Choć był ministrem gospodarki, nie wie, kto dominuje w polskim handlu. Premier Morawiecki straszy „niepolskimi” sklepami i centrami handlowymi – jakby chciał odwrócić uwagę od faktu, że zakaz handlu w niedziele ma także negatywne skutki. Naprawdę by pomógł, gdyby zadbał o prawa przedsiębiorców uzależnionych od wielkich sieci oraz prawa pracowników handlu

W obszernej rozmowie z premierem Mateuszem Morawieckim w „Faktach po Faktach” 7 marca 2019 Anita Werner poruszyła temat zakazu handlu w niedziele. Szef rządu przyznał, że analizy pokazują, iż ograniczenie „niekoniecznie” pomogło polskim małym sklepom, które miały „rosnąć w siłę”.

Premier stwierdził że, „w Polsce ewolucja gospodarcza w czasach III RP doprowadziła do tego, że niepolskie sklepy wielkopowierzchniowe i niepolskie galerie [handlowe] dominują”. Ma to być powodem słabości naszej klasy średniej.


„W Polsce ewolucja gospodarcza w czasach III RP doprowadziła do tego, że niepolskie sklepy wielkopowierzchniowe i niepolskie galerie [handlowe] dominują”.

Mateusz Morawiecki, „Fakty po Faktach”, TVN24 - 07/03/2019

Materiały promocyjne


W Polsce dominuje franczyza, a małe sklepy wciąż mają 57 proc. udziału w rynku – choć tracą.


Morawiecki ma niewielkie pojęcie o tym, co polscy sklepikarze rzeczywiście robią. I to mimo że wcześniej był ministrem gospodarki.

Na polskim rynku dominuje bowiem franczyza – system, w którym właściciel sklepu operuje pod szyldem dużej sieci, w zamian odprowadzając procent swoich zysków oraz, zazwyczaj, początkową opłatę za licencję.

Jednocześnie eksperci od dawna podkreślali, że zakaz handlu nie uratuje małych sklepów.

Mali wybierają franczyzę

Jak podaje w raporcie z 6 marca Związek Przedsiębiorców i Pracodawców, małe sklepy stanowią w Polsce 96 proc. wszystkich placówek handlowych. Jednak ich udział w rynku wynosi jedynie 57 proc., a liczba spada rok do roku. „O ile w 2009 roku w Polsce funkcjonowało prawie 372 tysiące sklepów, o tyle w 2017 było ich o sto tysięcy mniej” – podaje raport.

„Nie jest prawdą, że w Polsce dominują sklepy wielkopowierzchniowe i galerie handlowe”

– w odpowiedzi na pytania OKO.press pisze Magdalena Kurda, pełnomocniczka zarządu Polskiej Organizacji Franczyzodawców. „W dużych miastach jak Warszawa być może tak, ale sieci rozwijają placówki franczyzowe w mniejszych miastach już od 5 tys. mieszkańców w górę, gdzie działają sklepy zlokalizowane przy ulicach”. Potwierdza też, że

polski rynek zdominowany jest właśnie przez franczyzę.

Premierowi Morawieckiemu (tak jak wielu z nas) może wydawać się, że gdy widzi sklepy z obco brzmiącymi nazwami, takimi jak Carrefour, Intermarché, E.Leclerc czy Bricomarché, styka się właśnie z „niepolskim” kapitałem.

Tymczasem, jak mówi Kurda, „większość placówek w wymienionych sieciach stanowią placówki franczyzowe”, tj. należące do polskich przedsiębiorców pod cudzym szyldem. I choć wiele z nich korzysta z międzynarodowych marek, to 8 na 10 franczyz w Polsce stanowią marki rodzime – podaje Polska Organizacja Franczyzodawców.

  • Przeczytaj co to znaczy, że sklep jest franczyzą

    „Franczyzobiorca niezależnym podmiotem gospodarczym, który inwestuje w biznes, który później prowadzi, a znana marka i pomoc franczyzodawcy zabezpiecza jego firmę” – tłumaczy Kurda. „Cały dochód z prowadzonej działalności franczyzowej jest własnością franczyzobiorcy, który odprowadza co miesiąc jedynie opłatę franczyzową na rzecz centrali, która wynosi od 3 do 5 proc. tego, co zarobi” – objaśnia.
    Sklep mógłby mieć zatem tego samego (polskiego) właściciela i nazywać się nie po francusku, tylko np. „Jola”, „Miś” czy „U chłopaków”, zarabiając kilka procent więcej i nie denerwując premiera Morawieckiego. Dlaczego więc polscy przedsiębiorcy decydują się dołączać do sieci? „Kupując  licencję franczyzową decydujemy się na prowadzenie biznesu na własne ryzyko, ale pod szyldem franczyzodawcy” – pisze Magdalena Kurda.

„Znana marka ma w założeniu gwarantować większą liczbę klientów i zmniejszać istotnie ryzyko bankructwa” – informuje przedstawicielka franczyzodawców. Marka wspiera też przedsiębiorcę kampaniami reklamowymi czy szkoleniami. Ten musi jednak w zamian stosować się do jednakowych procedur, brać udział w ogólnopolskich promocjach i zamawiać towar od centrali firmy.

Model franczyzy, który w Polsce zdobył popularność w latach 90., a do dziś opisywany jest w mocno optymistyczny sposób, ostatnio spotyka się z nieśmiałą krytyką.

„Prześledziłem losy kilkuset franczyzowych marek, poznałem ludzi, którzy się za nimi kryją. Bardzo często ich kłopoty tylko w niewielkim stopniu są zawinione brakiem przedsiębiorczości czy nieudolnością” – mówił w wywiadzie dla „Polityki” Daniel Dziewit, autor książki „Franczyza. Fakty i mity”

Jako główne problemy modelu Dziewit podaje dowolność w konstruowaniu umów przez franczyzodawców (wobec których nie istnieją regulacje, a pozycja wielkiej sieci wobec indywidualnego przedsiębiorcy zawsze będzie silniejsza) oraz brak przejrzystości (zasłaniając się tajemnicą handlową i ochroną know-how, sieci ukrywają treść umów czy doświadczenia franczyzobiorców, którzy ponieśli porażkę).

„Na świecie są miejsca, gdzie prawa i obowiązki stron umowy franczyzowej zostały jasno określone przez regulatora” – mówi.

To realne problemy, ale należy zdefiniować je wprost, a nie napędzać obawy przez „niepolskimi” graczami na rynku.

W centrach handlowych tracą „polscy” i „niepolscy”

Mówiąc o „niepolskich galeriach”, premier Morawiecki też dokonuje nadużycia. Nawet jeśli centrum handlowe należy do zagranicznego właściciela, to obok sklepów należących wprost do międzynarodowych sieci, jak najbardziej znajdziemy tam polskie sklepy oraz polskich franczyzobiorców operujących pod rodzimą lub zagraniczną marką.
„Wśród naszych najemców są zarówno duże sieci, jak i indywidualni przedsiębiorcy, także w ramach franczyzy” – pisze w odpowiedzi na pytania OKO.press rzeczniczka Manufaktury, największego centrum handlowego w Łodzi (w jego powstanie zainwestowała Grupy Rotschilda za sprawą mieszkającego w Szwajcarii łodzianina i reprezentanta Polski w siatkówce Cypriana Kosińskiego). „Wspieramy też lokalnych przedsiębiorców, których również u nas nie brakuje”.

Podobnych informacji udziela przedstawicielka Starego Browaru w Poznaniu (dziś należy do funduszu Deutsche Asset & Wealth Management, który odkupił go od Grażyny Kulczyk).

Nie można zatem mówić, że zamknięcie w niedziele centrów handlowych to ochrona polskich przedsiębiorców. Najwyżej zabranie wszystkim po równo. Jak podaje Związek Przedsiębiorców i Pracodawców, najbardziej ucierpiały placówki rozrywkowe, którym obroty spadły nawet o 11 proc., także restauracje i kawiarnie (zazwyczaj franczyzy) – spadek o 3,7 proc.

Dyskonty mają swoje sposoby

Obowiązujący od 1 marca 2018 zakaz handlu w niedziele był jedną z głośniejszych reform PiS. Zmiana, oparta na obywatelskim projekcie ustawy zgłoszonym związek zawodowy NSZZ „Solidarność” (za kadencji PO-PSL podobny projekt odrzucono), miała dać wytchnienie pracownikom handlu i pozwolić im spędzić dzień z bliskimi. I sporej części pracowników zakaz handlu bez wątpienia przyniósł zmianę na lepsze i podniósł jakość życia.

Ale ustawa ma też negatywne konsekwencje, które trudno zignorować.

Jak pisze w raporcie Związek Pracodawców Polskich, „ZPP konsekwentnie podnosił, że zakaz handlu nie wpłynie na poprawę kondycji małych sklepów, ponieważ większe sieci z łatwością sobie z nim poradzą, poprzez uruchomienie szeregu specjalnych sobotnich promocji, co w konsekwencji doprowadzi do zmiany nawyków konsumenckich”.
W istocie, obroty drobnych handlarzy według danych Biura Analiz Sejmowych przytaczanych przez „Dziennik Gazetę Prawną” spadły o 20-30 proc. (bo to, co dodatkowo zarabiają w niedzielę, nie rekompensuje tego, co tracą przez agresywne promocje dużych sklepów w pozostałe dni tygodnia).

Tymczasem największa sieć dyskontów dyskontów w Polsce, czyli Biedronka (tylko 2 proc. z nich to sklepy franczyzowe), zanotowała w 2018 roku wzrost sprzedaży o 5,8 proc i otworzyła 122 nowe sklepy.

Według analizy ZPP, dyskonty przekonały Polaków, żeby robili zakupy w sobotę i w niedzielę. Potwierdzają to badania wśród konsumentów, którzy obserwują w sklepach wzmożony ruch w te dni.

W skrócie: zmiana reguł była dla handlu detalicznego w Polsce wstrząsem, z którym znacznie lepiej poradziły sobie wielkie sieci niż – i tak już borykający się z problemami – drobni handlarze.

12 lutego 2019 Związek Przedsiębiorców i Pracodawców dostarczył do Kancelarii Premiera petycję podpisaną przez ponad 500 właścicieli małych sklepików. Apelują do premiera o wycofanie się z zakazu handlu w niedzielę. Zwracają uwagę, że ustawa miała chronić interesy polskich firm, a sprzyja międzynarodowym koncernom. Ta petycja to krzyk rozpaczy – skomentował Jerzy Romański, prezes Ogólnopolskiej Federacji Stowarzyszeń Kupców i Producentów.

Można inaczej i prościej

ZPP stwierdza w raporcie, że społeczne skutki zakazu handlu – czyli to, by Polacy mogli odpocząć i spędzić czas w rodzinie, dałoby się osiągnąć nie zaburzając gospodarki. Zdaniem ZPP wystarczyłoby wprowadzić obowiązek dwóch wolnych niedziel w miesiącu dla każdego pracownika.

Z kolei OPZZ, największa obok „Solidarności” centrala związkowa, sprzeciwia się zakazowi, proponując w zamian, aby praca w niedzielę była dodatkowo wynagradzana, nie tylko w handlu, ale we wszystkich branżach – miałaby to być 2,5-krotność normalnej stawki.

Rosnąca pozycja franczyz może być niebezpieczna. Oprócz problemów opisanych przez Dziewita jej dominacja prowadzi do ograniczenia liczby dostawców, sklepy w mniejszym stopniu odpowiadają na potrzeby lokalnej społeczności i a w całym kraju są dostępne w podobne produkty – co może odbić się na drobnych producentach czy rolnikach. Podobnie z centrami handlowymi: prowadzą one do wyludniania i degradacji ulic, sprzyjają wzmożonemu ruchowi samochodowemu, sprawiają iluzję przestrzeni publicznej. Jednak

te problemy wymagają ukierunkowanych kontrdziałań, a nie magicznej ustawy mającej naprawić wszytko i wprowadzić ogólną szczęśliwość.

Nawet demonizowane dyskonty, których liczba cały czas rośnie, można cywilizować. Jeszcze niedawno kojarzone z niską jakością i łamaniem praw pracowniczych, dziś w obawie przed złym PR-em i pod presją niedoboru pracowników wprowadzają pakiety socjalne czy pensje powyżej minimalnej dzięki systemowi premii (nie oznacza to, że sytuacja jest różowa – firma oskarżana jest m.in. o ograniczanie prawa do strajku pracowników walczących o bezpieczniejsze warunki pracy).

Sklepy mogą się zmieniać się pod naciskiem konsumentów, ale też regulacji i kontroli ze strony instytucji państwa.

Tymczasem niedofinansowana Państwowa Inspekcja Pracy alarmuje, że nie jest w stanie wykonywać należycie powierzonych jej działań. Być może tym, a nie sianiem nieuzasadnionego strachu, powinien się zainteresować premier Morawiecki.

Maciek Piasecki (1988) – studiował historię sztuki i dziennikarstwo na Uniwersytecie Warszawskim. Pisze o relacjach między kulturą a sprawami społecznymi, radykalizmie politycznym czy dyskryminacji w dostępie do usług publicznych. Debiutował w „Machinie”, publikował m.in. w „Wysokich Obcasach”, „Dwutygodniku” i „VICE”. Prowadzi wolontariat „Kotexpol”, który pomaga w opiece nad kotami, promując adopcję ze schronisk.


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym