Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
Rzecznik Prawa i Sprawiedliwości Rafał Bochenek przekazał, że kandydatem PiS na prezydenta Krakowa będzie lokalny polityk i wieloletni radny Michał Drewnicki.
Michał Drewnicki będzie kandydatem PiS w wyborach na prezydenta Krakowa, które zaplanowano na drugą połowę sierpnia. „To wieloletni samorządowiec, wieloletni radny, wiceprzewodniczący Rady Miasta Krakowa. To wielka wartość, że ta decyzja wskutek dyskusji zapadła jednogłośnie” – przekazał rzecznik PiS Rafał Bochenek.
„Jest człowiekiem z całą pewnością znanym w naszym środowisku od lat, również jest znany Krakowianom, ponieważ pracuje bardzo intensywnie, aktywnie na rzecz miasta Krakowa. Pokazał, że również w wielu sprawach w sposób ponadpartyjny, ponadśrodowiskowy potrafi wspierać różnego rodzaju inicjatywy. Jest osobą zaangażowaną, także naszym zdaniem to jest postać, która daje największe szanse na osiągnięcie sukcesów tych wyborach” – mówił Bochenek, cytowany przez Wirtualną Polskę.
Drewnicki do 2024 roku pełnił funkcję szefa wojewódzkich struktur PiS w Małopolsce. Stracił ją jednak po wewnętrznych sporach o wybór marszałka województwa. Był zaangażowany w kampanię za odwołaniem Aleksandra Miszalskiego, osobiście zbierał podpisy pod wnioskiem o zorganizowanie referendum.
Rafał Bochenek, ogłaszając decyzję partii, zwrócił się również do Konfederacji: „Jeżeli mamy mówić o jedności na prawicy, to jest nasza też oferta do nich, aby rozważyli poparcie tego kandydata na urząd prezydenta miasta Krakowa”.
24 maja 2026 r. w referendum odwołano prezydenta Aleksandra Miszalskiego. Głosowano również nad odwołaniem Rady Miasta, jednak okazało się, że frekwencja była zbyt niska.
Wiadomo już, że w wyborach – zaplanowanych na drugą połowę sierpnia – wystartują były prezes NIK Marian Banaś, radna Razem Aleksandra Owca, Michał Klimek (kandydat Konfederacji Korony Polskiej) i Bartosz Bocheńczak (kandydat Konfederacji). Dziś swój start ogłosił również kandydat Socjaldemokracji Polski Sławomir Pietrzyk. KO nie wybrało jeszcze kandydata. Swojego startu nie potwierdził również Łukasz Gibała, który wspierał finansowo organizację referendum, a w wyborach samorządowych w 2024 roku przegrał z Aleksandrem Miszalskim o włos.
Do momentu wyboru nowego prezydenta (lub prezydentki) jego funkcję pełni komisarz wyznaczony przez premiera. Jest nim Stanisław Kracik, dotychczasowy wiceprezydent Krakowa.
Przeczytaj także:
Nowa układanka koalicyjna to aż cztery partie. To i tak za mało do większości. Trzeci rząd Mette Frederiksen będzie musiał polegać też na mniejszych partiach
Premierce Danii Mette Frederiksen udało się utworzyć nowy rząd. Wybory miały miejsce ponad dwa miesiące temu – 24 marca. Frederiksen poinformowała o sukcesie negocjacji koalicyjnych po spotkaniu z królem Fryderykiem X. W skład rządu poza Socjaldemokratami wejdą jeszcze trzy kolejne partie: Socjalistyczna Partia Ludowa, Partia Socjalliberalna oraz Umiarkowani.
Po ogłoszeniu porozumienia koalicyjnego Frederiksen przekazała dziennikarzom, że nowy rząd będzie działał dla dobra „ludzi mieszkających w Danii, dla przyszłych pokoleń i dla zwierząt”.
Partia Frederiksen – Socjaldemokraci – wygrała marcowe wybory. I choć zdobyła zdecydowanie największy odsetek głosów (21,9 proc. wobec 11,6 proc. drugiej w wyborach Socjalistycznej Partii Ludowej), to wynik ten trudno jest ocenić jednoznacznie pozytywnie. To najgorszy wynik partii od ponad stu lat. To też wynik o prawie sześć punktów procentowych gorszy niż cztert lata wcześniej i strata 12 miejsc w Folketinget, duńskim jednoizbowym parlamencie. Teraz Frederiksen będzie miała 38 deputowanych w 179-osobowym parlamencie.
Nawet jednak czteropartyjny układ nie daje nowemu rządowi większości. Pozostałe partie rządowe mają:
Razem daje to koalicji 82 miejsca. Do większości potrzebne jest 90 głosów. Koalicja będzie więc musiała polegać na wsparciu mniejszych partii. A tych jest sporo. Łącznie w Folketinget w nowej kadencji przedstawicieli będzie miało aż 16 partii.
Socjaldemokraci nie będą już, tak jak przez ostatnie cztery lata, rządzili razem z Venstre, konserwatywną partią i drugą najważniejszą partią władzy w najnowszej historii Danii.
Mette Frederiksen pełni funkcję premierki Danii od 2019 roku.
Przeczytaj także:
Prezes UODO uzasadnia karę tym, że dane osobowe sędziów pracownicy resortu Ziobry przekazywali osobom nieupoważnionym i nielegalnie udostępniali w sieci. Minister Sprawiedliwości nie dopełnił obowiązku, jakim jest takie zorganizowanie pracy, by zminimalizować ryzyko dla danych obywateli.
Urząd Ochrony Danych Osobowych poinformował dziś, że „prezes UODO Mirosław Wróblewski nałożył administracyjną karę pieniężną w wysokości 100 tys. zł na Ministra Sprawiedliwości po przeprowadzeniu postępowania w sprawie znanej z doniesień medialnych jako tzw. afera hejterska z 2019 r.”.
Kara administracyjna nałożona jest na organ – Ministra Sprawiedliwości – a nie osobę pełniącą wówczas tę funkcję. A był to wówczas Zbigniew Ziobro. Obecny minister Waldemar Żurek jest osobą poszkodowaną w aferze hejterskiej.
UODO tak tłumaczy działania, za które nałożona została kara: wysocy funkcjonariusze urzędu wykorzystali fakt, że mieli dostęp do akt osobowych sędziów, i przekazywali je poza Ministerstwo, w ramach kampanii hejterskiej. Nie mieli do tego prawa.
A Minister Sprawiedliwości nie zorganizował pracy w resorcie tak, by do takich ekscesów nie dochodziło. Obowiązek wprowadzenia zabezpieczeń organizacyjnych i technicznych dla danych osobowych spoczywa na każdym, kto ma takie dane w dyspozycji i nimi zarządza. Kara jest za niedopełnienie tego obowiązku. Jej celem jest minimalizowanie ryzyka, że dane osobowe będą wyciekać.
„Nielegalne działania podejmowane przez funkcjonariuszy publicznych polegały m.in. na korzystaniu z upoważnienia dostępu do informacji z niejawnych akt osobowych sędziów, które następnie przetwarzali w celach osobistych i politycznych. Dane osobowe sędziów przekazywane były osobom nieupoważnionym (innym funkcjonariuszom publicznym, dziennikarzom). Wrażliwe informacje nielegalnie udostępniano również w internecie – na Twiterze, obecnie X) – służyło temu konto, które zostało założone za pośrednictwem adresu IP pochodzącemu z puli przypisanej Ministerstwu Sprawiedliwości” – podaje UODO w komunikacie.
Nie podaje w nim wprost, że liderem tego procederu był sędzia-wiceminister Łukasz Piebiak, wybrany obecnie do Krajowej Rady Sądownictwa z rekomendacji PiS. Jednak UODO cytuje w komunikacie teksty Onetu z 2019 r., w którym rola Piebiaka została opisana.
Kara Prezesa UODO została nałożona dopiero teraz, bo dopiero w grudniu 2024 r. UODO dostał z prokuratury informacje o tym, co ustaliła ona w śledztwie. To dzięki temu wiadomo, jak wyglądał proceder z nielegalnym obrotem danymi pod okiem ówczesnego ministra sprawiedliwości.
Tak zwana afera hejterska wybuchła w 2019 roku.
Polegała na dyskredytowaniu w prawicowych mediach i w internecie niezależnych sędziów, którzy krytykowali przeprowadzane przez Zbigniewa Ziobrę zmiany w sądach. Używano do tego m.in. danych o sędziach znajdujących się w ich teczkach personalnych w ministerstwie sprawiedliwości (tzw. zielone teczki) oraz informacji z prowadzonych przeciwko nim postępowań dyscyplinarnym.
Hejt rozprowadzała Emilia Szmydt (pseudonim Mała Emi), która potem jako sygnalistka ujawniła aferę. Mała Emi to była już żona, byłego już sędziego Tomasza Szmydta, który w 2024 roku wyjechał do Białorusi. Po ujawnieniu procederu hejtowania sędziów stanowisko stracił wiceminister Piebiak. Był głównym kadrowym Ziobry w sądach.
O aferze obszernie w OKO.press pisał Mariusz Jałoszewski.
Przeczytaj także:
Za łamanie przepisów gwarantujących obywatelom ochronę prywatności UODO ukarał wcześniej Ministra Zdrowia. Kara także wynosiła 100 tys. zł (bardziej nie da się w tym trybie ukarać instytucji publicznej). Tak jak w przypadku Ministra Sprawiedliwości kara także dotyczyła tego, że w resorcie ministra Niedzielskiego w czasach PiS nie było organizacyjnych i technicznych blokad uniemożliwiających nielegalne wykorzystywanie danych osobowych. W efekcie minister Niedzielski wyciągnął z systemów dane lekarza, by go zaatakować w sporze politycznym.
Przeczytaj także:
Wydając decyzje o tamtej parze Prezes UODO przypomniał, że choć płacić za błąd musi ministerstwo, to zawsze w postępowaniu cywilnym może domagać się zwrotu od osoby, która odpowiada za naruszenie bezpieczeństwa danych.
Kara podlega zaskarżeniu do sądu administracyjnego. Ministerstwo Zdrowia to zrobiło. Pytanie, czy zrobi to Ministerstwo Sprawiedliwości.
Przeczytaj także:
Prezydent zablokował zmiany, które objęłyby eksport betonu Systemem Elektronicznego Nadzoru Transportu. Ministerstwo Finansów liczyło na zyski rzędu 1,2 mld zł rocznie
Prezydent Karol Nawrocki nie podpisał nowelizacji ustawy rozszerzającej system monitorowania drogowego i kolejowego przewozu towarów SENT. Według odrzuconej przez prezydenta nowelizacji przepisów kontrolą miały zostać objęte kolejne branże, w tym m.in. firmy transportowe i produkujące beton budowlany.
„Powód jest prosty. Nie zgadzam się na obciążanie polskich przedsiębiorców kosztami walki z przestępczością podatkową” – tłumaczył swoją decyzję prezydent. Według Nawrockiego Polska potrzebuje deregulacji, zamiast dokładania nowych przepisów. Ma to zdaniem prezydenta utrudniać życie przedsiębiorcom.
Prezydent podpisał natomiast pięć innych ustaw. Jedna z nich uchwala utworzenie polskiego systemu rejestracji psów i kotów.
SENT (System Elektronicznego Nadzoru Transportu) działa w Polsce od 2017 roku. Z jego pomocą Krajowa Administracja Skarbowa monitoruje drogowy i kolejowy przewóz „towarów wrażliwych”, takich jak paliwa, alkohol, tytoń, odpady.
Celem systemu jest ograniczenie szarej strefy, przemytu, walka z wyłudzeniami VAT i akcyzy. Przedsiębiorcy zgłaszają ilość i wagę przewożonego towaru poprzez system informatyczny PUESC (Platforma Usług Elektronicznych Skarbowo-Celnych). W ten sposób zmniejsza się przestrzeń na nieudokumentowaną sprzedaż i oszustwa podatkowe.
Nowelizacja zakładała objęcie systemem także transport betonu towarowego oraz mieszanek na bazie spoiw mineralnych. Nie obejmowała natomiast wyrobów z betonu, jak np. kostka brukowa. Ministerstwo Finansów zakładało, że zmiana przyniesie 1,2 mld zł dodatkowych dochodów podatkowych. W ostatnich miesiącach drobni przedsiębiorcy faktycznie oprotestowali zmiany w systemie. Według nich utrudniają one prowadzenie działalności. Pisał o tym w OKO.press Marcel Wandas. Zmiany wygenerowały też kłopoty w wypadku pomocy humanitarnej.
Przeczytaj także:
Śląska prokuratura twierdzi, że jeden z byłych pracowników Polskiej Komisji Akredytacyjnej przyjmował łapówki w zamian za pozytywne opinie potrzebne do uruchamiania nowych kierunków studiów na prywatnych uczelniach. Z procederu miało skorzystać m.in. Collegium Humanum.
„Gazeta Wyborcza” opisuje kolejny wątek z aktu oskarżenia ws. afery Collegium Humanum.
Prokuratorzy badający sprawę uważają, że jeden z dyrektorów w Polskiej Komisji Akredytacyjnej, Artur G., we współpracy z nieżyjącym już księdzem, miał przyjmować wysokie łapówki – nawet po 50 tysięcy złotych – za wystawianie pozytywnych opinii uczelniom prywatnym, niezbędnych do uzyskania zgody Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego na uruchomienie nowych kierunków.
Według prokuratury pozytywne opinie załatwili u nich właściciele i rektorzy kilku prywatnych uczelni z Warszawy i Wrocławia, w tym Collegium Humanum, Wyższej Szkoły Stosunków Międzynarodowych i Amerykanistyki, Szkoły Głównej Krajowej, Wyższej Szkoły Nauk Pedagogicznych oraz Akademii Nauk Stosowanych – informuje „Wyborcza”.
Zarządzający uczelniami w zamian za łapówki mieli uzyskiwać wsparcie przy otwieraniu kierunków takich jak prawo, psychologia, pedagogika, zarządzanie czy bezpieczeństwo narodowe. Z zeznań wynika, że pojedyncze „załatwienie” pozytywnej opinii mogło kosztować około 50 tys. zł, a łączne kwoty przekazywane przez niektóre uczelnie sięgały setek tysięcy złotych.
Prokuratura zarzuca Arturowi G. przyjęcie co najmniej 650 tys. zł od przedstawicieli części uczelni oraz niemal miliona złotych od samego Collegium Humanum. Mężczyzna został zatrzymany w marcu 2024 r., a obecnie oczekuje na proces. Nie przyznaje się do winy i odmawia komentarza.
Polska Komisja Akredytacyjna (PKA) to państwowy organ odpowiedzialny za ocenę jakości kształcenia na uczelniach wyższych. Jej opinie mają kluczowe znaczenie przy uruchamianiu nowych kierunków studiów oraz podczas okresowych kontroli już prowadzonych programów. Członków Polskiej Komisji Akredytacyjnej powołuje minister właściwy dla szkolnictwa wyższego i nauki. On też nadaje ostateczne uprawnienia do prowadzenia danego kierunku studiów, ale robi to na podstawie opinii PKA.
Opisana przez „Gazetę Wyborczą” sprawa to kolejny wątek w aferze Collegium Humanum, która dotyczy handlu dyplomami MBA, korupcji oraz wykorzystywania wpływów w środowisku akademickim i politycznym.
Jeżeli zarzuty prokuratury się potwierdzą, może to oznaczać, że przez lata część prywatnych uczelni uzyskiwała akredytacje nie dzięki jakości kształcenia, lecz dzięki korupcyjnym powiązaniom. Śledztwo rzuca tym samym cień nie tylko na Collegium Humanum, ale także na system kontroli jakości szkolnictwa wyższego w Polsce.
Obecne kierownictwo Polskiej Komisji Akredytacyjnej zapewnia, że PKA współpracuje w tej sprawie ze służbami i organami państwa, a w obecnym składzie Polskiej Komisji Akredytacyjnej nie ma członków, którym postawiono zarzuty prokuratorskie.
PKA podkreśla także, że oskarżony Artur G. nie był członkiem komisji, a jedynie pracownikiem jej biura. Nie brał więc udziału w opiniowaniu kierunków. „Nie jest więc jasne, na ile Artur G. przesądzał o wynikach ocen komisji, a na ile tylko powoływał się na wpływy i na tej podstawie żądał pieniędzy” – zwraca uwagę „Wyborcza”.
W sprawie Collegium Humanum do sądów trafiły już dwa akty oskarżenia. W samym warszawskim postępowaniu oskarżonych jest 29 osób, którym zarzucono łącznie 67 przestępstw, m.in. korupcję, poświadczenie nieprawdy, oszustwa i pranie pieniędzy.
Szerszy kontekst afery Collegium Humanum, w tym funkcjonowanie w całej Europie Środkowo-Wschodniej międzynarodowej sieci prywatnych uczelni, pośredników i osób powiązanych z rosyjskimi środowiskami biznesowymi i politycznymi, oferujących szybkie zdobywanie stopni naukowych oraz dyplomów, na łamach OKO.press ujawniała Anna Mierzyńska.
Z jej ustaleń wynika, że m.in. rektor Collegium Humanum, Paweł C., współpracował z siecią zagranicznych uczelni i pośredników powiązanych z rosyjskim kapitałem i środowiskami prorosyjskimi. Wśród partnerów uczelni były szkoły finansowane przez rosyjskich biznesmenów, związane z rosyjskim Sberbankiem oraz osobami otwarcie sympatyzującymi z Kremlem i Władimirem Putinem.
Przeczytaj także: