Kreml jest zniecierpliwiony brakiem wojskowego i politycznego sukcesu na Ukrainie. Mimo nacisków na zamrożenie konfliktu szykuje grunt pod potencjalną jego eskalację – zarówno w Ukrainie, jak i w Europie. Z jednej strony próbuje wystraszyć Zachód, z drugiej – opowieścią o większej wojnie tonować pogarszające się nastroje w Rosji.
Przez cztery dni po ataku ukraińskich sił na Moskwę 18 czerwca Putin milczał. W tym czasie Ukraina trafiła kilka kolejnych ważnych obiektów w Rosji, w tym rafinerię w Tiumeniu (to już za Uralem) i zakłady produkujące elektronikę do pocisków w Woroneżu. Sewastopol praktycznie pozbawiony został prądu, na Krymie nie ma paliwa.
W ciągu tych czterech dni propaganda Kremla stworzyła do tego objaśnienie: 1. ukraińskie ataki dronowe mają tylko odwrócić uwagę od rosyjskich sukcesów na froncie, 2. drony te są produkowane na Zachodzie (bo Ukraina nie ma takich możliwości technologicznych), 3. Rosja jest atakowana przez Zachód, który jednak nie ma odwagi uderzyć wprost (bo boi się odwetu), oraz 4. ataki dronowe nie zmienią sytuacji na froncie. Wszystko to powtarza teraz telewizja i wszystkie inne media.
Putin do publiczności wyszedł dopiero 23 czerwca. I zamiast nadać kremlowskiej narracji nowy ton, powtórzył wszystko słowo w słowo. Jakby wiedzę o wojnie czerpał z telewizji. Czy to nowa taktyka, czy też Putin nie wie, co się naprawdę dzieje – z rafineriami, instalacjami gazowymi i zaopatrzeniem frontu i Krymu w paliwa? Spytaliśmy o to Marka Menkiszaka z Ośrodka Studiów Wschodnich.
Marek Menkiszak, kierownik Zespołu Rosyjskiego OSW: Narracje propagandowe, które widać w rosyjskiej propagandzie, są zawsze tworzone na Kremlu. Więc na pewno nie można powiedzieć, że Kreml idzie za propagandą. To propaganda działa na wytycznych Kremla.
Ale rzeczywiście znajdujemy się w nowej sytuacji. Propaganda szuka sposobu, jak przedstawić gorsze wiadomości w sposób korzystny dla władzy.
Do tej pory Kreml starał się wyciszać negatywne informacje i udawać, że nic szczególnego się nie dzieje. Prowadził propagandę sukcesu, że Rosja zwycięża na froncie i że ostateczne zwycięstwo jest bliskie. Teraz jednak skala problemów wywołanych technologiczną zmianą na wojnie jest na tyle duża, że nie da się ich przykryć. Widzimy więc zmianę propagandowej taktyki.
Kreml zaczyna przyznawać, że ataki ukraińskie są coraz bardziej skuteczne i że prowadzą do różnych złych konsekwencji. Wyjaśnia to jednak wzrostem agresji z Zachodu – Ukraina ma być tylko narzędziem ważnych państw europejskich, Wielkiej Brytanii, Francji czy Niemiec. Kreml opowiada teraz, że to te państwa są zainteresowane, żeby podgrzewać konflikt w Ukrainie. Komunikat tu jest prosty: USA powinny zareagować. Trump powinien przejrzeć na oczy i zrozumieć, że to nie Rosja, ale Europa jest właśnie podżegaczem wojennym. I powinien położyć temu kres.
Kreml jest ewidentnie zniecierpliwiony i rozczarowany Trumpem, ale próbuje na niego naciskać. Widać to chociażby w wypowiedziach ministra spraw zagranicznych Ławrowa.
Agnieszka Jędrzejczyk,OKO.press: I doradcy Putina Uszakowa.
Tak, Rosja mówi teraz, że Amerykanie, zamiast realizować to, co rzekomo się uzgodnili z Rosją na Alasce w 2025 r., idą w drugą stronę. Pozwalają na presję ukraińską i na uderzenia na Rosję. Dlatego Putin zwiększa groźby. Znowu zaczął mówić, że rakiety działają na podstawie danych wprowadzonych przez zachodnich specjalistów wojskowych. A to już czynne zaangażowanie się w konflikt. Więc Rosja może uznać, grozi Putin, że jest w stanie wojny z państwami NATO.
Putin celowo nie precyzuje, co miałoby to oznaczać. Chodzi o to, żeby wzbudzić zaniepokojenie i żeby wszyscy na Zachodzie zaczęli dyskutować o tym, co strasznego może Rosja zrobić w odwecie.
Na tym etapie to jest wojna psychologiczna.
Tyle że Putin i jego podwładni straszyli konsekwencjami przekroczenia „czerwonych linii” tyle razy, że Zachód już przestał się tego wilka bać.
Ale Rosjanie ciągle mają nadzieję, że jakieś obawy jednak wzbudzą. Zwłaszcza w Amerykanach, którzy ciągle deklarują, że ich celem jest szybkie zakończenie konfliktu.
Kreml nadal liczy, że Waszyngton podejmie interwencję i powstrzyma sojuszników przed pomaganiem Ukrainie. Sygnalizuje też Brytyjczykom i Francuzom, że przekazując technologie i sprzęt Ukrainie, coraz więcej ryzykują. Bo Rosja może podjąć działania wobec nich – i to w ich roku wyborczym.
Ta putinowska narracja o odwecie nie jest niczym nowym. Ale dlaczego Putin nie nadaje tonu, nie mówi, co teraz będzie – tak jak na początku wojny? Teraz wyraźnie chowa się za plecami innych. Opowiada np., że ataki dronowe na Rosję „na pewno nie zmienią sytuacji na froncie”. A jego telewizja (dziennik "Wiesti”, 23 czerwca) już opowiada, że dowiezienie paliwa dla wojska na froncie już jest nie lada wyczynem.
Putin mówi też o „zabitych dzieciach” i „atakowanych obiektach cywilnych”, bo taka narracja obowiązuje od miesiąca w propagandzie. Dopiero ministrowie mówią mu – przed kamerami – że zrobią wszystko, by „benzyna w Rosji była”. Tylko nie wiadomo, dlaczego miałoby jej nie być. W przekazie nie ma słowa o pożarach rafinerii po ukraińskich trafieniach.
To kolejne potwierdzenie kłopotów Rosji. Bo kiedy są problemy, Putin nie wyrywa się z komentarzem. Nie lubi być kojarzony z sytuacjami, które są dla Rosji problematyczne. Dlatego często reaguje z dużym opóźnieniem albo zrzuca odpowiedzialność na innych.
Równocześnie propaganda próbuje jednak wprowadzić do swojej opowieści temat pogarszającej się sytuacji. Sam Putin tego nie powie, ale oni muszą jakoś zacząć przyznawać się do problemów – to, co widzimy, jest wyraźną zmianą taktyczną.
Na taki przypadek propaganda Kremla trzyma zresztą w odwodzie krytyków w telewizji i w różnych kanałach internetowych – oni opowiadają o tym, że jest coraz gorzej. Tworzą w ten sposób pozory pluralizmu medialnego. Jednocześnie reagują na pogarszające się nastroje społeczne i w ten sposób trochę rozładowują napięcie.
Taką „oddolną narracją” Kreml oswaja odbiorców z sytuacją? A sam Putin w tej fazie zwrotu propagandowego pozostaje z tyłu i powtarza tylko to, co się już w przekazie utrwaliło?
Tak, wydaje się, że Kreml świadomie na naszych oczach zaczyna tworzyć przekaz, że wróg jest coraz bardziej agresywny i trzeba coś z tym zrobić. Rosja będzie musiała odpowiedzieć.
Mimo pokojowego nastawienia Putina – bo to w kółko podkreślają. A także to, że Rosja nigdy nikogo nie napadła, ale „sprowokowana” zawsze „musiała się bronić”. Ten wątek Putin bardzo rozwinął w wypowiedzi dla młodych wojskowych 23 czerwca.
Kreml ma dylemat. Rosną koszty wojny i efektywność ukraińskich ataków. Pogarszają się na tym tle nastroje społeczne i podziały w elicie. Próby wojskowej ofensywy, ale także presja na skłonienie Waszyngtonu do presji na Kijów w kwestii korzystnego dla Moskwy rozstrzygnięcia politycznego pozostają nieskuteczne.
W tej sytuacji część elity rządzącej opowiada się za czasowym zamrożeniem konfliktu i zebraniem sił przed kolejną jego fazą. Ale sam Putin i wpływowe frakcje siłowe widzą większe perspektywy w zastraszaniu Zachodu, zwłaszcza Europy. Tworzy się więc na naszych oczach psychologiczny grunt dla potencjalnej eskalacji po stronie rosyjskiej. Zarówno eskalacji wertykalnej, czyli zwiększenia agresywności ataków na Ukrainę i zwiększenia sił rosyjskich poprzez mobilizację, jak i eskalacji horyzontalnej, czyli potencjalnie poszerzenia agresywnych działań rosyjskich również poza Ukrainę, czyli na państwa członkowskie NATO.
Oczywiście wschodnia flanka, zwłaszcza północno-wschodnia jej część, jest tym najbardziej narażonym miejscem. Eskalacja może przybrać zwłaszcza postać zwiększenia tzw. działań hybrydowych, ale również poważniejszych prowokacji, np. ataków powietrznych – początkowo przedstawianych jako niezamierzone – na ważne obiekty w państwach północno-wschodniej flanki NATO.
Póki co to jest straszenie, wojna psychologiczna. Ale jeśli będzie nieskuteczna, a Kreml postrzegać będzie Zachód jako osłabiony, podzielony i niegotowy do czynnego oporu, to może zaryzykować spełnienie części gróźb.
Dlatego w naszym interesie jest, aby nie tworzyć wrażenia, że jesteśmy tacy, jakimi Moskwa chciałaby nas widzieć.
Z wykształcenia historyczka. Od 1989 do 2011 r. reporterka sejmowa, a potem redaktorka w „Gazecie Wyborczej”, do grudnia 2015 r. - w administracji rządowej (w zespołach, które przygotowały nową ustawę o zbiórkach publicznych i zmieniły – na krótko – zasady konsultacji publicznych). Do lipca 2021 r. w Biurze Rzecznika Praw Obywatelskich. Laureatka Pióra Nadziei 2022, nagrody Amnesty International, i Lodołamacza 2024 (za teksty o prawach osób z niepełnosprawnościami)
Z wykształcenia historyczka. Od 1989 do 2011 r. reporterka sejmowa, a potem redaktorka w „Gazecie Wyborczej”, do grudnia 2015 r. - w administracji rządowej (w zespołach, które przygotowały nową ustawę o zbiórkach publicznych i zmieniły – na krótko – zasady konsultacji publicznych). Do lipca 2021 r. w Biurze Rzecznika Praw Obywatelskich. Laureatka Pióra Nadziei 2022, nagrody Amnesty International, i Lodołamacza 2024 (za teksty o prawach osób z niepełnosprawnościami)
Komentarze