0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. AFPFot. AFP

Masza Makarowa: Moskwa się pali, krążą nad nią setki dronów. W internecie od razu pojawiły się szeroko komentowane, kompromitujące – jak się wydaje – dla Kremla zdjęcia z wybuchającym w moskiewskim rejonie Kapotnia pożarem zaatakowanej rafinerii, z zadymioną stolicą. Jak bardzo to jest bolesny cios dla rosyjskich władz?

Ekaterina Schulmann*: Rosyjskie władze prowadzą wojnę, nie zwracając uwagi na rosyjskie społeczeństwo. Podjęły decyzję o rozpoczęciu tej wojny, z nikim się nie konsultując. Podejmą decyzję o jej zakończeniu, jeśli i gdy uznają to za konieczne. Albo będą ją kontynuować tak długo, na ile wystarczy im zasobów. Z zasobami rzeczywiście jest wiele problemów, ale w tej chwili jeszcze ich wystarcza.

Dlatego Putin w dniu największego ataku na Moskwę od początku wojny w żaden sposób tego nie skomentował, choć miał konferencję prasową? Ale wolał mówić o słoniach w zoo w Kazaniu.

Putin ma to w zwyczaju, nigdy nie komentuje takich wydarzeń od razu i w ogóle woli nic nie mówić, jeśli tylko może. Długie, prawie trzydziestoletnie doświadczenie nauczyło go, że dysponuje wystarczającymi zasobami, by przeczekać niemal wszystko. Jego taktyka jest następująca: udawajmy, że nic się nie dzieje, może samo się jakoś rozejdzie po kościach. Trzeba powiedzieć, że to całkiem nieźle działa. Przynajmniej działało przez wszystkie te lata. Być może obserwujemy teraz, jak ta taktyka stopniowo przestaje działać, ale on jeszcze o tym nie wie.

Jedyny komentarz rosyjskich oficjeli, jaki widziałam, to wypowiedź Siergieja Ławrowa. Sprowadza się do tego, że bombardować Ukrainę trzeba mocniej. I właściwie tyle. To niemal materializacja znanego dowcipu. Zna Pani?

Pewnego razu postanowiono porównać rosyjskiego chorążego z małpą. Zamknięto ich w dwóch pokojach: w każdym drzewo, na drzewie banan. Małpa potrząsnęła drzewem, banan nie spadł. Zobaczyła kij, strąciła banana i zadowolona je. Chorąży trzęsie drzewem godzinę, drugą. W końcu mówią mu: – Towarzyszu chorąży, niech pan trochę pomyśli. A on: – Co tu myśleć? Trząść trzeba!

No właśnie. Trzeba trząść, to znaczy bombardować mocniej. I to wszystko.

Przeczytaj także:

W polu widzenia Rosjan znów jest wojna

A jakie wrażenie ten atak zrobił na Rosjanach?

Na ile mogę to ocenić teraz, zrobiło to ciężkie wrażenie na Moskwianach. I w ogóle zrobiło wrażenie — zaczynając od przerażenia i kończąc na Schadenfreude.

Jeśli chodzi o Rosję jako całość, zobaczymy potwierdzenie albo zaprzeczenie tego, co teraz mówię, kiedy pojawią się nowe wskaźniki poziomu niepokoju publikowane przez Fundację Opinii Społecznej (FOM) co tydzień. To jest marker, który śledzę bardzo uważnie. Są tam długie serie danych, można więc porównywać sytuację z tym, jak wyglądała pięć lat temu.

Pytanie, zadawane przez socjologów FOM, po pierwsze, nie jest polityczne, a po drugie – jest sformułowane bardzo zręcznie: „Jaki jest nastrój ludzi wokół pana/pani?”. Jeśli człowieka zapytać o jego własny nastrój, to raczej powie, że jest absolutnie niewzruszony. Ale otoczenie? Otoczenie jest jakieś nerwowe. „Ja to nic, ale oni tam biegają po suficie”. Dlatego zawsze patrzę na ten wskaźnik.

Jeśli przyjrzymy się wskaźnikowi niepokoju (a w zeszłym tygodniu wyniósł rekordowe 51%) i temu, co go napędza, zobaczymy, że Rosjan niepokoją niemal wyłącznie wydarzenia wewnętrzne. A wszystko, co dzieje się na froncie, jest wydarzeniem zewnętrznym. Ale nieszczęście, które spotkało Moskwę, to już bez wątpienia wydarzenie wewnętrzne.

Mamy też comiesięczny sondaż Centrum Lewady z pytaniem: „Jakie wydarzenia z ostatniego miesiąca pan/pani zapamiętał(a)?”. Zobaczymy więc pod koniec czerwca, w jakim stopniu Rosjanie odnotują zmasowany atak na Moskwę.

Jeśli jednak spojrzymy na wyniki sondaży Lewady z poprzednich miesięcy, to zobaczymy następującą tendencję: jeszcze w marcu ataki dronów na rosyjskie miasta były wymieniane na trzecim miejscu, martwiły 6% respondentów. Trochę częściej wymieniana była „specjalna operacja wojskowa” (8%), a najczęściej — sytuacja na Bliskim Wschodzie (aż 33%). W kwietniu ataki dronów znalazły się na drugim miejscu — zauważyło je 9% respondentów, a w świeżym sondażu, który ukazał się 18 czerwca, na pierwszym — zostały odnotowane jako najważniejsze wydarzenie miesiąca przez 16% Rosjan.

Ataki zaczynają nabierać znaczenia, stają się zauważalne, mimo że samo zainteresowanie wojną spada w Rosji od 2023 roku. Stopniowo zanikało przez ostatnie dwa lata i ostatecznie sprowadziło się do pytania: dlaczego cała ta niezrozumiała bzdura trwa tak długo? Od czasu, gdy ataki na wewnętrzną, kontynentalną Rosję stały się częstsze, wojna znów się znalazła w polu widzenia Rosjan.

Ale jeszcze raz powtórzę, wracając do początku mojej odpowiedzi: nie ma to bezpośredniego związku z pytaniem, jak będzie zachowywać się rosyjskie kierownictwo.

Jednak uderzenia tak bardzo widoczne w Moskwie przez te lata były rzadkością. Moskwianie powtarzali żart: „To ewidentna próba…”

„To próba wciągnięcia Moskwy w wojnę między Ukrainą a Rosją”. Też zwróciłam uwagę na ten żart.

Na ile więc wciągnięta w wojnę Moskwa jest w stanie wpływać na decyzje w sprawie wojny, które podejmuje administracja prezydenta czy sam Putin?

Od razu powiem — całkiem możliwe, że to w żaden sposób na nich nie wpłynie. To wszystko można zignorować. Na tym polega urok autorytaryzmu. Nie ma odpowiedzialności przed wyborcami, nie ma otwartości, przejrzystości, nie ma odpowiedzialności przed mediami, nie ma kontroli parlamentarnej. W Rosji niczego takiego nie ma.

W autokracji poparcie społeczne nie istnieje, bo poparcie zakłada możliwość sprzeciwu albo opozycji.

W autokracji liczy się akceptacja faktu, że władza jest władzą, a sprzeciw wobec niej kosztuje jednostkę więcej niż milczenie.

Poza tym potrzebna jest jeszcze zgoda drugiego rzędu — zgoda aparatu, samej machiny władzy, biurokracji. Pod biurokracją rozumiem zarówno biurokrację cywilną, jak i biurokrację w mundurach i z bronią. Obie są maszynami wykonywania decyzji.

Ale od biurokracji wymaga się nie tylko biernej akceptacji jak w przypadku narodu. Wymaga się od niej przynajmniej podstawowej skuteczności i lojalności, a najlepiej entuzjazmu. Wymaga się od tych ludzi, rosyjskich biurokratów, bardzo wiele. A bycie skutecznym staje się coraz trudniejsze. Muszą robić tak, by kraj funkcjonował. Z drugiej strony są poddawani coraz większej presji ze strony aparatu represji. Ten proces narasta od 2024 roku. Bardzo dobrze widać to w statystykach.

Czara ludowej cierpliwości nie przepełnia się jako pierwsza

Czy rosyjscy urzędnicy rozumieją, jak fatalnie wojna przeciwko Ukrainie wpływa na ich kraj?

Być może bardziej niż inni. Wypłaty dla kontraktowych żołnierzy to głównie przecież dopłata regionalna. Część federalna, która została zatwierdzona dekretem prezydenta, nie zmienia się i wynosi 400 tysięcy rubli, trochę ponad 4700 euro. Wszystkie te milionowe wypłaty, o których się mówi, pochodzą z regionów. Możemy tylko domyślać się pochodzenia tych pieniędzy.

Ale regiony, tak czy inaczej, muszą te pieniądze wyłożyć tu i teraz. Coraz trudniej im to robić.

Nie będę udawać ekonomistki, ale nawet ja widzę, jak bardzo wzrosła liczba regionów z deficytowym budżetem. Przecież widzimy, na przykład, uchwały głosowane przez Dumę Państwową z inicjatywy rządu, które pozwolą rządowi wprowadzać zmiany do budżetu bez pytania parlamentu. To też nie jest dobry znak. Najwyraźniej teraz chodzi o to, by przyspieszyć procedurę wprowadzania zmian i uczynić ją całkowicie niepubliczną. Tak się nie postępuje, kiedy sprawy toczą się dobrze.

Poza tym rząd wprowadza coś, co nazwałabym chwilówkami dla regionów. Teraz regiony mogą prosić centrum federalne o kredyty, jeśli pod koniec miesiąca brakuje im pieniędzy. To typowy mikrokredyt — jak wziąć chwilówkę do wypłaty. I w przypadku ludzi jest to oznaka dużych problemów finansowych. To znaczy, że nie są w stanie ani zarobić, ani zaplanować wydatków, ani mieć tylu pieniędzy, by przeżyć miesiąc. Wracając do Rosji, właśnie w takim położeniu jest coraz więcej rosyjskich regionów.

Dlatego ja zwracałabym uwagę nie na „cierpliwość narodu”, którą być może kiedyś szlag trafi. No dobra, Rosjanom puszczą nerwy i co z tego wyniknie? Mówiąc językiem politologii, te nastroje nie są w stanie przekształcić się w działanie polityczne z powodu braku instytucji konwersji, czyli przestrzeni publicznej, partii politycznych, związków zawodowych, stowarzyszeń i innych organizacji.

W Polsce nadal oczekuje się, że Rosjanie wyjdą na ulice.

Nie, to się nie wydarzy. Mówię to z całą pewnością. Pytanie: „Kiedy wreszcie przeleje się czara społecznej cierpliwości?” wynika z nieznajomości podstawowych mechanizmów politycznych. Czara społecznej cierpliwości nigdy nie przelewa się jako pierwsza. Najpierw słabnie władza. Dopiero potem pojawia się ruch protestu. Nie odwrotnie.

Kiedy ta czy inna autokracja albo reżim totalitarny upadają pod wpływem swoich własnych problemów wewnętrznych, nowe władze oczywiście chętnie legitymizują się jako te, które przyszły na fali ludowego gniewu, protestu. Dlatego przyczyny i skutki zamieniają się miejscami. Mówi się: „Naród zmiótł znienawidzoną władzę”. Ale to nie jest tak. To władza osłabła z różnych powodów: ekonomicznych, społecznych, wojennych, z powodu rozłamów w elitach i niezadowolenia. Wyczuwając tę słabość, różne środowiska zaczynają rozumieć, że teraz można działać. Tak to się dzieje.

Dlatego, wracając do oczekiwań Polaków – nie, to niemożliwe. Poza tym protesty muszą mieć organizatorów. A autokracje bardzo uważnie pilnują, żeby żadnych potencjalnych organizatorów nie było. Są szczególnie prześladowani.

To na co w takim razie trzeba zwracać uwagę, szukając oznak słabości reżimu?

Szukam raczej oznak dysfunkcji administracyjnej niż oznak społecznego niezadowolenia. Biurokracja także jest częścią społeczeństwa. Ta beznadzieja, ta — nazwijmy to — nowa rosyjska melancholia i poczucie, że dalej będzie już tylko gorzej, rozprzestrzeniają się również wśród biurokracji.

Rosyjski system polityczny jest wysoce zbiurokratyzowany. Oznacza to między innymi, że dla państwa pracuje znaczna liczba ludzi. To nie jest wąska nomenklatura, to nie jest arystokracja. To masa ludzi. Razem ze swoimi rodzinami stanowią całkiem znaczący odsetek rosyjskiego społeczeństwa.

Ponieważ jednak rosyjska autokracja nie jest bezpośrednio powiązana ze społeczeństwem, w pierwszej kolejności powinniśmy patrzeć na funkcjonalność samego systemu.

Nie dlatego, że jest ważniejsza niż wszystkie inne wskaźniki, lecz dlatego, że to właśnie ona ujawni się najpierw.

Czy system jest zdolny wykonywać swoje obowiązki? Widzimy, że w Moskwie nie jest zdolny ochronić przestrzeni powietrznej. Nie jest zdolny przeszkodzić w zabijaniu generałów w ich własnych domach. Zaczęły się opóźnienia w wypłatach świadczeń społecznych — w tym zasiłków macierzyńskich. Być może to zjawisko tymczasowe. Zaczęło się dosłownie w maju i trwa w czerwcu. Śledzę to, ponieważ to jest krwioobieg państwa.

Rosyjskie państwo przecież w istocie z tego się składa: z koncentracji zasobów i ich dystrybucji. Jeśli to serce przestaje pompować krew albo krew nie dochodzi do jakichś krańców, to tam zaczyna się gangrena. Albo oznacza to, że w centrum jest zawał albo że palce u rąk zaczynają obumierać. To jest ważne. Na to trzeba patrzeć.

Są już też opóźnienia w wypłatach wynagrodzeń.

W niektórych miejscach. Informacje na razie są dość fragmentaryczne. Mogą to być problemy pojedynczych instytucji. Ale na przykład wiem, że w Kemerowie górnikom opóźniają wypłatę pensji. Brzmi to nostalgicznie – widzieliśmy to wszystko trzydzieści lat temu.

Byli już „czeczeńscy terroryści”, teraz są „ukraińscy”

Wracając do ataku na Moskwę – Zełenski mówi, że każdy kolejny atak powinien zmusić Putina, by wrócił do stołu negocjacyjnego i zaczął prowadzić negocjacje poważnie. Na ile to skuteczna metoda, Pani zdaniem?

To jest narzędzie, którym Ukraina dysponuje i korzysta z niego, broniąc się. Na krótkim dystansie prowadzi to do eskalacji. Taka będzie reakcja Rosji. To też trzeba rozumieć.

A po ilu cyklach: atak — eskalacja — cisza — atak — eskalacja — cisza, Rosji się to, mówiąc potocznie, znudzi i otoczenie prezydenta będzie próbowało jakoś zadać mu pytanie: „Ileż można?” – tego nie wiemy.

Wydaje mi się, że cały ten spektakl z Romanem Abramowiczem, który Putin urządził, opowiadając historię o tym, że pewien biznesmen pojechał do Kijowa nie na jego polecenie, tylko po prostu…

Zupełnie na własne życzenie i tylko powiadomił prezydenta o wizycie – tak Putin mówił na Forum Ekonomicznym w Petersburgu.

Nasz prezydent, tak jak lubi, trzydzieści trzy razy podkreślił: „To nie ja go wysłałem. Ja mu w ogóle nie wydawałem zgody. On nie był ode mnie, tylko tak przypadkiem przechodził obok”. Putin to uwielbia. Jakby go siłą posadzono na tym prezydenckim stanowisku i jakby cały czas próbował odciąć się od tego, że w ogóle czymkolwiek w Rosji kieruje.

Ale sens tej pantomimy, moim zdaniem, polegał na tym, by pokazać Trumpowi: „Właściwie zmusiliście mnie, żebym wysłał posłańca do Zełenskiego, a nic z tego nie wyszło. Cała ta wasza gadanina o negocjacjach do niczego nie prowadzi”.

Widzę, że teraz w rosyjskich wiadomościach Siły Zbrojne Ukrainy i w ogóle ukraińscy wojskowi nazywani są ukraińskimi terrorystami, na wzór „czeczeńskich terrorystów” kiedyś.

To ma przede wszystkim oddziaływać na seniorów, którzy wciąż pozostają główną widownią państwowej telewizji.

I tu pojawia się zaatakowany w Rosji białoruski autobus z dziećmi jadącymi nad morze na odpoczynek.

Autobus z dziećmi, internat w Starobielsku – w ogóle różne złe rzeczy, których dopuszczają się kto? Ukraińscy terroryści. To zresztą dość dobry zabieg propagandowy dla publiczności 65 plus. Bo proszę zobaczyć: jacyś terroryści to nie są zewnętrzni wrogowie. To u nas w kraju są jacyś ludzie, którzy robią burdy. „Czeczeńscy terroryści” nie przyjechali z zagranicy. Jest u nas w Rosji Czeczenia, problematyczny region, i tam są terroryści. My ich teraz w ramach operacji antyterrorystycznej pokonamy i Czeczenia będzie pokojowym regionem.

Tak samo w tym przypadku: Ukraina jest „u nas”, Ukraina jest „nasza”, a w niej są jacyś terroryści. Są źli, krzywdzą Rosjan, są u nas, wewnątrz, wszyscy przez nich cierpią. Wszyscy chcieliby żyć spokojnie – tak jak teraz, rzekomo, wspaniale i pokojowo żyje Czeczenia.

Myślę, że ten czeczeński scenariusz był i być może nadal jest w głowie rosyjskiego kierownictwa jako wzorzec tego, jak należy prawidłowo prowadzić politykę narodowościową. Sami zbombardowaliśmy, sami odbudowaliśmy, Czeczeni są zadowoleni. Władze oddaliśmy też Czeczenom. Nie jesteśmy przecież jakimiś kolonizatorami, nie posadziliśmy rosyjskiego generał-gubernatora, jak Jermołowa. Rządzi nimi swój. Czego im brakuje? Z czego mają być niezadowoleni? Jest piękna szeroka aleja, jest wielki meczet, dajemy pieniądze”.

Tak samo miało być z Ukrainą. Najwyraźniej szukali takiego gauleitera Ukrainy w osobie Medwedczuka, ale to był świat złudzeń.

Myślę jednak, że gdzieś w podświadomości tkwi im myśl, że tam też trzeba kogoś znaleźć. W zasadzie wszyscy ci apostołowie „rosyjskiej wiosny”, których posadzono do rządzenia okupowanymi obwodami, to również przejaw tego podejścia: znajdźmy miejscowego donieckiego Kadyrowa, ługańskiego Kadyrowa, zaporoskiego Kadyrowa. Ale z nimi kiepsko wyszło, bo albo zabijają ich Ukraińcy, albo likwidują ich swoi. Krótko mówiąc, długo nie żyją. Ten schemat nie kręci się więc tak, jak powinien, ale trzeba pamiętać, że istnieje jako wzorzec.

Rosyjskie dowództwo chce maksymalizacji własnych strat

Mimo że Putin kontynuuje wojnę, ostatnio kilka razy mówił, że „to się wkrótce skończy”. Na czym opierają się te słowa, te nadzieje?

To są wypowiedzi zrobione dla Trumpa. Dla Trumpa obie strony – ukraińska i rosyjska – chcą pokazać, że przeszkodą dla pokoju są ci drudzy, a nie oni.

Dla Putina to dość niebezpieczna gra, bo nie wiem, czy on o tym wie, ale

już od połowy 2025 roku całe rosyjskie społeczeństwo jest zjednoczone w namiętnym pragnieniu zakończenia tej wojny — jakkolwiek.

Pytanie o warunki pokoju interesuje tylko dwie marginalne w sensie statystycznym grupy: grupę prowojenną, która chce dalej walczyć, oraz grupę antywojenną, która będzie niezadowolona: „A gdzie reparacje? A gdzie odszkodowania? A gdzie skrucha?” i tak dalej.

Wszyscy pozostali będą zachwyceni dowolnymi warunkami. Byle tylko nie oddali Krymu. Całej reszty ludzie nawet nie zauważą. Mieszkańcy okupowanych ziem, o ile wiemy, są w Rosji traktowani z nieufnością, jeśli nie z wrogością. Wobec tych tak zwanych „nowych terytoriów” panuje całkowita obojętność. Widzieliśmy to na przykładzie Chersonia: zdobycie Chersonia i jego opuszczenie nie zrobiły na rosyjskiej opinii publicznej najmniejszego wrażenia.

Dlatego, gdyby Putin bardziej zwracał uwagę na – jak pisał Lermontow – „powierzony mu lud”, bałby się wypowiadać takie zdania, bo brzmią one dokładnie tak, jak Pani powiedziała, jak nadzieja. Ale on nie myśli o ludzie. On myśli o Trumpie, któremu trzeba pokazać: „Jesteśmy za pokojem, tylko Zełenski dokonuje zamachów terrorystycznych. My już bylibyśmy gotowi, nawet Abramowicz pojechał do Kijowa”.

Poza tym ta historia z Abramowiczem to próba stworzenia rosyjskiej Buczy. W rosyjskim oficjalnym dyskursie istnieje legenda, że w Stambule w 2022 roku trwały negocjacje, właściwie już prawie wszystko uzgodniono, a potem po pierwsze przyjechał zły Johnson i powiedział: „Walczcie dalej”, a po drugie Ukraińcy urządzili „swój spektakl” w Buczy i zaczęli udawać, że teraz z Rosjanami nie można się dogadywać.

I tu miałoby być tak samo: pojechał Abramowicz, wszystko było już prawie dogadane, a potem Ukraińcy nagle ostrzelali internat w Starobielsku. To jest „nasza rosyjska Bucza” i my teraz też nie możemy prowadzić żadnych negocjacji z tak złymi ludźmi.

I Putin mówi do wojskowych „Działajcie, bracia!”, odpowiadając na list Zełenskiego, w którym prezydent Ukrainy wzywa do negocjacji i pokoju. Czy Pani zdaniem Putin jednoosobowo podejmuje decyzję o kontynuowaniu wojny?

Podejmuje decyzje jednoosobowo. To on podjął decyzję o rozpoczęciu wojny. Może zakończyć ją dzisiaj. Zrobiłby to, gdyby chciał. Nie robi, bo nie chce. Jest krąg ludzi, z którymi regularnie rozmawia i którzy kształtują jego obraz świata – świadomie i nieświadomie. Ale decyzje podejmuje tylko on.

Kim są ci ludzie, którzy mają na niego wpływ?

Dość regularnie rozmawia z najwyższym kierownictwem wojskowym, to wiadomo. Przy czym nie daje to armii żadnego wpływu, nie czyni jej podmiotem politycznym. Niemniej z szefem Sztabu Generalnego Walerijem Gierasimowem, z ministrem obrony Andriejem Biełousowem i z jakimiś generałami Putin rozmawia.

Sądząc po pogłoskach, rzeczywiście dzwoni też do oficerów i myśli, że w ten sposób zdobywa informacje „z terenu”. Obecny korpus oficerski jest skrajnie zainteresowany tym, by wojna trwała i by ginęło jak najwięcej ludzi, ponieważ oficerowie na tym zarabiają. Potrzebują, by do armii cały czas przychodzili nowi ludzie. Zabierają im pieniądze, a potem wysyłają ich na rzeź. Dla nich to może trwać wiecznie. A więc opowiadają Putinowi o niezwykłych sukcesach na froncie.

To zadziwiający model ekonomiczny, w którym dowódcy są zainteresowani maksymalizacją strat.

Różne armie były na świecie. Bywali dowódcy okrutni, bezdarni, tacy, którzy nie liczyli się ze stratami. Byli tacy, którzy wyrzynali wszystkich jak Czyngis-chan. Ale nie przypominam sobie sytuacji, w której dowództwo byłoby bezpośrednio zainteresowane nie postępami, nie podbojami, nie zdobywaniem cudzych miast, lecz maksymalizacją strat własnych. To nowa karta w historii wojny.

A więc Putin rozmawia z wojskowymi. Najwięcej czasu spędza z własnymi ochroniarzami. Jest nimi otoczony. Rozmawia z ludźmi służb. Wiemy, że dyrektorzy służb, FSB, chodzą do niego bezpośrednio. Mniej więcej wiemy, skąd pochodzą raporty, prasówki, które dostaje – z resortów siłowych.

Uważa się, że Maksim Oreszkin, dziś pracujący w Administracji Prezydenta, a wcześniej minister rozwoju gospodarczego, też coś mu opowiada. Denis Manturow, wicepremier, czasem uchodzi za ulubieńca – nie tyle samego Putina ile jednego z kremlowskich klanów. Takie to towarzystwo. Głównie ludzie w mundurach, którzy nie są zainteresowani zatrzymaniem wojny.

Im, jak to się mówi, nic nie kapie na głowę. Ich dochody rosną. Zagranica nie jest im szczególnie potrzebna. Potrzebują, żeby wojna trwała – żeby może nie stała w miejscu, ale też niekoniecznie posuwała się naprzód. Obecna sytuacja jest dla nich idealna.

Byłoby im dobrze, gdyby nie było tych nieprzyjemnych obrazków, ataków na kontynentalną Rosję. Ale uważają, że to nie ich obowiązek, żeby coś z tym robić. Chcą, żeby to rezerwiści strzelali do dronów z dubeltówek, żeby obronę przeciwlotniczą kupowały korporacje, żeby ludzie sami się jakoś ratowali i żeby ich nie niepokojono tym wszystkim.

Poza tym mogą mieć wyobrażenie, że tego rodzaju uderzenia jednoczą społeczeństwo, wywołują sprawiedliwy gniew i pragnienie zwycięstwa. Tak nie jest. Wyobrażają sobie, że Rosjanie reagują tak jak Ukraińcy. Ale Ukrainę zaatakowano i ona nie ma wyboru. Musi się bronić.

W przypadku Rosji rola jest zupełnie odwrotna. Wojna wraca tam, skąd przyszła.

Dla Rosji specyfika sytuacji polega na tym — to zauważył politolog Aleksander Baunow — że ta wojna jest jak taśma filmowa puszczona od końca. Wszystkie wzorce, na których rosyjskie społeczeństwo zbiorowo i indywidualnie opiera swoje wyobrażenia o wojnie, zakładają zupełnie inny przebieg: ciężki początek, porażki, być może nawet zdobycie stolicy, jak w 1812 roku, trudności, wyrzeczenia, wielkie ofiary, a potem gonimy wroga aż do jego bram. „Kto do nas z mieczem przyjdzie, od miecza zginie”.

A tutaj sytuacja się pogarsza. Im dalej, tym jest gorzej. I to jest zupełnie nieoczekiwany rozwój wydarzeń dla rosyjskiego społeczeństwa. Nie jest na to przygotowane.

W 2023 roku Rosjanie nawet doświadczyli euforii z powodu tego, jak dobrze się zaadaptowali do wojny i do coraz większej liczby ofiar. Okazuje się, że wojować się opłaca, wszyscy mają więcej pieniędzy. A nieprzyjemności? Prawie żadnych, dotykają kogoś innego. W 2024 roku przyzwyczajono się do myśli, że tak już będzie, wojna będzie trwała: „No dobra, może już nie jest tak radośnie, ale da się z tym żyć”. W 2025 roku Rosjanie poczuli zmęczenie wojną. W 2026 roku zaczęła się panika: to nie tylko nigdy się nie skończy, ale robi się coraz gorzej.

Jeśli wojna będzie trwała, to co będzie w 2027 roku?

Funkcjonalność administracyjna może zacząć pękać w niektórych regionach. Centrum federalne może już nie kontrolować sytuacji tak dobrze, choć będzie udawać, że nadal coś tam kontroluje. Mogą pojawić się nieformalne niewypłacalności budżetowe. Regiony zaczną mówić: „Nie możemy już płacić kontraktowym żołnierzom więcej”.

Co jeszcze? Opóźnienia w wypłatach mogą stać się bardziej systemowe. Do tego mogą dojść różnego rodzaju awarie infrastrukturalne. Na przykład w jakimś mieście stanęło metro, nie działało trzy dni, potem podziałało i znów stanęło. Gdzieś chronicznie wyłącza się oświetlenie uliczne i mówi się, że to po to, żebyśmy byli gorzej widoczni dla dronów, ale naprawdę po prostu nie ma czym świecić albo coś się zepsuło i nie ma czym naprawić. Przyleciał dron, coś się zapaliło, nie zdołano ugasić, zapaliła się sąsiednia dzielnica.

Będą problemy z naborem nowych kontraktowych żołnierzy — zresztą już teraz są kłopoty. To, że władze zaczęły zajmować się werbunkiem studentów, jest oznaką dużych problemów. Wiedziały, jaka będzie społeczna cena tego ruchu. Przecież studenci to czyjeś dzieci, w które rodziny inwestują i nie chcą oddawać ich na mięso armatnie. To nie są faceci, których sprzedają własne żony, bo przeszkadzają w domu, wyjadają z lodówki i zajmują kanapę. A jak się odda ich na front, to jeszcze można dostać pieniądze. Studenci to zupełnie inna rzeczywistość społeczna. A jednak po nich przyszli, wiedząc, jak bardzo denerwuje i przeraża to rodziny mające plany na przyszłość.

Będą próbować mówić regionom: „Przywieźcie więcej kontraktowych żołnierzy”. Lokalne władze będą próbowały łapać tych kontraktowych siłą.

Nie wielka wojna z NATO, lecz pokazowa paskudna rzecz

Na ile realne jest, Pani zdaniem, że w tej sytuacji Władimir Putin może rozpocząć wojnę przeciwko jakiemuś europejskiemu państwu? Tego obawia się Europa.

Pojęcie wojny bardzo się w ostatnim czasie rozmyło. Żeby wojować w pełnym sensie tego słowa – proszę wybaczyć moje cywilne iluzje, ale wydaje mi się, że nie ma czym wojować. Wszystko, co jest, wojuje w Ukrainie.

Natomiast urządzić jakąś paskudną rzecz i pokazać, jakie NATO jest bezsilne – to można zrobić. Drony latają we wszystkie strony i są rzeczywiście tanie. Moskwa może wysłać 300 dronów na Wilno. To jest możliwe. Inna sprawa: co dalej? Co oni o tym myślą, o skutkach swoich decyzji, to jest dla mnie, szczerze mówiąc, zagadka.

Proszę w tym kontekście spojrzeć na grę strategiczną, którą organizowało niemieckie kierownictwo wojskowe w grudniu 2025 roku. „Rosjanie” w tej grze zajęli Przesmyk Suwalski i tam się okopali. Taką rzecz można zrobić. Nie ma w tym nic niewiarygodnego. Na coś takiego zasobów w pełni wystarczy. Inne pytanie: co z tego wyniknie, jakie będą konsekwencje?

Wracając do wojny rosyjsko-ukraińskiej, jakie scenariusze wyjścia z wojny wydają się Pani najbardziej prawdopodobne? Mówi Pani o tym, co może się wydarzyć w 2027 roku, a więc dalej, jak rozumiem, może być również rok 2028. Ale czy istnieje jakiś scenariusz szybkiego wyjścia z wojny?

Oczywiście, jest ich mnóstwo. Można zatrzymać się na linii frontu i rozpocząć niekończące się negocjacje na wzór koreański, nie zawierając żadnego pokoju. Można zawrzeć rozejm, który potem będzie się przedłużać.

Wszystkie te rozmowy o tym, że musi być jakieś fundamentalne porozumienie, które przerysuje mapę Europy i stworzy podstawy bezpieczeństwa na wieki, to są putinowskie bajki. Zatrzymać można się teraz. I znów: Rosja wewnętrznie bardzo tego chcę. Wiemy to na podstawie całej serii oznak socjologicznych.

Władze mają masę możliwości. Wszystko, co się nazywa przeszkodami politycznymi – niezadowolenie armii, problemy z powracającymi żołnierzami – wydaje mi się iluzoryczne.

Armia – oprócz tych co zarabiają na wojnie – bardzo chciałaby to wszystko zakończyć. To jest dla niej męczące.

A dla tych nielicznych kadrowych oficerów, którzy pozostali w wojsku, jest to poniżające: kryminalizacja armii i nasycenie jej więziennym etosem, cała ta bieda w połączeniu z porażkami. Może ci ludzie z ich sowieckim poczuciem oficerskiego honoru przeżyliby i kryminalistów, i przywiązywanie ludzi taśmą do drzew, i wrzucanie żołnierzy do dołów i polewanie zimną wodą, gdyby Rosja szła naprzód. Wtedy powiedzieliby: „No tak, z takim kontyngentem inaczej się nie da. Ale za to…”. A tu mają jednocześnie hańbę i brak sukcesów. To jest dla nich ciężkie i nieprzyjemne. Z chęcią to skończą. Poza tym generałom będzie przyjemnie, jeśli przestaną ich wysadzać pod domami w Bałaszysze. To też, jak sądzę, czyni ich życie nieco niekomfortowym. Uciec nie mają dokąd.

Weterani tak zwanej specjalnej operacji wojskowej zostaną zutylizowani bez problemu. Nie jest ich aż tak wielu.

To nie druga wojna światowa, to nie dwadzieścia milionów. To setki tysięcy osób. W znacznym stopniu wrócą w takim stanie, że nie będą mieli głowy do działalności politycznej, kryminalnej ani protestów. Będą pracować na leki dla siebie przez ten krótki czas, jaki im pozostał. Mówi się, że współczesna wojna jest taka, że nie wraca się z niej cało.

A pozostałym można proponować różne formy kontraktu z Ministerstwem Obrony, zostawiać ich na tzw. nowych terytoriach, żeby tam ich zabijano.

Stalin poradził sobie z weteranami, których były miliony i którzy byli młodymi mężczyznami. Najbardziej rzucających się w oczy zesłał na Wałaam. Dnia Zwycięstwa nie obchodził, żeby się razem nie zbierali. Anulował wypłaty za zdobyte ordery. Jakoś sobie poradził. Obecni tym bardziej są w tym mistrzami.

Nie widzę żadnego zagrożenia ze strony ludzi, którzy wrócą z frontu. Są proporcjonalnie rekrutowani z miejsc biednych i nieszczęśliwych. Wrócą i będą przekleństwem swoich sąsiadów. No i co? W czym to przeszkadza władzy w Moskwie? Tak, zabiją swoją rodzinę. Tak, wysadzą swój blok. Ale to problem tych, którzy mieszkają w tym bloku. Nie widzę tu zagrożenia dla stabilności politycznej.

Więc jeszcze raz powtórzę: politycznych przeszkód, by zatrzymać wojnę, nie ma.

W takim razie co jest przeszkodą na drodze do jej zatrzymania?

Pewność prezydenta Putina, że wojna idzie zgodnie z planem, że jest skuteczna.

Ekaterina Schulmann* – rosyjska politolożka, publicystka i komentatorka polityczna, jedna z najbardziej rozpoznawalnych krytycznych analityczek rosyjskiego systemu władzy. Była wykładowczyni moskiewskich uczelni. Specjalizuje się w analizie rosyjskiego procesu legislacyjnego i mechanizmów autorytaryzmu. Po pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę wyjechała z kraju. Jest członkinią Antywojennego Komitetu Rosji, który rosyjskie władze uznały za organizację terrorystyczną. Sama Schulmann została wpisana przez Rosfinmonitoring do rejestru „terrorystów i ekstremistów”; wcześniej uznano ją także za „zagraniczną agentkę”. Rosyjskie służby oskarżały członków komitetu m.in. o próbę przejęcia władzy i tworzenie „wspólnoty terrorystycznej”.

Na zdjęciu Masza Makarowa
Masza Makarowa

Masza Makarowa (1987) - Rosjanka, dziennikarka, współpracująca m.in. z telewizją Biełsat. Absolwentka historii na moskiewskiej Szanince i współpracowniczka zlikwidowanego stowarzyszenia Memoriał. Poza dziennikarstwem pisze o historii getta warszawskiego i o historii i współczesności Birobidżanu, gdzie spędziła trochę czasu.

Komentarze