Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
Włochy szykują się na kolejną falę upałów, tamtejsze Ministerstwo Zdrowia ogłosiło najwyższy, czerwony stopień alarmu z powodu upałów we Florencji i Perugii. Prognozy zbiegły się w czasie z podsumowaniem czerwcowych temperatur – a te były rekordowe.
To dopiero początek upalnego lata. Włochy szykują się właśnie na trzecią już w tym roku falę gorąca. Prognozuje się do 43 stopni w niektórych częściach Sardynii oraz około 40 stopni w Toskanii i Apulii. Dla Florencji i Perugii Ministerstwo Zdrowia wydało najwyższy, czerwony stopień alarmu, który oznacza zagrożenie dla zdrowia całej populacji, nie tylko osób słabych i chorych. Resort zapowiada, że lista miast objęta alertem będzie rosnąć.
„Trzydzieści czy czterdzieści lat temu, w typowy czerwcowy dzień we Włoszech, termometry wskazywały średnio 30–32 stopnie. Dziś poprzeczka została znacznie podniesiona: wystarczy pomyśleć o Mediolanie, gdzie najwyższe temperatury w lipcu wzrosły z 33 stopni w ubiegłym stuleciu do 37 stopni w ostatnich latach” – komentuje Lorenzo Tedici z iLMeteo.it, cytowany przez portal Il Sole 24 Ore. Upał może utrzymywać się do 20 lipca.
Również we Francji ogłoszono czerwony alert z powodu ekstremalnych temperatur. W Paryżu prognozowana jest temperatura 37 stopni. Premier Sébastien Lecornu zapowiedział posiedzenie międzyresortowego zespołu kryzysowego, który zajmie się kolejną falą upałów. Gorąco jest nadal w Wielkiej Brytanii – w części regionów przewiduje się 35-36 stopni Celsjusza w najbliższych dniach. „W niektórych częściach Wielkiej Brytanii może nastąpić chwilowa poprawa pogody w weekend, kiedy północno-wschodni wiatr w sobotę ma przynieść chłodniejsze powietrze znad Morza Północnego. Jednak w regionach południowych i wschodnich nadal będą występować temperatury typowe dla fali upałów” – podaje BBC.
W Polsce na razie nie zapowiada się kolejna tak ekstremalna fala upałów, jak pod koniec czerwca – jednak IMGW przewiduje wysokie temperatury w połowie lipca.
Unijna agencja klimatyczna Copernicus opublikowała podsumowanie temperatur w czerwcu. Jak wskazuje, był to najgorętszy czerwiec w historii pomiarów dla Europy Zachodniej i drugi z najcieplejszych na świecie. Globalna średnia wyniosła 16,54°C, czyli o 0,56°C więcej od średniej z lat 1991-2020.
Średnia temperatura dla zachodu Europy wynosiła 20,74°C – to o 3,06°C więcej od średniej dla czerwca z lat 1991–2020. Pobito tym samym poprzedni rekord ustanowiony w czerwcu 2025 r. „W drugiej połowie miesiąca fala upałów dotknęła większą część zachodniej i środkowej Europy, a w wielu krajach pobite zostały rekordy czerwcowe i historyczne pod względem maksymalnej dziennej temperatury” – przypomina Copernicus.
Na całym kontynencie średnia temperatura była drugą najwyższą w historii pomiarów i wyniosła 19,14°C (o 1,78°C więcej niż średnia miesięczna z lat 1991–2020). Cieplej było tylko w czerwcu 2019.
Copernicus wskazuje, że w związku z upałami i suszą, przepływy rzek były niższe od średnich w całej Europie. „Z kolei Islandia, Irlandia, znaczna część Wielkiej Brytanii, wybrzeże Morza Północnego, Fennoskandia, kraje bałtyckie, Grecja i duży region na północ od Morza Kaspijskiego charakteryzowały się wilgotnością wyższą niż przeciętnie. W niektórych obszarach intensywne opady deszczu doprowadziły do lokalnych powodzi i związanych z nimi skutków” – czytamy w komunikacie.
Przeczytaj także:
Trzy źródła z Moskwy postanowiły przekazać Reutersowi, że Putin nie odstąpi od zajęcia zachodniej części ukraińskiego Donbasu, a ukraińskie ataki na Rosję jeszcze bardziej go w tym planie utwierdziły. Grozi eskalacja w Europie. Jednocześnie szef MSZ Rosji ogłosił, że czas na rozmowy z Zachodem się skończył.
Putin odrzuca propozycje rozmów pokojowych z Ukrainą i prawdopodobnie zaostrzy konflikt – pisze Reuters. Dwa ze źródeł agencji, proszące o zachowanie anonimowości, stwierdziły, że Putin prawdopodobnie zaostrzy konflikt. Jedno z tych źródeł, „regularnie spotykające się z prezydentem”, opisało „wysokie prawdopodobieństwo” eskalacji w nadchodzących miesiącach.
Nie wiadomo jednak, na czym miałaby ona polegać.
Kolejne źródło przekazało, że Putin „zajął bezkompromisowe stanowisko” w sprawie odzyskania pozostałej części obwodu donieckiego – i że niedawno skrytykował grupę doradców, którzy zaproponowali kompromis oparty na zawieszeniu broni na linii frontu.
Kolejne źródło Reutersa zauważyło, że Putin jest „pewien”, że wojska rosyjskie wkrótce zdobędą cały Donbas.
Rzecznik prezydenta Rosji Dmitrij Pieskow, którego Reuters poprosił o komentarz, powiedział: „Rosja jest gotowa na pokojowe rozwiązanie, ale ma wystarczający potencjał, aby działać niezależnie i kontynuować specjalną operację wojskową”.
Natomiast minister spraw zagranicznych Rosji Ławrow ogłosił 9 lipca: „Nie będziemy już wierzyć, że Zachód chce rozwiązań negocjowanych. Te pokłady dobrej woli i nadziei zostały całkowicie wyczerpane”.
Putin nie jest w stanie cofnąć się na wojnie o krok, bo to oznaczałoby dla niego całkowitą polityczną katastrofę. Stara się więc przekonać Zachód o swojej determinacji.
Od końca czerwca regularnie i bestialsko ostrzeliwuje Kijów, ale to nie zmienia sytuacji. Do tego Zachód nie uwierzył w jego zapewnienia o sukcesach na froncie, w tym opowieść o zdobyciu Konstantyniwki.
Putin powraca więc do gróźb wobec Europy.
Nie są bowiem one nowością. Kreml powtarza, że „operację” w Ukrainie zakończy zgodnie „z planem”, jeśli nie dzięki negocjacjom, to siłą. Pomysł negocjacji z Ukrainą odrzucił przed miesiącem, a potem jeszcze wykpił ukraińską propozycję, by obie strony powstrzymały się od ataków na głębokie zaplecze.
Rosyjski MON opublikował już w kwietniu mapę miejsc w Europie, gdzie rzekomo składane są drony dla Ukrainy (Kreml powtarza, że atakujące Rosję drony nie są ukraińskie, bo Ukraina nie byłaby w stanie takich dronów sama wyprodukować).
Przeczytaj także:
3 lipca Putin ponownie polecił robić analizy, który kraj najbardziej pomaga Ukrainie.
Przeczytaj także:
Proszony o komentarz wysoki urzędnik z biura Prezydenta Ukrainy zauważył, że raporty wywiadowcze Kijowa z ostatnich miesięcy wskazują, że Putin rzeczywiście przygotowuje się do dalszych kroków w wojnie, w tym do nowych operacji na Ukrainie lub możliwego ataku na inny kraj europejski. Nie ma tu nic nowego.
O takiej możliwości mówią też wywiady krajów NATO.
Przeczytaj także:
Putin cały czas zakładał, że sojusznicy Ukrainy w końcu się wystraszą i wycofają. To się jednak nie dzieje, a cały plan Putina się wali. Trump zdaje się obecnie odstępować od prorosyjskiego stanowiska, a ustalenia szczytu NATO w Ankarze i dewastujące Rosję ukraińskie ataki stawiają całą ekipę Putina w bardzo trudnej sytuacji. Walą się też plany tych współpracowników Putina, którzy przekonywali go, że Amerykę da się ograć, proponując ekipie Trumpa lukratywne kontrakty w Rosji. Im też może zależeć na straszeniu świata: albo biznes, albo wojna,
Przeciek dla Reutersa nastąpił po rozmowach Trumpa z Putinem i Wołodymyrem Zełenskim. Putinowi najwyraźniej nie udało się przekonać prezydenta USA, że wygrywa i nie jest prawdą, że Ukraina zatrzymała jego natarcie. Po tym Trump spotkał się z Zełenskim na szczycie NATO i omawiali „pomysły na zbliżenie pokoju”, w tym wsparcie dla Ukrainy. Natomiast planowana jako kolejna rozmowa Trumpa z Putinem już nie nastąpiła.
Gdy Kreml przekazywał Reutersowi przecieki o „determinacji Putina”, jego rzecznik Pieskow opowiadał 9 lipca, że Putin jest cały czas otwarty na rozmowy z Trumpem.
Reuters rozmawia też z ekspertami. „Rosjanie raczej nie będą dążyć do wojny z NATO. Mogliby jednak próbować wywołać napięcia za pomocą odosobnionych ataków i wykorzystać to do podziału NATO w kwestii sposobu reakcji” – powiedział agencji Jack Watling z londyńskiego think tanku Royal United Services Institute. – „Zaostrzenie napięć z NATO mogłoby dać Putinowi polityczne uzasadnienie w Rosji dla poboru do wojska”.
Jak zauważył w rozmowie z OKO.press Marek Menkiszak z Ośrodka Studiów Wschodnich, groźby Rosji są tym bardziej realne, im bardziej Zachód jest skłonny się ich bać i nie chce stawić im czoła. „Póki co to jest straszenie, wojna psychologiczna. Ale jeśli będzie nieskuteczna, a Kreml postrzegać będzie Zachód jako osłabiony, podzielony i niegotowy do czynnego oporu, to może zaryzykować spełnienie części gróźb” – mówił 24 czerwca.
W październiku 2025 roku bojownicy Rapid Support Forces dokonali masakry na ludności cywilnej miasta al-Faszir. Zginęło przynajmniej 6 tys. osób, najpewniej znacznie więcej.
W środę 8 lipca Misja Badawcza ONZ w Sudanie opublikowała najnowszy raport na temat wydarzeń w Sudanie. Według ekspertów organizacji wydarzenia z zachodnio-sudańskiego miasta al-Faszir z października 2025 roku noszą wszelkie cechy ludobójstwa.
„Schematy działania, które udokumentowaliśmy w Al-Faszir – w tym okrążenie miasta, ataki na infrastrukturę cywilną, ograniczanie dostępu do pomocy humanitarnej oraz powszechne nadużycia wobec ludności cywilnej – stanowią surowe ostrzeżenie. Społeczność międzynarodowa musi wyciągnąć wnioski z tych lekcji i podjąć działania, by zapobiec dalszej katastrofie” – mówi cytowany w materiałach Misji jej szef, Mohamed Chande Othman.
Raport jest uzupełnieniem wcześniejszego dokumentu z lutego. Potwierdza wszystkie jego ustalenia. Według Misji ONZ bojownicy Rapid Support Forces przez miesiące prowadzili wyniszczające oblężenie wobec dziesiątek tysięcy osób w al-Faszir. Głodzili miasto, a w październiku przeprowadzili atak, podczas którego dopuścili się licznych masakr na cywilach. Dochodziło do masowych egzekucji, przemocy seksualnej, morderstw wobec uciekającej ludności.
W konkluzji raportu czytamy:
„Misja ustala, że powszechny i systematyczny schemat działań RSF – w szczególności zabójstwa na masową skalę dokonywane przy użyciu różnych środków i metod, masowe gwałty, gwałty zbiorowe oraz inne formy tortur i okrutnego traktowania, a także celowe doprowadzanie do głodu, w tym niszczenie środków przetrwania oraz odmowa pomocy medycznej i humanitarnej w warunkach przedłużającego się oblężenia – był realizowany zgodnie z planem lub polityką, z pełną świadomością i premedytacją”.
Intencja w działaniu jest kluczową kwestią do rozstrzygnięcia przy ustalaniu, czy dochodzi do zbrodni ludobójstwa. Raport stwierdza, że w wypadku al-Faszir doszło do trzech z pięciu możliwych działań ludobójczych (by stwierdzić, że doszło do ludobójstwa, wystarczy ustalenie, że intencjonalnie przeprowadzono przynajmniej jedno z nich):
Obecna wojna domowa wybuchła w Sudanie w 2023 roku. Po obaleniu dyktatora Omara al-Baszira doszło następnie do walki o przywództwo w obrębie nowej elity. Rząd w Chartumie od ponad trzech lat walczy z RSF, a skutkiem jest największy na świecie kryzys humanitarny. RSF kontroluje dużą część zachodniej części kraju.
Al-Faszir jest stolicą Północnego Darfuru. Na początku 2025 roku w mieście mieszkało około 250 tys. osób. Październikowa masakra pochłonęła tysiące ofiar. W lutym badacze Wysoki ego komisarza Narodów Zjednoczonych do spraw praw człowieka udokumentowali sześć tysięcy ofiar. Ostateczna liczba może być jednak kilka razy większa.
Najnowszy raport ONZ zwraca uwagę, że analogiczna sytuacja do tej z al-Faszir sprzed października 2025 roku dzieje się dziś w stolicy Północnego Kordofanu al-Obejd. To większe miasto niż al-Faszir, mieszka w nim około pół miliona osób. Al-Obejd znajduje się na styku terenów kontrolowanych przez RSF i armię i jest obecnie pod kontrolą armii. Jednak jego strategiczne położenie na trasie do stolicy kraju sprawia, że miasto jest pod ciągłą presją. RSF niemal codziennie przeprowadza ataki dronowe na miasto, których armia nie potrafi odeprzeć. Warunki w mieście przypominają oblężenie.
Przed masakrą w al-Faszir organizacje humanitarne przez miesiące ostrzegały, że może dojść do ludobójczej przemocy. Społeczność międzynarodowa nie była jednak w stanie wywrzeć presji na RSF i wspierających organizację aktorach międzynarodowych (przede wszystkim Zjednoczonych Emiratach Arabskich), by powstrzymać rozlew krwi. Niestety obecnie sytuacja wokół al-Obejd wygląda podobnie.
Przeczytaj także:
Wznowione ataki USA nie zatrzymały pogrzebu Alego Chameneiego. Tłumy żegnają przywódcę w jego rodzinnym Meszhedzie
W Meszhedzie w Iranie trwa ostatnia część uroczystości pogrzebowych poprzedniego irańskiego przywódcy Alego Chameneiego. Pochód pogrzebowy rozpoczął się z opóźnieniem. Ale, według irańskich władz, nie z powodu amerykańskich ataków, a z powodu ogromnych tłumów, jakie dzień wcześniej opóźniły przebieg uroczystości w irackich miastach Karbala i Nadżaf.
Irańczycy przekazali też, że Amerykanie zaatakowali mosty kolejowe w północnej części kraju. A te opóźniły ruch kolejowy pomiędzy Teheranem a Meszhedem. Ostatecznie jednak uda się pochować Alego Chameneiego zgodnie z pierwotnym planem.
O początku niewidzianej od kwietnia eskalacji między USA a Iranem 8 lipca pisała w OKO.press Miłada Jędrysik. Po wczorajszych atakach Iranu na kraje Zatoki Perskiej, Amerykanie w nocy przeprowadzili ataki na cele w Iranie. W ciągu dnia było spokojniej, ale Bahrajn i Jordania uruchamiały alarmy przeciwrakietowe.
Ruch w cieśninie Ormuz ponownie niemal się zatrzymał. Amerykańska armia przekazała, że w ciągu dwóch dni uderzyła w 170 celów w Iranie na południu kraju i w cieśninie Ormuz. To znaczy, że Amerykanie nie przyznają się do ataku na linie kolejowe na północy kraju. To najwyższa intensywność amerykańskich ataków na Iran od zawieszenia broni w kwietniu, ale mniejsza niż w ciągu 38 dni wojny.
Napięcie między stronami konfliktu jest bardzo wysokie, pomimo podpisania 17 czerwca wstępnego porozumienia między krajami, które kończyło wojnę. Mamy do czynienia z paradoksalną sytuacją. Obie strony podpisały bowiem dokument, w którym zgodziły się na powstrzymanie działań wojennych. Mimo tego je prowadzą, ale jednocześnie nie twierdzą, że wróciły do wojny. Donald Trump wczoraj na szczycie NATO w Ankarze mówił, że rządzący Iranem to „kłamcy, oszuści i chorzy ludzie". I przekonywał, że nie chce mieć z nimi nic wspólnego.
Od podpisania wstępnego porozumienia minęły już trzy tygodnie. Według umowy strony mają 60 dni na wynegocjowanie pełnej umowy, która miałaby m.in. obejmować ustalenia na temat irańskiego programu atomowego. Na dziś z dużą dozą pewności można powiedzieć, że się to nie uda. Strony mogą ten termin przedłużyć. Wówczas jednak najprawdopodobniej napięcia dalej będą na bardzo wysokim poziomie, a jednym z narzędzi negocjacyjnych pozostaną drony i rakiety.
Przeczytaj także:
Na stanowisko NATO w sprawie Rosji i jej agresji na Ukrainę Kreml zareagował z kilkunastogodzinnym opóźnieniem. Początkowo propaganda sytuację bagatelizowała i szydziła z Ukrainy. Nowe wytyczne przyszły 9 lipca rankiem. Brzmią one: „NATO to wróg”, a Trump „się myli”.
Przywódcy NATO w deklaracji przyjętej 8 lipca na szczycie w Ankarze stwierdzili, że Rosja „stanowi długoterminowe zagrożenie” dla wspólnoty euroatlantyckiej.
Deklaracja stała w sprzeczności z tym, co zapowiadała poddanym Putina propaganda Kremla. Dlatego zajęło jej trochę czasu, by się do tego odnieść. Ostatecznie głos zabrał rzecznik samego Putina Pieskow.
„Sam akt ogłoszenia kogoś przeciwnikiem jest w istocie aktem agresji” – ogłosił 9 lipca rzecznik Pieskow. – „To zobowiązuje nas do bycia silnymi, pewnymi siebie i kontynuowania naszej konsekwentnej polityki”.
Pieskow dodawał uspokajająco, że w sumie nie ma w tym nic dziwnego, gdyż „Sojusz Północnoatlantycki jest instrumentem stworzonym do konfrontacji. Głównym przeciwnikiem Sojuszu zawsze był najpierw Związek Radziecki, a następnie jego następca, Federacja Rosyjska. I tak pozostaje”.
Na wiadomość o planach USA przekazaniu Ukrainie licencji na produkcję rakiet do systemu Patriot propaganda Kremla zareagowała najpierw rechotem („nie dali rakiet, kazali samemu sobie produkować” – opowiadały telewizyjne „Wiesti” 8 lipca). Następnego dnia było już jednak nie do śmiechu:
„Wszystkie nasze odpowiednie agencje i wódz naczelny [Putin] wiedzą dokładnie, co robić. I proszę mi wierzyć, robimy wszystko, co konieczne, aby chronić nasze interesy” – komentował Pieskow 9 lipca.
„Moim zdaniem [decyzja USA] jest elementem negocjacji, nacisku na Moskwę i jej pozycję w procesie negocjacyjnym. Tak jak w przypadku pocisków manewrujących Tomahawk dla Ukrainy, co na szczęście nigdy nie wyszło poza retorykę” – uspokajał, rozwijając nową linię propagandową senator Konstantin Basiuk (że to nowa linia, świadczy to, że senatora natychmiast zacytowała TASS).
Te pocieszenia bardzo kontrastują jednak z analizami z dnia poprzedniego, że NATO się rozpada, Ukraina nic nie znaczy i coraz więcej krajów nie chce jej pomagać.
Kreml musiał przyznać, że USA zmieniają front. Tymczasem od wielu dni przedstawiciele Kremla powtarzali, że Trump jest „zbyt silnym przywódcą”, by „mógł zmienić zdanie” w sprawie Ukrainy pod wpływem argumentów sojuszników z Europy.
Niestety musiało jednak do tego dojść, że zdanie zmienił. Bowiem „doszło do eskalacji”,
jak wyraził się Pieskow.
Moskwa zauważyła teraz „pewne błędne przekonania w administracji Białego Domu, że presja militarna może ułatwić pokojowe rozwiązanie”. Tymczasem – grozi Moskwa – „dalsza eskalacja prawdopodobnie w pewnym stopniu wydłuży specjalną operację wojskową. Doprowadzi do tego, że będziemy musieli stworzyć większą strefę bezpieczeństwa, większą strefę buforową” – pogroził Pieskow.
To nie jest nowa groźba i staje się coraz bardziej anachroniczna – widać tu bezradność Kremla „Strefa buforowa” miałaby chronić Rosję przed ukraińskimi ostrzałami, ale Ukraina trafia teraz już za Ural, więc czym w zasadzie grozi teraz Moskwa?
Trump zaskoczył też Kreml pomysłem, by zamknąć nad Ukrainą niebo, by uniemożliwiając rosyjskie ataki.
„To nowe oświadczenie; wcześniej nie było podobnych. Trzeba to przemyśleć, dowiedzieć się, jak dalece ta kwestia została już omówiona, z kim to zrobiono, i tak dalej” – komentował Pieskow. „W każdym razie problemem byłoby tu to, że [w celu zamknięcia nieba] siły zbrojne krajów NATO operowałyby na terytorium Ukrainy – właśnie przeciwko temu prowadzona jest specjalna operacja wojskowa” – dodał, nie ukrywając zdumienia.
Moskwa nadal liczy jednak na „konstruktywny dialog” Putina z Trumpem, chociaż „w stanowisku Stanów Zjednoczonych widoczna jest pewna dwoistość”. Bowiem „z jednej strony USA nadal dostarczają broń Ukrainie”. Ale „w przeciwieństwie do Europejczyków, nadal pragną ułatwiać proces pokojowy. Czasami mogą się mylić, czasami popełniają błędy, ale to pragnienie wydaje nam się szczere” – mówił Pieskow
„Prezydent Putin jest otwarty na dialog” – podkreślił Pieskow. Trzeźwo jednak ocenił, że z powodu wojny w Iranie Trump nie ma na to głowy.
Niestety, zapowiedziana i hucznie odtrąbiona w rosyjskich mediach rozmowa Putina z Trumpem — jako przeciwwaga do osobistego spotkania Trump — Zełenski w Ankarze 8 lipca, nie odbyła się. Pieskow musiał się dziś tłumaczyć, że być może „pan Trump nie miał czasu”.
Przed szczytem NATO w Ankarze Moskwa robiła wszystko, by utrzymać prezydenta Trumpa po swojej stronie w sprawie Ukrainy. Putin w rozmowie telefonicznej przekonywał, że doniesienia, jakoby Rosja miała kłopoty na froncie, są nieprawdziwe. To Putin wygrywa i zdobędzie w Ukrainie wszystko, co chce.
Problem w tym, że o ile Trump mógł w to wierzyć latem i jesienią zeszłego roku, to teraz sytuacja się zmienia. Ukraina zablokowała front i atakuje samą Rosję. Dysponuje technologią dronową, jakiej nie ma nikt – więc kolejne kraje podpisują z nią umowy handlowe. Precyzyjnymi atakami wywołała w Rosji gigantyczny kryzys paliwowy.
Przeczytaj także:
W maju Amerykanie przestali mediować między Rosją a Ukrainą, co do tej pory polegało raczej na wmawianiu Ukrainie, że jedynymi warunkami do przyjęcia są warunki Rosji. W czerwcu i lipcu Putin dwukrotnie prosił Trumpa przez telefon o przysłanie mu na dalsze rozmowy zięcia Kushnera i partnera biznesowego Witkoffa. Ci jednak zajęci są konfliktem w Iranie i do Moskwy nie chcą jechać, o ile Putin nie przedstawi nowych propozycji. Putin nie może jednak ustąpić o włos, bo byłoby to jego całkowitą klęską.
W czasie tych przepychanek propaganda Kremla przekonywała, że NATO jest słabe i podzielone, Donald Trump pomiata Europą, a kolejne kraje europejskie wycofują się z pomocy Ukrainie. Prezydent Polski Nawrocki wywołał w Ankarze skandal i poniżył Zełenskiego, odmawiając spotkania z nim (do spotkania doszło, ale o tym propagadna Kremla jeszcze nie powiedziała i pewnie nie powie). Dlatego teraz wyjaśnienie ustaleń szczytu NATO jest bardzo trudne.
Pierwszą reakcją Kremla na ustalenia w Ankarze był komentarz wysłanego tam „dziennikarza”, że „nie wiadomo, skąd wezmą na to wszystko pieniądze”.
Czym jest to „to”, propaganda Kremla nie powiedziała. Czytelnicy OKO.press mogą to przeczytać w korespondencjach z Ankary Pauliny Pacuły.
Przeczytaj także: