0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Ilustracja: Iga Kucharska / OKO.pressIlustracja: Iga Kuch...

Krótko i na temat: najnowsze wiadomości z Polski i ze świata

Witaj w sekcji depeszowej OKO.press. W krótkiej formie przeczytasz tutaj o najnowszych i najważniejszych informacjach z Polski i ze świata, wybranych i opisanych przez zespół redakcyjny

Google News

15:27 27-07-2026

Prawa autorskie: Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Wyborcza.plFot. Sławomir Kamińs...

Jeden harcerz zdradził. Za to Kamiński i Wąsik nie złożyli lojalek

Europosłowie Mariusz Kamiński i Maciej Wąsik nie złożyli wymaganych przez samego prezesa partii oświadczeń o przynależności do PiS – podaje Wirtualna Polska. To nie dlatego, że chcą iść za Morawieckim, wkurzyli się o sam przymus podpisywania lojalek. Teraz Komitet Polityczny PiS będzie miał z nimi ból głowy

Co się wydarzyło?

We wtorek zbiera się Komitet Polityczny PiS, który oficjalne ma stwierdzić, że ci politycy, którzy nie złożyli na Nowogrodzkiej wymaganych przez Jarosława Kaczyńskiego lojalek, zostaną usunięci z partii.

Takie ultimatum – albo lojalka albo życie poza PiS – wymierzone było w stowarzyszenie Mateusza Morawieckiego, ale pojawił się też niespodziewany efekt uboczny.

Wirtualna Polska informuje, że poza ludźmi Morawieckiego zwierającymi szeregi w ramach stowarzyszenia Rozwój Plus, lojalek nie podpisali również dwaj eurospołowie – Mariusz Kamiński i Maciej Wąsik.

„Wąsik i Kamiński za Morawieckim nie pójdą. Oni się wkurzyli, że ktoś każe im jakieś lojalki podpisywać.

Wedle mojej wiedzy, to nie chodzi o to, że chcą do nas dołączać. Takich parlamentarzystów, którzy denerwują się na to, co się dzieje, jest cała masa" – mówi w nieoficjalnej rozmowie z WP stronnik Morawieckiego.

To może być kolejny kłopot dla Jarosława Kaczyńskiego. Żeby nie tracić autorytetu, powinien z partii usunąć również tych dwóch europosłów. Tymczasem PiS w ostatnich dniach walczy raczej o każde ręce na podkładzie, które do wtorku może jeszcze wyrwać z objęć Morawieckiego.

Jasne jest, że kiedy w czwartek o północy minęło ultimatum postawione przez Jarosława Kaczyńskiego i w piątek prezes wydał oświadczenie, w którym mówił, że „trzydziestu kilku posłów naszej formacji zrezygnowało z członkostwa”, nie pomylił się wcale w liczeniu.

Choć w stowarzyszeniu Morawieckiego jest 40 posłów, to Jarosław Kaczyński ewidentnie liczy, że do wtorku ta liczba jeszcze spadnie do „trzydziestu kilku” właśnie. A ostatnie dni z pewnością maślarze poświęcają na to, żeby harcerzy przekonać do powrotu.

Z jednym się już zresztą udało. W poniedziałek rzecznik PiS Rafał Bochenek poinformował, że poseł Grzegorz Lorek zrezygnował z uczestnictwa w inicjatywie byłego premiera i "wraca do PiS”. Lorek to były polityk AWS i Ligi Polskich Rodzin. Do Sejmu wszedł w 2018 roku.

„Harcerze” w rozmowie z WP mówią, że spodziewali się, że Lorek może być potencjalnie słabym ogniwem.

Przeczytaj także:

Jaki jest kontekst?

Rozłam w PiS, który dokonał się w ubiegłym tygodniu, a przypieczętowany zostanie we wtorek (28 lipca), od miesięcy wydawał się nieunikniony. Już w kwietniu sprawa wisiała na włosku, jednak koncepcja „dwóch płuc” pozwoliła chwilowo zażegnać wizję rozłamu w partii.

Tym razem nie dość, że się nie udało, to atmosfera wewnątrz partii zrobiła się bardzo ostra, a przeciwnicy publicznie już bez żadnych zahamowań obrzucali się błotem, czego szczytowym momentem była kłótnia Jacka Kurskiego z Robertem Gontarzem na antenie Telewizji Republika.

Kurski przeprowadził bezpardonowy atak na Mateusza Morawieckiego. Oskarżał go o współpracę z Donaldem Tuskiem, mówił m.in.:

„PiS ma być rozwalony w wyniku realizacji niemieckiego planu podboju Europy, a Morawiecki jest żałosnym trybikiem.”

Ten występ rozzłościł samego Jarosława Kaczyńskiego i może skończyć się dla Kurskiego nawet zakazem występów medialnych.

Ostatecznie, jak pisze WP, Nowogrodzka zaczyna rozumieć, że czas wyciszyć emocje, bo publiczne obrzucanie się błotem pomiędzy „malarzami” a „harcerzami” nikomu nie służy.

„Jeśli ich sondaże rzeczywiście okażą się niezłe, to w którymś momencie trzeba będzie wrócić do rozmów i być może zbudować coś wspólnie na przyszłoroczne wybory – ocenia w WP jeden z polityków PiS.

Przeczytaj także:

14:30 27-07-2026

Prawa autorskie: Fot. Zrzut ekranu/Facebook/PKOlFot. Zrzut ekranu/Fa...

Tajne spotkanie prokuratora z Katowic z prezesem Zondacrypto

Delegacja Prokuratury Krajowej i CBA zorganizowała w jednym z krajów Zatoki Perskiej potajemne negocjacje z prezesem Zondacrypto Przemysławem Kralem. Cel: namówić go do zeznań w zamian za status świadka koronnego – informuje „Rzeczpospolita”

Co się wydarzyło?

Polska Prokuratura próbuje namówić Przemysława Krala, prezesa Zondacrypto do współpracy. Z informacji „Rzeczpospolitej” wynika, że doszło do tajnego spotkania przedstawicieli polskich służb z Kralem na terenie jednego z krajów Zatoki Perskiej.

Najprawdopodobniej wybór padł na kraj neutralny w tym sensie, że podejrzewa się, Przemysław Kraj po opuszczeniu Monako zamieszkał w Izraelu. Na spotkanie jednak wybrano kraj trzeci.

Uczestniczyć w nim miał według gazety miał jeden z naczelników delegatury CBA oraz prokurator Marek Wełna, naczelnik śląskiego wydziału Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej. Ich zadaniem było przekonać Przemysława Krala, by został świadkiem koronnym.

Przypomnijmy, że choć Przemysław Kral zniknął trzy miesiące temu, wyjechał z Monako, gdzie ostatnio mieszkał, przestał się udzielać w social mediach, nie kontaktuje się już z pracownikami, a przede wszystkim Zondacyrtpo nie obsługuje już żadnych płatności, w związku z czym katowicka prokuratura w połowie kwietnia wszczęła postępowanie sprawie oszustwa i prania pieniędzy.

Kral jednak nie został przesłuchany. Nie jest też o nic oskarżony, ścigany ani podejrzany.

Tymczasem status świadka koronnego dotyczy osób podejrzanych, które uczestniczył w działalności zorganizowanej grupy przestępczej i zdecydowałby się ujawnić organom ścigania wszystkie informacje o przestępstwach oraz ich sprawcach – wyjaśnia „Rzeczpospolita”.

Druga kwestia dotyczy tego, że świadek koronny powinien uczestniczyć w działalności grupy, ale nie może nią kierować.

Jeśli Kral zdecydowałby się na taki układ z polską prokuraturą, straciłby cały majątek uzyskany z przestępstw, ale uzyskałby niekaralność oraz dożywotnią ochronę służb, w tym zmianę wizerunku, nowe życie i tożsamość.

Przeczytaj także:

Jaki jest kontekst?

Choć w sprawie Zondacyrpto w prokuraturze toczy się kilka postepowań równolegle, nie ma jednej teorii, kto stał za giełdą Zondacrytpo, a wcześniej za BitBay, która była jej poprzednikiem.

Choć w sprawie BitBay wiadomo znacznie więcej. W pierwszych latach działalności giełdy szarą eminencją był prawdopodobnie Roman Ż., cichy wspólnik Suszka, który formalnie nigdy nie pełnił żadnej funkcji w spółce, nie był też jej udziałowcem, jednak 70 proc. udziałów posiadali ludzie z nim związani.

Jak pisaliśmy niedawno w OKO.press, prokuratura już w 2022 roku postawiła jemu oraz byłemu prezesowi i wiceprezesowi BitBay zarzuty dotyczące prania pieniędzy. Proces jest w toku i niewykluczone, że ludzie, którzy odpowiadali za działalność przestępczą w BitBay, już są na celowniku.

W tamtym okresie w spółce nie było jeszcze jednak Przemysława Krala. On pojawił się dopiero w 2019 roku, w dodatku doradzał jedynie Sylwestrowi Suszkowi, a kontrolę na firmą przejął dopiero tuż przed zaginięciem Suszka w marcu 2022 roku.

Media podawały informacje, jakoby za tym zaginięciem miały stać konflikty pomiędzy środowiskami mafijnymi, w tym mafią krakowską, pruszkowską i „Mańkiem”, czyli właścicielem słynnej stacji benzynowej w Czeladzi, na której zaginął Sylwester Suszek. Przemysław Kral był właśnie człowiekiem „Mańka”.

Dziś prokuratura uważa, że Sylwester Suszek najprawdopodobniej nie żyje – został zamordowany przez grupy przestępcze, które wykorzystywały giełdę kryptowalut do prania brudnych pieniędzy. Śledztwo w tej sprawie toczy się od 2022 roku, a od lutego 2026 roku kieruje nim prok. Marek Wełna.

To właśnie prok. Wełna według „Rzeczpospolitej” ma prowadzić potajemne negocjacje z Przemysław Kralem na temat statusu świadka koronnego.

Przeczytaj także:

13:00 27-07-2026

Prawa autorskie: Fot. AP Photo/Ebrahim NorooziFot. AP Photo/Ebrahi...

Zamach w Berlinie. Ofiara śmiertelna to Polka z Warszawy

„Wstrząśnięci i z głębokim smutkiem przyjęliśmy informację, że ofiarą tragicznego ataku w Berlinie była obywatelka Polski” – przekazał w poniedziałek rzecznik MSZ Maciej Wewiór. To 65-letnia kobieta z Warszawy. Córka ofiary również została ranna i przebywa w szpitalu. Sprawca został zastrzelony podczas policyjnej obławy

Co się wydarzyło?

Ofiarą zamachu, do jakiego doszło w sobotę wieczorem (25 lipca) w Berlinie, w czasie trwania Parady Równości, jest 65-letnia Polka z Warszawy.

Potwierdził to już wcześniej również burmistrz Berlina Kai Wegner, który złożył kondolencje charge d'affaires Rzeczypospolitej Polskiej w Niemczech Janowi Tombińskiemu. Agencja prasowa dpa cytuje go:

„Bardzo poruszyło mnie to, co wydarzyło się w sobotę, a moje myśli są z państwem, a przede wszystkim z córką i rodziną zamordowanej.”

Media podają, że córka również została w tym zamachu ranna. We wtorek o godz. 15 przed Bramą Brandenburską ma się odbyć uroczystość upamiętniająca zmarłą Polkę. Poza nią w zamachu polegającym na tym, że duży samochód dostawczy wjechał w tłum, ucierpiało także 29 innych osób. W niedzielę część z nich zostało wypisanych ze szpitala, nikt nie walczy już o życie.

Jaki jest kontekst?

W sobotę wieczorem (25 lipca) duży samochód dostawczy wjechał w tłum ludzi w berlińskim parku Tiergarten, w pobliżu Bramy Brandenburskiej. To właśnie w tej okolicy trwała jedna z największych Parad Równości w Europie.

Sprawca został w niedzielę zastrzelony podczas obławy na terenie ogródków działkowych w dzielnicy Spandau. Według nieoficjalnych informacji działka, na której się ukrywał, należała do jego ojca. Jednostki specjalne policji zjawiły się tam zaalarmowane o jego obecności. Abdul B. nie chciał się poddać, próbował atakować policję białą bronią, na co otwarto ogień. Sprawca został postrzelony i mimo reanimacji zmarł ok. 18.30.

Minister spraw wewnętrznych Niemiec Alexander Dobrindt poinformował w niedzielę, że wszystko wskazuje na to, że atak w berlińskim Tiergarten był islamistycznym zamachem terrorystycznym. Dodał, sprawca na miejscu zbrodni prawdopodobnie atakował ludzi także maczetą.

Sprawcą tym jest 21-letni Abdul B., sympatyk Państwa Islamskiego, który był już wcześniej znany policji. Abdul B. urodził się w 2005 roku w Niemczech i ma libańskie pochodzenie. W 2025 roku wyjechał do Libanu, jak informują niemieckie media, stamtąd chciał przedostać się do Syrii, by dołączyć do Państwa Islamskiego, jednak nie udało mu się i wrócił do Berlina.

Po powrocie do Berlina został zatrzymany przez policję i do maja 2026 roku przebywał w areszcie śledczym. W końcu wyszedł, ponieważ usłyszał wyrok w zawieszeniu za przygotowywanie poważnego, zagrażającego państwu aktu przemocy. Sąd uwierzył mu, gdy podczas procesu dystansował się do Państwa Islamskiego. Dostał jedynie sądowy nakaz wzięcia udziału w programie deradykalizacyjnym.

Niemiecki minister spraw wewnętrznych Alexander Dobrint przyznał w wywiadzie dla telewizji ZDF, że „postawienie wyłącznie na program deradykalizacji było z pewnością naiwne”. Dodał, że kwestia potraktowania Abdula B. przez sąd zostanie zbadana.

Przeczytaj także:

11:49 27-07-2026

Prawa autorskie: Karina Kitsai / FacebookKarina Kitsai / Face...

Bo w sklepie usłyszeli akcent. Brutalne pobicie Ukraińców

Aleksandra Freus z wrocławskiej policji potwierdza w rozmowie z OKO.press: do ataku najprawdopodobniej doszło na tyle narodowościowym. Mężczyźni mieli usłyszeć w sklepie wschodni akcent pary z Ukrainy.

Co się wydarzyło?

Aktualizacja: w poniedziałek (27 lipca) wieczorem minister spraw wewnętrznych i administracji Marcin Kierwiński poinformował na portalu X, że „wrocławscy policjanci zatrzymali 2 mężczyzn podejrzewanych o udział w brutalnym pobiciu obywateli Ukrainy. Mężczyźni byli notowani. Jeden z nich został zatrzymany przez policyjnych kontrterrorystów, gdy próbował opuścić Wrocław.”

„Dzisiaj moja córka Nastia i jej chłopak Maksym zostali brutalnie zaatakowani w sklepie we Wrocławiu. Powodem był ukraiński akcent” – napisała na Facebooku Karina, mama Nastii.

Jak potwierdziło OKO.press, w niedzielę, 26 lipca, ok. 18:30 przy ul. Okulickiego we Wrocławiu troje mężczyzn zaatakowało parę pochodzącą z Ukrainy. Z pierwszych ustaleń policji wynika, że wszyscy spotkali się w okolicznym sklepie, a napastnikom nie spodobał się wschodni akcent Nastii i Maksyma. Do pobicia (nagranego i opublikowanego w sieci) doszło na ulicy.

Na filmie widać, jak dwóch mężczyzn podchodzi do chłopaka, który próbuje ich od siebie odsunąć. Zaczynają go okładać pięściami. Kiedy dziewczyna próbuje odciągnąć agresorów, sama obrywa w twarz. Po chwili do grupy napastników dołącza trzeci mężczyzna. W trójkę kopią chłopaka, który próbuje zakryć głowę przed kolejnymi ciosami. Upada na ziemię i tam jest dalej bity i kopany. Sytuacji przyglądają się przynajmniej dwie kobiety, które pozostają bierne. Nie reagują na nienawistny atak.

Podkomisarz Aleksandra Freus z wrocławskiej policji potwierdziła, że funkcjonariusze przesłuchali już zaatakowaną parę. Od rana trwają czynności mające na celu ustalenie tożsamości i zatrzymanie sprawców nienawistnego ataku.

Jaki jest kontekst?

Brutalne pobicie Nastii i Maksyma we Wrocławiu jest przynajmniej piątą głośną historią ataku na obywateli Ukrainy, do której doszło na polskich ulicach w tym miesiącu.

Na początku lipca we Wrocławiu został zaatakowany 19-latek z Ukrainy chwilę po tym, jak rozmawiał z mamą przez telefon po ukraińsku. Chłopak ma złamany nos, uszkodzony kręgosłup.

W połowie lipca w Bielsku-Białej mężczyzna zwyzywał 11-latki pasażerki miejskiego autobusu. Agresorowi, jak pisaliśmy w OKO.press, postawiono zarzuty znieważenia trzech Ukrainek, a także naruszenia nietykalności cielesnej jednej z nich.

Przed tygodniem na komisariat policji w Poznaniu zgłosił się 60-latek, który został kilka razy uderzony w twarz po tym, jak stanął w obronie nastolatka z Ukrainy zaczepianego w miejskim autobusie. Mężczyzna runął na ziemię, był kopany, spędził noc na SOR-ze. Tego samego dnia dorosła kobieta zaatakowała dwie 13-letnie dziewczynki bawiące się na placu zabaw w Legnicy.

Radni Sopotu, jako pierwsi lokalni politycy, zdecydowali, że muszą dać odpór fali nienawiści, jaka przechodzi przez Polskę. Przyjęli rezolucję przeciw narastającym nastrojom antyukraińskim w Polsce. Radni apelują do władz państwowych i polityków o przeciwdziałanie mowie nienawiści, dezinformacji i ksenofobii.

Przeczytaj więcej w OKO.press:

Przeczytaj także:

11:45 27-07-2026

Prawa autorskie: Fot. Dawid Zuchowicz / Agencja Wyborcza.plFot. Dawid Zuchowicz...

Afera RARS. Prokuratura idzie po ludzi Morawieckiego

Śledztwo dotyczące nieprawidłowości w Rządowej Agencji Rezerw Strategicznych przyspiesza, a prokuratorzy planują działania wobec ludzi z najbliższego otoczenia Mateusza Morawieckiego – donosi Onet. Chodzi o bliskiego współpracownika byłego premiera Mariusza Chłopika i byłego prezesa Agencji Rozwoju Przemysłu Cezariusza Lesisza

Co się wydarzyło?

W tzw. aferze RARS pojawił się zupełnie nowy wątek – pieniądze mały być wyprowadzane nie tylko z Rządowej Agencji Rezerw Strategicznych, ale również z Banku Gospodarstwa Krajowego – pisze Onet.

Wątek ten pojawia się w czasie, gdy śledztwo w tej sprawie przyspiesza i – jak informuje portal – na krótkiej liście prokuratury, jako kolejni do przesłuchania w sprawie wyprowadzania pieniędzy, są Mariusz Chłopik i Cezariusz Lesisz – obaj blisko związani z Mateuszem Morawieckim.

O tym, że śledztwo w sprawie RARS przyspiesza, świadczyć ma fakt, iż 15 lipca o godz. 6.00 rano funkcjonariusze Centralnego Biura Antykorupcyjnego wkroczyli do mieszkań i domów czworga współpracowników Morawieckiego Morawieckiego. Do małżeństwa Anny i Pawła P., a także Włodzimierza D. oraz Renaty K.

Kim są ci ludzie?

Anna P. szefowała fundacji Banku Gospodarstwa Krajowego jeszcze w czasie, kiedy premierem była Beata Szydło, a gdy Mateusz Morawiecki zajął jej miejsce, Anna P. została zastępczynią szefa jego gabinetu.

Jej mąż Paweł P. był pełnomocnikiem ds. zakupów prezesa RARS Michała Kuczmierowskiego. Przypomnijmy, że to właśnie Kuczmierowski jest jednym z głównych bohaterów afery RARS i po ucieczce do Londynu po przegranych przez PiS wyborach obecnie czeka na decyzję brytyjskiego sądu w sprawie ekstradycji.

Renata K. kierowała fundacją BGK po Annie P. To była dziennikarka Superstacji.

Natomiast Włodzimierz D. za PiS był prezesem spółki PL.2012+ zarządzającej Stadionem Narodowym, zasiadał też w radach nadzorczych kilku innych spółek Skarbu Państwa – wyjaśnia Onet.

Anna P., Renata K. I Włodzimierz D. usłyszeli już zarzuty działania w zorganizowanej grupie przestępczej, przekroczenia uprawnień i niedopełnienia obowiązków w celu osiągnięcia korzyści majątkowej przez fundację „Red is Bad” prowadzoną przez Pawła Sz. Postawił je wydział ds. przestępczości zorganizowanej i korupcji Prokuratury Krajowej w Katowicach.

Natomiast zarzuty postawione Pawłowi P. dotyczą „wpływania przez niego, jako przedstawiciela RARS, na zawieranie i realizację czterech umów na zakup agregatów prądotwórczych od spółki Pawła Sz. o łącznej wartości ponad 345 mln zł”, co miało polegać na "ingerowaniu w warunki tych umów oraz zmienianiu ich treści i wartości w sposób odbiegający od pierwotnych ustaleń”.

Jak pisze Onet, Anna P., Włodzimierz D. oraz Renata K. zostali zwolnieni z aresztu po wpłaceniu kaucji rzędu 40-50 tys. zł, natomiast Paweł P. został aresztowany na trzy miesiące i przebywa w areszcie śledczym w Mysłowicach.

Wszyscy czworo zostali pouczeni o bezwzględnym zakazie kontaktowania się zarówno między sobą jak i z Mariuszem Chłopikiem i Cezariuszem Lesiszem. To właśnie, zdaniem źródeł Onet, wskazuje wprost, że prokuratura planuje ich przesłuchać. Chłopik i Lesisz mieli być bowiem zaangażowani w kierowanie wartych setki milionów złotych zleceń z RARS i BGK do spółek Pawła Sz. i jego fundacji „Rad is Bad”.

Przeczytaj także:

Jaki jest kontekst?

Na czym polega afera RARS? Według funkcjonariuszy CBA w RARS stworzono system wyprowadzania pieniędzy poprzez podmioty związane z twórcą patriotycznych koszulek Pawłem Sz. Kontrakty zawierano z pominięciem prawa zamówień publicznych, czyli bez przetargów.

Pretekstem do takiej formy zakupów były sytuacje nadzwyczajne takie jak pandemia koronawirusa czy rosyjska agresja na Ukrainę. Zakupy okazywały się też nadzwyczajnie drogie, bo Sz. naliczał sobie gigantyczne marże.

Jak wyliczał Onet, najbardziej lukratywne kontrakty dotyczyły branż, w których wcześniej nie miał żadnego doświadczenia:

  • 350 mln zł za dostarczenie RARS agregatów prądotwórczych dla ogarniętej wojną Ukrainy;
  • 100 mln zł za dostarczenie RARS instalacji do uzdatniania wody pitnej w Ukrainie;
  • 10 mln zł za dostarczenie RARS maseczek FFP3 (wg. ustaleń Onetu rzeczywista wysokość zamówienia miała wynieść ponad 100 mln zł).

W grudniu 2023 roku, czyli dwa miesiące po wyborach, w których PiS stracił władzę, ruszyło śledztwo w sprawie RARS. Prokuratura długo nie mogła postawić jednak zarzutów ani Michałowi Kuczmierowskiemu, ani Pawłowi Sz., ponieważ tuż po ujawnieniu afery przez Onet latem 2024 roku, obaj uciekli za granicę.

Michał Kuczmierowski we wrześniu 2024 r. został aresztowany w Wielkiej Brytanii, a dziś – już na wolności – czeka w Londynie na rozprawę dotyczącą jego ekstradycji do Polski.

Natomiast Paweł Sz. został aresztowany na Dominikanie w październiku 2024 r. i deportowany do Polski. W lutym 2025 roku został zwolniony z aresztu po wpłacie poręczenia majątkowego w bitcoinach w wysokości odpowiadającej wówczas ok. 1 mln zł.

Kluczowe pytanie, jakie pojawia się w tej aferze, brzmi: czy RARS sfinansowała brudną kampanię kandydatów PiS, używając do tego firm należących do twórcy Red is Bad? Właśnie teraz prokuratura po raz pierwsze wydaje się wprost formułować takie tezy.

W oficjalnym komunikacie śledczy piszą:

„Pieniądze przeznaczono na finansowanie kampanii politycznych, w szczególności na opłacanie zespołu osób zajmujących się sztucznym kreowaniem zasięgów, budowaniem poparcia dla określonych narracji politycznych, tworzeniem materiałów propagandowych

oraz przedstawianiem polityków opozycji w negatywnym świetle. Działania te miały być koordynowane zgodnie z wytycznymi przekazywanymi przez Pawła Sz. i osoby z nim współpracujące".

Od dawna mówi się, że prokuratorzy chcą w tej aferze postawić zarzuty samemu Mateuszowi Morawieckiemu. Chodzi co najmniej o niedopełnienie obowiązków, bo jako premier powinien nadzorować działanie Rządowej Agencji Rezerw Strategicznych. Morawieckiego miał obciążyć w zeznaniach Paweł Sz., który zdecydował się na współpracę z prokuraturą.

Morawiecki dotąd nie został jeszcze w tej sprawie przesłuchany. Stronnictwo maślarzy, wrogie Mateuszowi Morawieckiemu, z okazji rozłamu, do jakiego doszło właśnie PiS, sufluje teorię, jakoby Morawiecki celowo działał na szkodę partii, by w zamian uzyskać od rządu Donalda Tuska nietykalność właśnie w aferze RARS.

Przeczytaj także: