Fundacja Ośrodka Edukacji Ekologicznej odmówiła PZŁ udziału w warszawskiej edycji Dnia Ziemi. Od miesięcy trwały naciski Ministerstwa Środowiska na organizację, by dopuścić myśliwych do udziału w imprezie. PZŁ próbuje przedstawiać się jako obrońca przyrody, ale w świetle szkód, jakie dla środowiska wyrządzają polowania, te zapewnienia nie przekonują

„Podjęliśmy decyzję, że Polski Związek Łowiecki (PZŁ) nie weźmie udziału jako wystawca w Dniu Ziemi” – mówi OKO.press Grażyna Hodun z Fundacji Ośrodka Edukacji Ekologicznej (FOEE). „To była nasza decyzja, nie powodowana żadnymi naciskami” – dodaje.

Diana Piotrowska twierdzi, że jak dotąd organizacja myśliwych nie dostała z FOEE informacji, że PZŁ nie będzie brał udziału w Dniu Ziemi. „Dziwi nas ta cała sytuacja, bowiem wcześniej dostaliśmy czytelny sygnał, że możemy wziąć udział w imprezie” – mówi w rozmowie z OKO.press rzeczniczka prasowa PZŁ.

Wiele wskazuje jednak na to, że FOEE po prostu nie uległa presji ze strony Ministerstwa Środowiska (MŚ) i odmówiła myśliwym udziału w Dniu Ziemi.

Resort miał naciskać na to, by 4 czerwca na Polach Mokotowskich w Warszawie mógł się zaprezentować również PZŁ. Obok organizacji ekologicznych, które do myśliwych mają stosunek głęboko krytyczny.

Tłumaczenia PZŁ, że jest organizacją wpisującą się swoją działalnością w ideę zrównoważonego rozwoju – co miałoby uzasadniać jego obecność na Dniu Ziemi – nie brzmią wiarygodnie.



PZŁ chwali się sukcesem

Cała historia w mediach – najpierw społecznościowych – zaistniała 12 maja. Tego dnia Diana Piotrowska zamieściła post, w którym poinformowała, że po raz pierwszy w historii PZŁ weźmie udział w Dniu Ziemi. „Po 2 miesiącach negocjacji i rozmów, w dniu dzisiejszym udało się przekonać NGOs, że my również realizujemy politykę zrównoważonego rozwoju” – napisała rzeczniczka.

„Tym większy to sukces, że organizatorem jest ruch ekologiczny, któremu delikatnie mówiąc z łowiectwem nie jest po drodze dlatego tym bardziej doceniamy ostateczną decyzję” – podkreśliła. I dodała, że bardzo dziękuje BOŚ i MŚ, „które wierzyły w nas i wspierały w negocjacjach”.



NGO: „nikt nas nie pytał o zdanie”

12 maja FOEE na swoim profilu na portalu społecznościowym Facebook poinformowała, że od dłuższego czasu trwają naciski ze strony Polskiego Związku Łowieckiego (PZŁ), by mógł wziąć udział w warszawskim Dniu Ziemi. Fundacja jest organizatorem tej ekologicznej imprezy, która odbędzie się 4 czerwca 2017 r. na Polach Mokotowskich.

„W tym roku PZŁ zyskał sojuszników w postaci Ministerstwa Środowiska i innych instytucji tego resortu, wywierając na nas ogromną presję” – można było przeczytać na fanpejdżu organizacji.

Pod wpisem zawrzało. Stowarzyszenie Stołeczne Towarzystwo Ochrony Ptaków napisało, że jest „niemile zaskoczeni pomysłem, aby w Dniu Ziemi wziął udział PZŁ”. I wskazało na to, że myśliwi zostawiają w środowisku od 300 do 600 ton trującego ołowiu rocznie.

Kilkanaście godzin później zareagował inny NGOs. Na profilu w serwisie Facebook Fundacja AST opublikowała stanowisko. Podkreśliła, że nie brała udziału w żadnych negocjacjach w kwestii uczestnictwa w imprezie myśliwych, co mogła sugerować wypowiedź Piotrowskiej z 4 maja. „W dniu 12.05.2017 poinformowaliśmy Organizatorów Dnia Ziemi 2017 o naszym sprzeciwie wobec obecności Polskiego Związku Łowiectwa na tym wydarzeniu” – zakończyli.

„Zrobimy im to, co oni robią zwierzętom”

W końcu, 30 maja, na Facebooku FOEE opublikowała swoje ostateczne stanowisko. Napisała, że „idee PZŁ nie są zbieżne z ideą Dnia Ziemi, z tego powodu nie chcemy ich prezentacji podczas naszego festynu”. O ile jednak – jak deklaruje organizacja – pomimo tych wszystkich istotnych różnic dopuszczano możliwość udziału PZŁ, to jednak powody odmowy nie były natury ideologicznej.

„Ostatecznie zrezygnowaliśmy, ponieważ otrzymywaliśmy niepokojące w treści e-maile i telefony” – mówi Hodun. „Raz usłyszeliśmy, że jeśli PZŁ się pojawi na imprezie, to zrobią z nim to, co myśliwi robią ze zwierzętami”.

W tej sytuacji fundacja uznała, że może nie być w stanie zapewnić uczestnikom, głównie rodzinom z dziećmi – i temu jednemu wystawcy – bezpieczeństwa. „Wynajem dodatkowej ochrony byłby dla nas zbyt kosztowny” – tłumaczy Hodun.

W rozmowie z OKO.press Hodun podkreśliła, że w sprawie udziału PZŁ w Dniu Ziemi Ministerstwo Środowiska naciskało na organizację już od 2 lat.

„Nie ugięliśmy się w trosce o bezpieczeństwo uczestników i wystawców. Dlatego prawdopodobnie tegoroczna edycja imprezy będzie ostatnią” – dodała.



PZŁ: „nie wiemy, o co chodzi”

Piotrowska mówi, że nie rozumie postępowania fundacji. „Załatwiliśmy formalności z dokumentami, przydzielono nam stanowisko. Do regulaminu imprezy wprowadzono dla nas dodatkowe zapisy, np. zabraniające nam prezentowania eksponatów zwierząt” – mówi.

Podkreśla też, że treść ekspozycji PZŁ podczas Dnia Ziemi została uzgodniona z organizatorem. Myśliwym najbardziej zależało na wyjaśnieniu społeczeństwu, jak zachować się w kontakcie z dzikimi zwierzętami, których w miastach jest coraz więcej.

„Ponadto chcieliśmy prowadzić edukację w zakresie biologii i ekologii gatunków zwierząt. Na przykład nadal dużo osób uważa, że sarna jest ‚żoną’ jelenia” – tłumaczy intencje PZŁ.

„Nie odczułam nacisków”

Na temat nacisków, jakie miał wywierać na FOEE, ma sprecyzowane zdanie. „Nigdy nie odczułam tego, by w jakikolwiek sposób Ministerstwo Środowiska wywierało wpływ na Fundację, aby PZŁ mógł wziąć udział w Dniu Ziemi” – wyjaśnia.

Ta ocena nie jest zbyt przekonująca. No bo jaki sens byłby w alarmujących wpisach FOEE, gdyby rzeczywiście resort nie wywierał w tej sprawie jakiejś presji na fundację?

Minister środowiska Jan Szyszko to zapalony myśliwy – i członek PZŁ – dla którego łowiectwo to jedna z form ochrony przyrody. Jego zapał do popularyzacji myślistwa jest również znany. Byłoby dziwne, gdyby odpuścił szansę na promocję, którą daje duża impreza masowa, jaką jest stołeczny Dzień Ziemi.



PZŁ: „Myśliwi to nie tylko łowcy”

Organizacja myśliwych nie zgadza się ze stanowiskiem, że „idee PZŁ nie są zbieżne z ideą Dnia Ziemi”. „Łowiectwo jest elementem zrównoważonego rozwoju” – mówi Piotrowska.

Twierdzi, że stanowisko FOEE wynika z niewiedzy dotyczącej szerokiej działalności myśliwych. I że problemem jest to, że większość społeczeństwa myśli, że myśliwi zajmują się tylko polowaniami. „Tymczasem PZŁ prowadzi np. reintrodukcję sokoła wędrownego, głuszca i cietrzewia. Zakładamy też zadrzewienia, z których korzystają zarówno ptaki, jak i ssaki i owady. Walczymy też z kłusownictwem” – wymienia Piotrowska.

Myślistwo ma negatywny wpływ na przyrodę

Owszem, PZŁ jest zaangażowany również w działania ochroniarskie. Jednak główny obszar jego działalności – a więc właśnie polowania – budzi uzasadnione wątpliwości. I nie chodzi tu tylko o kwestie etyczne, takie jak np. cierpienie zwierząt wynikające z postrzału i śmierci podczas polowania. Czy nawet sam fakt, że w zabijaniu dla przyjemności jest coś moralnie odrażającego.

Rzecz również w tym – co od lat powtarzają nie tylko działacze organizacji ekologicznych, ale i eksperci naukowi – że myślistwo w wielu aspektach ma po prostu negatywny wpływ na środowisko. Stąd automatyczne kwalifikowanie go dziś jako czynności z założenia „ekologicznej” to archaizm, który mija się z prawdą.

OKO.press wskazuje na zaledwie kilka faktów, które pokazują, że łowiectwo – przynajmniej w takiej postaci, w jakiej funkcjonuje ono w Polsce – jest trudne do pogodzenia z ochroną przyrody:

  1. Myśliwi wprowadzają do środowiska setki ton ołowiu rocznie. Według obliczeń badaczy z Kanady może to być nawet 600 ton ołowiu w skali jednego roku. W 2007 roku naukowcy z Akademii Rolniczej w Krakowie wykazali, że w efekcie polowań w każdym kompleksie stawów rybnych wprowadza się do środowiska prawie 100 kg ołowiu rocznie. W efekcie, dziko żyjącym zwierzętom zagraża ołowica. Grozi ona również drapieżnikom, które zjadły postrzelone ptaki. Z kolei kaczki grążyce połykają śruciny, gdy te opadną na dno zbiorników wodnych, bo mylą je z drobnymi kamyczkami, które odgrywają ważną rolę w ich procesie trawienia. Śrut dostaje się nie tylko do rzek i jezior, ale też do stawów hodowlanych. Ryby  trafiają potem na polskie stoły. A wraz z nimi – ołów.
  2. Podczas polowań na ptaki zagrożone są również gatunki chronione. Myśliwy, który poluje na ptaki, ma zaledwie 2-3 sekundy na identyfikację gatunku przed oddaniem strzału. To o wiele za mało, by uniknąć pomyłek ptaków łownych z gatunkami objętymi ochroną. Tym bardziej, że znaczna część z nich w locie jest trudno odróżnialna nawet dla profesjonalnego ornitologa.
  3. Część polowań na ptaki nie odbywa się w oparciu o plany łowieckie. Wymogi polskiej gospodarki łowieckiej zakładają planowość odstrzału zwierząt. Dlatego określa się wielkość ich populacji w obwodach łowieckich, by ustalić, ile osobników można „pozyskać” (czyli zabić). Jednak w przypadku ptaków łownych robi się tak tylko z bażantami i kuropatwami. Tymczasem w Polsce poluje się łącznie na 13 gatunków. Ponadto, większość gatunków ptaków łownych to zwierzęta wędrowne albo migrujące, które w różnych obwodach łowieckich są tylko przelotem. W efekcie myśliwi nie wiedzą, jaką część populacji zabijają, co stwarza zagrożenie dla ich gatunkowego istnienia.
  4. Postrzelenie jednego ptaka oznacza często ranienie bądź śmierć kilku/kilkunastu innych. Wynika to z tego, że na ptaki poluje się za pomocą amunicji śrutowej, która po wystrzeleniu tworzy w powietrzu chmurę ołowianych kulek. Nawet jeśli myśliwy strzałem strąci tylko jednego ptaka, to ranne mogą zostać również te, które leciały obok niego. Jeśli zwierzęta nie zginą od razu, to umrą jakiś czas później. Albo w wyniku odniesionych obrażeń, albo w paszczy drapieżnika, gdy nie będą już miały sił, by uciekać.

Dziennikarz i publicysta. W OKO.press pisze o ochronie przyrody, łowiectwie, prawach zwierząt, smogu i klimacie oraz dokonaniach komisji smoleńskiej. Stały współpracownik miesięcznika „Dzikie Życie”.


Twoje OKO

Specjalne teksty. Niepublikowane taśmy. Poufne wiadomości. Za darmo. Na zawsze.

Załóż konto. Otwórz OKO!