpitali nadal graniczyłoby z cudem.

Jak mówił w rozmowie ze Sławomirem Zagórskim dr n. med. Bernard Waśko, współautor głośnego raportu nt. luki finansowej w ochronie zdrowia: „Tutaj nie ma recepty takiej, że ktoś wjeżdża na białym koniu i mówi: »Zrobimy tak to, zaraz będzie świetnie«, a licytacja polityków wyłącznie w ramach konkurencji kto jest w stanie kogo przebić w wydatkach w mld zł lub w proc. PKB jest tylko dowodem zupełnego braku pomysłów i bezradności”.

Bez stanowczych działań, drastycznych reform wyceny świadczeń i zapewnienia medykom oraz medyczkom realnej stabilizacji zawodowej trudno świętować sukces tylko dlatego, że rządzący zgodzili się nie zamrażać waloryzacji wynagrodzeń.

Na zdjęciu Oliwia Gęsiarz
Oliwia Gęsiarz

Absolwentka położnictwa, logopedka, pedagożka. Na co dzień marketing managerka OKO.press. Poza pracą propaguje położnictwo, w którym każda osoba ma prawo zakończyć swoją ciążę wtedy, kiedy chce i tak, jak chce.

Komentarze