Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
Wenezuela żyje małymi cudami. Spod gruzów budynków udało się uratować 11-letniego chłopca. Jednak liczba ofiar kataklizmu rośnie z dnia na dzień, a prawdziwą skalę dramatu pokazuje liczba zaginionych
W Wenezueli wciąż trwa akcja ratownicza po trzęsieniach ziemi, które zdewastowały nadmorskie stany. Najnowsze dane mówią o 1 430 ofiarach śmiertelnych i 3,4 tys. rannych. Jak podaje brytyjski dziennik „The Guardian”, co najmniej 68,9 tys. rodzin zgłosiło zaginięcie swoich bliskich. Odnaleziono 13 tys. z nich.
55 tys. wciąż uznaje się za zaginione.
W La Guaira, mieście najciężej dotkniętym kataklizmem, mieszkańcy używają łopat i gołych rąk, by dostać się pod gruzy zawalonych budynków. Pomagają im zagraniczne ekipy ratownicze, które na miejsce dotarły wcześniej niż służby z Caracas. To ratownicy m.in. ze Szwajcarii, Niemiec, Salwadoru, Hiszpanii, USA, Kataru, Chile, Kolumbii Ekwadoru, Holandii, Meksyku, Czech, Turcji. Kolejnych 30 ekip jest w drodze.
Do La Guaria ruszyło też humanitarne pospolite ruszenie. Ludzie, nie czekając na spóźnioną reakcją reżimu, samodzielnie organizowali transporty najpotrzebniejszych dóbr. W mieście brakuje bowiem żywności, środków czystości i leków.
Cały kraj wciąż liczy na małe cuda. W sobotę tymczasowa prezydent Delcy Rodriguez poinformowała, że spod gruzów w nadmorskim mieście Caraballeda odnaleziono dziecko. „Kilka minut temu w Caraballeda uratowano żywego 11-letniego chłopca. W tej chwili każde życie jest źródłem nadziei dla Wenezueli” – napisała Rodriguez na platformie X.
ONZ szacuje, że trzęsienia ziemi spowodowały szkody o wartości 6,7 mld dolarów, co stanowi 6 proc. PKB Wenezueli.
W środę 24 czerwca wieczorem w Wenezueli miały miejsce dwa silne trzęsienia ziemi. W odstępie około 40 sekund w północno-zachodniej części kraju zarejestrowano dwie serie wstrząsów o sile 7,2 i 7,5 w skali Richtera. Potem nastąpiło ponad 200 wstrząsów wtórnych. To najsilniejszy kataklizm, jakiego doświadczyła Wenezuela od ponad wieku.
Kraj leży w strefie aktywnej sejsmicznie, gdzie spotykają się dwie płyty tektoniczne – karabiska z południowoamerykańską. Najbardziej katastrofalne w historii kraju były wydarzenia z 1812 roku, gdy silnie trzęsienie ziemi zniszczyło dużą część Méridy i Caracas. Szacuje się, że zginęło wówczas ponad 30 tys. osób.
Przeczytaj także:
Po tygodniu od podpisania wstępnego porozumienia prezydent Donald Trump znów grozi anihilacją Iranu, a Irańczycy wysyłają rakiety i drony w stronę amerykańskich baz wojskowych w Kuwejcie i Bahrajnie
W niedzielę rano irański Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC) poinformował, że przeprowadził operację z użyciem rakiet i dronów, której celem było osiem obiektów wojskowych USA w Kuwejcie i Bahrajnie. Jak podały lokalne media, w wyniku ataku uszkodzono budynek mieszkalny. Nikt nie zginął. Oba kraje potępiły jednak Iran za naruszenie suwerenności oraz bezpieczeństwa ich krajów i zwróciły się do ONZ o pociągnięcie władz Teheranu do odpowiedzialności.
Do zaostrzenia relacji USA-Iran doszło po tym, jak w czwartek Irańczycy zaatakowali singapurski statek w cieśninie Ormuz. Według Teheranu poruszał się on poza wyznaczonym szlakami. W odpowiedzi Amerykanie uderzyli m.in. w port Sirik, gdzie znajduje się baza morska Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej.
W sobotę Iran obrał za cel kolejny statek, tym razem pod banderą Panamy, który przewoził dwa miliony baryłek ropy naftowej. W odwecie Amerykanie znów poderwali myśliwce i zaatakowali składy pocisków rakietowych oraz nadbrzeżne stacje radarowe.
Irańczycy przekazali, że dalsza agresja Amerykanów spotka się z „miażdżącą odpowiedzią”. Zagrozili też „całkowitym wstrzymaniem wszelkich procesów dyplomatycznych”.
W sobotę wieczorem prezydent USA Donald Trump oświadczył za to, że Iran „przestanie istnieć”, jeśli Stany Zjednoczone zostaną „zmuszone” do wznowienia działań wojennych.
18 czerwca Iran i USA podpisały wstępne porozumienie o warunkach zakończenia wojny. Zakłada ono:
Stronom wystarczył tydzień, by złamać zapisy porozumienia, w tym to najważniejsze – o zawieszeniu broni.
Przeczytaj także:
„Kontynuujemy działania osłabiające zdolność Rosji do prowadzenia tej wojny” – poinformował prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski
Jak podaje Ukraińska Prawda, w nocy z soboty na niedzielę ukraińskie drony zaatakowały rafinerię ropy naftowej w Sławiańsku nad Kubaniem. Obiekt znajduje się w Kraju Krasnodarskim na południowym zachodzie Rosji, ponad 300 km od linii frontu. Zakład odpowiada za ok. 9 proc. przerobu ropy naftowej w Południowym Okręgu Federalnym Rosji. Rafineria w Sławiańsku jest też jednym z największych eksporterów produktów naftowych wysyłanych przez porty nad Morzem Czarnym.
Według Ukraińców po ataku rafineria stanęła w ogniu. Uszkodzone miały zostać linie energetyczne i rurociągi. Lokalne rosyjskie władze poinformowały, że pożar wybuchł na skutek „upadku odłamków bezzałogowca”.
Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski przekazał, że celem nocnego ataku była też rafineria w obwodzie jarosławskim, znajdująca się 700 km od linii frontu. „Kontynuujemy działania osłabiające zdolność Rosji do prowadzenia tej wojny” – ocenił Zełenski.
Ostatnie dni przynoszą największe ataki Ukrainy na Rosję od początku pełnoskalowej wojny. Sceny, które obserwujemy, to część 40-dniowej „operacji wpływu”, która ma skłonić Kreml do zakończenia działań zbrojnych.
W piątek 26 czerwca na Krymie i Sewastopolu rosyjskie władze okupacyjne wprowadziły stan wyjątkowy. W związku z ukraińskimi atakami na półwyspie nie ma nie tylko paliwa, ale i prądu. Z przerwami działa transport, a zaopatrzenie szwankuje. W piątek w kolejce przy wyjeździe z Krymu na moście kerczeńskim stało 2,5 tys. samochodów.
Ataki sięgają dziś do 2 tys. km za linię frontu i destabilizują całą Rosję. W kraju brakuje benzyny, coraz częściej problemem jest także dostęp do internetu. Mieszkańcy największych rosyjskich metropolii, Moskwy czy Sankt Petersburga, do tej pory wolni od skutków inwazji wywołanej przez Władimira Putina, żyją w poczuciu zagrożenia.
Kremlowska oficjalna narracja za tym nie nadąża – wskazywała w OKO.press Agnieszka Jędrzejczyk. Rosyjska propaganda powtarza, że Ukraina nie jest w stanie produkować broni, która sięga tak daleko w głąb kraju, więc Rosję musi atakować Zachód.
Dwa państwa na wschodniej flance NATO ostrzegły w ostatnich dniach, że Rosja przygotowuje prowokację w państwach bałtyckich lub Polsce. Putin może próbować w ten sposób przetestować spójność zachodniego sojuszu wojskowego — podał brytyjski dziennik „The Guardian”.
Przeczytaj także:
38,9°C w cieniu – taki pomiar IMGW odnotował wczoraj w Słubicach. To rekord dla czerwca, ale w niedzielę może paść rekord wszech czasów. Meteorolodzy zapowiadają, że termometry pokażą nawet 41°C
Nigdy wcześniej w Polsce nie zmierzono tak wysokiej temperatury w czerwcu — poinformował 27 czerwca wieczorem Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej. Termometry w Słubicach, mieście graniczącym z Niemcami, wskazały w sobotę 38,9°C w cieniu.
To nie jest jeszcze rekord wszech czasów. Od ponad 100 lat najwyższy pomiar należy do Prószkowa (w woj. opolskim). 29 lipca 1921 roku meteorolodzy odnotowali tam 40,2°C. W całej historii pomiarów na obecnym terytorium Polski temperaturę 40°C lub wyższą potwierdzono tylko dwa razy. Również w lipcu 1921 roku równo 40°C zmierzono w Zbiersku pod Kaliszem.
Jak informuje IMGW, wszystko wskazuje na to, że gorące masy powietrza, które dziś znajdują się nad Polską, mogą przebić pułap 40°C. Na niedzielę, 28 czerwca, zapowiadana jest kulminacja. Wyspą gorąca ma być południowa część województwa lubuskiego z maksymalnymi pomiarami dochodzącymi nawet do 41°C.
Jak pisał w OKO.press Wojciech Kość, skrajne warunki, które dziś obserwujemy, to wynik powstania nad polską tzw. kopuły ciepła. Kopuła ciepła tworzy się, gdy nad danym obszarem rozbudowuje się wyż, który blokuje ciepłe powietrze na skutek inwersji. Z kolei inwersja – a dokładniej w tym przypadku: inwersja wyżowa – to warstwa ciepłego i bardzo suchego powietrza na wysokości około 1–2 km. Warstwa ta blokuje pionowe ruchy powietrza, przez co powietrze zalegające przy ziemi nie miesza się z tym wyżej. Jeśli pod taką warstwą znajdzie się ciepłe i suche powietrze – a z tym mamy do czynienia aktualnie nad Polską – każdego dnia nagrzewa się ono coraz mocniej od rozgrzanego słońcem gruntu.
Podobne upały, powstałe w wyniku napływu gorącego powietrza znad Sahary, od dwóch tygodni utrzymują się nad Europą Zachodnią. Historycznie rekordowe pomiary odnotowano m.in. w Niemczech, gdzie w piątek termometry w okolicach Saarbrücken pokazały 41,3°C. Także duński instytut meteorologiczny poinformował, że padł rekord wszech czasów dla kraju. "Temperatura 36,6°C na północ od Odense oznacza, że mieliśmy najcieplejszy dzień od początku prowadzenia pomiarów w 1874 roku” – czytamy w poście na platformie X. Za to w Słowacji nigdy wcześniej noce nie były tak gorące – temperatura nie spadała tam poniżej 26,3°C. Także w Polsce, z niedzieli na poniedziałek, możemy być świadkami najgorętszej w historii nocy.
Warunki takie jak w czerwcu 2026 będą zdarzać się coraz częściej. Przyczyną podnoszącej się średniej temperatury, zwiększającej się liczby dni upalnych i związanych z tym wieloletniej suszy, problemów zdrowotnych Polek i Polaków, zwiększonego ryzyka dla upraw oraz zagrożeń dla ekosystemów wodnych i od wody zależnych jest oczywiście kryzys klimatyczny.
Serwis World Weather Attribution zdążył już poddać analizie czerwcową falę upałów we Francji.
„W 1976 roku, gdy padła część wcześniejszych europejskich rekordów temperatury, wartości notowane w 2026 roku byłyby w czerwcu praktycznie niemożliwe. Byłyby też bardzo mało prawdopodobne o jakiejkolwiek porze roku. W 2003 roku, podczas pierwszej wielkiej fali upałów tego stulecia, taki upał w ciągu dnia nadal byłby skrajnie rzadki — około 10 razy mniej prawdopodobny niż dziś. Z kolei nocne temperatury takie jak w czerwcu tego roku byłyby w 2003 roku ponad sto razy mniej prawdopodobne” — czytamy w opracowaniu.
Przeczytaj także:
W zeszłym roku zakazana przez Victora Orbana, dziś wyciągnęła na ulicę tysiące ludzi – i to mimo 40 stopni na termometrach. Ulicami Budapesztu przechodzi Parada Równości. Nie bierze w niej udziału premier Péter Magyar, ale Węgrzy niosą ulicami stolicy ogromną flagę Unii Europejską. Chcą zmian i powrotu do prorównościowej polityki sprzed 2010 roku
Orbán nie rządzi już na Węgrzech, ale na Paradzie Równości w Budapeszcie nadał był „obecny” – choć w sposób symboliczny. Z ostrym makijażem, wklejony w tęczową flagę, powiewał na banerze przed operą w Budapeszcie.
27 czerwca ulicami miasta przeszła wielotysięczna Parada Równości. W piekącym upale, sięgającym 40 stopni Celsjusza i w asyście karetek pogotowia oraz setek wolontariuszy rozdających wodę Węgrzy szli z tęczowymi flagami, krzycząc, że: „Brak zakazu to nie wszystko”.
„Naprawdę ważnym marszem był ten sprzed roku [który Victor Orbán oficjalnie zdelegalizował, przyciągając w ten sposób nawet 200 tysięcy przeciwników zakazu — przyp.red.]. Ale walka o prawa osób LGBT+ nie jest skończona. Doceniam zmianę podejścia władz, ale brak zakazu to nie wszystko. Potrzebujemy prawdziwej równości: do zawierania legalnych małżeństw, do adopcji dzieci” – mówi PAP Zsofia, która na węgierską Paradę przyszła z partnerką.
Rząd premiera Pétera Magyara poparł organizację Parady Równości — ale jednocześnie nie bierze w nim udziału. Niedawno przyznał, że „nikt nie powinien być stygmatyzowany z powodu tego, jak kocha”. Nie demonizuje i nie odczłowiecza osób LGBT+, jak robił to Orbán, ale i unika deklaracji dotyczących praw dla tęczowej społeczności.
Jak czytamy w Politico, policja z Budapesztu wydała nakazy ograniczające trzy kontrmanifestacje zgłoszone w mieście.
Budapeszt był pierwszym miastem w Europie Środkowo-Wschodniej, który zorganizował tzw. Pride. Parada równości przeszła ulicami węgierskiej stolicy już w 1997 roku – cztery lata przed tym, jak 300 osób po raz pierwszy wyszło na ulice Warszawy walczyć o prawa społeczności LGBT+.
Do 2010 roku Węgry były najbardziej postępowym państwem w regionie. W 2007 roku przyjęły ustawę zezwalającą parom jednopłciowym na zawarcie związku partnerskiego. Osobom LGBT+ przysługiwała już wówczas pełna ochrona przed dyskryminacją i mową nienawiści – której do dziś nie ma np. w Polsce.
Sytuacja osób LGBT+ na Węgrzech drastycznie zmieniła się jednak po dojściu Victora Orbána do władzy. W 2025 roku lider Fideszu, postanowił siłowo wskrzesić wojnę kulturową wokół praw osób LGBT+ i przepchnął przez parlament nowelizację ustawy o zgromadzeniach, na mocy której nie można było organizować publicznych wydarzeń, które są sprzeczne z ustawą o ochronie dzieci. Chodzi o przepisy przyjęte 2021 roku pod płaszczykiem walki z pedofilią.
Co do tego mają Parady Równości? W myśl ustawy o ochronie nieletnich penalizacji podlega – podobnie jak w putinowskiej Rosji – „przedstawianie lub promowanie” homoseksualności lub korekty płci w szkołach i mediach.
Przeczytaj także:
Przeczytaj także: