0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. Vincent Thian / AP PhotoFot. Vincent Thian /...

Zaledwie dekadę po wycofaniu się z polityki „jednego dziecka” Chiny znalazły się w potężnym kryzysie demograficznym. Liczba urodzeń w tym czasie spadła o połowę – do 7,92 miliona. To aż o 1,62 mln mniej niż w 2024 r. Jak zauważył ekonomista Jesús Fernández-Villaverde, w Chinach rodzi się dziś mniej dzieci niż w 1776 r., kiedy populacja była pięciokrotnie mniejsza niż dziś.

Współczynnik dzietności w najludniejszym kraju na świecie wynosi obecnie zaledwie 0,93 – ponad połowę mniej niż wynik gwarantujący zastępowalność pokoleń (2,1).

Przy takim poziomie urodzeń populacja Chin może skurczyć się o ponad połowę, z ponad 1,4 mld do 625 mln ludzi.

Dla porządku dodajmy, że tytułowym najludniejszym krajem świata Chiny są zbiorowej wyobraźni, ale formalnie straciły to miejsce na rzecz Indii, które wyprzedziły je nieznacznie w 2023 roku.

Oba kraje mają jednak po 17 proc. udziału w światowej populacji.

Kij czy marchewka

Chiński rząd, który od lat 70. XX wieku ograniczał rozrodczość, dziś chce pobudzić dzietność. Reformy wprowadzone w styczniu 2026 zakładają kontrowersyjne podwyższenie podatków na środki antykoncepcyjne, a także obniżenie VAT na wszelkie usługi związane z zawieraniem związków małżeńskich, czy opieką nad dziećmi i osobami starszymi.

Przeczytaj także:

Co więcej, komunistyczna partia Chin wprowadziła rozwiązanie podobne do polskiego 800+, tyle że z limitem wiekowym. Na każde dziecko do 3. roku życia rodzice mogą dostać miesięcznie 3600 juanów, równowartość 430 euro.

Pierwszy pakiet reform ma więcej z marchewki niż kija, ale to nie znaczy, że wahadło nie przechyli się w drugą stronę, szczególnie w kwestii praw kobiet. Od kiedy Xi Jinping uznał „bezpieczeństwo demograficzne” za sprawę wagi narodowej, kobiety w Chinach postrzega się w kategorii zasobu, który umożliwia zachowanie stabilności społecznej, czy odrodzenie narodowe. Osobiste ambicje reprodukcyjne, ustępują opowieści o zbiorowym interesie.

„Małżeństwo i narodziny dziecka to nie tylko sprawa rodzinna związana z osobistym szczęściem, ale także ważne wydarzenie dla przetrwania i rozwoju kraju oraz narodu” – to cytat z dokumentów Chińskiego Stowarzyszenia Planowania Rodziny.

Starzejące się społeczeństwo i kurcząca się liczba pracowników zagraża ambicjom stanią się światową superpotęgą. W Chinach jest więc pełno perswazyjnych kampanii zachęcających do zawierania małżeństw i rodzenia dzieci (np. skierowanych do studentek).

Jednocześnie, urlop rodzicielski wciąż w praktyce jest urlopem macierzyńskim. Mimo że w 2022 roku podjęto próbę spopularyzowania urlopów ojcowskich, decyzje o rozparcelowaniu dni wolnych pozostawiono w gestii prowinicji, które wzmacniają oczekiwania, aby wychowywaniem dzieci zajęły się kobiety. A to ma wpływ na sytuację na rynku pracy, gdzie Chinki i tak spotykają się z ogromną dyskryminacją.

Skrajne propozycje polityczne Pekinu idą w stronę „podatku od bezdzietności”, które nakładałyby finansowe obciążenie na dorosłych, którzy nie mają dziecka.

Wyludniają się nie kraje, ale cały świat

Przymus nie działa, co pokazują przykłady Iranu i Polski, które w badaniach są wymieniane na jednym wydechu jako państwa, które w politykach publicznych poszły najgorszą drogą. Ograniczenie prawa do aborcji i antykoncepcji ma dewastujące skutki dla decyzji kobiet o posiadaniu dzieci – wzmaga lęk i poczucie braku zaufania do państwa.

O polskim przypadku pisaliśmy więcej tutaj:

Xi Jinping uważa, że spadek liczby urodzeń jest przede wszystkim kwestią indywidualnych lub moralnych niedociągnięć. Prawda jest taka, że Pekin ma do odrobienia podstawowe lekcje z demografii.

Według raportu YuWa Population Research Institute z Pekinu w 2024 roku Chiny były jednym z najdroższych krajów do wychowywania dzieci. Szczególnie pod górkę mają młodzi ludzie, którzy przenoszą się do miast z terenów wiejskich. Podwójny dochód często nie wystarcza im na to, żeby zatrudnić prywatną nianię. A w kraju po prostu nie ma instytucji do opieki nad najmłodszymi dziećmi, za to sukces edukacyjny zależy do grubości portfela. Powszechnym zjawiskiem jest więc odsyłanie dzieci urodzonych w miastach z powrotem do rodzinnych miejscowości. Ta praktyka, która zniechęca młodych do zakładania rodzin, ma nawet swoją nazwę – „nowe dzieci pozostawione w tyle”. Co więcej, w Chinach wiele młodych osób nie decyduje się na dziecko, bo musi zajmować się starzejącymi się rodzicami.

Chiny grają więc w drugiej lidze światowej demografii – nie uwzględniają nierówności genderowych i nie zapewniają podstawowych usług. Tyle że eksperci są zgodni, że stare triki, polegające na poprawie socjalnej poduszki, czy ulgach lub dopłatach do rodzicielstwa, choć mogą pomóc, to długofalowo nie wystarczą. Na całym świecie obserwujemy dużo głębsze przemiany kulturowe, które wywracają XX-wieczne myślenie o dzietności.

Do niedawna uważano, że problem niskiej dzietności dotyczy tylko krajów bogatych i bardziej rozwiniętych. To (już) nieprawda, w 2024 współczynnik dzietności lokował się poniżej zastępowalności pokoleń w takich krajach jak:

  • Indie – 1,9
  • USA – 1,6
  • Tunezja – 1,56
  • Meksyk – 1,55
  • Turcja – 1,48
  • Iran – 1,44
  • Sri Lanka – 1,37
  • Bośnia i Hercegowina – 1,2
  • Polska – 1,1
  • Kolumbia – 1,06
  • Tajlandia – 0,98
  • Korea Południowa – 0,75

Tylko dwa regiony świata utrzymują się powyżej lub w granicach zastępowalności pokoleń: Afryka i Oceania. Choć w Afryce współczynnik dzietności wynosi 4, także tutaj widać wyraźny trend spadkowy – o 1/3 w ciągu ostatnich 75 lat.

Co ciekawe, poziom dzietności, który notują dziś Chiny, jest zbliżony do znacznie bogatszych Korei Południowej i Japonii. Tyle że większość krajów rozwiniętych osiągnęła wyższy poziom PKB, zanim doświadczyła tak szybkiego spadku liczby ludności.

Tak wyraźny trend spadkowy sprawia, że demografowie nie nadążają z korektami prognoz. Za to wśród obserwatorów panuje przekonanie, że nie wiadomo, co się w zasadzie dzieje i jak ten proces zatrzymać lub odwrócić. Odpowiedzi są, ale dużo bardziej skomplikowane niż życzyliby sobie politycy.

Kraj straconego boomu

Jeśli chcemy najbardziej zniuansowanych diagnoz, najlepiej wrócić do Europy, która z kryzysem demograficznym boryka się od lat. Jednym z najciekawszych państw w regionie jest Finlandia. Z europejskiego czempiona w ciągu dwóch dekad spadł do szaraków.

Jeszcze 20 lat temu ustawodawcy z Wielkiej Brytanii, Japonii i USA przyjeżdżali do Helsinek, żeby uczyć się, jaka polityka stoi za cudem na porodówkach. Wówczas przepis był stosunkowo prosty:

  • opieka medyczna dla kobiet na najwyższym poziomie,
  • hojne urlopy rodzicielskie – w tym urlop dzielony równolegle przez ojca i matkę,
  • darmowa opieka dla dzieci – w żłobkach i przedszkolach.

Mimo tych wszystkich udogodnień współczynnik dzietności w Finlandii spadł o 1/3 w ciągu ostatnich 15 lat – z 1,87 w 2010 do 1,25 w 2024. W fińskich mediach najczęściej można przeczytać, że młodzi nie decydują się na dzieci, bo nie odczuwają stabilności, szczególnie na rynku pracy.

Anna Rotkirch, demografka, która doradzała premierce Sannie Marin w sprawie ożywienia wskaźnika dzietności, podkreśla, że wciąż zaniedbywana jest dyskusja o kulturowych, psychologicznych i biologicznych przyczynach spadku liczby urodzeń.

Historycznie w większości społeczeństw posiadanie dzieci było podstawą dorosłości. Teraz decyzja o dziecku jest zwieńczeniem procesu usamodzielniania się. Jak opisuje w swoich analizach Rotkirch, „to coś, co się ma, jeśli ma się już wszystko inne” – edukację, mieszkanie, dobrą relację, stabilną pracę, a często też – czas na rozwijanie własnych pasji i ambicji.

Największa zmiana dotyczy klas społecznych. Dziś dzieci chcą mieć ci, którym się na różnych polach powodzi, wcześniej największy współczynnik dzietności występował wśród osób najmniej uprzywilejowanych.

To, co się dzieje odwraca teorię „redukcji niepewności”, zgodnie z którą ludzie, zwłaszcza pochodzący z uboższych środowisk, decydowali się na posiadanie dzieci, aby zapewnić sobie stabilność życiową. Według Rotkirch kiedyś upowszechniony był sposób myślenia, w którym nawet, jeśli nie odnosiło się sukcesów zawodowych, czy miało bałgan w życiu rodzinnym, można było powiedzieć, że przynajmniej ma się dziecko.

Obecnie dla millenialsów, czyli pokolenia 30- i 40-latków, redukcją niepewności jest brak dzieci.

To ma też związek z głębokimi przemianami aspiracji w późnym kapitalizmie. „Jak wyglądałoby społeczeństwo, gdybyśmy cenili reprodukcję i wychowywanie dzieci, nie tylko własnych, tak samo jak produkcję [red. -gospodarczą]?” – pyta fińska demografka.

Dziś dyskusja o rodzicielstwie ma dwie odnogi:

  • albo mówi się, że jest potrzebne, bo potrzebuje go gospodarka
  • albo mówi się, że w końcu można mówić, jak bardzo jest wymagające.

To połączenia kapitalizmu z emancypacją działa odstraszająco: nie zostawia przestrzeni na rozmowę o satysfakcji, która może płynąć z rodzicielstwa i wsparciu, którego mogą oczekiwać rodzice od państwa. Jak radziła Rotkirch, przekaz powinien dawać trochę nadziei i pewności:

“Gospodarka jest dla was, żebyście mogli mieć dzieci”.

Gender i zdrowie

Ogromny wpływ na spadek dzietność ma też rozluźnienie więzi społecznych. Tym, co do niedawna ciągnęło wskaźniki w dół, było zmniejszenie liczby dzieci: z 3 na 2, potem z 2 na 1. Dziś coraz mocniej waży liczba singli i par bezdzietnych.

Jak podaje w swoich analizach Rotkirch, epidemią samotności dotknięci są głównie mężczyźni i to z prowincji. Prawie 40 proc. Finów wieku 18-45 lat z niższym wykształceniem nie tylko nie ma dzieci, ale i partnerki. Powód? Rozjazd na poziomie wartości i oczekiwań wobec relacji pomiędzy kobietami i mężczyznami, a także upowszechnienie mediów społecznoścowych, które podsycają polaryzację i budują dystans społeczny.

I tu na chwilę przeniesiemy się do Turcji, która również boryka się z demografią. W 2010 roku wskaźnik dzietności wynosił tam 2,08, w 2024 – 1,48. Obok niepewności ekonomicznej, za główną przyczynę spadku dzietności oraz wzrostu odsetka rozwodów czy singielstwa uznaje się wyższy poziom wykształcenia wśród kobiet.

Z badań jakościowych zrealizowanych w Stambule, Ankarze, Konyi, Midyat i Mardin, które przeprowadziła Alice Evans, demografka z Uniwersytetu Stanforda, wynika, że Turczynki dokonują „kulturowego skoku”, za którym mężczyźni nie nadążają. Smartfony dają im dostęp do treści feministycznych, po które mężczyźni sięgają niechętnie. Widząc inne, bardziej egalitarne modele życia, kobiety zaczynają się domagać tego samego dla siebie.

Ale problem nie dotyczy tylko singli. Większość par chce mieć dzieci, ale z decyzją o rodzicielstwie czeka za długo. „Jeśli zrobisz wszystko, co zalecają typowi ministrowie finansów, będziesz miała 45 lat, dom i doktorat, ale będzie już za późno. Idealny przebieg życia jest sprzeczny z biologią reprodukcyjną kobiet” – komentowała Rotkirch w wywiadzie dla Financial Times.

Niepłodność to dziś jedna z największych barier w posiadaniu dzieci. Dla przykładu: w Polsce ten problem dotyczy 1-1,5 mln par, czyli aż 20 proc. osób w wieku rozrodczym.

Recepty na kryzys muszą więc dotykać wielu sektorów: opieki zdrowotnej, edukacji najmłodszych i dorosłych, pracy, usług opiekuńczych i urlopów rodzicielskich. A publiczna dyskusja o dzietności musi radykalnie zmienić tory, bo z katastrofizmu, zawstydzania i przymuszania więcej dzieci na pewno nie będzie.

;
Na zdjęciu Anton Ambroziak
Anton Ambroziak

Rocznik ‘92. Dziennikarz i reporter. Uhonorowany nagrodami: Amnesty International „Pióro Nadziei” (2018), Kampanii Przeciw Homofobii “Korony Równości” (2019). W OKO.press pisze o migracjach, społeczności LGBT+, edukacji, polityce mieszkaniowej i sprawiedliwości społecznej. Członek n-ost - międzynarodowej sieci dziennikarzy dokumentujących sytuację w Europie Środkowo-Wschodniej. Gdy nie pisze, robi zdjęcia. Początkujący fotograf dokumentalny i społeczny. Zainteresowany antropologią wizualną grup marginalizowanych oraz starymi technikami fotograficznymi.

Komentarze