Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
Policja chciała, by Mentzen odpowiedział za odpalenie racy na Marszu Niepodległości. Lider Konfederacji złamał przepis z premedytacją
Sławomir Mentzen zachowuje swój immunitet poselski. Za uchyleniem go głosowało dziś w Sejmie 227 posłów. Do tego, by wniosek uzyskał większość zabrakło głosów czterech osób. Przeciwko głosowali m.in. jedna osoba z Koalicji Obywatelskiej, jedna z klubu Centrum i czwórka z Razem. W głosowaniu nie wzięło udziału 12 osób z koalicji rządzącej.
Po głosowaniu lider Konfederacji napisał w mediach społecznościowych:
„Sejm nie zgodził się na uchylenie mi immunitetu za racę na Marszu Niepodległości! Potrzeba było 231 głosów, Tuskowi udało uzbierać się ich tylko 227 :) Bardzo dziękuję wszystkim posłom, którzy nie zgodzili się na skazywanie opozycji za krytykę rządu!”
Wbrew temu, co sugeruje Mentzen, wniosek nie wynikał z tego, że polityk krytykował rząd. Policja chciała ukarać Mentzena za odpalenie racy podczas zeszłorocznego Marszu Niepodległości. W poście po głosowaniu Mentzen zamiecił zdjęcie na którym trzyma odpaloną racę, a w tle grupa osób trzyma transparent z napisem „Polska dziś się upomina, zwrócić Tuska do Berlina”.
We wniosku chodziło jednak tylko i wyłącznie o racę. Użycia środków pirotechnicznych podczas wydarzenia zakazał wojewoda mazowiecki. Mentzen popełnił więc wykroczenie, za które grozi grzywna, ograniczenie wolności lub areszt na okres 14 dni. Poseł Konfederacji stoi na stanowisku, że przepis o zakazie używania rac podczas zgromadzeń jest „głupi”, a jego wpisy w mediach społecznościowych jasno wskazują, że złamał go z premedytacją. Sejm zdecydował jednak, że Metzen nie stanie przed sądem.
Przeczytaj także:
Dzięki niej gminy miałyby dostać pieniądze na doraźne usługi dla seniora w miejscu zamieszkania. Zmiany miałyby ułatwić seniorom funkcjonowanie w ich własnym środowisku, a więc odwlekałyby potrzebę korzystania z domu opieki.
Sejm uchwalił 11 czerwca ustawę o koordynacji opieki długoterminowej i osobach starszych. Nowe przepisy wprowadzają m.in. bon senioralny, czyli świadczenie niepieniężne dla osób powyżej 65. roku życia.
Za uchwaleniem ustawy głosowało 415 posłów, jeden był przeciw, a 20 wstrzymało się od głosu. Teraz ustawę musi przyjąć Senat i podpisać prezydent.
Bon ma być dostępny dla każdego, kto ukończył 65. rok życia, jest obywatelem Polski, Unii Europejskiej (lub Europejskiego Obszaru Gospodarczego, Konfederacji Szwajcarskiej albo Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej), a jego średni dochód nie przekracza 3410 zł.
W takim przypadku gmina, w której senior mieszka, dostawałaby pieniądze na świadczenie usług doraźnych, trwające maksymalnie dwa tygodnie. Chodziłoby o pomoc w zaspokojeniu potrzeb życia codziennego (pomoc w ubraniu się, przygotowaniu posiłków, utrzymaniu porządku), ale też na wsparciu w korzystaniu ze świadczeń zdrowotnych czy zapewnieniu kontaktu z otoczeniem.
Program ma być wprowadzany stopniowo, w pierwszej kolejności w gminach, w których nie są realizowane publiczne usługi opiekuńcze na rzecz seniorów. Ma być realizowany w ramach trzyletnich programów rządowych. Ich wykonawcą będą gminy. Pierwszy program ma zostać uruchomiony w latach 2026-2028. Łączna pula środków z budżetu państwa na jego realizację to miliard złotych
Bon senioralny jest jednym z pomysłów obecnej koalicji rządzącej. Choć ustawa mówi o seniorach, to jej celem jest także odciążenie pracujących dzieci seniorów i pomoc w sytuacji, gdy dzieci nie mieszkają blisko rodziców. W założeniu ma też doprowadzić do rozwoju sektora usług wsparcia seniorów, zwłaszcza na terenach, na których aktualnie ich najbardziej brakuje.
Przeczytaj także:
Projekt wprowadza też przepisy określające zasady monitorowania realizacji usług i świadczeń opieki długoterminowej i ewaluacji ich jakości.
Rząd na różne sposoby próbuje zwiększyć podaż usług opiekuńczych. Przyjęta ustawa jest elementem szerszych zmian.
Dyskutowany obecnie i konsultowany na etapie prac rządowych projekt zmiany ustawy o pomocy społecznej zakłada, że samorządy, zanim skierują mieszkańca do domu opieki, musiałyby mu zaproponować wsparcie w miejscu zamieszkania (krytycy projektu mówią, że choć kierunek zmian jest słuszny, to bez dodatkowych pieniędzy z budżetu usługi zastępujące pomoc w instytucji opiekuńczej się nie rozwiną).
Na etapie prac w komisjach sejmowych jest projekt ustawy o asystencji osobistej, przewidujący budżetowe finansowanie wsparcia asystentów dla osób z niepełnosprawnościami. Ta ustawa, wedle ministerialnych założeń stworzyłaby ponad 100 tys. miejsc pracy dla asystentów – obecnie, w niestabilnym systemie finansowania, kiedy pieniądze raz są, a raz nie ma, pracuje 40 tys. asystentów.
Na asystencje przewidziano dużo większe środki niż na bon senioralny – do 65 mld zł w ciągu 10 lat. Przyjęcie tej reformy do sierpnia 2026 r. jest miara realizacji przez Polskę kamieni milowych Krajowego Planu Odbudowy.
Problem w tym, że nie ma gwarancji, że wszystkie te duże i systemowe zmiany uratują sytuację: starzenie polskiego społeczeństwa postępuje szybciej, niż rosną nakłady na pomoc i wsparcie. Brakuje też ludzi, którzy pracę opiekuńczą mogliby świadczyć – przekonanie, że będą to robić osoby z zagranicy, nie jest oparte na faktach.
„W Małopolsce kończymy właśnie badania dotyczące kadr opiekuńczych. To też są najczęściej osoby już w okolicach 50. roku życia. Nie ma realnych szans, że będą miały następców i następczynie – nawet z zagranicy. W Małopolsce cudzoziemcy stanowią dziś ledwie kilka procent kadr” – mówił niedawno w rozmowie z OKO.press Rafał Barański z Regionalnego Ośrodka Polityki Społecznej w Krakowie. Rekomendował w tej rozmowie, by zwiększać możliwości pomocy mieszkańcom w miejscu zamieszkania, wykorzystując fachowe kadry obecnych domów pomocy społecznej. Bowiem choć DPS nie są „ludzkim” sposobem na zapewnienie potrzebującym wsparcia, to ich pracownicy mają niezwykłe kwalifikacje i umiejętności.
Przeczytaj także:
Amerykański prezydent zapowiedział, że USA zaatakują, a w niedługiej przyszłości zajmą irańską wyspę. Trudno zrozumieć motywacje amerykańskiego prezydenta poza wyrażeniem frustracji
„Stany Zjednoczone uderzą w Iran (Których Marynarka Wojenna, Radary, Obrona Przeciwlotnicza i inne formy Obrony, razem z większością możliwości ofensywnych zostały ZNISZCZONE) BARDZO MOCNO DZIŚ W NOCY. W jakimś momencie w nie tak dalekiej przyszłości będziemy przejmować wyspę Chark i inne punkty z infrastrukturą związaną z ropą, i przejmiemy totalną kontrolę nad ich Ropą i Rynkami Gazu, tak jak zrobiliśmy z Wenezuelą, co działa wspaniale zarówno dla Wenezueli jak i dla Stanów Zjednoczonych” – napisał rano czasu waszyngtońskiego Donald Trump w mediach społecznościowych (zachowujemy oryginalną pisownię wpisu).
To kolejne podbicie napięcia w ostatnim tygodniu na linii Iran-USA. De facto wojna wróciła do Zatoki Perskiej, a USA i Iran wymieniają ciosy od dwóch dni. Żaden z tegotygodniowych ataków nie był na tyle poważny, by doprowadzić do deklaracji końca zawieszenia broni. Ale to, czym grozi Trump, mogłoby mieć taką wagę.
Trump mówi o ataku na wyspę Chark od... 1988 roku. Wówczas w wywiadzie mówił, że tak poradziłby sobie z Iranem, który jego zdaniem sprawił, że Amerykanie wyglądają „jak banda głupków”. Wówczas Trump, choć pewnie już o tym myślał, nie był oczywiście prezydentem USA. A refren na temat wyspy Chark powracał w tym roku wielokrotnie od początku wojny 28 lutego. W marcu po ataku powietrznym na instalacje militarne na wyspie dodał, że Amerykanie mogą uderzyć w nią jeszcze kilka razy „dla zabawy”. Na koniec marca zapowiadał, że zniszczy wyspę, jeśli porozumienie nie zostanie osiągnięte.
Wyspa ta jest kluczowym terminalem dla irańskiego eksportu ropy. Została zagospodarowana w ten sposób jeszcze w latach 60. XX wieku.
Taktyka negocjacyjna Trumpa jest już dobrze znana, choćby z zeszłorocznych wojen handlowych. Amerykański prezydent wielokrotnie stosuje groźby po to, by oponent wycofał się i zajął korzystniejszą dla USA pozycję w negocjacjach. Jednocześnie dobrze wiemy, że w wypadku Iranu taktyka ta nie działa. Przez ostatnie trzy miesiące widzieliśmy, że tego rodzaju zagrywki sprawiają, że Iran utwardza swoje stanowisko. Trump ewidentnie jest sfrustrowany, że jego działania militarne nie przyniosły spodziewanego efektu i nie zmusiły Iranu do przyjęcia warunków, jakie chciał Iranowi narzucić.
Scenariusz wenezuelski (zmiana lidera i bliska współpraca) jest w wypadku obecnych władz Iranu niemożliwy. Zajęcie wyspy wymagałoby desantu amerykańskich żołnierzy na wyspę i niemal na pewno łączyłoby się z amerykańskimi stratami w ludziach – być może nawet sporych. A to ogromny koszt polityczny dla Trumpa. Tak czy inaczej – trudno zrozumieć, jaki jest faktyczny cel Trumpa, gdy stosuje tego rodzaju groźby. Zysk z samej groźby jest niewielki, a potencjalny koszt jej spełnienia – bardzo duży.
Przeczytaj także:
Wybrany przez sędziów Dariusz Zawistowski pełnił już to stanowisko w latach 2015-2018
Sędzia Dariusz Zawistowski został wybrany na przewodniczącego Krajowej Rady Sądownictwa.
Posiedzenie Rady zostało zwołane przez pierwszewgo prezesa Sądu Najwyższego Zbigniewa Kapińskiego. W planach był właśnie wybór nowego przewodniczącego. Dariusza Zawistowskiego poparło 18 osób, przeciw były trzy, a wstrzymały się dwie. Głosowanie odbyło się na pierwszym posiedzeniu KRS w nowym składzie.
Prezydent Karol Nawrocki ma wątpliwości co do legalności wyboru składnu nowej KRS. Na konferencji po posiedzeniu, na którym został wybrany, Zawistowski odnosił się do stanowiska prezydenta:
„Jeżeli chodzi o argumentację czysto prawną, nie ma uzasadnionych powodów, by kwestionować sam sposób wyboru KRS. Wydaje mi się, że były też takie poglądy wyrażane przez przedstawicieli Kancelarii Prezydenta, że być może prezydent będzie się koncentrował na analizie postępowań nominacyjnych przeprowadzonych w radzie. KRS będzie starała się tak prowadzić te postępowania tak, by były w pełni transparentne” – mówił nowy przewodniczący KRS.
W maju Sejm wybrał 15 nowych członków KRS. 13 z nich zostało wskazanych przez partie koalicji rządzącej. Byli oni opiniowani przez zgromadzenia sędziów. Jednym z członków rady został też wystawiony przez PiS sędzia Łukasz Piebiak. To były zastępca Zbigniewa Ziobry w Ministerstwie Sprawiedliwości i główny bohater afery hejterskiej. Drugi zaproponowany przez opozycję sędzia to rekomendowany przez Konfederację Łukasz Zawadzki.
Była przewodnicząca nielegalnej neo-KRS Dagmara Pawełczyk-Woicka starała się zablokować zwołanie posiedzenia w nowym składzie.
Przeczytaj także:
Sędzia Małgorzata Adamczyk wyznaczyła termin mów końcowych w procesie biskupa Andrzeja Jeża oskarżonego o zwłokę w zawiadomieniu organów ścigania o czynach pedofilskich podległych mu księży. Gra na czas pozwoliła na przedawnienie się zarzutów i uniknięcie odpowiedzialności przez duchownych. Finał sprawy księdza oskarżonego o tuszowanie pedofilii w lipcu.
11 czerwca w tarnowskim sądzie rejonowym miała odbyć się ostatnia rozprawa, w której tamtejszy biskup Andrzej Jeż oskarżany jest o zwłokę w zawiadomieniu organów ścigania o czynach pedofilskich dwóch księży z diecezji, nad którą sprawuje opiekę.
To sprawa bez precedensu. Po raz pierwszy w historii polskiego prawa przed sądem staje nie ksiądz-pedofil, ale jego przełożony. I zostaje skarżony o granie na zwłokę, niezawiadomienie na czas organów ścigania o czynach pedofilskich duchownych z diecezji, na której czele stoi. OKO.press od początku obserwuje proces sądowy w Tarnowie i relacjonuje go na łamach portalu. Biskup, broniony m.in. przez Zbigniewa Ćwiąkalskiego, byłego ministra sprawiedliwości w pierwszym rządzie Donalda Tuska, nie pojawia się w sądzie. W sądzie próżno też szukać innych księży czy kościelnej delegacji.
Na czwartek 11 czerwca zaplanowano ostatnie przesłuchanie świadków – dwóch pracowników szkoły w Woli Radłowskiej, w której pracował ksiądz Stanisław. Rodzice już w 2002 roku zgłosili biskupowi (wówczas diecezją kierował Witold Skworc), że ten na lekcji religii molestuje ich dzieci.
„Byłem wstrząśnięty” – wyznał przed sądem Skwroc. Ale kara dla księdza był blaha. Stanisław sam poprosił o urlop, a po roku wysłano go na misję do Ukrainy, gdzie nadal molestował młodych chłopców. Ksiądz stanął przed sądem kościelnym przeszło dwie dekady później. Udowodniono mu skrzywdzenie niemal 100 dzieci i wydalono ze stanu duchownego. Ale formalnej, prawnej kary – więzienia – nie otrzymał do dziś, bowiem zarzuty, również dzięki opieszałości bpa Andrzeja Jeża, się przedawniły.
Świadkowie nie stawili się na rozprawie. Jeden z nauczycieli przebywa w sanatorium i zaapelował o wyznaczenie nowego terminu. Drugi poprosił o całkowite zwolnienie ze stawiennictwa w sądzie z uwagi na stan zdrowia. Ponieważ nauczyciele byli już przesłuchiwani przez policję, sędzia przychyliła się do prośby. Obrona złożyła więc nowy wniosek i poprosiła o przesłuchanie ówczesnej małopolskiej kurator oświaty. ich wysłuchanie ma odbyć się 14 lipca.
Dlaczego jest to istotne? Obrona bpa Jeża próbuje wykazać, że organy publiczne już dwie dekady temu miały informację o molestowaniu uczniów i nie zrobili z tym nic. „Z materiałów dowodowych wynika, że kuratorium było informane już dużo, dużo wcześniej. Była wiedza, było powzięcie informacji. Ale nie było żadnej reakcji” – mówiła dziś mec. Paulina Majtkowska, jedna z obrończyń oskarżonego biskupa.
Samo kuratorium z kolei twierdzi, że nie posiada żadnych pisemnych zgłoszeń ani korespondencji ws. katechety z Woli Radłowskiej.
Sędzia Małgorzata Adamczyk wyznaczyła termin ostatniej rozprawy. 31 lipca, jeśli w międzyczasie nie zostaną wniesione nowe wnioski dowodowe, odczytane zostaną mowy końcowy obrony i prokuratora. A po nich – wyrok ws. biskupa.
Proces biskupa Andrzeja Jeża rozpoczął się 18 lutego 2026 roku.
„Nie przyznaję się do postawionych mi zarzutów” – ogłosił biskup Andrzej Jeż pierwszego dnia swojego procesu. Jest pierwszym hierarchą w kraju oskarżonym przez prokuraturę o to, że wiedział o pedofilii wśród księży w swojej diecezji. Chodzi o przynajmniej sto skrzywdzonych dzieci przez dwóch duchownych. Biskup, zamiast niezwłocznie zgłosić sprawę organom ścigania, zrobił to dopiero po czasie, kiedy Watykan potwierdził zarzuty.
Zwłoka, która według prokuratury mogła trwać od kilku miesięcy, do kilku lat, może biskupa zaprowadzić do więzienia. Za niezawiadomienie o przestępstwie (art. 240 Kodeksu karnego) księdzu grozi bowiem do trzech lat pozbawienia wolności.
Sprawa bpa Jeża jest elementem szerszej dyskusji i odpowiedzią na pytanie, co dla kleru jest ważniejsze i bardziej wiążące: prawo kościelne czy prawo stanowione. Jak wskazuje prokurator Marcin Stępień, gdyby ksiądz równolegle, wtedy, gdy zawiadomił Watykan, powiadomił organy ścigania, na 23 ofiary księży mogłyby dociekać przed sądem sprawiedliwości, a przede wszystkim ścigania ich oprawców.
Przeczytaj także:
„Gdyby działał niezwłocznie, tych zarzutów by dziś nie było” – twierdzi prokurator Stępień. Biskup i jego obrona twierdzą z kolei, że najpierw musieli potwierdzić informacje i wyczerpać drogę kościelną, która jest długotrwała. Mec. Zbigniew Ćwiąkalski podnosi bowiem, że: "Według polskiego prawodawstwa przestępstwo należy zgłosić. Ale czy niezwłocznie również oznacza, że najpierw można wyczerpać drogę kościelną i potwierdzić, że doszło do popełnienia przestępstwa, zweryfikować doniesienie i dopiero potem powiadomić prokuraturę? W naszej opinii właśnie tak”.
Sprawa, w której oskarżony jest Andrzej Jeż, dotyczy dwóch duchownych:
Przeczytaj także: