Po wyborach na żywo. Tutaj znajdziesz najważniejsze informacje. 11 listopada okazją do politycznych oświadczeń. Tusk o pojednaniu, Duda o tym, że trzeba uważać na sojusze, Kaczyński o niemieckiej partii Tuska
Lider Koalicji Obywatelskiej ostrzegał dziś przed pokusą wykorzystania siły przez PiS po ew. przegranych wyborach. Przekonywał, że KO może pokonać partię Kaczyńskiego
Donald Tusk odwiedził dziś Chrzanów – 36-tysięczne miasto w Małopolsce, na granicy z województwem śląskim.
Lider Koalicji Obywatelskiej mówił tam przede wszystkim o potrzebie kontroli wyborów.
Ostrzegał, że Prawo i Sprawiedliwość może zechcieć użyć siły, jeśli okaże się, że wynik jest dla nich niekorzystny.
„Więc chcę wam powiedzieć, mówi to też całe moje życiowe doświadczenie: władza nawet tak zepsuta, jak pisowska, ma zawsze jedną granicę. Jest zawsze taki moment, nawet dla tak zepsutej władzy, jak pisowska, że ona się cofa – kiedy widzi, że ludzie, ogrom ludzi jest gotowych stanąć twardo i powiedzieć »nie, nie zgadzamy się«” – zapewniał Tusk.
„Oni są gotowi – i mówię to z własnego doświadczenia, ale też z waszego doświadczenia z ostatnich lat – do różnych złych rzeczy. Ta władza przekracza wszystkie granice cynizmu i egoizmu, ale zawsze cofa się przed siłą. To, że jesteśmy dzisiaj silni, to jest zasługa tych tysięcy zwykłych Polek i Polaków, którzy postanowili wziąć sprawy w swoje ręce i między innymi zgłosili się – a to jest blisko 100 tysięcy ludzi – właśnie do tego, żeby przypilnować tych wyborów” – przypomniał Tusk.
„Ludzi dobrej woli jest po prostu więcej [...] Jeśli władza zobaczy nas, tak jak dzisiaj widzi was w Chrzanowie, to moim zdaniem nie odważy się użyć siły czy przemocy przeciwko wyrokowi demokracji” – zachęcał przewodniczący PO.
Tusk, który w ostatnich tygodniach zachęcał do głosowania na dowolną z partii opozycyjnych, zmienił już ton. W Chrzanowie przekonywał, że KO może zdobyć więcej głosów od PiS. W podobnym tonie przemawiał w dzisiejszym spocie wyborczym KO.
„Kiedy 2 czy 3 tygodnie temu pojawiły się po raz pierwszy publicznie te obawy, że mniejsze partie demokratyczne mogą nie przejść progu, nie wejść do parlamentu i byłaby to wielka premia dla PiS-u. Wtedy nie wahałem się ani przez moment i wezwałem wszystkich wyborców Trzeciej Drogi, Lewicy, żeby spokojnie głosowali na swoje partie. Żeby każdy wziął na siebie odpowiedzialność za swoich kandydatów” – mówił dziś w Chrzanowie Tusk.
„Po 2 tygodniach mamy bardzo dobrą informację – nie ma już tego problemu. Wszystkie partie demokratyczne wejdą do parlamentu, te mniejsze też. […] Mam moralne prawo i obowiązek jeszcze raz wezwać wszystkich tych, którzy myślą z jakąś nadzieją na lepszą przyszłość o KO. Nie kombinujcie, głosujcie na KO” – powiedział.
Zdaniem Tuska tylko procentowe zwycięstwo KO pozwoli opozycji skutecznie przejąć władzę. A jest dosłownie na wyciągnięcie ręki.
„Trzeba głosować w taki sposób, żeby odsunąć skutecznie PiS od władzy, żeby odebrać wszystkie możliwe preteksty i możliwości kuglowania i kombinowania po wyborach. […] Najlepszą gwarancją tego, że oni nas nie oszukają, że wyrok wyborców, nasze zwycięstwo będzie oznaczało szybkie, harmonijne przejęcie władzy i utworzenie rządu, jest pokonanie PiS-u” – zachęcał Tusk w Chrzanowie.
„Jesteśmy naprawdę o krok od zwycięstwa. Naprawdę w niedzielę wieczorem możemy się dowiedzieć, że KO jest zwycięzcą tych wyborów. […] Jeśli my będziemy zwycięzcami, a nasi partnerzy z lewej strony i Trzeciej Drogi będą w parlamencie, a będą, bo to już wiemy, ze wszystkich sondaży to wynika, to prezydent Duda nie będzie miał wyjścia” – zaznaczył Tusk.
W ostatnim sondażu Ipsos dla OKO.press procentowa przewaga PiS nad KO wyniosła 8 punktów procentowych. Późniejsze sondaże pokazywały jednak, że ten dystans maleje. Jak pisaliśmy, największym niebezpieczeństwem dla opozycji jest dziś nie procentowa przegrana KO z PiS, a spadek Trzeciej Drogi pod próg wyborczy. Rządy PiS byłyby wówczas dużo bardziej pewne.
Przeczytaj także:
Mateusz Morawiecki na ostatniej prostej walczy o poparcie górników. Obiecuje przenosiny ministerstwa na Śląsk, pieniądze na transformację i chwali się „obroną” Turowa
Premier ostatnie godziny kampanii wyborczej spędza na Śląsku, a na spotkaniach z nim pojawiają się galowo wystrojeni górnicy. W piątkowe południe pojawił się w Katowicach – gdzie dzień wcześniej występował Donald Tusk.
Tusk na swoim wiecu zapowiedział utworzenie Ministerstwa Przemysłu z siedzibą na Śląsku.
„Nie tylko po to, żeby podkreślić rolę Śląska, ale po to, żeby zarządzać tą kolejną falą nowoczesnego przemysłu w skali całego kraju” – mówił Tusk. Jak zaznaczył, transformacja energetyczna i walka o klimat nie muszą być dla Śląska klątwą. „Śląsk był czarny od węgla, tak teraz może być zielony” – mówił w czwartek (12.10) wieczorem.
W piątek podobną deklarację złożył Mateusz Morawiecki.
„Jeśli taka będzie decyzja wyborców, taki finał najbliższej niedzieli, że my będziemy kierować sprawami kraju, to jedno z ministerstwo, Ministerstwo Polskiej Energetyki będzie miało swoją siedzibę tu, na Śląsku, w Katowicach. I ponieważ tym ministerstwem będą kierować ludzie, którzy znają się na sprawach przemysłu, energetyki, to chciałbym żeby to byli ludzie ze Śląska albo przynajmniej tacy, którzy się znają na górnictwie, energetyce” – powiedział.
Przypomnijmy: PiS w 2014 roku w swoim programie wyborczym również obiecywało utworzenie Ministerstwa Energii (choć wtedy nie zapowiadano siedziby na Śląsku). Obietnicy dotrzymano, ale już pięć lat później resort został zlikwidowany – jego kompetencje przejęły resorty aktywów państwowych i klimatu.
Teraz – najwyraźniej – PiS ponownie chce mieć ministra odpowiedzialnego za energetykę ("Polską Energetykę). I – najwyraźniej – premierowi spodobał się pomysł opozycji z siedzibą na Śląsku.
Morawiecki wyraźnie walczy o głosy górników. Podczas spotkania w Urzędzie Wojewódzkim w Katowicach mówił także o kopalni Turów w Bogatyni. Tej samej, którą Czesi oskarżali o odsysanie wody i przez którą nasz spór z południowymi sąsiadami trafił przez Trybunał Sprawiedliwości UE (TSUE).
Polska za niestosowanie się do tzw. środka tymczasowego – a więc za niewyłączenie kopalni na czas postępowania – zapłaciła 68,5 mln euro. Morawiecki, jeszcze w trakcie negocjacji z Czechami (zakończonych porozumieniem i wycofaniem sprawy z TSUE), zapowiadał, że Polska nic nie zapłaci.
Zapłaciliśmy wszystko.
Morawiecki w Katowicach mówił: "Kopalnia i elektrownia Turów miała być zamknięta. I jak ktoś chce zobaczyć podstawową różnicę w podejściu do przemysłu energetycznego, ciężkiego i do tego w jaki sposób zmieniać polską gospodarkę, niech zawsze pomyśli sobie o Turowie. Bo i PO i Hołownia mówili – zamknąć Turów. Po tym jak na skutek fanaberii europejskich trybunałów zażądali od nas zamknięcia Turowa, rząd PiS postawił twarde weto i zrealizowaliśmy nasz plan.
Nie zamknęliśmy kopalni, elektrowni, nie zamknęliśmy 6-7 proc. polskiego przemysłu energetycznego, tylko dlatego że sobie w ten sposób życzyli europejscy, brukselscy biurokraci.
Turów jako symbol, pamiętajcie wszyscy mieszkańcy Śląska, bo zwłaszcza przed wyborami każdy się stroi w piórka obrońców przemysłu śląskiego. To my mówimy – jak Śląsk silny, to i Polska silna. I ten plan realizujemy"
Przeczytaj także:
Według bazy danych think-tanku Instrat, w 2022 roku elektrownia Turów wyprodukowała 11,01 TWh prądu. Oznacza to, że udział elektrowni w miksie energetycznym Polski to ok. 6,3 proc. Mogłaby dobić do 7 proc. – potrzebne byłyby jednak specyficzne warunki, takie jak bardzo niska wietrzność (uniemożliwiająca pracę farm wiatrowych), niskie roczne nasłonecznienie albo poważna awaria innych elektrowni węglowych.
Do tej pory, przynajmniej w ujęciu rocznym, się to nie udaje.
Mimo tego Turów jest ważnym źródłem energii dla tysięcy domów: ale Polska powinna stopniowo zastępować go źródłami niskoemisyjnymi.
Marcel Wandas pisał w czerwcu w OKO.press: „Warto o tym pamiętać, gdy politycy rządzącej formacji będą przekonywać o konieczności jak najdłuższego utrzymywania działalności kopalni i elektrowni w Turowie. Członkowie rządzącego PiS najpewniej będą wspominać o pozytywnym wpływie decyzji o przedłużeniu życia Turowa dla bezpieczeństwa energetycznego państwa (przypomnijmy – według pierwotnej decyzji resortu klimatu Turów miał działać do 2026 roku)”.
Te przewidywania się spełniły. Jednocześnie można było się spodziewać, że PiS nie będzie chwalił się w kampanii utratą środków z Funduszu Sprawiedliwej Transformacji. Chodzi o pulę unijnych środków dla regionów górniczych, które planują odejście od wydobycia i eksploatacji węgla. Komisja Europejska nie wymaga, by regiony ubiegające się o środki od razu zamykały swoje kopalnie. Pieniądze płyną jednak tam, gdzie perspektywa ta jest bliska, a plan transformacji gospodarki konkretny. Planu dla subregionu zgorzeleckiego – gdzie znajduje się Turów – nie ma. W związku z tym KE już ogłosiła, że pieniędzy dla Bogatyni i okolic nie będzie.
O jakie dokładnie kwoty chodzi? Tego dokładnie nie wiadomo, jednak Greenpeace Polska mówi o nawet „setkach milionów” złotych.
Mateusz Morawiecki nie zapomina jednak o pieniądzach dla górniczych regionów – choć wracamy tutaj do Śląska, bo dla dolnośląskiego Turowa PiS nie ma innego pomysłu niż bronienie węglowego przemysłu za wszelką cenę. Nie ma również pomysłów, jak wesprzeć transformację regionu.
Na Śląsku jest jednak zupełnie inaczej. Śląskich górników obejmie tzw. umowa społeczna, którą wynegocjowano z rządem PiS. Dotyczy ona jedynie górników z kopalni węgla kamiennego (Turów to kopalnia węgla brunatnego). O umowie pisaliśmy w OKO.press:
Przeczytaj także:
Jednym z elementów umowy było utworzenie Funduszu Transformacji Śląska. 8 listopada 2022 roku rząd przyjął projekt dotyczący utworzenia spółki zajmującej się Funduszem. Spółka ma pomóc śląskim przedsiębiorcom w rozwoju, a także wspierać powstawanie nowych miejsc pracy.
Jednak umowę o jego utworzeniu Morawiecki podpisał dopiero teraz, w ostatniej chwili przed wyborami.
W Katowicach mówił: „Ja już to podpisałem, Fundusz Transformacji Śląska. Z pierwszym potężnym zastrzykiem kapitałowym 500 mln złotych. A teraz drodzy Ślązacy, mieszkańcy całego województwa, niech mi ktoś powie czy były jakiekolwiek tego typu inwestycje wcześnej, kapitałowe, w infrastrukturę, w odbudowę potencjału przemysłowego w czasach rządów PO?”. Dodał również, że „ze względu na fanaberie klimatyczne UE bardzo ciężko jest finansować nowe projekty”.
To nieprawda, o czym przypomina Michał Hetmański, prezes Fundacji Instrat, która od lat współpracuje z regionami węglowymi w planowaniu sprawiedliwej transformacji.
„Z samego Funduszu Sprawiedliwej Transformacji (FST) woj. śląskie dostanie z nowej unijnej puli do 2027 r. blisko 10 mld złotych. To ponad 20 razy więcej niż dziś wspomniane pół miliarda złotych. Gdyby nie konflikt z Brukselą, te pieniądze byłyby już rok temu na kontach polskich samorządów i przedsiębiorców. Tak, jak to jest u naszych sąsiadów – w Czechach czy na Słowacji” – mówi Hetmański. Dodaje: „Co więcej, inwestycje w ramach FST generują nie tylko miejsca pracy i oszczędności w rachunkach za energię, ale też nowe możliwości do inwestycji na zrekultywowanych terenach górniczych. Dla porównania, w szumnie ogłaszanym rządowym programie wskazano projekty skazane na niepowodzenie. Na przykład skrajnie nierealistyczne inwestycje w tzw. czyste technologie węglowe”.
„Mamy jeden z największych kryzysów mieszkaniowych w historii” – mówiła podczas konferencji prasowej Lewicy na warszawskim Żoliborzu posłanka Anna Maria Żukowska. „Ten kryzys dotyka głównie młode osoby, które mają w tej chwili do wyboru albo zaciągnąć kredyt na ponad 30 lat, albo płacić horrendalne kwoty za wynajem mieszkania, czy pokoju. To pochłania ponad połowę pensji młodych ludzi. Tak się nie da żyć, założyć rodziny, zaplanować dzieci, nie da się rozwijać” – mówiła Żukowska.
Lewica przypomniała, że jako jedyna proponuje ruszyć stronę podażową. Chodzi o pomysł budowy 300 tys. mieszkań z regulowanym czynszem w czasie jednej kadencji. „Jeśli chcemy, żeby rodziło się więcej dzieci w Polsce; żeby młodzi ludzie mieli szansę zmieniać swoje życie, podróżować po kraju, być mobilni, musimy wprowadzić program Lewicy” – przekonywała Żukowska.
Obietnicę Lewicy mają uwiarygadniać pozytywne przykłady z kraju i ze świata.
Żukowska opowiadała o polityce mieszkaniowej Berlina i Wiednia. W stolicy Austrii Lewica urządziła nawet eksperymentalną konwencję – odwiedzała osiedle Aspern-Seestadt, największy projekt zagospodarowania przestrzennego w Europie, gdzie buduje się bloki pod tani najem w wysokim standardzie i co istotne – dla wszystkich grup społecznych.
Więcej o europejskich politykach mieszkaniowych i pomyśle Lewicy pisaliśmy tutaj:
Przeczytaj także:
„Ale to się dzieje także w Polsce – we Włocławku, Kwidzynie, Świdnicy. Tam, gdzie rządzi lub współrządzi Lewica, tam budujemy mieszkania. Mieszkania, które są dostępne, w których można mieszkać przez całe życie. Różnica jest taka, że nie przyjdzie za miesiąc landlord [red. – właściciel] i nie powie, że od jutra podwyższa czynsz o 1000 zł. Te mieszkania są w dobrym standardzie, ocieplone budowane ze standardami Nowego Zielonego Ładu” – mówiła Żukowska.
„Lewica mówi o normalnych sprawach; o rzeczach, które interesują każdego człowiek. O pracy, szpitalach, leczeniu się, o szkołach, o tym, że ludzie powinni więcej zarabiać. Ale Lewica nie mówi nikomu, jak mają żyć. Nie mówi, co jest dobre, a co złe. Każdy ma prawo do wyboru” – mówił Włodzimierz Czarzasty.
Przekonywał, że rozwiązanie problemu mieszkaniowego w Polsce to wielkie wyzwanie cywilizacyjne. „Lewica swego czasu dała Polsce Konstytucję. Lewica wprowadziła Polskę do Unii Europejskiej. Teraz wyzwaniem systemowym jest to, żeby rozwiązać problem mieszkalnictwa w Polsce” – mówił Czarzasty.
I dodał, że kapitał tego wyzwania nie uniósł. „Są dwie wielkie koncepcje: dopłaty do kredytów i budowanie mieszkań na tani najem. Pierwsza to koncepcja PiS i PO. Chcę zapytać, w sposób grzeczny i sympatyczny, jak chcecie to uzdrowić, jeśli 70 proc. osób w Polsce nie ma zdolności kredytowej? A pozostałe 30 proc. ma już mieszkania” – mówił Czarzasty.
Dodał, że własność przestaje być najświętszą wartością. „Świat się zmienia, a z nim nasze przyzwyczajenia. Młodzi ludzie dziś pracują w Warszawie, jutro w Poznaniu, za miesiąc w Amsterdamie” – przekonywał Czarzasty.
„Pokazaliśmy jak to można zrobić. Lewica chce być wiarygodna. Ja zaczynamy to kończymy. Ludzie postrzegają nas jak formację, która dowiezie” – dodał.
Analitycy nie mają wątpliwości: to koniec paliwowego cudu na polskich stacjach. Cenę w okolicach sześciu złotych za podstawową benzynę i diesla spotkamy jeszcze na niektórych pylonach Orlenu. Inne sieci stacji łamią się częściej, nie mając już możliwości utrzymywania stawek niebezpiecznie zbliżonych do kwoty zakupu paliwa. Spełnia się więc scenariusz, który rysowali przeciwnicy PiS-u, zarzucający Orlenowi – liderowi zarówno detalicznej, jak i hurtowej sprzedaży paliw – polityczną grę cenami. Analitycy portalu e-petrol.pl już odnotowują podwyżki, które zaraz po wyborach mogą jeszcze mocniej zaboleć kierowców.
„W prognozach cen detalicznych dla rynku polskiego spodziewamy się zmian zwyżkowych dla wszystkich typów paliw. W przypadku ceny benzyny Pb98 przewidywany jest przedział cen 6,65-6,79 zł/l. Najpopularniejsza benzyna Pb95 będzie kosztowała 5,99-6,15 zł/l. Zmiana zwyżkowa dotknie także oleju napędowego – tutaj przedział cenowy wynosić będzie 6,09-6,22 zł/l. W górę pójdą także ceny autogazu, który może być sprzedawany najczęściej w zakresie od 3,03 do 3,13 zł/l.”- czytamy w analizie e-petrol.pl.
Przeczytaj także:
Specjaliści portalu zauważają, że utrzymywanie bardzo niskich cen będzie coraz trudniejsze w trudnym dla branży petrochemicznej okresie. Na jej niestabilność wpływa przede wszystkim konflikt pomiędzy Hamasem a Izraelem, który zwiększa napięcia na całym Bliskim Wschodzie. Wpływ tych wydarzeń widać już w cenach baryłki ropy.
O końcu kolejnego „cudu nad pompą” przestrzegali w ostatnich dniach również analitycy firm Reflex oraz Polaris FIZ. Nie tylko oni zwracali jednak uwagę na możliwe podwyżki cen. Członek Rady Polityki Pieniężnej Przemysław Litwiniuk w TVN24 otwartym tekstem przestrzegał przed ich wzrostem tuż po wyborach. „Szacujemy, że po wyborach paliwo podrożeje w listopadzie o co najmniej 10 procent, a w grudniu o kolejne 9 procent” – mówił w „Rozmowie Piaseckiego”, za co później został skrytykowany przez władze Narodowego Banku Polskiego. „W związku ze skandaliczną, zaskakującą, nieautoryzowaną przez RPP wypowiedzią pana Przemysława Litwiniuka, NBP informuje, że jest ona całkowicie zmyślona i nieprawdziwa. NBP nie jest od prognozowania cen paliw” – można było przeczytać w oświadczeniu NBP z 9 października. Kilka dni później widać jednak, że „zmyślona i nieprawdziwa” prognoza Litwiniuka zaczyna się sprawdzać.
„Chcę pójść na wybory z pewnością, że za dziesięć lat nie będę rodzić w upokarzających warunkach, pozbawiona autonomii. Że moje rodzeństwo będzie stać na mieszkanie, że nikt w szkole nie będzie wmawiał ośmiolatkom, że Jezus umarł przez nie”
Co o wyborach myśli najmłodsze pokolenie? Przeczytajcie głos Zofii Becker, rocznik 2004, absolwentki III Liceum Ogólnokształcące im. Stefana Żeromskiego w Bielsku-Białej.
Jeszcze niedawno sondaże wskazywały, że ponad połowa osób w wieku 18-39 lat nawet, jakby chciała głosować, to czuje, że nie ma na kogo. Jednak jak wynika z najnowszego sondażu IPSOS zakończonego w poniedziałek, im bliżej wyborów, tym bardziej wzrastają deklaracje frekwencji — także wśród opieszałych młodych. W grupie wiekowej 18-29 lat na wybory wybiera się 62 procent osób, wśród grupy 30-39 — aż 69 procent. Na “nie” jest tylko trochę powyżej 20 procent (kolejno 24 i 21 proc.), niezdecydowanych jeszcze mniej (14 i 11 proc.). Budujące, ale czy to wystarczy?
Gdy sondaże były mniej obiecujące, starsi podnosili głosy, że nieważne na kogo, byle nie na PiS. Ale młodzi mają swoje pragnienia i ambicje, których KO i Trzecia Droga nie próbowały dostatecznie zgłębić. W to śliskie terytorium łatwo wślizgnęły się radykalizmy, i pojawiła nam się nowa, szczerze mówiąc odświeżająca, oś sporu na linii Lewica-Konfederacja. Mam takie wrażenie, że w dużej mierze jest ona odzwierciedleniem polaryzacji, która wdała się między polskich mężczyzn i kobiety. Nie wierzę w coś takiego jak zsystematyzowana nienawiść do mężczyzn. Ale system nie wierzy we mnie jako w kobietę, a męska nienawiść jest jak najbardziej realna.
Przeczytaj także:
Wpisuję w wyszukiwarkę Google “frekwencja wyborcza kobiet”, by zweryfikować krążący ostatnio wśród moich fejsbukowych znajomych post głoszący, że co druga kobieta w wieku 18-39 lat nie zamierza głosować w najbliższych wyborach. Jednym z pierwszych wyników jest artykuł Gazety Wyborczej. Kobiety nie widzą polityków, którzy reprezentowaliby ich interesy, nie odnajdują się w “męskich” warunkach gry, a przede wszystkim nie czują się kompetentne. Potem sprawdzam datę: 30 września 2011.
Trzy lata później poznałam słowo “aborcja”, ukradkiem poczytując prawicowe gazety taty.
Moja świadomość zagrożeń płynących z bycia kobietą w Polsce zaczęła rodzić się w towarzystwie twarzy Bogdana Chazana i rozdartych na kawałki płodów.
Latami bałam się tego słowa. Odnoszę wrażenie, że chyba nie jesteśmy wystarczająco wkurzone. Głośne głosy posłanek Lewicy nie dezynfekują tego lęku; nie ma takiego środka, który by usunął plamę wstydu za bycie kobietą.
Przeczytaj także:
Jestem wkurzona, bo się boję, a chcę pójść na wybory po zwycięstwo: dla mnie, dla mojej mamy, dla mojej siostry, dla mojej przyszłej rodziny. Chcę pójść na wybory z pewnością, że za dziesięć lat nie będę rodzić w upokarzających warunkach, pozbawiona autonomii. Że moje rodzeństwo będzie stać na mieszkanie, że nikt w szkole nie będzie wmawiał ośmiolatkom, że Jezus umarł przez nie.
Gdy czyta się te czarne scenariusze, sondaże i analizy, łatwo zapomnieć, o co się rzeczywiście walczy. Idę odwiedzić moją ciocię, która ma zawsze za dużo chorób i za mało emerytury. Pytam ją o wybory. Ciocia Ela prawie krzyczy, gdy mówi o swoich siostrach (z których jedna jest moją babcią), piętra pomarszczonej skóry rozciągają się, gdy wrzeszczy:
“I mówię Maryśce, jak słyszę, co ona mówi, ja mówię: A ty nie pamiętasz, jak miałaś ciążę pozamaciczną i doktór wokół ciebie latał? Teraz taka jesteś, ale gdyby wtedy była ta twoja Kaczka to byś, za przeproszeniem, cienko s****!!!”
Nie muszę się domyślać, co babcia powiedziała, bo wątpię, że powiedziała cokolwiek. Pewnie tylko w oczach miała ten nienawistny wyraz, ze łzami spływającymi korytarzami zmarszczek, którego nie mogę zapomnieć. Moja babcia robiąca mi kanapki z twarogiem i dżemem truskawkowym, wieczorem krzycząca coś o Niemcu-Tusku. Jej córka mówi, żeby się uspokoiła, bo dostanie zawału, a babcia pluje: „To umrę za prawdę!”. Siedzę obok i próbuję upchnąć moje niemieckie nazwisko gdzieś pod kanapę.
Nie, bo się wstydzę. Po prostu nie chcę pozwolić ani Tuskowi, ani mojemu rodzinnemu Niemczykowi wejść między mnie a babciną miłość. Gdyby wtedy, gdy rodziła, rządził PiS, to umarłaby razem ze swoim dzieckiem. Dostała zakażenia i cała osiwiała w jedną noc, bo tak się bała, co będzie z jej córkami. Mam ochotę zamknąć ją w domu i nie pozwolić nigdzie jej wyjść na wybory. Mam ochotę przytulić ją, młodą dziewczynę, i zapytać, co się z nią stało?
Przeczytaj także:
Cokolwiek stanie się po wyborach, wyjdę z nich z poczuciem, że zrobiłam, co mogłam, dla kobiet w moim życiu. Nie dla jakichś abstrakcyjnych pojęć, którymi łatwo szastać w debacie i komentarzach na Facebooku, nie dla moich osobistych poglądów, bo nigdy nie znajdziemy żadnej partii, która byłaby w pełni w zgodzie z naszym sercem. Ale dla mojej babci, nawet, jeśli się z tym nie zgodzi, dla mojej cioci, na którą wciąż czekam, aż wróci do Polski, dla mojej współlokatorki, dla moich przyjaciółek. Dla siebie.
Przeczytaj także:
Straszny mam niesmak w związku z programem (bądź też brakiem programu) części frakcji opozycyjnych, ale słabo mi się robi, gdy widzę, jak mało młodych Polaków i Polek uważa te wybory za ważne. Dla tych, którzy nie są z przygarnianego czule na łono KO pokolenia “Solidarności”, to są nie tylko ważne wybory.
To pierwsze istotne wybory w naszym życiu, które zdefiniują naszą najbliższą przyszłość i kierunek, który obierze nasze państwo. Państwo, które mimo wszystko strasznie kocham.
Chyba dobrze jest mieć trochę idealizmu, bo jakbyśmy nie miały go w ogóle, przyszłoby nam iść na wybory jedynie by zaznaczyć realistyczną, choć mało lojalną nam opcję. I wyjść z poczuciem porażki. Nie chcę czegoś takiego.
Te wybory mogą być historyczne tylko jeśli te, których historia nie chce, na nie pójdą.
Chodźmy do urn, bo jesteśmy wkurzone. Chodźmy do urn, bo jesteśmy pełne nadziei na lepszą przyszłość, w której nie trzeba się będzie bać. Żebyśmy tylko poszły, żebyśmy głosowały w to, w co wierzymy, a nie w coś, co wydaje się nam bardziej racjonalne i realne. Polska polityka mogłaby wyglądać inaczej, gdyby kobiety nie dały sobie wmówić, że nasze emocje, nasz gniew, lęk, ambicje i idealizm, są słabością.
Przeczytaj także:
Czasem jestem serio wściekła. Na przykład gdy kolejny młody mężczyzna przerywa mi w połowie zdania, by chwilę później prawić o swoim męskim feminizmie. Albo gdy oglądam relację z wiecu i nie potrafię później przywołać żadnego kobiecego głosu. Albo przyswajając jakąkolwiek nową wiadomość dotyczącą umierających, krzywdzonych i poniżanych kobiet, na co — jakby się nie oburzać — daliśmy i wciąż dajemy przyzwolenie (chociażby dopuszczając panów, którzy zamienili brązowe koszule na garnitury, do debaty).
Dla mnie Lewica młodymi kobietami stoi i tylko jej wierzę, że rzeczywiście stanie za nami murem. Ale to już nie o samą Lewicę albo jakąkolwiek inną partię chodzi, i nie na tym polega moja rola, żebym kogokolwiek agitowała.
Chodzi o to, żeby każda z nas poszła na te wybory, by odzyskać swoją godność w kraju, który nas systemowo upadla od kiedy poszłyśmy do szkoły. Żeby pójść z wiarą, że ten lub ta, na którą zagłosujemy, stworzą nam kraj, w którym da się mieć mieszkanie, rodzinę, być artystką czy innym społecznym „nieużytkiem”, i móc bać się trochę mniej o dobrostan queerowych przyjaciół albo koleżanek na roku z doświadczeniem uchodźstwa. Oklepane i do bólu proste postulaty. Jak się z każdymi wyborami okazuje, powtarza się nam, że jednak zbyt wydumane. Mamy być kompromisowe, mamy zadowolić się ochłapami.
Przeczytaj także:
Dla każdej z nas nasze potrzeby będzie spełniać kto inny — i tutaj zaczynam się zastanawiać, czy samo podjęcie przez kobietę wyboru, wzięcie na siebie odpowiedzialności i odzyskanie autonomii przez udział w tych wyborach, nie jest z naszej strony aktem naprawdę rewolucyjnym i znaczącym.
Bo o ile łatwiej jest powiedzieć: nie czuję się kompetentna, nie znajduję mojej reprezentacji wśród polityków, niż ten wybór nie jest jednoznaczny i klarowny, ale jest mój. I do tego będę do upadłego zachęcać: żebyście sobie nie pozwoliły uwierzyć, że nie ma 15 października niczego dla nas i nie zamknęły się w banieczce nicnierobienia. Nie pozwólcie sobie wmówić, że nie ma dla was oferty, bo w ten sposób wydajemy przyzwolenie na to, by powiedzieć, że nie ma dla nas miejsca.
Wpadam tu niestety w lekko patetyczne tony, ale zaprawdę, zaprawdę powiadam Wam: jeśli my, kobiety, podejmiemy teraz ten najważniejszy wybór, możemy obudzić się w zupełnie innej Polsce. Ale musimy uwierzyć, że jesteśmy w stanie coś zmienić. Coś znacznie więcej niż tylko obrona przed tym, co bez wątpienia złe. Możemy obudzić się w kraju, w którym mamy głos i zakończyć wreszcie tą przeklętą debatę, gdzie jest nasze miejsce.