0:000:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. Kuba Atys / Agencja Wyborcza.plFot. Kuba Atys / Age...

Monika Sznajderman jest szefową wydawnictwa Czarne i liczącą się postacią na rynku wydawniczym. OKO.press zapytało ją o politykę MKDiN w sprawie promocji polskiej literatury w Polsce i na świecie – to pierwsze pozwala na zaistnienie w obiegu kulturalnym wartościowych książek zbyt „niszowych" na twarde prawa rynku; to drugie jest elementem kształtowania „miękkiej siły" naszego kraju poza granicami.

Zdaniem Sznajderman:

  • ministerialny program wykrzywia obraz polskiej literatury, gdyż
  • dotacje otrzymują przede wszystkim książki o charakterze patriotyczno-katolickim,

tymczasem

  • wydawców zagranicznych interesuje to, co w polskiej literaturze nowe i świeże, wywrotowe.

W konsekwencji

  • przyczynia się to do upadku jej rangi na świecie.

Adam Leszczyński, OKO.press: Publicznie skrytykowała pani na Facebooku program Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego „Literatura”, który służy dotowaniu przekładów i wydań wartościowej literatury pięknej. Co w nim jest złego?

Monika Sznajderman: W samym programie nie ma niczego złego, ale w jego realizacji już dużo. Obraz polskiej literatury stworzony na podstawie rozpatrzonych pozytywnie i odrzuconych wniosków jest smutny i wykrzywiony. Proszę tylko spojrzeć na listę wydawców – jak niewielu tam jest wydawców współczesnej literatury pięknej, z nielicznymi wyjątkami właściwie ich tam nie ma.

Uważają, że nie warto składać wniosków?

Może po tych kilku latach, widząc kolejne rozdania, których beneficjentami są przede wszystkich książki o charakterze patriotyczno-katolickim, uważają, że nie mają szans? Że to już nie ich program i nie ich Polska. Trzeba przecież jasno powiedzieć, że to właśnie wspomniane książki dostają najwięcej pieniędzy.

Nie wiemy, ile ciekawych i ważnych książek nie wyjdzie dlatego, że wydawnictwa przestały składać wnioski.

Bo uważają, że nie dostaną dotacji, że nie warto. A może nawet — że nie wypada.

Przeczytaj także:

„Czarne” uważa, że wypada?

Składamy wnioski co roku. To są publiczne pieniądze, nasze wspólne, trzeba o nie walczyć. Bez nich nie wydalibyśmy kilku ważnych, drogich książek. Muszę przyznać, że zazwyczaj dostajemy dotację. W tym rozdaniu na książkę hebrajskiego historyka prof. Omera Bartova „Tales from the Borderlands: Making and Unmaking the Galician Past" (Opowieści z pogranicza: tworzenie i dekonstrukcja galicyjskiej przeszłości).

Klasyka światowej literatury historycznej.

To współczesny autor, światowej sławy historyk.

Ale już klasyk! Dlaczego w takim razie uważa pani, że to zły program?

Powtarzam, to nie program jest zły, tylko jego realizacja. Takie programy muszą być w każdym kraju i z reguły są, bo literatura, tak jak inne dziedziny sztuki, wymaga mecenatu państwa. W preambule do programu jest napisane, że jego strategicznym celem jest „podnoszenie świadomości” i uzupełnienie rynku wydawniczego przez dofinansowanie „wartościowych niekomercyjnych publikacji literatury polskiej i światowej”, ale ze „szczególnym uwzględnieniem” książek wiążących się z zadaniem „utrwalenia tożsamości kulturowej i narodowej poprzez odniesienie się do ważnych dla polskiej kultury rocznic, jubileuszów i wydarzeń historycznych”. To „szczególne uwzględnienie” otwiera niestety pole do nadużyć.

Nadal można zapytać: „co w tym złego?”. Nie ma z definicji nic złego w „utrwalaniu tożsamości narodowej”.

W dzisiejszych warunkach politycznych zapis o utrwalaniu „tożsamości kulturowej i narodowej poprzez...„ wiąże się z określoną, wąską, ideologiczną wizją tej historii, narzucaną przez PIS.. Widać to po liście książek, które otrzymały największe dotacje i po liście ich wydawców – wydawnictw publikujących książki w nurcie, jak już mówiłam, narodowo-katolickim, często pisanych przez duchownych, ze szczególnym uwzględnieniem postaci Jana Pawła II, Matki Bożej w poezji polskiej, wyklętych, bohaterskich dzieci walczących o Polskę, Pileckiego, Andrzeja Boboli… Ta lista pokazuje, jaką wizję rynku literackiego i postawę światopoglądową ma Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Proszę spojrzeć, „Fronda” dostała cztery dotacje, „Biały Kruk” też cztery, Specjalizujące się tematach religijnych Wydawnictwo AA wraz z Dystrybutorem AA aż pięć!

Lista nagrodzonych to więc mieszanina bardzo przyzwoitej literatury — w większości klasyków i klasyczek — z katolicko-narodową papką?

Tak, podjęto też sporo ze wszech miar słusznych decyzji, takich jak dotacje na nowe przekłady ważnych dzieł klasyki, które będą dokonane przez najlepszych tłumaczy. Tak powinno być, i to też znajduje się w preambule. A z drugiej strony Kwartalnik „Wyklęci” dostał dotację na cztery tomy „Dzieł zebranych” antysemity Feliksa Konecznego.

O antysemityzmie Konecznego, ulubionego historiozofa polskiej prawicy, pisaliśmy w OKO.press, obficie go cytując.

Wstęp napisał minister Przemysław Czarnek. Dla mnie to jest skandal.

Czego nie ma?

Debiutów (dotację otrzymał bodaj jeden debiut wydany przez pisowski „Instytut Literatury”, skądinąd bardzo hojnie dotowany przez Glińskiego) i w ogóle współczesnej ambitnej polskiej literatury. W swojej nie-patriotycznej odsłonie program odwołuje się do bezpiecznej klasyki – literatury, historii, filozofii. Nie ma książek opowiadających o współczesnym świecie, śmiałych pod względem zarówno tematycznym, jak i formalnym, książek wywrotowych pod każdym względem.

Nie czuję pulsu w tym, co proponuje nam MKiDN. To po prostu martwe pole.

Wyobraźmy sobie, że na jesieni zmienia się władza. Jak naprawić ten program?

Przede wszystkim przywrócić rolę walorów literackich jako podstawowego kryterium oceny książek. Do konkursu dopuszczać tylko dzieła literackie: prozę, poezje, eseistykę, biografie, sztuki teatralne, książki historyczne, ale nie napisane akademicko, i oczywiście książki dla dzieci, i tylko wydawców literatury, a nie książek wydawnictw katolickich o tym, jak być dobrym katolikiem i żyć w przykładnym małżeństwie albo o patriotyzmie żołnierzy wyklętych i bohaterstwie przelewających krew dzieci...

Trzeba położyć nacisk na to, co w literaturze i polskiej i światowej w tej chwili jest nowe i ciekawe, pulsujące tym, czym pulsuje świat.

I na to, co po prostu w niej najlepsze, najciekawsze, inne i unikatowe – bardzo wiele dobrych i ważnych rzeczy dzieje się w polskiej poezji, która ukazuje się w Polsce w minimalnych nakładach, często z finansowym udziałem autorek i autorów. Tak nie powinno być!

Trzeba zmienić proces oceniania czy ludzi, którzy oceniają?

Sądzę, że i to, i to. Programem administruje Instytut Książki. Niestety, dawna, przedpisowska ekipa odeszła…

…wyrzucona przez PiS…

...a byli to świetni, wykształceni, znający polski i zagraniczny rynek literacki ludzie. To nie oni wprawdzie decydowali, ale na przykład proponowali ministrowi kultury ludzi, którzy powinni wejść do tak zwanego zespołu sterującego, dokonującego wyboru książek. Program nazywał się zresztą wtedy szerzej: „Humanistyka”. Z tego, co pamiętam, działał bardzo dobrze.

PiS powie: „dawaliście tylko swoim, teraz my dajemy swoim”. Zawsze tak odpowiada na krytykę

Cokolwiek mówią, wtedy wybory były dokonywane znacznie bardziej merytorycznie. A że może nie było zbyt wielu książek autorek i autorów z „tamtej strony”? A cóż takiego wybitnego tam powstało w ostatnich czasach?

Podobny mechanizm widać w programach bezpośrednio sterowanych przez Instytut Książki. Na przykład w dotowaniu przekładów literatury polskiej na inne języki. Kiedyś były to naprawdę ważne książki, które się ukazywały w danym roku — ważne z literackiego punktu widzenia. W tej chwili zagranicznym wydawcom proponuje się książki w większości anachroniczne, nieprzekładalne i w ogóle ich nieinteresujące.

Na przykład powieści Bronisława Wildsteina.

I pisma Karola Wojtyły. I jakieś dziewiętnastowieczne powieści. Poza tym, jak przeglądam zestawienia dotacji w poszczególnych latach, to widać, jak ich ostatnio strasznie mało. Ranga polskiej literatury za granicą nigdy nie była wysoka; to, co osiągnęliśmy Frankfurtem 2000 [we Frankfurcie nad Menem odbywają się wielkie Targi Książki, w 2000 roku Polska była gościem honorowym targów — przyp. AL], to było wspaniałe, ale to był szczyt, z którego schodzimy, ostatnio coraz szybciej. W tej chwili dotowanych przekładów jest bardzo niewiele, naprawdę można je policzyć na palcach jednej ręki. Jeszcze mniej znajdzie pan wśród nich książek, które w Polsce odegrały jakąś ważną rolę.

To samo upolitycznienie w duchu katolicko-narodowym dotyczy całej sfery kultury, od filmu po sztuki plastyczne. Czy pani uważa, że to spójna, świadoma polityka prowadzona przez władze resortu kultury?

Tak, oczywiście.

To próba zbudowania nowej Polski, nowej wizji jej historii i jej kultury.

Nie polega, jak sądzą niektórzy, tylko na destrukcji tego, co przed nimi , bo jednak oni pracują w pocie czoła i na wszystkich frontach nad zmianą paradygmatu w myśleniu o naszej historii, o naszej kulturze i o świecie. To skręt w stronę wartości konserwatywnych w każdej dziedzinie życia, w kierunku myślenia o państwie jako o monoetnicznym, monoreligijnym narodowym tworze, którego wizją historii da się sterować, odrzucając najnowsze osiągnięcia nauki, najnowsze wyniki naukowych badań. Ten ich projekt uderza anachronicznością i nudą, jest smutny i pokutny, jak dzisiejsza Polska.

Udostępnij:

Adam Leszczyński

Dziennikarz OKO.press, historyk i socjolog, profesor Uniwersytetu SWPS w Warszawie.

Przeczytaj także:

Komentarze