Po wyborach na żywo. Tutaj znajdziesz najważniejsze informacje. 11 listopada okazją do politycznych oświadczeń. Tusk o pojednaniu, Duda o tym, że trzeba uważać na sojusze, Kaczyński o niemieckiej partii Tuska
„Chcę pójść na wybory z pewnością, że za dziesięć lat nie będę rodzić w upokarzających warunkach, pozbawiona autonomii. Że moje rodzeństwo będzie stać na mieszkanie, że nikt w szkole nie będzie wmawiał ośmiolatkom, że Jezus umarł przez nie”
Co o wyborach myśli najmłodsze pokolenie? Przeczytajcie głos Zofii Becker, rocznik 2004, absolwentki III Liceum Ogólnokształcące im. Stefana Żeromskiego w Bielsku-Białej.
Jeszcze niedawno sondaże wskazywały, że ponad połowa osób w wieku 18-39 lat nawet, jakby chciała głosować, to czuje, że nie ma na kogo. Jednak jak wynika z najnowszego sondażu IPSOS zakończonego w poniedziałek, im bliżej wyborów, tym bardziej wzrastają deklaracje frekwencji — także wśród opieszałych młodych. W grupie wiekowej 18-29 lat na wybory wybiera się 62 procent osób, wśród grupy 30-39 — aż 69 procent. Na “nie” jest tylko trochę powyżej 20 procent (kolejno 24 i 21 proc.), niezdecydowanych jeszcze mniej (14 i 11 proc.). Budujące, ale czy to wystarczy?
Gdy sondaże były mniej obiecujące, starsi podnosili głosy, że nieważne na kogo, byle nie na PiS. Ale młodzi mają swoje pragnienia i ambicje, których KO i Trzecia Droga nie próbowały dostatecznie zgłębić. W to śliskie terytorium łatwo wślizgnęły się radykalizmy, i pojawiła nam się nowa, szczerze mówiąc odświeżająca, oś sporu na linii Lewica-Konfederacja. Mam takie wrażenie, że w dużej mierze jest ona odzwierciedleniem polaryzacji, która wdała się między polskich mężczyzn i kobiety. Nie wierzę w coś takiego jak zsystematyzowana nienawiść do mężczyzn. Ale system nie wierzy we mnie jako w kobietę, a męska nienawiść jest jak najbardziej realna.
Przeczytaj także:
Wpisuję w wyszukiwarkę Google “frekwencja wyborcza kobiet”, by zweryfikować krążący ostatnio wśród moich fejsbukowych znajomych post głoszący, że co druga kobieta w wieku 18-39 lat nie zamierza głosować w najbliższych wyborach. Jednym z pierwszych wyników jest artykuł Gazety Wyborczej. Kobiety nie widzą polityków, którzy reprezentowaliby ich interesy, nie odnajdują się w “męskich” warunkach gry, a przede wszystkim nie czują się kompetentne. Potem sprawdzam datę: 30 września 2011.
Trzy lata później poznałam słowo “aborcja”, ukradkiem poczytując prawicowe gazety taty.
Moja świadomość zagrożeń płynących z bycia kobietą w Polsce zaczęła rodzić się w towarzystwie twarzy Bogdana Chazana i rozdartych na kawałki płodów.
Latami bałam się tego słowa. Odnoszę wrażenie, że chyba nie jesteśmy wystarczająco wkurzone. Głośne głosy posłanek Lewicy nie dezynfekują tego lęku; nie ma takiego środka, który by usunął plamę wstydu za bycie kobietą.
Przeczytaj także:
Jestem wkurzona, bo się boję, a chcę pójść na wybory po zwycięstwo: dla mnie, dla mojej mamy, dla mojej siostry, dla mojej przyszłej rodziny. Chcę pójść na wybory z pewnością, że za dziesięć lat nie będę rodzić w upokarzających warunkach, pozbawiona autonomii. Że moje rodzeństwo będzie stać na mieszkanie, że nikt w szkole nie będzie wmawiał ośmiolatkom, że Jezus umarł przez nie.
Gdy czyta się te czarne scenariusze, sondaże i analizy, łatwo zapomnieć, o co się rzeczywiście walczy. Idę odwiedzić moją ciocię, która ma zawsze za dużo chorób i za mało emerytury. Pytam ją o wybory. Ciocia Ela prawie krzyczy, gdy mówi o swoich siostrach (z których jedna jest moją babcią), piętra pomarszczonej skóry rozciągają się, gdy wrzeszczy:
“I mówię Maryśce, jak słyszę, co ona mówi, ja mówię: A ty nie pamiętasz, jak miałaś ciążę pozamaciczną i doktór wokół ciebie latał? Teraz taka jesteś, ale gdyby wtedy była ta twoja Kaczka to byś, za przeproszeniem, cienko s****!!!”
Nie muszę się domyślać, co babcia powiedziała, bo wątpię, że powiedziała cokolwiek. Pewnie tylko w oczach miała ten nienawistny wyraz, ze łzami spływającymi korytarzami zmarszczek, którego nie mogę zapomnieć. Moja babcia robiąca mi kanapki z twarogiem i dżemem truskawkowym, wieczorem krzycząca coś o Niemcu-Tusku. Jej córka mówi, żeby się uspokoiła, bo dostanie zawału, a babcia pluje: „To umrę za prawdę!”. Siedzę obok i próbuję upchnąć moje niemieckie nazwisko gdzieś pod kanapę.
Nie, bo się wstydzę. Po prostu nie chcę pozwolić ani Tuskowi, ani mojemu rodzinnemu Niemczykowi wejść między mnie a babciną miłość. Gdyby wtedy, gdy rodziła, rządził PiS, to umarłaby razem ze swoim dzieckiem. Dostała zakażenia i cała osiwiała w jedną noc, bo tak się bała, co będzie z jej córkami. Mam ochotę zamknąć ją w domu i nie pozwolić nigdzie jej wyjść na wybory. Mam ochotę przytulić ją, młodą dziewczynę, i zapytać, co się z nią stało?
Przeczytaj także:
Cokolwiek stanie się po wyborach, wyjdę z nich z poczuciem, że zrobiłam, co mogłam, dla kobiet w moim życiu. Nie dla jakichś abstrakcyjnych pojęć, którymi łatwo szastać w debacie i komentarzach na Facebooku, nie dla moich osobistych poglądów, bo nigdy nie znajdziemy żadnej partii, która byłaby w pełni w zgodzie z naszym sercem. Ale dla mojej babci, nawet, jeśli się z tym nie zgodzi, dla mojej cioci, na którą wciąż czekam, aż wróci do Polski, dla mojej współlokatorki, dla moich przyjaciółek. Dla siebie.
Przeczytaj także:
Straszny mam niesmak w związku z programem (bądź też brakiem programu) części frakcji opozycyjnych, ale słabo mi się robi, gdy widzę, jak mało młodych Polaków i Polek uważa te wybory za ważne. Dla tych, którzy nie są z przygarnianego czule na łono KO pokolenia “Solidarności”, to są nie tylko ważne wybory.
To pierwsze istotne wybory w naszym życiu, które zdefiniują naszą najbliższą przyszłość i kierunek, który obierze nasze państwo. Państwo, które mimo wszystko strasznie kocham.
Chyba dobrze jest mieć trochę idealizmu, bo jakbyśmy nie miały go w ogóle, przyszłoby nam iść na wybory jedynie by zaznaczyć realistyczną, choć mało lojalną nam opcję. I wyjść z poczuciem porażki. Nie chcę czegoś takiego.
Te wybory mogą być historyczne tylko jeśli te, których historia nie chce, na nie pójdą.
Chodźmy do urn, bo jesteśmy wkurzone. Chodźmy do urn, bo jesteśmy pełne nadziei na lepszą przyszłość, w której nie trzeba się będzie bać. Żebyśmy tylko poszły, żebyśmy głosowały w to, w co wierzymy, a nie w coś, co wydaje się nam bardziej racjonalne i realne. Polska polityka mogłaby wyglądać inaczej, gdyby kobiety nie dały sobie wmówić, że nasze emocje, nasz gniew, lęk, ambicje i idealizm, są słabością.
Przeczytaj także:
Czasem jestem serio wściekła. Na przykład gdy kolejny młody mężczyzna przerywa mi w połowie zdania, by chwilę później prawić o swoim męskim feminizmie. Albo gdy oglądam relację z wiecu i nie potrafię później przywołać żadnego kobiecego głosu. Albo przyswajając jakąkolwiek nową wiadomość dotyczącą umierających, krzywdzonych i poniżanych kobiet, na co — jakby się nie oburzać — daliśmy i wciąż dajemy przyzwolenie (chociażby dopuszczając panów, którzy zamienili brązowe koszule na garnitury, do debaty).
Dla mnie Lewica młodymi kobietami stoi i tylko jej wierzę, że rzeczywiście stanie za nami murem. Ale to już nie o samą Lewicę albo jakąkolwiek inną partię chodzi, i nie na tym polega moja rola, żebym kogokolwiek agitowała.
Chodzi o to, żeby każda z nas poszła na te wybory, by odzyskać swoją godność w kraju, który nas systemowo upadla od kiedy poszłyśmy do szkoły. Żeby pójść z wiarą, że ten lub ta, na którą zagłosujemy, stworzą nam kraj, w którym da się mieć mieszkanie, rodzinę, być artystką czy innym społecznym „nieużytkiem”, i móc bać się trochę mniej o dobrostan queerowych przyjaciół albo koleżanek na roku z doświadczeniem uchodźstwa. Oklepane i do bólu proste postulaty. Jak się z każdymi wyborami okazuje, powtarza się nam, że jednak zbyt wydumane. Mamy być kompromisowe, mamy zadowolić się ochłapami.
Przeczytaj także:
Dla każdej z nas nasze potrzeby będzie spełniać kto inny — i tutaj zaczynam się zastanawiać, czy samo podjęcie przez kobietę wyboru, wzięcie na siebie odpowiedzialności i odzyskanie autonomii przez udział w tych wyborach, nie jest z naszej strony aktem naprawdę rewolucyjnym i znaczącym.
Bo o ile łatwiej jest powiedzieć: nie czuję się kompetentna, nie znajduję mojej reprezentacji wśród polityków, niż ten wybór nie jest jednoznaczny i klarowny, ale jest mój. I do tego będę do upadłego zachęcać: żebyście sobie nie pozwoliły uwierzyć, że nie ma 15 października niczego dla nas i nie zamknęły się w banieczce nicnierobienia. Nie pozwólcie sobie wmówić, że nie ma dla was oferty, bo w ten sposób wydajemy przyzwolenie na to, by powiedzieć, że nie ma dla nas miejsca.
Wpadam tu niestety w lekko patetyczne tony, ale zaprawdę, zaprawdę powiadam Wam: jeśli my, kobiety, podejmiemy teraz ten najważniejszy wybór, możemy obudzić się w zupełnie innej Polsce. Ale musimy uwierzyć, że jesteśmy w stanie coś zmienić. Coś znacznie więcej niż tylko obrona przed tym, co bez wątpienia złe. Możemy obudzić się w kraju, w którym mamy głos i zakończyć wreszcie tą przeklętą debatę, gdzie jest nasze miejsce.