Gdyby nie 1,5%, mogłoby nie być OKO.press

Twoja pomoc ma znaczenie

0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Montaż. Siedziba FSB na Łubiance w Moskwie, fot. A.Savin, Wikipedia, oraz odznaka FSB.Montaż. Siedziba FSB...

Mamy do czynienia z najpoważniejszym w ostatnich latach publicznym oskarżeniem, dotyczącym bezpośredniego wpływu Rosji na polską politykę. Od ponad dwóch tygodni wiemy, że ugrupowania prawicowe mogły być finansowane przez rosyjskie pieniądze za pośrednictwem giełdy kryptowalut Zondacrypto. Parlamentarzyści wiedzą o tym jeszcze dłużej – od niejawnego posiedzenia Sejmu w grudniu 2025 roku.

Mimo to nie znamy żadnych szczegółów sprawy. Kluczowe dokumenty są udostępniane jedynie fragmentarycznie i tylko niektórym mediom. Sposób informowania o tak poważnych zarzutach jest niepokojąco niejasny. Za chwilę chaos zrobi się jeszcze większy. Na oskarżenia premiera odpowie bowiem prezydent Nawrocki, odtajniając aneks do raportu z likwidacji WSI, autorstwa Antoniego Macierewicza.

Nie mafia, lecz służby

Hasło „rosyjskie wpływy” z dnia na dzień będzie stawało się coraz mniej znaczącym sloganem, służącym jedynie do powtarzających się politycznych ataków. Zaś ustalenie faktycznego zasięgu niejawnej zagranicznej ingerencji w polską politykę będzie coraz trudniejsze.

A jest co ustalać. Prosta chronologia zdarzeń pokazuje bowiem, że za finansowaniem Zondacrypto nie mogła stać rosyjska mafia tambowska (choć to na nią dziś się wskazuje), a jedynie resztki jej struktur, prawdopodobnie kontrolowane bezpośrednio przez rosyjskie służby specjalne. Czyli przez rosyjskie władze. A to oznacza, że

nie rosyjska mafia prała w Polsce pieniądze, lecz że tamtejsze służby wpływały na polski biznes i być może na politykę.

Przypomnijmy to sobie. W piątek, 17 kwietnia Sejm miał głosować po raz drugi nad odrzuceniem prezydenckiego weta do ustawy o kryptoaktywach. Donald Tusk już wcześniej podkreślał, że przepisy te są odrzucane przez polityków prawicy, w tym przez prezydenta, ponieważ Zondacrypto finansowała prawicowe wydarzenia polityczne.

Przeczytaj także:

Rosyjskie pieniądze w Zondacrypto

Tym razem jednak premier wszedł na mównicę i powiedział tak: „Na tajnym posiedzeniu Sejmu (w grudniu 2025 – przyp. aut.) przedstawiłem szczegółowo informację na temat istoty tego problemu, z jakim wiąże się nazwa Zondacrypto, jej relacje z politykami w Polsce, źródła jej finansowania. Ale opinia publiczna nie miała szansy dowiedzieć się o tym, na czym polega istota problemu. […] Po konsultacjach ze służbami i z koordynatorem oczywiście nie będę ujawniał tych fragmentów tej informacji, które mogłyby zaszkodzić w pracach służb, ale istota tego problemu może być dzisiaj ujawniona.

U źródeł sukcesu finansowego tej firmy stoją nie tylko rosyjskie pieniądze powiązane z tak zwaną bratwą, czyli jedną z najważniejszych grup mafijnych w Rosji, ale także ze służbami rosyjskimi. […]

Problem polega na tym, że

ta firma, o takich źródłach, stała się firmą, która sponsoruje wydarzenia polityczne i społeczne w Polsce i promuje bardzo konkretne siły polityczne.

[…] Firma ta była strategicznym sponsorem słynnej imprezy, tzw. CPAC w Rzeszowie, która promowała prezydenta Karola Nawrockiego, który był uczestnikiem tego spotkania. Również poprzedni prezydent był w to spotkanie mocno zaangażowany. Związki Telewizji Republika i Zondacrytpo nie wymagają żadnego uzasadnienia”.

Kluczowy moment afery

Premier kontynuował: „To, co okazało się później, jeszcze bardziej mrozi krew w żyłach. Mówię o bezpośrednim finansowaniu przez firmę założoną dzięki rosyjskim pieniądzom, […] także siedzących na tej sali lub ukrywających się w Budapeszcie polityków Konfederacji i polityków PiS. Mówimy o wypłacie blisko pół miliona złotych fundacji pana Zbigniewa Ziobro i to w trakcie, kiedy rozstrzygano o losach ustawy, która miała regulować ten rynek”.

Powiedział też, że spółka związana z Zondacrypto przekazała pieniądze także fundacji związanej z posłem Konfederacji Przemysławem Wiplerem.

Przypominam to wystąpienie, bo było kluczowym politycznie momentem afery. Oto premier Polski oficjalnie, w Sejmie, poinformował, że firma zbudowana dzięki rosyjskiej mafii oraz rosyjskim służbom specjalnym finansowała polską prawicę.

To bardzo poważne oskarżenie, ujawniające bezpośrednie wpływy rosyjskiego państwa na polskich polityków.

Luka informacyjna

Można je porównać chyba jedynie do informacji o zaciągnięciu przez francuską partię Marine Le Pen pożyczki na kampanię wyborczą w Pierwszym Czesko-Rosyjskim Banku. Albo do doniesień z Rumunii o bezpośrednim wsparciu Rosji dla kandydata na prezydenta Călina Georgescu. Czy do artykułów o rosyjskich kontaktach Fideszu Victora Orbána. Wszystkie te informacje wzburzyły całą Europę.

W Polsce jednak do dziś nie poznaliśmy żadnych oficjalnych szczegółów na ten temat.

Powstała luka informacyjna, której nie zapełnił nikt z przedstawicieli władz.

Ruszyła za to medialno-internetowa maszyna, która usiłuje wypełnić te przekazowe braki. Na razie robią to głównie mainstreamowe media, fala teorii internetowych jeszcze przed nami.

Dziennikarze śledczy portalu money.pl – Karolina Wysota i Szymon Jadczak – szukali rosyjskich śladów w danych rejestrowych Zondacrypto i związanych z nią spółek. Rzeczywiście, odkryli kilka powiązań, które potwierdziły, że kontakty rosyjskie wokół Zondacrypto (czy jej poprzednika – BitBay) były widoczne od dawna.

Która to bratwa?

Inne media ustalały, gdzie przebywa dziś prezes Zondacrypto Przemysław Kral oraz ujawniały powiązania jego firm w Polsce. A te są istotne. Spółka powiązana z niewypłacalną dziś Zondacrypto dysponowała choćby licencją Komisji Nadzoru Finansowego na bycie krajową instytucją płatniczą. Z tego tytułu miała dostęp do Rejestru Dowodów Osobistych.

Ten wątek w kontekście wpływów rosyjskich nie został do tej pory nawet dotknięty, a powinien. Trzeba ustalić,

czy – za pośrednictwem spółek Krala – Rosjanie mieli dostęp do danych personalnych polskich obywateli, którymi były zainteresowane.

Jednak większość opinii publicznej, jeżeli w ogóle zastanawia się nad rosyjskimi pieniędzmi w tej aferze, koncentruje się na słowach premiera o rosyjskiej mafii (nie o rosyjskich służbach). Pojawiły się dociekania, o którą „bratwę” chodziło Tuskowi. W ten sposób określano w Rosji różne mafijne grupy przestępcze, choć najczęściej – mafię sołncewską, ze słynnym przestępcą Siergiejem Michajłowem na czele. Dlatego w pierwszych dniach po wypowiedzi premiera analizowano w mediach możliwe powiązania Zondacrypto z grupą Michajłowa.

Notatka ABW o Zondacrypto

Wtedy nieoficjalnie z okolicy rządu zaczęły pojawiać się sugestie, że jednak nie o bratwę sołncewską chodziło. Więc o jaką? Aby to wyjaśnić, nagle wypłynęła (choć we fragmentach) niejawna notatka ABW, na której miał opierać się premier w swojej wypowiedzi. 27 kwietnia, dziesięć dni po wystąpieniu premiera, „Gazeta Wyborcza” opublikowała artykuł Wojciecha Czuchnowskiego, z którego wynikało, że ABW wskazało w notatce na mafię tambowską, kierowaną przez Władimira Kumarina. Podkreślono także, że

w kontaktach między Rosjanami a Zondacrypto pośredniczył Polak, przedsiębiorca.

Nie podano jednak jego nazwiska.

Trzy dni później, 30 kwietnia, portal Onet poinformował, że jest w stanie zidentyfikować tego przedsiębiorcę. Tyle że tego nie zrobi. „Znamy nazwisko tego biznesmena, ale go nie ujawnimy. To dlatego, że raport ABW to informacje operacyjne, a dopiero rozpoczęte niedawno śledztwo pokaże, jaki udział miał ów biznesmen w operacji sprowadzenia mafii tambowskiej do Zondacrypto i wyprowadzenia z tej firmy pieniędzy” – wyjaśniał Jacek Harłukowicz.

Próba ustalenia, kto z Rosji stał za Zondacrypto, zamieniła się w dziennikarską konkurencję, kto ma lepsze dojścia w służbach lub wśród polityków dysponujących raportem ABW. Tak wygląda zapełnianie luki informacyjnej, która nigdy nie powinna powstać.

Wiedzieli od grudnia

W międzyczasie Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego postanowiła lepiej komunikować się ze społeczeństwem i… założyła konto na platformie X Elona Muska. Ale akurat o sprawie rosyjskich wpływów w polskiej polityce nie napisano na tym koncie ani słowa. 27 kwietnia ABW udostępniło jedynie wpis Jacka Dobrzyńskiego, rzecznika prasowego ministra-koordynatora służb specjalnych.

Dobrzyński wyjaśniał w nim, że

ABW „zajmuje się problemem wykorzystywania kryptowalut do finansowania aktów dywersji na zlecenie obcych służb

oraz używaniem kryptowalut przez środowiska przestępcze”. I że właśnie z tego powodu ABW dostarczyła polskim władzom notatkę na temat Zondacrypto.

Wiadomo też, że notatkę ABW na ten temat przekazano również prezydentowi. Czy była w niej informacja o rosyjskim finansowaniu i rosyjskich aktywnościach służb specjalnych – tego nie wiadomo.

Z wszystkich tych doniesień wynika, że od grudnia 2025 roku polscy politycy mają świadomość, iż za firmą Zondacrypto stoją pieniądze z Rosji. A jednak śledztwo w tej sprawie dopiero ruszyło. Na dodatek dotyczy ono głównie oszustw finansowych wobec tysięcy poszkodowanych przez Zondacrypto Polaków, a nie rosyjskich wpływów. Jednym z wątków postępowania ma być wspieranie przez tę firmę podmiotów związanych z politykami. Nie ma jednak informacji wskazujących na to, że śledczy zajmą się wątkiem rosyjskim.

Czy na pewno mafia?

Ponieważ o rosyjskich śladach politycy niewiele mówią, postanowiłam przeanalizować fragmenty, które zostały dotychczas ujawnione. Według notatki ABW rosyjskie pieniądze miały zostać wprowadzone do Zondacrypto w 2018 roku, a w 2022 roku (wybuch wojny w Ukrainie) działania ze strony Rosjan miały zostać spotęgowane.

Prześledziłam historię tambowskiej bratwy i jej szefa Władimira Kumarina vel Barsukowa. Otóż

co najmniej od 2010 roku, czyli od pierwszego wyroku wydanego na niego przez rosyjski sąd (jeśli nie już od aresztowania w 2007 roku), tambowska bratwa nie istnieje.

Jej lider nieprzerwanie siedzi w więzieniu. Grupa przestępcza się rozpadła.

Rosyjskie mafie były najsilniejsze w latach 90. Właśnie wtedy Władimir Putin, wówczas zastępca mera Petersburga, poznał się z Kumarinem i pomagał mu budować wpływy. Najpierw wspierał go w Petersburgu, potem też w innych regionach Rosji. Ale kiedy Putin został prezydentem Rosji, jego nastawienie wobec mafijnych grup zmieniło się. Po kilku latach rządów Putin uznał szefów mafii za swoich konkurentów na drodze do zbudowania silnej władzy państwowej i zaczął z nimi walczyć oraz przejmować ich zasoby. Stąd między innymi zatrzymanie Kumarina w 2007 roku, a potem wydanie na niego szeregu wyroków karnych.

„Tambowscy” blisko FSB

Od tamtej pory Kumarin siedzi w więzieniu. Źródła, które śledziły historię rosyjskich mafii, podkreślają, że nie ma doniesień, aby ktokolwiek przejął zarządzenia mafią tambowską po Kumarinie. Uważa się, że grupa ta co najmniej 16 lat nie funkcjonuje. Wiele wskazuje natomiast, że

pozostałości tej struktury przejęły rosyjskie służby specjalne.

Dokładnie tak, jak przejęły Grupę Wagnera, prywatną kompanię wojskową, po śmierci jej założyciela Jewgienija Prigożina.

To typowe dla rosyjskich służb – przechwytywanie środowisk przestępczych po to, by je wykorzystywać do własnych celów; zarządzać nimi, a nie je zwalczać. W przypadku mafii tambowskiej jest to tym bardziej realne, że znane są wieloletnie powiązania „tambowskich” z rosyjskim kontrwywiadem FSB.

Mówi się nawet, że dziś FSB zarządza zorganizowanymi grupami przestępczymi w Rosji. Wykonywane przez współczesne bratwy operacje finansowane realizowane są więc zazwyczaj pod nadzorem rosyjskich służb, a nie poza nimi.

Co ta historia oznacza dla afery Zondacrypto w Polsce? Ano tyle, że w 2018 roku rosyjskich pieniędzy w polską giełdę kryptowalut nie mogła zainwestować mafia tambowska, bo od dawna nie istniała.

Inwestorami mogły być za to rosyjskie służby, które korzystały z „tambowskiej” przykrywki.

Tak samo, jak korzystały z przykrywki Grupy Wagnera podczas rekrutowania sabotażystów w Europie Zachodniej.

Pieniądze od Putina, nie od mafii

A jeśli pieniądze pochodziły z rosyjskich służb, to znaczy, że w oczywisty sposób za operacją przejęcia Zondacrypto stało rosyjskie państwo. Ta opcja podnosi aferę Zondacrypto na dużo wyższy poziom. Bo mamy tu do czynienia nie z praniem brudnych pieniędzy przez mafię,

lecz z finansowaniem przez rosyjskie państwo działań polskich partii politycznych i wydarzeń, będących częścią polskiej kampanii wyborczej (prezydenckiej).

Dodajmy do tego głosowanie przez te same partie prawicowe przeciw przepisom regulującym rynek kryptowalut – i mamy pełen obraz potencjalnej transakcji.

To najpoważniejsza politycznie, także międzynarodowo, sprawa w Polsce od wielu lat. Informowanie o niej opinii publicznej nie może jednak polegać na tym, że premier coś powie, ale nie poda szczegółów. Zaś politycy czy służby będą nieoficjalnie podrzucać jednym mediom a to notatkę ABW, a to nazwisko pośrednika między Polską a rosyjskimi służbami, jednocześnie wymagając od dziennikarzy zachowania tajemnicy.

Bez zasłaniania się śledztwem

Sprawa takiego kalibru wymaga powagi państwa i służb, także w zakresie komunikowania o podejrzeniach. Potrzebujemy konferencji prasowej premiera, ministra koordynatora służb specjalnych i szefa ABW, na której każdy z nich przedstawi ustalone fakty, bez zasłaniania się hasłem „śledztwa są w toku”. Śledztwa będą trwały zapewne przez lata, a jeśli zmieni się władza, być może nigdy nie zostaną zakończone.

Obywatele już dziś mają prawo wiedzieć (a nie się domyślać):

  • co w tej sprawie wiadomo,
  • kto wchodził w kontakty z Rosjanami,
  • jakie są najpoważniejsze zarzuty, wynikające z ustaleń służb,
  • jakie jest zagrożenie związane z wpływami Rosji na polską politykę.

Kiedy w 2024 roku Czesi ujawnili tzw. aferę Voice of Europe, dotyczącą prorosyjskiej siatki budującej wpływy wśród europarlamentarzystów, zorganizowali taką właśnie konferencję. I przedstawili to, co do tego momentu zostało ustalone przez służby i śledczych. A postępowania prokuratorskie ruszyły dopiero po tej konferencji.

Dlaczego tak nie może być w Polsce?

Zaciemnianie obrazu

To tym ważniejsze, że środowisko prezydenta Nawrockiego nie zamierza pozostać bierne wobec rzuconego przez Tuska oskarżenia. Nie ma wątpliwości, że decyzja o odtajnieniu aneksu do raportu z likwidacji WSI, stworzonego w 2007 roku przez komisję Antoniego Macierewicza, jest odpowiedzią na owe zarzuty.

Aneks Macierewicza merytorycznie jest słaby, co stwierdzili wszyscy, którzy go czytali. Jednak jego odtajnienie może wywołać spory efekt. Po pierwsze:

powstanie niezwykły szum informacyjny wokół kwestii „rosyjskich wpływów” i tego, kto miałby im ulegać.

Pojawią się kolejne nazwiska, zarzuty, spiskowe teorie. W tym szumie rozmyje się afera Zondacrypto i jej powiązania z rosyjskimi służbami specjalnymi oraz prawicą.

Po drugie: nazwiska z aneksu WSI posłużą zapewne do zbudowania (czy wzmocnienia) narracji o umoczeniu ugrupowań tworzących obecną koalicję rządową w kontakty z Rosją. Politycy będą przerzucać się hasłami o rosyjskich wpływach, zaciemniając obraz rzeczywistego zaangażowania Rosji w polską politykę. A obywatele będą mieli wrażenie, że o rosyjskie wpływy każdy oskarża każdego, więc – aby nie utonąć w tym politycznym szlamie – najprościej jest przestać traktować te zarzuty poważnie.

Tajna wiedza? Nie tym razem

Polski rząd, służby i prokuratura powinni zrobić wszystko, by w jak najbardziej precyzyjny sposób ustalić, a potem ujawnić powiązania między rosyjskimi służbami specjalnymi, Zondacrypto i prawicą. Trzeba w końcu przestać uznawać fakty o rosyjskich powiązaniach polityków za tajną wiedzę, którą powinny znać wyłącznie służby i osoby pełniące najwyższe funkcje w państwie.

Szefowie agencji – ale też premier i jego środowisko – muszą uświadomić sobie, że

fakt, iż oni posiadają utajnione informacje na ten temat, nie blokuje rosyjskich wpływów w Polsce.

Nie ogranicza to poparcia dla prorosyjskich polityków czy prorosyjskich aktywistów. Służby mogą ustalać związki z Rosją, najwyżsi politycy mogą znać raporty ABW – a bez poinformowania o tym opinii publicznej nic z nich nie wyniknie. Prorosyjscy politycy będą dalej budować swoje ugrupowania i zdobywać wyborców.

O zagranicznych wpływach muszą wiedzieć obywatele, bo to oni podejmują decyzje wyborcze. Służby innych państw prowadzą coraz bardziej otwartą komunikację, publicznie definiując zagrożenia dla bezpieczeństwa kraju. W Polsce wciąż pokutuje przekonanie, że lepiej o tym głośno nie mówić.

To myślenie z innej epoki, jeżeli chodzi o przestrzeń informacyjną oraz prowadzoną przez Rosję wojnę kognitywną z Zachodem.

Czas na podejście adekwatne do sytuacji, w jakiej się dziś znajdujemy jako państwo. Jawność, konkret i przejrzystość w każdym podejmowanym kroku – to musi być podstawa w informowaniu o rosyjskich wpływach w Polsce. Nie tylko tych, które dotyczą Zondacrypto.

Na zdjęciu Anna Mierzyńska
Anna Mierzyńska

Analityczka mediów społecznościowych, ekspertka. Specjalizuje się w analizie zagrożeń informacyjnych, zwłaszcza rosyjskiej dezinformacji i manipulacji w sieci. Autorka książki „Efekt niszczący. Jak dezinformacja wpływa na nasze życie” oraz dwóch poradników na temat zwalczania dezinformacji. Z OKO.press współpracuje jako autorka zewnętrzna. Pisze o dezinformacji, bezpieczeństwie państwa, wojnie informacyjnej oraz o internetowych trendach dotyczących polityki. Zajmuje się też monitorowaniem ruchów skrajnie prawicowych i antysystemowych.

Komentarze