Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
Aresztowano jednego z pracowników Polskiej Grupy Zbrojeniowej. Zarzut: szpiegostwo na rzecz innego państwa. To obywatel Polski, pracujący prawdopodobnie w jednym z najważniejszych zakładów PGZ – w skarżyskim Mesko, gdzie produkowane są m.in. przenośne przeciwlotnicze zestawy rakietowe Piorun. Podejrzanemu może grozić nawet dożywocie
Pracownik jednego z zakładów Polskiej Grupy Zbrojeniowej został zatrzymany pod zarzutem szpiegostwa na rzecz innego państwa. Do zatrzymania doszło już w środę (27 maja), jednak dopiero w piątek poinformował o tym w serwisie X minister obrony narodowej Władysław Kosiniak-Kamysz.
Polska Grupa Zbrojeniowa to największy polski koncern obronny należący do Skarbu Państwa, a jedna z największych grup zbrojeniowych w Europie.
„W dniu 27 maja w wyniku postanowienia prokuratora okręgowego w Poznaniu wydział do spraw wojskowych, został zatrzymany obywatel RP, pracownik jednego z zakładów Grupy PGZ, pod zarzutem szpiegostwa na rzecz obcego państwa – art. 130 paragraf 2. Materiał dowodowy zgromadziła Służba Kontrwywiady Wojskowego przy wsparciu Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego” – napisał szef MON.
Zatrzymanym jest polski obywatel. Jak ustaliła „Rzeczpospolita”, pracował on prawdopodobnie w skarżyskim Mesko. Jest to jeden z najważniejszych zakładów należących do Polskiej Grupy Zbrojeniowej. Produkowane są tam m.in. przenośne przeciwlotnicze zestawy rakietowe Piorun oraz amunicja, zarówno małokalibrową, jak i wielkokalibrową.
Sąd Okręgowy w Poznaniu postanowił o aresztowaniu podejrzanego na trzy miesiące.
Art. 130 paragraf 2. Kodeksu karnego, o którym pisze minister, mówi:
„Kto, biorąc udział w działalności obcego wywiadu albo działając na jego rzecz, udziela temu wywiadowi wiadomości, której przekazanie może wyrządzić szkodę Rzeczypospolitej Polskiej, podlega karze pozbawienia wolności na czas nie krótszy od lat 8 albo karze dożywotniego pozbawienia wolności.”
„Kolejny podejrzany o szpiegostwo w areszcie. Dobra robota SKW, ABW i prokuratury!” – napisał, również na X, Tomasz Siemoniak, koordynator służb specjalnych.
Odniósł się tym samym do zatrzymania trzech Polaków pod zarzutem szpiegostwa, do którego doszło kilka dni temu – 20 maja. Trzej mężczyźni podejrzani są o szpiegowanie na rzecz Rosji, gromadzenie danych wywiadowcze o rozmieszczeniu wojsk NATO w Polsce, a także zbieranie pieniędzy na sprzęt dla rosyjskiej armii oraz udostępnianie materiałów propagandowych i dezinformacyjnych.
„Podejrzani należeli do nieformalnej prorosyjskiej organizacji paramilitarnej” – podkreślił Przemysław Nowak, rzecznik prasowy Prokuratury Krajowej. I dodał, że niektóre działania szpiegowskie i dezinformacyjne prowadzili już od 2019 roku.
Śledczy ujawnili, że mężczyźni zamierzali też realizować akcje sabotażowe i dywersyjne na terenie naszego kraju. Żeby się do tego przygotować, przechodzili szkolenia strzeleckie i z taktyki pola walki.
Jak ustaliło OKO.press, trzej Polacy zatrzymani za szpiegostwo na rzecz Rosji należeli do nacjonalistycznej organizacji Zadrużny Krąg. Z rosyjskimi neonazistami współpracowali od lat i nie ukrywali tego. Anna Mierzyńska pisała kilka dni temu, że przynajmniej jednego z zatrzymanych promował na swoich kanałach Krzysztof Tołwiński, były poseł PiS i wiceminister skarbu w rządzie Jarosława Kaczyńskiego.
Z kolei w lutym zatrzymano jednego z pracowników Departamentu Strategii i Planowania Obronnego Ministerstwa Obrony Narodowej, który miał współpracować z Białorusią.
Przeczytaj także:
WHO apeluje w Kongo o zawieszeni broni. Rejon ogniska epidemii Eboli to obszar bogaty w minerały, o które walczą grupy zbrojne. Na szczep Bundibugyo wirusa nie ma ani leków ani szczepionek, jednak WHO zaleciło przeprowadzenie badań klinicznych w tym zakresie. Szef agencji zdrowia Unii Afrykańskiej zadeklarował, że szczepionka może być gotowa do końca roku
Szef WHO Tedros Adhanom Ghebreyesus przyleciał w czwartek do Demokratycznej Republiki Konga, żeby wesprzeć ten kraj w walce z rozprzestrzenianiem się wirusa Eboli.
Stwierdził, że epidemię Eboli „da się powstrzymać”, wezwał do zawieszenia broni i dodał, że WHO nie popiera zakazów podróży, ponieważ „nie przynoszą one większych korzyści”.
Rzecz w tym, że ognisko epidemii koncentruje się w regionie Konga bogatym w minerały, o który walczą grupy zbrojne. Walki z te z kolei powodują masowe migracje ludności. Według agencji ONZ ds. uchodźców od stycznia 2025 roku ponad 245 000 osób uciekło ze wschodniej Demokratycznej Republiki Konga do sąsiednich krajów.
„Konflikt i przesiedlenia utrudniają wszystko. Zwracam się bezpośrednio do wszystkich stron konfliktu w tym regionie: proszę o ogłoszenie zawieszenia broni. Żadna sprawa, żaden konflikt, żaden żal nie jest wart skazania niewinnych ludzi na śmierć z powodu choroby, której można zapobiec” – powiedział Tedros Adhanom Ghebreyesus.
Sąsiadująca z Kongo Uganda, gdzie odnotowano jeden przypadek śmiertelny z powodu wirusa Ebola i sześć zachorowań, ogłosiła natychmiastowe zamknięcie granicy z Demokratyczną Republiką Konga.
Tymczasem WHO ostrzega, że zamknięcie granic może spowodować wzrost liczby nieformalnych przejść granicznych oraz utrudnić monitorowanie i powstrzymanie choroby.
Jednocześnie Sąd Najwyższy Kenii tymczasowo zawiesił plany utworzenia w Kenii ośrodka kwarantanny i leczenia dla dotkniętych chorobą obywateli USA. Stany Zjednoczone zapowiedziały, że odmówią wjazdu na swoje terytorium wszystkim osobom zakażonym – pisze The Guardian.
W czwartek z kolei alarm podniesiono w Austrii, gdzie u osoby, która kilka dni temu wróciła z Ugandy, pojawiły się objawy mogące wskazywać na zakażenie wirusem Ebola. Wstępne testy zakażenia Ebolą nie potwierdziły, a pacjent czuje się dobrze, ale pozostaje w izolacji pod opieką lekarską, czekając na powtórzenie testów.
Kilka dni wcześniej Europejskie Centrum ds. Zapobiegania i Kontroli Chorób (ECDC) ogłosiło pierwszy stopień alertu dla Europy. To oznacza, że jesteśmy w gotowości do podejmowania działań, nie ma jednak potwierdzonych przypadków zachorowań na terenie Europy.
Przeczytaj także:
Światowa Organizacja Zdrowia 15 maja ogłosiła epidemię Eboli w Demokratycznej Republice Konga i Ugandzie stanem podwyższonego zagrożenia zdrowia publicznego o zasięgu międzynarodowym. WHO zaznaczyło jednocześnie, że brak kryteriów, by sytuację uznać za pandemię.
WHO odnotowała 10 potwierdzonych i 223 podejrzewanych zgonów z powodu wirusa Ebola w Demokratycznej Republice Konga od czasu ogłoszenia epidemii. Uważa się jednak, że wirus już wcześniej przez jakiś czas krążył niezauważony, a rzeczywista skala epidemii może być znacznie większa.
To siedemnasta odnotowana epidemia Eboli w Kongo. Choroba została tam po raz pierwszy zidentyfikowana w 1976 roku. Najtragiczniejszy wybuch epidemii w Demokratycznej Republice Konga miał miejsce w latach 2018-2020 i pochłonął prawie 2300 ofiar śmiertelnych na 3500 przypadków. W ciągu ostatnich 50 lat Ebola zabiła w całej Afryce ponad 15 000 osób.
Wczesne objawy Eboli to gorączka, wyczerpanie, bóle mięśni, bóle głowy i ból gardła. Mogą one prowadzić do wymiotów, biegunki, bólu brzucha, wysypki oraz zaburzeń czynności nerek i wątroby.
Wirus rozprzestrzenia się poprzez bezpośredni kontakt z krwią lub płynami ustrojowymi osoby zakażonej lub zmarłej na skutek zakażenia. WHO podaje, że szacowany współczynnik śmiertelności w obecnej epidemii wynosi 24,6 proc., podczas gdy średnia dla wszystkich poprzednich epidemii Eboli wynosi 50 proc.
Na szczep Bundibugyo wirusa Ebola, odpowiedzialnego za obecną epidemię w Kongo nie ma ani leków ani szczepionek. Jednak WHO poinformowała w czwartek (28 maja), że jej grupy doradcze zaleciły przeprowadzenie badań klinicznych szczepionek i leków. Szef agencji zdrowia Unii Afrykańskiej, Jean Kaseya, powiedział, że szczepionka może być gotowa do końca roku.
Przeczytaj także:
Spory kredytobiorców z bankami o franki sparaliżowały sądy. W sądach apelacyjnych sprawy frankowe stanowią aż 70 proc. wszystkich oczekujących spraw. Dlatego Sejm przyjął w piątek ustawę frankową. Ma ona m.in. automatyczne zawieszać obowiązek spłaty rat kredytu w razie wszczęcia sprawy sądowej
Sejm w piątek przyjął ustawę frankową przygotowaną przez pełnomocniczkę Ministra Sprawiedliwości ds. ochrony praw konsumenta dr. Anetę Wiewiórowską-Domagalską.
Jej celem jest nie tyle rozwiązanie problemu frankowiczów, ci bowiem sami doskonale radzą sobie, rozwiązując problem w sądach. Cel to usprawnienie pracy sądów, które zostały zalane sprawami frankowymi.
Co zmieni ustawa, jeśli wejdzie w życie? (Na tym etapie została skierowana do Senatu)
Po pierwsze, ustawa frankowa wprowadza automatyczne zawieszenie obowiązku spłacania rat przez kredytobiorcę już w chwili, gdy ten złoży pozew przeciw swojemu bankowi. Kredytobiorca nie będzie musiał spłacać rat do czasu prawomocnego zakończenia postępowania.
Dla kredytobiorcy nie jest to kolosalna różnica, zwykle tak właśnie się działo w postępowaniach frankowych. Wymagało to jednak decyzji sądu i wydania przez niego orzeczenia czy zarządzenia zabezpieczającego. To z kolei wydłużało postępowania sądowe.
Wprowadzenie automatyzmu w tej kwestii ma uprościć, a więc i skrócić postępowania sądowe dotyczące franków.
Po drugie, sądy będą mogły przesłuchiwać strony w trybie pisemnym, a świadkowie będą mogli być przesłuchiwani zdalnie. Dodatkowo zasadą ma się stać, by posiedzenia były niejawne.
Po trzecie, jeśli pozew zostanie cofnięty lub dojdzie do apelacji, postępowania będą mogli umarzać referendarze sądowi. Nadto uzasadnienia wyroków będą skrócone i uproszczone.
Po czwarte, ukrócona zostanie praktyka dublowania postępowań. To dzięki temu, że nowe przepisy wydłużają termin na wytoczenie przez bank powództwa wzajemnego aż do momentu zakończenia postępowania w pierwszej instancji.
Chodzi o to, że kiedy kredytobiorca pozywa bank o zwrot dokonanych wpłat, bank wytacza powództwo o zwrot wypłaconego kapitału. Dotąd działo się to w dwóch odrębnych postępowaniach, teraz ma toczyć się w jednym.
Przeczytaj także:
Ministerstwo Sprawiedliwości w maju wyjaśniało, dlaczego ustawa frankowa jest potrzebna. Przyznało, że owszem, sądy wypracowały stabilną linię orzeczniczą i coraz sprawniej wydają wyroki w sprawach dotyczących kredytów frankowych, jednak sprawy te stanowią wciąż ogromne obciążenie dla sądów, szczególnie apelacyjnych, a skutki tej sytuacji odczuwają wszyscy obywatele.
W komunikacie ministerstwa przygotowanym przez pełnomocniczkę ministra ds. ochrony praw konsumenta Anetę Wiewiórowską-Domagalską czytamy, że w sądach okręgowych sprawy frankowe to wciąż 25 proc. całej kolejki spraw cywilnych procesowych. W sądach apelacyjnych sytuacja jest skrajna – sprawy frankowe stanowią tam aż 70 proc. wszystkich oczekujących spraw.
„Polskie sądy drugiej instancji stały się właściwie ”sądami jednej sprawy”, gdyż 76 proc. załatwień to franki. Ustawa jest potrzebna, aby ten gigantyczny ciężar jak najszybciej zdjąć z wokand ”- pisała Aneta Wiewiórowska-Domagalska.
Izraelski premier szczerze mówi, że planem armii jest stopniowe zagarnianie ziemi Strefy Gazy. Na dziś zawieszenie broni jest praktycznie martwe – intensywność wojny po prostu spadła
„W tym momencie w pełni kontrolujemy 60 proc. terytorium Strefy Gazy. Moje zarządzenie brzmi: należy dojść do 70 proc.” – mówi premier Izraela Benjamin Netanjahu na nagraniu przemówienia wyemitowanym w izraelskim Kanale 12 w czwartek 28 maja.
Gdy ktoś na nagraniu mówi, że należy zająć 100 proc. Strefy, Netanjahu odpowiada, że wszystko po kolei. „Najpierw 70 proc. Zacznijmy od tego”.
W środę wieczorem w izraelskim ataku na budynek mieszkalny w Strefie Gazy zginęło przynajmniej 10 osób, z czego cztery to dzieci. Co najmniej 20 osób zostało rannych.
Teoretycznie od października 2025 roku w Strefie Gazy obowiązuje porozumienie o zawieszeniu broni. W rzeczywistości skutkiem porozumienia jest zmniejszenie intensywności ataków Izraela na enklawę. W porozumieniu ustalono m.in. przebieg lini, która rozgranicza terytorium kontrolowane przez Izrael od reszty Strefy Gazy. Według niego Izraelczycy na tym etapie porozumienia mieli utrzymywać kontrolę nad 53 proc. terytorium Strefy.
Ustalenia te od początku nie były przestrzegane.
O tym, jak izraelska armia sukcesywnie rozszerza kontrolowane przez siebie terytorium, pisał w OKO.press Paweł Jędral. Dziś to około 60 proc. W styczniu Amerykanie ogłosili przejście do drugiej fazy porozumienia. Ta ma obejmowac m.in. rozbrojenie Hamasu. Hamas zdołał w dużej mierze ponownie skonsolidowac władzę w palestyńskiej enklawie. Pomiędzy stronami porozumienia nie ma żadnego wzajemnego zaufania co do dobrych intencji w implementowaniu kolejnych kroków porozumienia. Widać tutaj, że obie strony zostały do porozumienia przymuszone dyplomatycznie – Izrael przez USA, a Hamas przez kraje muzułmańskie takie jak Katar, Turcja czy Egipt.
W konsekwencji wojna de facto trwa, ma tylko mniejszą intensywność. A sytuacja humanitarna w Strefie Gazy pozostaje bardzo trudna.
Wiele istotnych rozwiązań wypracowanych w negocjacjach zawsze wyglądało na myślenie życzeniowe. Dziś widać, jak odległe są od realizacji. Władzę w Strefie Gazy miał stopniowo przejmowac technokratyczny komitet złożony z Palestyńczyków. Na dziś grono to nie ma jednak żadnej władzy na miejscu. A jego członkowie i przedstawiciel Rady Pokoju Nikołaj Mladenow mogą jedynie wygłaszać kolejne apele, które trafiają w próżnię. Na dziś Izrael dalej stopniowo przejmuje Strefę Gazy. A Amerykanie są zajęci Iranem i umiarkowanie zainteresowani pracą na rzecz pokoju w Palestynie.
Przeczytaj także:
Prezydent Ukrainy nadał w środę jednej z jednostek Sił Zbrojnych imię "Bohaterów UPA”. Upamiętnił w ten sposób winnych rzezi wołyńskiej, w której zamordowano co najmniej kilkadziesiąt tysięcy Polaków. Prezydent Nawrocki chce za ten gest odebrać Wołodymyrowi Zełenskiemu Order Orła Białego. Premier Tusk próbuje załagodzić konflikt
W środę 27 maja prezydent Wołodymyr Zełenski nadał jednej z jednostek Sił Zbrojnych Ukrainy imię „Bohaterów UPA”. Tłumaczył, że zrobił to "w celu przywrócenia historycznych tradycji narodowego wojska oraz uwzględniając wzorowe wykonywanie powierzonych zadań podczas obrony integralności terytorialnej i niepodległości Ukrainy”.
Decyzja ta z polskiego punktu widzenia jest niezwykle kontrowersyjna. Zareagował na nią prezydent Karol Nawrocki, który uważa, że prezydentowi Ukrainy Wołodymyrowi Zełenskiemu powinien zostać odebrany Order Orła Białego. W piątek Nawrocki zaproponował, by sprawą zajęto się już 8 czerwca na najbliższym posiedzeniu Kapituły Orderu.
W rozmowie z mediami Karol Nawrocki swoją ostrą reakcję tłumaczył tym, że
”gloryfikowanie UPA jest rzeczą, która dostarczyła rosyjskiej propagandzie wiele tlenu do dezinformacji".
Dodał, że wspieranie Ukrainy w wojnie z przeciwko Rosją i przeciwko „bandycie, którym jest Władimir Putin” jest strategicznym celem Polski, jednak decyzję prezydenta Żeleńskiego skrytykował, mówiąc, że "tak nie buduje się relacji między narodami”.
W piątek głos na ten temat zabrał premier Donald Tusk, który stara się załagodzić spór pomiędzy prezydentami Polski i Ukrainy.
„Mamy bardzo poważny problem. Decyzja prezydenta Zełenskiego narusza naszą wrażliwość historyczną i moim zdaniem niepotrzebnie znowu wynosi na dość niepokojący poziom kwestię różnic historycznych, różnych interpretacji – mówił premier Donald Tusk.
„Każdy naród ma prawo do swoich interpretacji, ale prezydent Zełenski i nasi ukraińscy przyjaciele muszą być świadomi, co znaczy z punktu widzenia każdej Polki i Polaka to ponure dziedzictwo UPA. Ta decyzja jest niepokojąca z punktu widzenia naszych relacji” – dodał Tusk.
Premier skrytykował też reakcję prezydenta Nawrockiego.
„Ta decyzja jest podobnym krokiem, bardzo bym chciał, żeby prezydenci obu krajów mądrze dbali o to, żeby nasze relacji były jak najlepsze. Dla Polski i dla Ukrainy nasza przyjaźń, współpraca, sojusz wobec zagrożenia rosyjskiego to jest coś bezcennego. Oczekiwałbym od obu prezydentów, żeby potrafili się wznieść ponad historyczne emocje i próbować budować trudną, ale konieczną przyjaźń polsko-ukraińską – powiedział Donald Tusk.
Podkreślił, że każdy, kto będzie podpalał ogień pod relacje polsko-ukraińskie, robi fatalny błąd.
W lipcu 1943 r. Ukraińska Powstańcza Armia (UPA) zaatakowała ok. 150 miejscowości zamieszkanych przez Polaków w powiatach włodzimierskim, horochowskim, kowelskim i łuckim dawnego województwa wołyńskiego na terenie obecnej Ukrainy. Członkowie UPA zamordowali wówczas (według różnych szacunków) od kilkudziesięciu do ponad 100 tys. ludzi, w tym kobiety i dzieci.
Ta zbrodnia ludobójstwa nazywana jest rzezią wołyńską, która od lat jest kością niezgody pomiędzy Polską i Ukrainą.
To dlatego decyzja prezydenta Zełenskiego o nadaniu jednej z jednostek Sił Zbrojnych Ukrainy imienia "Bohaterów UPA” wywołało w Polsce tak ogromne emocje.
Instytut Pamięci Narodowej zareagował w czwartek, oświadczając, że "budowanie przez władze Ukrainy kultu Ukraińskiej Powstańczej Armii musi budzić sprzeciw wszystkich, którzy pamiętają o działalności tej formacji”.
W piątek wydarzenia komentował również szef MSWiA Marcin Kierwiński.
„To zła decyzja pana prezydenta (Żeleńskiego – przyp. red.), natomiast też nie chciałbym, abyśmy szli takimi właśnie histerycznymi reakcjami. (… ) to, że pan prezydent Zełenski zrobił błąd, to jest fakt. Nie ma w ogóle co dyskutować, powinien rozumieć wrażliwość historyczną Polaków, zwłaszcza że Polska jest krajem, który najbardziej pomaga Ukrainie. Natomiast cały czas pamiętajmy o tym, co jest najważniejsze. Najważniejsze jest pokonanie imperializmu rosyjskiego – powiedział minister Kierwiński w porannej rozmowie RMF FM.
Minister zapowiedział również, że na decyzję prezydenta Żeleńskiego na pewno zareaguje odpowiednio polski MSZ.
Tymczasem Rzecznik MSZ Maciej Wewiór poinformował w piątek rano, że doszło już do rozmowy w tej sprawie wiceministra spraw zagranicznych Marcina Bosackiego z ambasadorem Ukrainy w Polsce Wasylem Bodnarem.
„Jednoznacznie negatywnie oceniamy nadanie ukraińskiej jednostce imienia Bohaterów UPA" – napisał w piątek rano Maciej Wewiór na portalu X.
Rzecznik podkreślał, że decyzja Żeleńskiego "rani pamięć o ofiarach tej organizacji i „może być wykorzystana przez propagandę Rosji, która chce nas podzielić i podważyć wsparcie dla broniącej się Ukrainy. Kwestię tę podnosimy w rozmowach z partnerami z Ukrainy”.
Przeczytaj także:
W Polsat News z kolei wypowiadał się na ten temat mer Lwowa Andrij Sadowy.
„Jak słyszę, że prezydent Nawrocki chce odebrać order prezydentowi Zełenskiemu, to jestem bardzo zdziwiony, czy to jest dobry czas” – mówi Sadowy.
„Każde państwo ma swoich bohaterów. To jest nasza historia i wspieramy ją. Były ciężkie czasy między Polakami i Ukraińcami, ale teraz jesteśmy z jednej strony, walczymy z Rosją, która atakuje demokrację, nie tylko w Ukrainie — powiedział mer Lwowa.
„Jestem przekonany, że ta debata będzie bardzo korzystna dla Rosji i ona będzie to wykorzystywać. Musimy pamiętać, że każde państwo ma swoich bohaterów. Nie wiemy, jak to dokładnie było 50-100 lat temu. Często ta historia była przekręcana. Rosja wszystko zrobiła, żeby informacje nie były wiarygodne na 100 proc. Znam wypadki, kiedy sowiecka armia ubierała mundury UPA — mówił Sadowy, próbując tłumaczyć zarówno stronę Ukraińską dziś, jak i UPA wtedy.