Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
Donald Trump po szczycie NATO w Ankarze nie szczędzi sojusznikom dobrych słów: „To dobrzy ludzie, którzy robią dużo dobrego dla swoich krajów”. Ale nie rozwiewa wątpliwości: w sprawie amerykańskiej obecności wojskowej w Europie, czy planów ws. Grenlandii.
Konferencja prasowa prezydenta USA po szczycie NATO w Ankarze trwała – nietypowo dla Trumpa – zaledwie 45 minut. Tymczasem reporterzy czekali na jego pojawienie się w audytorium konferencyjnym niemal trzy godziny. Z takim poślizgiem prezydent USA wyszedł do setek dziennikarzy.
„Właśnie zakończyliśmy bardzo udany szczyt NATO” – powiedział Trump. W dusznej sali pojawił się w otoczeniu swoich najważniejszych współpracowników: sekretarza stanu Marco Rubio, sekretarza wojny Pete'a Hegsetha i sekretarza skarbu Scotta Bessenta.
Trump stwierdził, że miał w Ankarze „świetny czas”, a szczyt był „wielkim sukcesem”. Podkreślał, że spotkanie Rady Północnoatlantyckiej przebiegało w bardzo serdecznej atmosferze („w pokoju było czuć mnóstwo miłości”), a sojusznicy deklarowali nawet, że go… kochają („Mówili że mnie kochają, to miłe. To chyba miłe?” – relacjonował).
Dodawał, że w sali, gdzie odbywało się spotkanie, panowała „ogromna jedność".
„Jeśli z dzisiejszego dnia miałoby wyjść jedno słowo, byłoby to: zjednoczenie. Nigdy nie widziałem czegoś takiego” – mówił w typowy dla siebie, enigmatyczny sposób.
Trump podkreślił przede wszystkim, że szybkie zwiększenie wydatków na obronność przez europejskich sojuszników będzie korzystne dla amerykańskiego przemysłu obronnego, bo ci kupują przede wszystkim sprzęt produkowany w USA.
„Wszyscy chcą amerykańskiego sprzętu. Produkujemy najlepszy sprzęt na świecie” – mówił.
Zapowiedział zwiększenie produkcji amerykańskiego uzbrojenia, celem skrócenia czasu oczekiwania na dostawy z kilku lat do kilku tygodni.
Podkreślał, że zeszłoroczne porozumienie dotyczące zwiększenia wydatków obronnych z 2 proc. do 5 proc. doprowadziło do „historycznej zmiany w NATO”.
„Podnieśliśmy cel z 2 proc. do 5 proc. PKB, choć wszyscy mówili, że to niemożliwe. A teraz wszyscy mi dziękują” – mówił.
Reakcja Trumpa po szczycie pokazuje, że
strategia udowodnienia, że Europa dowozi, poprzez ogłoszenie dziesiątek gigantycznych kontraktów obronnych, zadziałała.
Jeszcze przed rozpoczęciem szczytu, we wtorek 7 lipca podczas forum przemysłowego, ogłoszono umowy i inicjatywy warte dziesiątki miliardów dolarów. Od rozwoju europejskich zdolności dronowych i obrony powietrznej, po produkcję amunicji i pocisków dalekiego zasięgu.
Wiele z nich to projekty realizowane z amerykańskimi firmami. Lockheed Martin i niemiecki Rheinmetall podpisały porozumienie o pierwszej poza USA produkcji pocisków ATACMS. Polska Grupa Zbrojeniowa i amerykański Anduril ogłosiły współpracę przy produkcji pocisków Barracuda 500M. Polska, USA, Niemcy, Szwecja i Holandia porozumiały się w sprawie budowy europejskich zdolności serwisowania rakiet PAC-3 do systemów Patriot.
Sojusz ma też pozyskać do pięciu amerykańskich bezzałogowych samolotów rozpoznawczych Triton, które pozwalają prowadzić długotrwałą obserwację dużych obszarów morskich, m.in. w Arktyce. To tylko kilka z wielu przykładów.
Ze względu na to, że Trump przyjął pytania tylko od kilku dziennikarzy, nie padły pytania o jego najbardziej kontrowersyjne wypowiedzi sprzed rozpoczęcia szczytu: m.in. ponowne deklaracje o tym, że Stany Zjednoczone chciałyby przejąć kontrolę nad Grenlandią, ani o planowane zmiany w amerykańskiej obecności wojskowej w Europie.
W tym kontekście podkreślał jedynie, że europejscy sojusznicy robią postępy w zwiększaniu własnych zdolności obronnych i „odpowiadają na wezwanie” USA.
„Wiele z tych krajów jest bardzo bogatych. Nie musimy im współczuć. Ale to nie oznacza, że są odpowiednio chronione. To duża różnica” – mówił w nie do końca zrozumiały sposób.
Podkreślał, że część państw już znacząco zwiększyła wydatki, a pozostałe deklarują zmiany.
„Niektóre naprawdę odpowiedziały na wezwanie, inne dokonują dużych zmian i odpowiedzą na wezwanie. Myślę, że mogę powiedzieć, że wszystkie odpowiedzą” – stwierdził.
Największa część konferencji była poświęcona jednak wojnie z Iranem. Trump był pytany m.in. o to, czy konflikt stał się dla niego „ślepą uliczką” oraz o zmianę tonu wobec irańskich przywódców, których wcześniej określał jako „racjonalnych ludzi”, a podczas konferencji prasowej po spotkaniu z sekretarzem generalnym Sojuszu Markiem Rutte w środę 8 lipca mówił, że to ”kłamcy, oszuści i chorzy ludzie".
W odpowiedzi na te pytania Trump przekonywał, że amerykańska operacja w Iranie była „ogromnym sukcesem”, bo jej celem było zatrzymanie irańskiego programu nuklearnego.
„Byłem tam z jednego powodu: Iran nie może mieć broni nuklearnej. Nazywam to denuklearyzacją Iranu. I to się wydarzyło” – mówił.
W wielu momentach Trump mówił jednak zupełnie nie na temat. Pytany o Iran przeszedł do krytyki polityki migracyjnej administracji Joe Bidena, a odpowiadając na pytanie o „zagrożenie komunizmem”, przeszedł do chwalenia się swoimi wynikami na TikToku i amerykańskich wyborach.
Nie zrezygnował jednak z krytyki części sojuszników NATO. Pytany o wcześniejsze słowa, że część państw NATO nie wsparła USA w konflikcie z Iranem, stwierdził, że „Hiszpania była bardzo zła”, ale poza tym „prawie wszystkie kraje”, w tym Włochy, "były dobre”.
„Mieli po prostu zły moment. Nie pomogli nam. Nie potrzebowaliśmy tej pomocy, ale gdybym jej chciał, wolałbym, żeby nie stali z boku” – powiedział.
Przeczytaj także:
Prezydent Karol Nawrocki przekonuje, że szczyt NATO w Ankarze potwierdził jedność Sojuszu i zaangażowanie USA. Za kulisami pozostają jednak pytania o obecność amerykańskich wojsk w Europie oraz napięcia w relacjach Polski z Ukrainą.
„Wyjeżdżamy z Ankary przekonani, że Sojusz Północnoatlantycki jest zjednoczony. Sojusz jest silny i zdeterminowany do tego, aby bronić wartości, w imię których powstał” – powiedział na konferencji prasowej po zakończeniu szczytu NATO prezydent Karol Nawrocki.
Zdaniem Nawrockiego spotkanie „potwierdziło trwałość więzi transatlantyckiej oraz współpracy Europy ze Stanami Zjednoczonymi”.
„Ta siła Sojuszu Północnoatlantyckiego oparta o współpracę Europy ze Stanami Zjednoczonymi wybrzmiewa po dzisiejszym szczycie w Ankarze” – mówił.
Jego zdaniem z perspektywy Polski kluczowe było jasne wskazanie w poszczytowej deklaracji Rosji jako największego zagrożenia dla bezpieczeństwa NATO.
„Tutaj również nie pozostały żadne wątpliwości. Rosja jest dzisiaj największym zagrożeniem dla Sojuszu Północnoatlantyckiego” – powiedział Nawrocki.
Prezydent ocenił również, że presja Donalda Trumpa na zwiększenie europejskich wydatków obronnych przynosi efekty.
„Polityka prezydenta Donalda Trumpa w formowaniu Sojuszu 3.0, a więc większej odpowiedzialności Europy za NATO, funkcjonuje i przynosi efekt” – powiedział Nawrocki.
Jak podkreślał, wiele państw w ostatnim roku znacząco zwiększyło swoje nakłady na obronność, a część zapowiedziała podwojenie lub nawet potrojenie wydatków.
„Z wielką satysfakcją odebrałem taką mobilizację sojuszników” – podkreślił Nawrocki.
Pytany o przyszłość obecności wojsk USA w Polsce Nawrocki zapewnił, że nie spodziewa się ograniczenia amerykańskiego zaangażowania. „Mam głębokie przekonanie, które jest potwierdzane podczas kolejnych spotkań i rozmów telefonicznych, że liczba żołnierzy amerykańskich w Polsce się nie zmniejszy” – powiedział.
Według prezydenta obecnym celem jest stała obecność wojsk USA w Polsce.
„Autostrada Polski do stałej obecności, do zwiększonej obecności wojsk amerykańskich, na poziomie politycznym pomiędzy dwoma prezydentami jest potwierdzona. Teraz wszystko w rękach polskiego i amerykańskiego ministerstwa obrony” – dodał.
Podczas rozmów z Amerykanami w Ankarze nie udało się jednak niczego nowego w tym temacie ustalić.
Prezydent odniósł się również do spotkania z Wołodymyrem Zełenskim, które mimo braku wcześniejszych planów odbyło się podczas szczytu i trwało około godziny.
Nawrocki stwierdził, że w relacjach polsko-ukraińskich „istnieją napięcia” dotyczące przede wszystkim historii, ale ocenił rozmowę jako konstruktywną. Podkreślił, że Polskę i Ukrainę łączy wspólne zagrożenie ze strony Rosji, ale dzieli głęboki spór historyczny, którego „nie udało się rozwiązać”.
„Kwestie Ukraińskiej Powstańczej Armii, symboli UPA są dla mnie nienegocjowalne. Emocje Polek i Polaków w odniesieniu do zbrodni, do ludobójstwa wołyńskiego są kwestią nienegocjowalną” – powiedział.
Jak dodał, symbole UPA „niosą ze sobą śmierć i cierpienie” i pozostają problemem także w kontekście europejskich aspiracji Ukrainy.
„Moim zdaniem stanowi to konkretny problem, pewną blokadę przed wejściem Ukrainy do Unii Europejskiej” – ocenił.
Pytany o przekazanie Ukrainie rakiet do systemów Patriot z polskich zapasów Nawrocki powtórzył, że była to decyzja rządu i nie była z nim konsultowana. „Każdy z polityków piastujących najwyższe stanowiska państwowe musi brać odpowiedzialność za podjęte decyzje” – stwierdził.
Dość prześmiewczo sprawę skomentował na X biorący udział w szczycie szef MSZ, Radosław Sikorski.
Wysłanie jednoznacznego sygnału jedności Sojuszu i potwierdzenie obowiązywania artykułu 5 było jednym z najważniejszych zadań szczytu NATO w Ankarze. Zwłaszcza, że w ostatnich miesiącach europejscy sojusznicy z niepokojem obserwowali wypowiedzi Donalda Trumpa dotyczące przyszłości amerykańskiego zaangażowania w Europie.
Po przyjeździe do Ankary Trump ponownie krytykował europejskie państwa za zbyt niskie wydatki na obronność. Sugerował też, że USA mogłyby ograniczyć obecność wojskową na kontynencie oraz wrócił do tematu Grenlandii, nad którą USA chciałyby przejąć kontrolę.
Z perspektywy Warszawy jednym z najważniejszych tematów w relacjach z USA pozostaje przyszłość obecności wojsk USA w Polsce.
Stany Zjednoczone złożyły w ostatnim czasie szereg sprzecznych deklaracji w tej sprawie. Raz o zamiarze wycofania części wojsk z Europy, w tym Polski, innym razem o zamiarze zwiększenia liczebności amerykańskiego kontyngentu w Polsce.
Przed szczytem sekretarz obrony USA Pete Hegseth w liście do szefa MON Władysława Kosiniaka-Kamysza zapewnił, że administracja Trumpa nie planuje ograniczenia obecności wojskowej w Polsce.
Polskiej obecności na szczycie, poza ogłoszonymi przez MON kontraktami, towarzyszyła także polityczna przepychanka o to, kto i dlaczego przekazał walczącej z Rosją Ukrainie rakiety do systemów Patriot.
Oprócz politycznej awantury o Patrioty wciąż istotny był też temat sporu o kwestie historyczne, który wybuchł po tym, jak prezydent Zełenski nazwał jedną z ukraińskich jednostek wojskowych mianem „Bohaterów UPA”.
Przeczytaj także:
W rezolucji ws. Ukrainy Parlament Europejski przyjął poprawkę o UPA zgłoszoną przez posłów Koalicji Europejskiej. Odrzucił bardziej radykalną propozycję PiS
W środę 8 lipca 2026 Parlament Europejski przyjął rezolucję dotyczącą Ukrainy. Podsumowuje ona przygotowania Ukrainy do wejścia do Unii Europejskiej. W czerwcu 2026 został otwarty pierwszy tzw. klaster negocjacyjny. Za całością rezolucji głosowało 460 europosłów, przeciwko było 136, wstrzymało się 59.
„Od czasu, gdy w 2014 roku Ukraina obrała kurs na integrację europejską, kraj ten przeszedł głęboką przemianę na lepsze. Rosyjska wojna napastnicza jeszcze bardziej przyspieszyła ten proces. Wciąż jednak pozostaje wiele do zrobienia, między innymi w celu spełnienia wymogów podstawowego klastra negocjacyjnego” – podsumował sprawozdawca Michael Gahler (Europejska Partia Ludowa, Niemcy).
Europosłowie Koalicji Obywatelskiej w imieniu Europejskiej Partii Ludowej zgłosili poprawkę w sprawie upamiętnienia UPA. Została przyjęta.
„W odniesieniu do nadania elitarnej jednostce Sił Zbrojnych Ukrainy nazwy upamiętniającej bohaterów Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA), posłowie wyrazili ubolewanie z powodu zlekceważenia polskiej wrażliwości i bólu związanego z tą kwestią. Uznali, że decyzja ta szkodzi dobrym stosunkom sąsiedzkim. Wzywając do deeskalacji oraz wznowienia prowadzonych w dobrej wierze działań na rzecz pojednania”.
Poprawka ta ma łagodniejszy wydźwięk niż propozycja zgłoszona przez grupę Europejskich Konserwatystów i Reformatorów (EKR), do której należy PiS. Według ich propozycji europarlament miałby wezwać do nieotwierania kolejnych klastrów negocjacyjnych, dopóki Ukraina nie uzna kampanii czystek etnicznych prowadzonej przeciwko Polakom przez UPA, a także masowych aktów okrucieństwa, których UPA dokonała wobec ludności żydowskiej.
EKR chciało też, by Ukraina potępiła ideologię, symbolikę i działania UPA, uznała masowe zbrodnie popełnione przeciwko ludności polskiej i żydowskiej, a także przeprowadziła ekshumacje i odpowiednie pochówki ofiar tych zbrodni, aby dostosować się do wartości europejskich.
Głosowania nad poprawkami poprzedziła awantura na sali. Europoseł Jacek Ozdoba zaproponował, aby dopisać do rezolucji zakaz głoszenia „banderyzmu”. Przez aklamację lewej części sali pomysł został odrzucony.
W głównej części rezolucji – dotyczącej wstąpienia Ukrainy do UE – europosłowie chwalą „nadzwyczajne wysiłki Ukrainy na rzecz umacniania instytucji demokratycznych i ochrony zasady podziału władz w czasie wojny”. Odnotowują też „postępy Ukrainy w reformie wymiaru sprawiedliwości oraz w walce z korupcją, jednocześnie apelując o kontynuowanie reform w tych kluczowych obszarach”.
Europosłowie popierają przeprowadzanie wyborów w Ukrainie dopiero po zakończeniu wojny i negatywnie odnoszą się do nacisków „administracji USA na Ukrainę, aby przeprowadziła wybory w czasie trwającej wojny z Rosją”.
Całą rezolucję można przeczytać tutaj.
Konflikt o UPA między Ukrainą a Polską ciągnie się od półtora miesiąca. Punktem zapalnym była decyzja prezydenta Wołodymyra Zełenskiego o nadaniu ukraińskiej jednostce wojskowej nazwy Bohaterów UPA. W reakcji na to 19 czerwca Karol Nawrocki poinformował, że odbiera Zełenskiemu Order Orła Białego. Ten order odesłał. Po czym zaczęło się zwracanie orderów przez polskich i ukraińskich polityków.
Orderu Orła Białego zrzekli się między innymi byli prezydenci Ukrainy: Leonid Kuczma, Wiktor Juszczenko i Petro Poroszenko. A odznaczeń ukraińskich: Jarosław Kaczyński, były szef MON Mariusz Błaszczak i były ambasador RP w Kijowie Bartosz Cichocki.
Przeczytaj także:
W deklaracji ze szczytu w Ankarze przywódcy państw Sojuszu potwierdzili zobowiązanie do kolektywnej obrony. Trump mówi o dobrym spotkaniu i „pokoju pełnym miłości”. Mark Rutte twierdzi, że takiej jedności między sojusznikami dawno nie widział.
W deklaracji ze szczytu NATO przywódcy państw członkowskich potwierdzają „niezachwiane zaangażowanie na rzecz naszej zbiorowej obrony zgodnie z art. 5 Traktatu Waszyngtońskiego oraz na rzecz więzi transatlantyckiej”.
„Atak na jednego z nas jest atakiem na wszystkich” – podkreślili w pierwszym punkcie deklaracji.
Nasza jedność, solidarność i zbiorowa siła pozostają fundamentem pokoju, bezpieczeństwa i dobrobytu dla miliarda obywateli naszego Sojuszu (...) Pozostajemy wierni naszemu podejściu do odstraszania i obrony" – napisali członkowie Sojuszu.
Podobnie jak po zeszłorocznym szczycie NATO w Hadze w tym roku deklaracja liderów jest bardzo krótka. To zaledwie sześć punktów. Ku zadowoleniu europejskich sojuszników, wysoko w dokumencie – bo już w punkcie drugim – znajduje się bezpośrednie odniesienie do Rosji, która zostaje wymieniona jako „długoterminowe zagrożenie” dla Sojuszu.
„Aby przeciwdziałać długoterminowemu zagrożeniu, jakie Rosja stanowi dla bezpieczeństwa i stabilności euroatlantyckiej, oraz uporczywemu zagrożeniu terroryzmem, sojusznicy realizują zobowiązanie obronne z Hagi. W 2025 roku europejscy sojusznicy oraz Kanada zwiększyli swoje inwestycje w podstawowe potrzeby obronne o ponad 139 miliardów dolarów. Nasze inwestycje zapewniają nam niezbędne zdolności, wzmacniając jednocześnie naszą bazę przemysłową i odporność” – głosi deklaracja.
Przywódcy poinformowali też, że podczas szczytu ogłoszono nowe zamówienia w przemyśle obronnym na kwotę 50 miliardów dolarów. Sojusznicy potwierdzili też, że Europa, wspólnie z Kanadą i „we współpracy ze Stanami Zjednoczonymi” przejmuje większą odpowiedzialność za obronę Sojuszu.
„Budujemy przyszłość: silniejszą Europę w silniejszym NATO – zmodernizowany Sojusz” – deklarują sojusznicy.
Przywódcy potwierdzili też, że inwestują w zdolności w zakresie głębokich uderzeń precyzyjnych, zintegrowanej obrony powietrznej i przeciwrakietowej, systemów bezzałogowych, najnowocześniejszych technologii oraz zdolności wywiadowczych, czyli wszystkich tych domen, w których obecnie Europa zbyt mocno polega na USA.
Zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami ogłosili też wsparcie dla Ukrainy na rok 2026 o wartości 70 miliardów euro na sprzęt wojskowy, pomoc i szkolenia. Potwierdzili też zobowiązanie do utrzymania co najmniej równoważnego poziomu wsparcia w 2027 roku.
Przemawiając po spotkaniu z prezydentem Ukrainy Wołodymyrem Zełenskim Donald Trump powiedział, że posiedzenie Rady Północnoatlantyckiej było „świetne”, a w sali, gdzie się odbywało, „czuć było mnóstwo miłości i jedności”.
Trump podkreślił, że sojusznicy zaczęli robić to, „czego od nich oczekiwano”.
Relacje z Zełenskim określił jako bardzo dobre, a mediacje ws. zakończenia wojny w Ukrainie po raz kolejny uznał za trudne ze względu na rzekome wyzwania charakterologiczne Putina i Zełenskiego.
„Putin ma trudny charakter, i ten [wskazał na Zełenskiego] też ma trudny charakter, więc zakończenie tej wojny nie jest łatwym zadaniem” – stwierdził.
Zełenski tradycyjnie podziękował za amerykańskie wsparcie, w tym inicjatywę PURL, w ramach której amerykański przemysł obronny dostarcza broń Ukrainie, za której produkcję płacą europejscy sojusznicy. Po raz kolejny zaapelował też o wsparcie dla ukraińskiej obrony powietrznej, bo to ona jest kluczowa do obrony przed Rosją.
Najważniejszą deklaracją prezydenta Trumpa wobec Ukrainy była ta o tym, że USA i Ukraina rozpoczną rozmowy o umożliwieniu Kijowowi produkcji systemów Patriot na amerykańskiej licencji.
„Damy wam prawo do produkowania Patriotów. Pokażemy wam, jak to robić” – powiedział Trump.
Dopytywany o to, czy uzgodnił to z producentami, nie potwierdził. Pytany, czy USA mogłyby przekazać Ukrainie dodatkowe systemy Patriot już teraz, zanim ruszyłaby produkcja w Europie, odpowiedział: „Mamy Patrioty, ale nie mamy ich tak wiele. Sami też ich potrzebujemy. Ale część – tak”.
Sekretarz generalny NATO Mark Rutte przekonywał po zakończeniu rozmów przywódców, że szczyt wysłał dokładnie „taki sygnał jedności, jakiego Sojusz potrzebował, by utrzymać skuteczne odstraszanie”.
„To, co zobaczyłem w sali, gdzie razem siedziało 32 przywódców, to było ogromne poczucie jedności. Nie widziałem czegoś takiego w najnowszej historii” – mówił Rutte.
Podkreślał, że spory między sojusznikami są naturalne, ale ostatecznie NATO „zawsze wraca do jedności”. „Wszyscy czuliśmy, że ten Sojusz jest bardziej zjednoczony niż kiedykolwiek” – dodał.
Rutte zapewniał również, że Donald Trump i Stany Zjednoczone pozostają w pełni zaangażowane w NATO. Jak mówił, amerykański prezydent oczekiwał od Europy większego udziału w kosztach wspólnej obrony, ale nigdy nie oznaczało to odejścia od zobowiązań sojuszniczych.
„Był zaangażowany w NATO. Jest zaangażowany w NATO” – powiedział sekretarz generalny.
Przypomniał też, że Sojusz pozostaje organizacją obronną, ale każda próba ataku spotka się ze zdecydowaną odpowiedzią. „Jeśli ktokolwiek spróbuje nas zaatakować, musi wiedzieć, że nasza reakcja będzie bardzo zdecydowana” – podkreślił Rutte.
Wysłanie jednoznacznego sygnału jedności i potwierdzenie obowiązywania artykułu 5 było jednym z najważniejszych zadań szczytu NATO w Ankarze. Zwłaszcza że w ostatnich miesiącach europejscy sojusznicy z niepokojem obserwowali wypowiedzi Donalda Trumpa kwestionujące sens amerykańskiej obecności w NATO.
Jeszcze pierwszego dnia szczytu nie było jasne, czy taki sygnał uda się wysłać. Po przyjeździe do Ankary Trump ponownie wrócił do tematu przejęcia przez USA kontroli nad Grenlandią i powtórzył zarzuty wobec Danii, że nie jest w stanie zapewnić bezpieczeństwa w Arktyce.
Trump ponownie krytykował też europejskich sojuszników za zbyt niskie wydatki obronne, sugerował możliwość ograniczenia amerykańskiej obecności wojskowej w Europie i mówił o rozczarowaniu reakcją państw NATO na działania USA wobec Iranu.
Jak mówiła OKO.press przed szczytem Iana Maisuradze z European Policy Centre, głównym celem spotkania powinno być przekonanie potencjalnych przeciwników, że NATO pozostaje zjednoczone i będzie działać wspólnie. „Musimy uniknąć powstania luki w odstraszaniu. Bo właśnie na takie momenty czeka Rosja” – podkreślała.
Przeczytaj także:
Skazana za defraudację prawie 3 milionów euro z Parlamentu Europejskiego Marine Le Pen oficjalnie potwierdziła, że będzie walczyć o prezydenturę Francji
„Kandyduję w wyborach w 2027 roku” – oświadczyła w telewizji TF1 liderka francuskiej skrajnej prawicy Marine Le Pen.
We wtorek rano francuski sąd apelacyjny utrzymał w mocy wyrok skazujący Le Pen. Jest winna organizowania oszustwa związanego z fikcyjnymi stanowiskami pracy o bezprecedensowej skali i czasie trwania. Odegrała kluczową rolę w sprzeniewierzeniu ponad 2,8 mln euro ze środków Parlamentu Europejskiego oraz przekazywaniu tych środków do swojej partii w Paryżu w latach 2004–2016. „Jestem niewinna” – twierdzi Le Pen.
Liderka antyimigranckiego Zjednoczenia Narodowego oświadczyła, że to obywatele powinni podjąć decyzję w jej sprawie i już dzień po ogłoszeniu wyroku przyjechała do 15-tysięcznego La Flèche w Dolinie Loary, w centralnej Francji.
„Chcemy rozpocząć odrodzenie Francji i zaoferować Francuzom zmianę władzy, na którą czekają” – mówiła.
Ponieważ sąd skrócił zakaz ubiegania się o stanowiska publiczne, Le Pen może wystartować w zaplanowanych na kwiecień wyborach. Zgodnie z wyrokiem Le Pen musi nosić elektroniczną opaskę, a w godzinach nocnych nie może opuszczać miejsca zamieszkania. Wyjazdy w trasę kampanijną będą wymagały zgody miejscowego magistratu.
Jednak na razie te wszystkie obostrzenia nie będą obowiązywać. Le Pen zapowiedziała bowiem apelację do sądu kasacyjnego – najwyższego francuskiego sądu. A taki ruch wstrzymuje wykonanie wyroku, w tym konieczność noszenia bransoletki.
„Wszystko zależy teraz od harmonogramu. Sąd kasacyjny potrzebuje zazwyczaj od roku do 18 miesięcy na wydanie orzeczenia w sprawie podstawy prawnej wyroku skazującego Le Pen. Nie ma pewności, czy sąd będzie w stanie wydać orzeczenie wcześniej niż zwykle” – wyjaśnia „Guardian”.
Le Pen zapowiadała, że jeśli będzie musiał nosić bransoletkę, to nie wystartuje w wyborach. Kandydatem Zjednoczenia Narodowego został więc trzydziestoletni przewodniczący partii Jordan Bardella.
Sondaż Ifop z 25 czerwca pokazał, że Bardella uzyskałby 34 proc. głosów w pierwszej turze. W sprawie drugiej tury sondaże są niekonkluzywne: jedne wskazują, że większe szanse ma Le Pen, inne – że Bardella. Niewątpliwie jednak na tym etapie to właśnie kandydat lub kandydatka Zjednoczenia Narodowego jest faworytem w nadchodzących wyborach.
Przeczytaj także: