"Wyznaczyliśmy sobie termin, chcemy, żeby ciepły posiłek był dla każdego dziecka od roku szkolnego 2018/2019 - tak obliczamy, że wtedy będziemy gotowi. Czas w XXI wieku skończyć z dyskusją o dożywianiu, natomiast uznać, że jedzenie w szkole to narzędzie edukacyjne" - mówiła rok temu minister Anna Zalewska. I zaległa wielka cisza

12 kwietnia 2017 minister Anna Zalewska ogłosiła, że Ministerstwo Edukacji Narodowej i Ministerstwo Rodziny pracują nad programem współfinansowania z budżetu państwa ciepłych posiłków w stołówkach szkolnych dla wszystkich uczniów.

Koszt tego rozwiązania spoczywałby na barkach państwa i rodziców. W jakich proporcjach? Nie wiadomo. Ze wstępnych wyliczeń MEN opartych na założeniu, że posiłek na jednego ucznia kosztuje 5-8 zł, wynikało, że program pochłonąłby miliard zł rocznie.

Dwa tygodnie po tej deklaracji (28 kwietnia 2017) na spotkaniu z samorządowcami w Mysłowicach (woj. Śląskie) mówiła:  „Wyznaczyliśmy sobie termin; chcemy, żeby ciepły posiłek był dla każdego dziecka od roku szkolnego 2018/2019 – tak obliczamy, że wtedy będziemy gotowi. (…)

Czas w XXI wieku skończyć z dyskusją o dożywianiu, natomiast uznać, że jedzenie w szkole to narzędzie edukacyjne.

Praca jest bardzo zaawansowana. Przed wakacjami pokażemy, jak to będzie wyglądało, jaki to będzie koszt”.

Minął rok i wszystko zimne

Po deklaracjach sprzed ponad roku nie widać śladu, choć program powinien wejść w życie już we wrześniu tego roku. O trwające prace zapytaliśmy MEN i MRPiPS. Wciąż czekamy na odpowiedź.

W międzyczasie resort minister Elżbiety Rafalskiej przygotował inny program wsparcia – jednorazowe powszechne świadczenie w wysokości 300 zł dla każdego ucznia.

Pod nazwą „Dobry start” ogłosił go premier Mateusz Morawiecki 14 kwietnia 2018 roku podczas konwencji PiS w Warszawie. Pieniądze mają pokryć część wydatków rodziców na zakup pomocy dydaktycznych, zeszytów, tornistrów. Całkowity koszt programu to niemal 1,5 mld zł. Według autorów ma on „wyrównać szanse edukacyjne w polskich szkołach”.

A co z tak podstawowym „narzędziem edukacyjnym” – jak określiła to minister Zalewska –  jak ciepłe posiłki?

RPO: tylko 13 proc. uczniów jest objętych  programem

Już w 2016 roku Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar sygnalizował potrzebę powszechnego dożywiania dzieci w szkołach. Z badania Group for Research in Applied Economics (GRAPE) dotyczącego dostępu do pomocy w formie dożywiania realizowanego przez gminy na podstawie wieloletniego programu „Pomoc państwa w zakresie dożywiania” na lata 2014-2020, na które powołuje się Rzecznik wynika, że

dziś programem dożywiania objętych jest jedynie 13 proc. uczniów między 6. a 18. rokiem życia.

Te same badania pokazały też, że zmiana definicji dożywiania z „pełnowartościowego obiadu” na „posiłek” powoduje obniżanie standardu wsparcia.

Rzecznik w piśmie do minister Elżbiety Rafalskiej zwracał uwagę, że dożywianie dzieci w szkołach traktowane jest jako doraźna pomoc socjalna, a nie element wspierania rozwoju dziecka. „Usytuowanie pomocy na dożywianie w systemie pomocy społecznej powoduje, że dostępność kierowanego do uczniów wsparcia w postaci posiłku w szkole jest limitowana niezależnie od potrzeb dzieci w tej mierze.

Możliwość uzyskania prawa do  bezpłatnego posiłku mają bowiem tylko te dzieci, których rodziny spełniają kryterium dochodowe określone w ustawie o pomocy społecznej.

Lepszym rozwiązaniem byłoby wprowadzenie programu dożywiania o charakterze powszechnym, dla wszystkich uczących się dzieci” – pisał Adam Bodnar.

Rafalska: większa ilość dzieci korzysta ze wsparcia

W odpowiedzi na pismo Rzecznika, Ministerstwo Rodziny przedstawiło inne dane. Według resortu badanie powinno zostać przeprowadzone w ośrodkach pomocy społecznej, a nie wśród dyrektorów.

„Jak wynika ze »Sprawozdania z realizacji programu pomoc państwa w zakresie dożywiania za lata 2010 – 2013« średniorocznie z pomocy skorzystało 1 mln 048 tys. 316 dzieci do 7. roku życia oraz uczniów do czasu ukończenia szkoły ponadgimnazjalnej. W roku 2014 formami pomocy wynikającymi z programu objęto 939 tys. 030 dzieci” – czytamy w odpowiedzi.

Oznaczałoby to, że nie 13 proc – jak podaje Rzecznik – a około 20 proc. dzieci objętych jest programem „Pomoc państwa w zakresie dożywiania”. Skąd te dysproporcje?

Raport ekonomistów, na który powołuje się Rzecznik, pokazał właśnie, jak dzieci zagrożone niedożywieniem mogą wypadać z samorządowych systemów pomocy. Jeżeli rodzice nie zgłaszają potrzebującego dziecka do programu bezpłatnych obiadów, to w myśl obowiązujących przepisów – interweniować powinien dyrektor.

Żeby sprawdzić, czy dyrektorzy mają „otwarte oczy” na potrzeby uczniów, badacze wysłali 1,2 tys. listów do szkół od anonimowego rodzica, który pisał o „koleżance córki z tej samej szkoły, która w czasie wizyt u nas zawsze pyta, czy może dostać coś do jedzenia”.

Aż 56 proc. dyrektorów nie zareagowało na ten list. I właśnie na ten przykład powołał się RPO w liście do Ministerstwa.

Niezależnie od tego, czy funkcjonujący dziś program obejmuje 13 czy 20 proc. uczniów wciąż nie rozwiązuje on kluczowego problemu.

A jest nim nadal traktowanie dożywiania w szkole jako pomocy socjalnej, a nie skutecznego narzędzia edukacyjnego.

W korespondencji z Rzecznikiem z 2016 roku Ministerstwo się nie odniosło do pytania o potrzebę stworzenia powszechnego programu dofinansowania posiłków w szkołach.

Obciążenie dla budżetu

Czy PiS mógłby dotować posiłki dla wszystkich uczniów bez finansowego udziału rodziców? Operując przyjętym przez MEN szacunkami (między 5-8 zł na posiłek na ucznia) w skali roku (zakładając 187 dni szkolnych przyjętych na rok 2017/2018) jedzenie dla jednego ucznia w roku szkolnym kosztowałoby między 935 a 1496 zł.

Dla wszystkich uczniów, których w roku szkolnym 2017/2018 jest 4 915 tys., byłby to koszt między 4,6 mld a 7,35 mld zł.

Oczywiście, z posiłków nie korzystałyby wszystkie dzieci. Im wyżej w szczeblach edukacji, tym mniejsza potrzeba. Najbardziej kluczowa byłaby szkoła podstawowa.

W roku 2017/2018 dzieci w szkołach podstawowych (klasy I-VII) jest 714,2 tys. Ta liczba musi być też uzupełniona o młodzież, która wciąż uczy się w wygaszanych gimnazjach. Dopiero w roku szkolnym 2018/2019 szkoły podstawowe będą miały pełne 8 klas. W drugiej klasie gimnazjum odpowiadającej ósmej klasie szkoły podstawowej w roku szkolnym 2017/2018 uczy się 358,8 tys.

W sumie ze szkołą podstawową jest to 1 mln 73 tys. uczniów.

Koszt pełnego dofinansowania posiłków w szkołach podstawowych wyniósłby więc między 1 mld a 1,6 mld zł.

Te liczby są już bliższe szacunkom, które w swoim programie w kwietniu 2017 roku założył PiS. Na darmowe posiłki chciał wydać 1 mld zł.

Ile dziś wydaje na program? Ze sprawozdania za lata 2010-2013 wynika, że rocznie na ten cel przeznaczonych jest 550 mln zł – 350 mln zł, których dysponentami są wojewodowie, i 200 mln zł z rezerwy celowej w budżecie. Program jednak jest szerszy niż sam ciepły posiłek w szkole. Obejmuje on również:

  • zasiłek celowy na zakup posiłku lub zakup żywności;
  • świadczenie rzeczowe w postaci produktów żywnościowych;
  • tworzenie nowych lub doposażenie istniejących punktów przygotowania lub wydawania posiłków;
  • dowóz posiłków.

Więcej pieniędzy na urządzanie stołówek

Budżet rządowego programu powinien uwzględniać też koszty rozwoju miejsc przeznaczonych na szkolne stołówki. Badanie przeprowadzone w 2017 roku w prywatnym programie „Extra Szkolna Stołówka” pokazało, że aż 32 proc. pytanych rodziców nie uważa stołówki za komfortowe miejsce do zjedzenia posiłku. Najczęściej są one po prostu za małe.

Ten problem sygnalizował też raport NIK („Wdrażanie zasad zdrowego żywienia w szkołach publicznych”) z 2016 roku.

W jednej z kontrolowanych szkół podczas przerwy obiadowej w stołówce liczącej 90 miejsc wydawano posiłki dla 101 uczniów.

W tym samym badaniu 59 proc. rodziców przyznało też, że tzw. długa przerwa jest niewystarczająco długa, by dziecko zdążyło zjeść ciepły posiłek.

Brak czasu. Szkoły na dwie zmiany i bez stołówek

Nie chodzi tylko o ciepły posiłek, ale też wygospodarowanie w życiu szkoły czasu na jego zjedzenie. Minister Anna Zalewska w kwietniu 2017 mówiła, że „MEN już teraz sugeruje dyrektorom szkół dysponujących stołówkami wydłużanie przerwy w zajęciach do 40 minut, aby dzieci mogły spokojnie zjeść ciepły posiłek”.

Te luźne sugestie padały jeszcze przed testowym rokiem reformy edukacji. Dziś już wiemy, że 40 minutowa przerwa lub zorganizowanie stołówki w szkołach podstawowych brzmią znacznie mniej realnie niż jeszcze rok wcześniej. Dlaczego? Przyjęcie kolejnego rocznika – klas siódmych – do budynków spowodowało rewolucję w organizacji pracy, a także znacznie bardziej zapełniło szkoły.

Od września 2017 do Rzecznika Praw Dziecka i Rzecznika Praw Obywatelskich lawinowo spływają relacje rodziców skarżących się na:

  • dwuzmianowy tryb pracy szkół – od 7:30 nawet do 19.00;
  • skrócenie przerw między lekcjami, żeby zmieścić większą ilość zajęć;
  • organizowanie zajęć w salach przeznaczonych na stołówki;
  • przenoszenie stołówek na szkolne korytarze.

Przyszły rok będzie jeszcze trudniejszy, bo klas będzie osiem.

PiS w kampanii wyborczej zapewniał, że nie ma sytuacji, że czegoś się nie da zrobić. Czekamy i trzymamy kciuki, by minister Zalewskiej i minister Rafalskiej udało się do września zorganizować ciepłe posiłki w szkołach dla wszystkich uczniów.


Dziennikarz, aktywista, filozof bez dyplomu. Redaktor "Codziennika Feministycznego". W OKO.press pisze o edukacji, prawach człowieka, społeczeństwie obywatelskim i polityce społecznej.


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym