Minister rozwoju w jednym wywiadzie bronił obniżenia wieku emerytalnego i ostrzegał, że w Polsce będzie coraz mniej rąk do pracy. Nie był w stanie połączyć tych dwóch faktów. Jego rozpaczliwy pomysł straszenia emerytów, że nie dorobi, może skutkować tym, że emerytów nie ubędzie ale pracować będą mniej lub na czarno


Trudniejsze konsekwencje dla budżetu widzę dla rynku pracy. W ciągu kilku lat ze względu na trendy demograficzne ubędzie nam z rynku pracy kilkaset tysięcy ludzi.

Mateusz Morawiecki, Fakty po faktach - 29/11/2016

fot. Kornelia Glowacka-Wolf / Agencja Gazeta


Prawda. Ale Morawiecki nie wyciąga wniosków z tego, co sam mówi.


Wicepremier powiedział, że popiera pomysł obniżenia wieku emerytalnego i że chodzi w nim o wolność. Każdy będzie mógł zdecydować, czy pozostanie na rynku pracy. Na uwagę prowadzącego Grzegorza Kajdanowicza, że niższy wiek emerytalny może być ciosem dla budżetu odpowiedział, że tak może być, ale że jeszcze większy problem widzi w „znikających z tego powodu pracownikach”.

Dlatego zapewnił, że „tym, którzy będą chcieli zostać na rynku pracy, zaoferujemy szereg bodźców”.

Jakich bodźców?

Na pewno nie pozytywnych. Morawiecki żadnych zachęt nie wymienia, bo przecież zwiększenie świadczenia osobom, które przejdą na emeryturę później to normalna zasada, która istniała już wcześniej i trudno spodziewać się, że teraz zadziała inaczej. Szczególnie, że

wielu osobom może finansowo bardziej opłacać się przejście na emeryturę, a następnie ponowne zatrudnienie się w dotychczasowym miejscu pracy.

Zazwyczaj nakłaniają lub zmuszają do tego pracodawcy. Pracownik na emeryturze oznacza mniejsze koszty pracy.

W pokrętnej logice Morawieckiego pojawiają się jednak bodźce – nazwijmy je – negatywne, czyli zniechęcanie do podjęcia pracy przez osobę, która skorzysta z emerytury. Zarobi mniej – bo będą limity, a dodatkowo nie będzie już możliwości tzw. przeliczania emerytury, czyli podnoszenia jej o ile dorabiający emeryt odprowadza składki.

Morawiecki daje nam wolność decyzji, ale jednocześnie straszy, że jak ją wykorzystamy to dostaniemy po kieszeni. Liczy na to, że postraszeni będziemy pracować dłużej, ale jest to bardzo ryzykowne założenie.

Jeśli oczekiwania Morawieckiego się nie spełnią, to te strachy w efekcie pogłębią problem, bo rąk do pracy jeszcze ubędzie. Emeryt nie mogąc dorobić i przeliczyć emerytury nie zatrudni się wcale, bo nie będzie mu się to opłacać, będzie pracował mniej godzin lub zwyczajnie dorobi na czarno.

Morawiecki próbuje uciec od problemu, który PiS stworzył. Mówi i planuje zrobić rzeczy sprzeczne. Z jednej strony niższy wiek emerytalny to kwestia „wolności” i powinien być wprowadzony. Z drugiej będzie dokładać starań, by w praktyce nie funkcjonował, ale pomysły, które ma mogą jeszcze zmniejszyć liczbę osób pracujących.



Jeśli nie uda mu się zatrzymać Polek i Polaków w pracy, to problemy czekają nie tylko polski system emerytalny, ale także budżet państwa, a być może i całą gospodarkę.

Zrównanie i podniesienie wieku emerytalnego przez rząd PO-PSL w 2012 r. było ruchem wyprzedzającym katastrofę demograficzną. Przyrost naturalny w Polsce od wielu lat jest bliski zeru, a średnia długość życia wzrasta. Oznacza to, że z każdym rokiem w kraju żyje coraz więcej emerytów i coraz mniej osób w wieku produkcyjnym. Ten proces potęguje zwiększona w ostatniej dekadzie emigracja młodych.

Wyliczenia ZUS-u są zatrważające. W 2013 r. na jednego emeryta przypadało prawie trzy i pół pracującego. W 2040 r. będzie to już tylko jeden na dwóch, a w 2060 r. stosunek będzie wynosić 1 do 1,25 i dalej będzie maleć. Wówczas ZUS będzie w stanie objąć świadczeniami emerytalnymi od jednej czwartej do połowy emerytów.



W konsekwencji znacząco wzrosną składki emerytalne, a i tak świadczenia spadną. Koszty reformy poniosą więc wszystkie pokolenia obywateli. Nie ma na to rady. Już teraz rząd musi dokładać do emerytur miliardy, by dopiąć system. W 2015 r. dotacja wyniosła 42 mld. Gdyby tych pieniędzy nie dokładał, musiałby natychmiastowo zredukować świadczenia wszystkim emerytom o minimum 15 proc. ZUS wyliczył, że w najmniej optymistycznym scenariuszu koszt systemu emerytalnego do 2030 r. będzie pochłaniać 108 mld zł rocznie (to niemal jedna trzecia obecnego budżetu Polski). W 2060 może wynieść aż 160 mld zł.

Oznacza to cięcia w innych sektorach (np. wprowadzonych przez PiS świadczeń socjalnych) oraz coroczne zwiększanie państwowego zadłużenia i coraz trudniejszą sytuację budżetową Polski.

Ogromne zadłużenie może byłoby do udźwignięcia, gdyby gospodarka stale rozwijała się w wysokim tempie. Na to są jednak małe szanse.

Obecne trendy demograficzne oznaczają nie tylko zmniejszenie proporcji pracujących do emerytów, ale także spadek bezwzględnej liczby rąk do pracy – co zauważył zresztą sam Morawiecki.

Z kurczącą się siłą roboczą gospodarka nie będzie w stanie wygenerować dość wysokiego wzrostu, by ograniczać zadłużenie.

Nie chodzi tu już tylko o wykonanie założenia Planu Morawieckiego (4 proc. wzrostu przez pięć lat). Sytuacja będzie dusić polski wzrost przez wiele dekad.

Chyba że nasz kraj przejdzie w międzyczasie jakąś niespodziewaną i niewidzianą wcześniej na świecie rewolucję technologiczną, która tak małej liczbie pracujących pozwoli wygenerować wystarczające zyski, by utrzymać cały kraj. Być może na to liczy Morawiecki.

Socjolog, absolwent Uniwersytetu Cambridge, analityk Fundacji Kaleckiego. Publikował m.in. w „Res Publice Nowej”, „Polska The Times”, „Dzienniku Gazecie Prawnej” i „Dzienniku Opinii”.


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym