Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny
Ostatniej nocy Ukraińcy przeprowadzili kolejny udany atak na największe zakłady chemiczne na południu Rosji
Według Kremla w nocy z 15 na 16 maja rosyjska obrona przeciwlotnicza zniszczyła 138 ukraińskich dronów. To jednak niepełny bilans. Do sieci trafiły nagrania, na których widać eksplozję w Niewinnomyssku nad Kubaniem. Jak wskazuje agencja Unian, znajdują się tam zakłady Azot – jedna z największych w Rosji fabryk chemicznych. Z relacji w mediach społecznościowych wynika, że na terenie zakładów wybuchł pożar.
To już szósty udany ukraiński atak na Azoty od początku wybuchu wojny. Fabryka, poza produkcją nawozów wykorzystywanych w rolnictwie, wspiera też rosyjską armię. Jak podawał Reuters, w Azotach produkuje się materiały wybuchowe do amunicji artyleryjskiej. To największy zakład produkcyjny na południu Rosji. Pracuje w nim ponad 3,5 tys. osób.
W ogniu po ataku dronów stanął również zakład produkujący sprzęt elektroniczny w miejscowości Nabierieżnyje Czełny w Tatarstanie. Pożar objął obszar 6 tys. m kw.
Rosjanie również przeprowadzili zmasowany atak na Ukrainę. Celem był głównie obwód odeski. Lokalne władze informowały o rannych i zniszczonej infrastrukturze cywilnej oraz portowej. Z kolei w Charkowie ranne zostały dwie osoby – przekazał mer Ihor Terechow. Rosja zaatakowała trzy dzielnice miasta. Udało im się uszkodzić trolejbus i dwie stacje metra.
Rosjanie coraz mocniej odczuwają skutki wojny, którą sami wywołali. Celem ukraińskich ataków są zakłady produkcyjne, rafinerie, a także infrastruktura krytyczna. Rosyjska obrona przeciwlotnicza jest w stanie szczelnie bronić tylko Moskwy, reszta kraju jest narażona na dotkliwe ataki.
W odpowiedzi Kreml przeprowadza brutalne naloty na ukraińskie miasta. Przykładem były wydarzenia z nocy z 13 na 14 maja. Siły Powietrzne Ukrainy poinformowały, że Rosjanie wystrzelili w kierunku Ukrainy 56 pocisków i 675 dronów uderzeniowych. Głównym celem ataku był Kijów. Uszkodzone zostały budynki mieszkalne i infrastruktura cywilna w kilku dzielnicach miasta. Zginęły 24 osoby, w tym trójka dzieci. 48 osób zostało rannych.
Przeczytaj także:
„Otrzymaliśmy instrukcje redukcji sił” – powiedział w piątek szef sztabu US Army gen. Christopher LaNeve. Wskazywał, że decyzja o wycofaniu przerzutu żołnierzy do Polski zapadła w Pentagonie
15 maja podczas wysłuchania w komisji sił zbrojnych kongresmeni rozmawiali o budżecie armii USA. Najgorętszym punktem dyskusji było wstrzymanie rotacji żołnierzy do Polski. Chodzi o 2. pancerną brygadę grupy bojowej, która miała zastąpić swoich kolegów stacjonujących na wschodniej flance NATO.
Decyzja zapadła nagle i – jak podawały Politico i CNN – nie była efektem problemów logistycznych czy finansowych, związanych np. z sytuacją na Bliskim Wschodzie. Szef sztabu US Army gen. Christopher LaNeve, odpowiadając na pytania kongresmenów, stwierdził, że decyzja zapadła w Pentagonie.
„My, szef dowództwa bojowego, generał Grynkevich otrzymaliśmy instrukcje dotyczące redukcji sił. Współpracowałem z nimi, ściśle konsultując się (...) i uznaliśmy, że najbardziej sensowne byłoby, aby ta brygada nie wysyłała swoich sił na teatr działań” – mówił LaNeve.
Generał przyznał, że
nie wie, czy polski rząd został poinformowany o wycofaniu wojsk.
Gdy decyzja zapadła, część przerzucanej brygady była już w Polsce, a jej sprzęt był w tranzycie. LaNeve sugerował, że US Army wykonywała tylko polityczne polecenia sekretarza wojny Pete'a Hegsetha.
Republikański Kongresmen Don Bacon, były generał Sił Powietrznych USA, uznał, że ruch Pentagonu to policzek dla Polski. „Cóż, ja już znam odpowiedź, bo dzwonili do mnie wczoraj. Nie wiedzieli. Zostali zaskoczeni. To jedni z naszych najlepszych sojuszników i nie mieli pojęcia” – mówił Bacon.
„Nadal nie wiedzą, dlaczego brygada została wstrzymana. Nie wiedzą, czy to tylko zawieszenie, czy na stałe. Jesteśmy winni Polsce i naszym bałtyckim przyjaciołom, którzy są bardzo narażeni przez tę decyzję, lepsze wyjaśnienie” – apelował.
Żołnierze stacjonujący na wschodniej flance NATO zmieniają się co kilka miesięcy. Gdy chce się wycofać kontyngent, wystarczy nie wysyłać nowej brygady na zastępstwo. Tak prawdopodobnie stało się w przypadku Polski. Prawdopodobnie, bo nadal nie wiadomo, czy to rozwiązanie tymczasowe, czy ktoś zastąpi wycofane siły.
Już wcześniej podobna sytuacja wydarzyła się w Rumunii. Za to w kwietniu prezydent Donald Trump podjął decyzję o ograniczeniu amerykańskiej obecności w Niemczech o pięć tysięcy żołnierzy. Wówczas sugerowano, że jednostka wojsk lądowych z Niemiec, może zostać przekierowana nad Wisłę. Teraz sytuacja jest jeszcze bardziej zawiła, bo polski rząd nie został uprzedzony o wstrzymaniu sił, a decyzja zapadła z dnia na dzień, w trakcie planowanego przerzutu. To wskazuje na potężny chaos komunikacyjny i strategiczny. A także brak stabilności w relacjach ze Stanami Zjednoczonymi.
„Wstrzymanie rotacji jednej brygady cofa amerykańskie zaangażowanie do czasów sprzed 2022 roku. I budzi niepokojące skojarzenia w sytuacji, gdy trumpiści oficjalnie ogłosili, że celem polityki bezpieczeństwa Trumpa będzie strategiczna stabilizacja w relacjach z Rosją. Być może redukcja wojsk jest sygnałem, który ma Putina zachęcić do jakiegoś kroku deeskalujacego. I jeśli tak by było, to jest myślenie życzeniowe i naiwne” – pisał w OKO.press Michał Piekarski.
Przeczytaj także:
Sejm uchwalił w piątek ustawę antySLAPP. Ma ona chronić uczestników debaty publicznej przed prawnymi atakami wywołującymi efekt mrożący. Na autora nieuzasadnionego pozwu, który będzie miał na celu ograniczenie takiej debaty, sąd będzie mógł nałożyć grzywnę w wysokości do 100-krotności minimalnego wynagrodzenia.
Ustawa wprowadza do polskiego porządku prawnego wskazania dyrektywy unijnej, która nakłada obowiązek wprowadzenia mechanizmów pozwalających na szybsze eliminowanie bezzasadnych powództw. Nazywa się je SLAPP (z ang. Strategic Lawsuit Against Public Participation – strategiczne postępowania prawne zmierzające do stłumienia debaty publicznej). Chodzi o sprawy inicjowane najczęściej przez wpływowe podmioty, m.in. korporacje, polityków czy instytucje publiczne, przeciwko dziennikarzom, aktywistom i organizacjom społecznym. Projekt przygotowało Ministerstwo Sprawiedliwości.
W ustawie zapisano możliwość oddalenia powództwa bezzasadnego (sąd będzie miał na to trzy miesiące). Zostałoby uznane za bezzasadne, gdyby sąd ocenił, że zmierza do stłumienia, ograniczenia lub zakłócenia debaty publicznej lub szykanowania za udział w niej. Rozstrzygając te kwestie, sąd mógłby wziąć pod uwagę takie okoliczności, jak: nieproporcjonalność żądania, nadmierny lub nieuzasadniony charakter roszczenia, wszczynanie przez powoda wielu podobnych postępowań dotyczących tego samego przedmiotu debaty publicznej, zachowanie autora pozwu mające cechy gróźb lub zastraszania, działanie w złej wierze, czyli np. na zwłokę, lub składanie pozwu w miejscu niekorzystnym, lub uciążliwym dla pozwanego.
Sąd mógłby też oddalić pozew, gdyby zauważył wykorzystywanie przez powoda przewagi finansowej lub wpływów politycznych albo gdyby stwierdził, że pozew jest skierowany przeciw osobie fizycznej, a nie instytucji, w której imieniu pozwany działa.
Ustawa potrzebuje jeszcze akceptacji Senatu i podpisu prezydenta. W głosowaniu w Sejmie poparło ją 359 posłów, przeciw było 23, wstrzymało się 59. Przeciw głosowały obie Konfederacje i klub Kukiza Demokracja Bezpośrednia.
Przeczytaj także:
Ataki typu SLAPP grożą debacie publicznej w całej Europie. Zdarzają się także w Polsce, choć w czasach PiS wykształciła się u nas specyficzna forma ataku władzy na aktywistów. Z użyciem policji, prokuratury i instytucji publicznych, które zasypywały aktywistów drobnymi, ale męczącymi sprawami sądowymi i policyjnymi. A także atakami w podporządkowanych władzy mediach i przez finansowane najprawdopodobniej z publicznych pieniędzy farmy trolli.
Tego problemu ustawa nie rozwiąże. Jego analizą zajął się ekspercka komisja rządowa pod kierownictwem Sylwii Gregorczyk-Abram, która miała zdokumentować mechanizm nacisku na społeczeństwo obywatelskie przez władzę, która podporządkowała sobie większość instytucji państwa. Pełen raport komisji nie jest jeszcze znany – publikowane były tylko raporty cząstkowe.
Przeczytaj także:
Deklaracja domaga się zmiany linii orzeczniczej Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w kwestii praw migrantów.
Podczas dorocznej sesji Komitetu Ministrów Rady Europy w Kiszyniowie ministrowie spraw zagranicznych 46 państw członkowskich RE przyjęli deklarację polityczną dotyczącą Europejskiej Konwencji Praw Człowieka. Dokument został przyjęty jednogłośnie i dotyczy przede wszystkim migracji.
Choć w dokumencie kilkukrotnie podkreślany jest szacunek dla dorobku orzeczniczego ETPC oraz przywiązaniu do przestrzegania wartości i przepisów Konwencji, w poszczególnych artykułach deklaracji państwa domagają się jej reinterpretacji.
Podpisana przez 46 tzw. deklaracja kiszyniowska to zwieńczenie dłuższego procesu, w którym państwa europejskie zarzucały Europejskiemu Trybunałowi Praw Człowieka w Strasburgu, że interpretuje Europejską Konwencję Praw Człowieka w sposób, który rzekomo utrudnia zapewnienie bezpieczeństwa publicznego w ich krajach. Chodzi przede wszystkim o wymaganie przez ETPC, by kraje-sygnatariusze szanowały takie zasady jak non-refoulement, czyli zakaz deportacji migranta do kraju, gdzie grozi mu niebezpieczeństwo, czy zakaz zbiorowych wydaleń cudzoziemców.
Przeczytaj także:
Sejm po raz trzeci uchwalił ustawę o rynku kryptoaktywów. Prezydent Karol Nawrocki dwa poprzednie projekty zawetował. Teraz znów zdecyduje, czy Polska zdąży z regulacją rynku do końca czerwca.
Sejm uchwalił trzecią ustawę o rynku kryptoaktywów. Za przyjęciem przepisów głosowało 241 posłów, przeciw było 200.
Za przyjęciem projektu zagłosowali posłowie koalicji rządzącej, a także 4 posłów Razem oraz 5 niezależnych. Przeciwko byli wszyscy obecni na głosowaniu posłowie Prawa i Sprawiedliwości, Konfederacji, Konfederacji Korony Polskiej, koła Demokracja Pawła Kukiza oraz dwóch niezależnych. Ustawa trafi teraz do Senatu, a następnie – jeśli nie zostanie zmieniona – na biurko prezydenta Karola Nawrockiego.
To trzecia próba uregulowania rynku kryptowalut w Polsce. Prezydent dwa poprzednie projekty zawetował (pierwszy 1 grudnia 2025, drugi 12 lutego 2026), argumentując, że przepisy tworzą nadmierne bariery dla branży, przewidują zbyt wysokie opłaty nadzorcze i dają KNF zbyt daleko idące uprawnienia, m.in. możliwość blokowania domen.
W pracach nad trzecią wersją ustawy Sejm odrzucił łącznie 39 poprawek, w tym 15 poprawek zgłoszonych przez ministra Zbigniewa Boguckiego z Kancelarii Prezydenta. Przyjęto tylko jedną poprawkę prezydencką: obowiązek przygotowania raportu o rynku kryptoaktywów przez ministra finansów i przewodniczącego KNF. Raport ma obejmować m.in. informacje o podmiotach działających na rynku, nadużyciach, postępowaniach oraz kosztach nadzoru.
Nowa ustawa jest w większości podobna do poprzednich, zawetowanych przez prezydenta. Różni się przede wszystkim zaostrzeniem kar za naruszenia na rynku kryptoaktywów. Projekt przewiduje m.in. grzywnę do 15 mln zł lub do trzech lat więzienia za wprowadzanie kryptoaktywów bez zgłoszenia KNF.
Zgodnie z przyjętym projektem, to KNF ma być organem nadzorującym rynek i uzyskać uprawnienia m.in. do kontroli podmiotów, żądania informacji, zawieszania ofert tokenów, zakazywania świadczenia usług i nakładania sankcji.
Kluczowe pytanie brzmi teraz, czy Nawrocki podpisze ustawę. Minister Zbigniew Bogucki sugerował w Sejmie, że odrzucenie większości prezydenckich poprawek może oznaczać kolejne weto.
Polska musi zapewnić stosowanie unijnego rozporządzenia MiCA, regulującego rynek kryptoaktywów w UE. Czas na przyjęcie krajowych przepisów wykonawczych upływa 30 czerwca 2026 roku. Chodzi m.in. o wskazanie krajowego organu nadzoru nad rynkiem kryptowalut – w Polsce ma nim być KNF – oraz określenie zasad nadzoru, sankcji i ochrony konsumentów.
Brak ustawy może oznaczać, że od 1 lipca 2026 r. krajowe firmy kryptowalutowe nie będą mogły legalnie działać, bo KNF nie będzie miała podstaw do wydawania wymaganych przez MiCA licencji. Eksperci ostrzegają, że nawet szybkie uchwalenie ustawy może nie uratować polskich podmiotów, bo procedura uzyskania licencji jest skomplikowana i KNF może nie zdążyć wydać zezwoleń przed końcem okresu przejściowego. Firmy z innych państw UE będą mogły natomiast świadczyć usługi w Polsce na podstawie licencji uzyskanych za granicą. Część polskich firm już wystąpiła o takie licencje w innych krajach.
Spór o regulację rynku krypto zaostrzyła afera Zondacrypto, firmy kryptowalutowej, której klienci zgłaszali problemy z wypłatą środków. Firma upadła w kwietniu 2026 roku, prokuratura prowadzi śledztwo w sprawie. Poszkodowanych są już setki osób, a szacowane straty przekraczają 350 mln zł.
Zondacrypto to firma, która finansowała wydarzenia narodowo-konserwatywnej prawicy w Polsce i na świecie, a jak wynika z informacji polskich służb bezpieczeństwa przedstawionych przez premiera Donalda Tuska, źródła jej kapitału miały mieć związki z rosyjską mafią. Dziennikarka OKO.press Anna Mierzyńska wskazywała, że jeśli w Zondacrypto rzeczywiście znalazły się rosyjskie pieniądze, bardziej prawdopodobna od mafijnej inwestycji jest operacja rosyjskich służb, wykorzystujących przestępczą przykrywkę.
Skala problemu jest szersza niż jedna firma. OKO.press ujawniło raport Prokuratury Krajowej, z którego wynika, że w latach 2019–2025 prowadzono ponad 16 tys. postępowań dotyczących przestępstw z wykorzystaniem kryptowalut. Pokrzywdzonych było 57,5 tys. osób, a ich straty przekroczyły 2,3 mld zł. Raport wskazywał też, że kryptowaluty są wykorzystywane do oszustw inwestycyjnych, prania brudnych pieniędzy, obchodzenia sankcji i finansowania działań dywersyjnych.
Poprzednie weto Nawrockiego wywołało ostry spór polityczny. Prezydent twierdził, że ustawa zagraża wolnościom obywateli i może wypchnąć polskie firmy za granicę. Rząd odpowiadał, że brak regulacji chroni nieuczciwe podmioty, a klienci rynku krypto pozostają bez realnej ochrony. Premier Donald Tusk oceniał wówczas, że weto „źle wygląda” w kontekście afer, śledztw i politycznych powiązań branży kryptowalut.
Pomiędzy Prawem i Sprawiedliwością, a prezydentem Karolem Nawrockim istnieje rozbieżność w stosunku do kryptowalut. W poniedziałek 11 maja PiS złożył w Sejmie projekt ustawy całkowicie zakazującej handel krytpowalutami.
Przeczytaj także: