0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Rys. Mateusz Mirys / OKO.pressRys. Mateusz Mirys /...

Rosja prowadzi obecnie największą od czasów zimnej wojny rozbudowę swoich sił zbrojnych. Tworzy nowe związki operacyjne i dywizje, zwiększa liczebność armii, rozbudowuje przemysł zbrojeniowy i przygotowuje nowe zgrupowania wojsk przy granicach NATO.

Jak wynika ze śledztwa dziennikarzy szwedzkiego nadawcy publicznego SVT, duńskiego DR, norweskiego NRK, a także estońskiego portalu Delfi, opublikowanego w środę 10 czerwca, Rosja zbroi się wzdłuż granicy z NATO i tworzy tam miejsca dla tysięcy żołnierzy. Dziennikarze przeanalizowali zdjęcia satelitarne z terenu przygranicznego i porównali z fotografiami wykonanymi w latach 2024 i 2025. Z analizy wynika, że:

  • Rosja rozbudowuje infrastrukturę wojskową wzdłuż granicy z Finlandią, Norwegią, państwami bałtyckimi oraz w znajdującym się przy granicy z Polską i Litwą obwodzie królewieckim.
  • Powstają nowe koszary, magazyny, bazy logistyczne i zaplecze dla większych jednostek wojskowych.
  • Z analizy obrazów satelitarnych wynika, że docelowo w bazach tych może być skoszarowanych nawet 115 tysięcy żołnierzy.
  • Według cytowanych ekspertów Rosja tworzy strukturę zdolną do szybkiego przyjęcia w rejonie swojej zachodniej granicy dużej liczby żołnierzy.
  • Rosja tworzy też nowe wielkie związki taktyczne – chodzi o nawet osiem nowych dywizji rozlokowanych w północno-zachodniej części Rosji.

Cytowani w tekście eksperci nie mają wątpliwości: Rosja szykuje się do konfrontacji z NATO po zakończeniu wojny w Ukrainie.

Ale wśród osób zajmujących się bezpieczeństwem narodowym – wojskowych, przedstawicieli wywiadu, doradców ds. bezpieczeństwa – coraz częściej słychać głosy, że Rosja mogłaby nawet w najbliższym czasie zdecydować się na atak kinetyczny na któreś z państw Sojuszu, a ryzyko podjęcia przez Rosję takiej próby w najbliższym czasie rośnie.

Jak wygląda sytuacja? Jak ryzyko ze strony Rosji szacują europejskie i ukraińskie służby wywiadu? Co przemawia za tym, że Rosja rzeczywiście mogłaby zdecydować się na takie działania?

Przeczytaj także:

Jak myśli Rosja?

Rosja konsekwentnie podważa jedność Zachodu, usiłuje przekonywać świat, że NATO słabnie, a USA wycofują się z Europy. Szuka okazji do sprawdzenia, jak daleko może się posunąć bez wywołania pełnoskalowej wojny, oraz czy za dążeniem USA do odzyskania hegemonii w regionie, który uznają za swoją strefę wpływów, idzie gotowość przyznania Rosji prawa do swojej.

Cele strategiczne Kremla są znane. Jak wynika z wielu przemówień Władimira Putina, chociażby tego sprzed kilku dni, wygłoszonego podczas forum ekonomicznego w Petersburgu (3-6 czerwca 2026 r.), Kreml postrzega obecną epokę jako walkę o nowy porządek światowy, w którym Zachód ma utracić dominującą pozycję. Putin mówi o przejściu od „hierarchicznego modelu świata” do świata wielobiegunowego, a Rosja przedstawia siebie jako jednego z liderów tego procesu – obok dominujących Chin, ale także rosnących w siłę państw BRICS, w tym Indii czy Brazylii.

W tym ujęciu wojna w Ukrainie nie jest tylko celem samym w sobie. Jest narzędziem służącym:

  • osłabieniu Zachodu,
  • podważeniu amerykańskiego przywództwa,
  • rozbiciu UE i NATO,
  • pokazaniu państwom Globalnego Południa, że Zachód nie jest już jedynym centrum siły,
  • a w konsekwencji przebudowie globalnego układu sił i wywalczeniu dla Rosji statusu jednego z głównych biegunów nowego ładu międzynarodowego.

Kluczowym celem dla Putina jest zmiana architektury bezpieczeństwa Europy oraz ponowne ustanowienie rosyjskiej strefy wpływów na obszarze postsowieckim.

Kreml od lat twierdzi, że NATO nie powinno było rozszerzać się na wschód, a państwa byłego ZSRR nie powinny samodzielnie wybierać swoich sojuszy.

Jak ku zdumieniu słuchaczy mówił Putin na Konferencji Bezpieczeństwa w Monachium w 2005 roku, największą tragedią geopolityczną XX wieku był rozpad Związku Radzieckiego. Dwa lata później krytykował, że Zachód zinterpretował upadek Związku Radzieckiego jako carte blanche do zaprowadzenia jednobiegunowego porządku świata, co dla większości państw ma być niemożliwe do zaakceptowania. Całe monachijskie przemówienie stanowiło fundament pod jego późniejszą narrację o konieczności odbudowy dawnej strefy wpływów Rosji i zmiany porządku międzynarodowego.

Wojna w Ukrainie ma pokazać, że Moskwa jest gotowa użyć siły, by zmianę tego porządku wymusić. Podobną funkcję pełniłby ewentualny atak kinetyczny (bezpośredni atak fizyczny, w odróżnieniu od ataków cybernetycznych czy walki elektronicznej) na któreś z państw bałtyckich, czy inne, strategicznie ważne miejsce dla NATO.

Skoro naczelnym celem Władimira Putina jest osłabianie Zachodu, potencjalny atak na któreś z państw NATO służyłby temu, by:

  • ponownie zasiać panikę na Zachodzie (panika to ryzyko gospodarcze, niepokoje społeczne, destabilizacja), a Europa zbyt szybko przyzwyczaja się do wojny w Ukrainie,
  • wystawić Zachód na próbę: czy NATO rzeczywiście jest gotowe walczyć? Czy Amerykanie rzeczywiście przyszliby z pomocą Europie? Czy państwa zachodnie są gotowe ponosić koszty konfrontacji?

NATO jest kluczowym elementem powojennego porządku międzynarodowego, który Rosja i Chiny chcą obalić. Jeżeli udałoby się wykazać, że artykuł 5 NATO o kolektywnej obronie jest niewiarygodny, albo że państwa NATO nie potrafią wspólnie reagować, skutki polityczne byłyby dla Zachodu i Kremla ogromne.

Przeciwnicy Zachodu na całym świecie otrzymaliby sygnał, że wspólnota euroatlantycka nie jest już zdolna do zdecydowanej obrony swoich interesów i sojuszników.

W świetle najbardziej dalekosiężnych celów Rosji atak na któreś z państw NATO, który doprowadziłby do obnażenia politycznej, a być może także wojskowej słabości Sojuszu, jest w interesie Kremla. Natomiast w interesie Rosji nie jest rozpoczęcie pełnoskalowego konfliktu z NATO. Taki scenariusz oznaczałby ryzyko długotrwałej wojny na wyniszczenie z przeciwnikiem dysponującym wielokrotnie większym potencjałem gospodarczym, technologicznym i militarnym.

Eksperci wskazują tu na kilka czynników:

  • Rosja nadal nie osiągnęła swoich celów w Ukrainie,
  • ponosi wysokie straty,
  • utrzymuje ogromny wysiłek wojenny,
  • staje się coraz bardziej zależna od Chin,
  • jej gospodarka funkcjonuje pod presją sankcji i kosztów wojny.

Z tego powodu wielu analityków – od prezydenta Finlandii Alexandra Stubba, przez szefa estońskiego wywiadu Kaupo Rosina, po część amerykańskich i brytyjskich wojskowych – uważa, że obecnie Rosja nie ma ani zdolności, ani strategicznego interesu w rozpoczynaniu otwartej wojny z całym NATO.

Nie oznacza to jednak, że Kreml zrezygnuje z prób testowania odporności Zachodu.

Wielu specjalistów ds. bezpieczeństwa uważa, że bardziej prawdopodobnym scenariuszem niż pełnoskalowa agresja jest ograniczona prowokacja lub incydent wojskowy mające sprawdzić, jak szybko i zdecydowanie – oraz czy w ogóle – zareagują państwa Sojuszu. Dotychczasowe operacje tego rodzaju na nieco mniejszą skalę pokazywały, że NATO nie reaguje. Rosja może więc dążyć do zwiększania presji, by w ten sposób badać granice natowskiej solidarności.

Jak zagrożenie ze strony Rosji oceniają służby wywiadu?

Wśród zachodnich służb wywiadowczych i wojskowych panuje dziś zgoda co do jednego: Rosja pozostaje największym zagrożeniem dla bezpieczeństwa Europy. Różnią się jednak w prognozach co do tego, kiedy Kreml mógłby zdecydować się na konfrontację z NATO i jaką formę mogłaby ona przybrać. Większość wywiadów zakłada, że do ataku Rosji na któreś z państw NATO mogłoby dojść dopiero po zakończeniu wojny w Ukrainie. Ale pojawiają się też istotne głosy, które podkreślają, że ryzyko takiego ataku narasta i może do niego dojść znacznie szybciej.

  • Według holenderskiego wywiadu wojskowego MIVD, który opublikował swoją doroczną ocenę sytuacji bezpieczeństwa 21 kwietnia, o czym na łamach OKO.press pisała Anna Mierzyńska, wojna Rosji z NATO jest możliwa. Holendrzy uważają jednak, że ryzyko ataku na NATO pojawi się po zakończeniu działań militarnych w Ukrainie. Według ich oceny armia rosyjska już w ciągu roku będzie gotowa do ataku na NATO. To nie oznacza oczywiście, że do ataku dojdzie, ani że będzie miał on zmasowany charakter. Przewidywania dotyczą raczej ataku punktowego, którego celem będzie polityczne podzielenie sojuszu. „Znajdujemy się we wczesnej fazie nowego wyścigu zbrojeń nuklearnych, którego wynik jest trudny do przewidzenia” — diagnozują Holendrzy. — „Dopóki Rosja walczy na Ukrainie, wojna konwencjonalna z NATO jest praktycznie wykluczona. Jednocześnie Rosja już teraz podejmuje konkretne przygotowania do ewentualnego konfliktu z NATO”.
  • Niemiecki wywiad szacuje, że Rosja mogłaby być gotowa do konfrontacji z NATO około 2029 roku, ale Europa nie powinna zakładać, że ewentualny konflikt może nastąpić dopiero pod koniec dekady. Szef niemieckiego wywiadu zagranicznego BND Martin Jaeger ostrzegał jesienią 2025 roku, że Rosja jest zdecydowana rozszerzać swoją strefę wpływów dalej na zachód i nie zawaha się przed bezpośrednią konfrontacją z NATO, jeśli uzna ją za konieczną do osiągnięcia swoich celów. „Już dziś znajdujemy się pod ostrzałem” – mówił Jaeger, wymieniając rosyjskie działania hybrydowe: propagandę, dezinformację, sabotaż, szpiegostwo oraz naruszenia przestrzeni powietrznej państw NATO przez drony i samoloty wojskowe. Podobne ostrzeżenia formułuje generalny inspektor Bundeswehry Carsten Breuer. W wywiadzie dla „Süddeutsche Zeitung” z 14 maja 2026 roku wskazywał, że analiza rosyjskich zbrojeń, rozbudowy armii, decyzji gospodarczych i politycznych prowadzi do jednego wniosku: Rosja może być gotowa do konfrontacji z NATO około 2029 roku. Ale jednocześnie na pytanie, czy może wydarzyć się to wcześniej, odpowiedział twierdząco. Właśnie dlatego, jego zdaniem, NATO musi utrzymywać zdolność do natychmiastowego podjęcia walki, jak najszybciej rozbudowywać potencjał wojskowy i wypracowywać przewagę technologiczną. Podobną opinię w wywiadzie z agencją Reuters w listopadzie 2025 wyraził generał porucznik Alexander Sollfrank, zastępca dowódcy Dowództwa Operacyjnego Bundeswehry oraz dowódca wojsk obrony terytorialnej Niemiec. Jego zdaniem Rosja jest zdolna do przeprowadzenia ograniczonego ataku na terytorium NATO praktycznie w każdej chwili, jednak decyzja o podjęciu takiego działania zależałaby od postawy i gotowości państw zachodnich: rozmieszczenia wojsk, poziomu gotowości bojowej, sygnałów odstraszania wysyłanych przez NATO i politycznej determinacji do odpowiedzi na agresję.
  • Brytyjskie służby i wojskowi unikają wskazywania konkretnych dat, ale konsekwentnie podkreślają, że Rosja odbudowuje zdolności wojskowe szybciej, niż wcześniej zakładano. W opublikowanym w czerwcu 2025 roku strategicznym przeglądzie bezpieczeństwa (Strategic Defence Review) rząd Wielkiej Brytanii uznaje Rosję za „bezpośrednie i pilne zagrożenie” dla bezpieczeństwa euroatlantyckiego, a brytyjscy dowódcy ostrzegają, że zagrożenie będzie rosło wraz z doświadczeniami zdobywanymi przez Rosjan na wojnie w Ukrainie. Taką opinię w wywiadzie z „Süddeutsche Zeitung” z 14 maja 2026 roku wyraził też dowódca brytyjskich sił zbrojnych, marszałek lotnictwa sir Richard Knighton. Jego zdaniem nie sposób wskazać konkretnej daty ewentualnego ataku kinetycznego Rosji na któreś z państw NATO, ale „trend jest jednoznaczny: zagrożenie rośnie”. „Rosja prowadzi działania wojenne w Ukrainie, uczy się, rozwija nowe technologie. Putin udowodnił też swoją gotowość do atakowania suwerennych państw. Im bliżej rosyjskiej granicy się znajdujemy, tym silniej odczuwa się to zagrożenie” – mówił brytyjski dowódca.
  • W bardziej alarmistycznym tonie wypowiadają się niektórzy dowódcy państw znajdujących się bezpośrednio na wschodniej flance NATO. Pod koniec maja 2026 roku naczelny dowódca szwedzkich sił zbrojnych gen. Michael Claesson ostrzegał w rozmowie z agencją DPA, że Zachód może błędnie oceniać gotowość Rosji do podejmowania ryzyka. „My na Zachodzie błędnie oceniamy poziom gotowości Rosji do podejmowania ryzyka strategicznego. Rosjanie wiedzą, że wszystkie kraje zachodnie masowo inwestują dziś w obronę. Dlaczego mieliby więc czekać, skoro wciąż istnieją słabe punkty, które można wykorzystać?” – mówił. Claesson nie twierdził, że atak jest nieuchronny. Zwracał jednak uwagę na logikę, którą Kreml może brać pod uwagę: jeśli Rosja rzeczywiście chciałaby przetestować determinację NATO, to paradoksalnie bardziej opłacalne mogłoby być działanie przed zakończeniem obecnej fali europejskich zbrojeń niż po niej. Po co miałaby czekać na moment, jak Zachód się wzmocni?
  • Ostrożniejsze oceny płyną z państw bezpośrednio graniczących z Rosją. Estoński wywiad w raporcie opublikowanym w lutym 2026 roku ocenia, że Rosja nie zamierza atakować żadnego państwa NATO ani w 2026, ani w 2027 roku. Jednocześnie estońscy analitycy zaznaczają, że Kreml konsekwentnie odbudowuje potencjał wojskowy i przygotowuje się do konfrontacji z Zachodem w przyszłości. Zdaniem łotewskiego wywiadu (SAB) Rosja pozostaje długoterminowym zagrożeniem dla bezpieczeństwa Europy, jednak obecnie jest skoncentrowana przede wszystkim na wojnie w Ukrainie. Łotewscy analitycy zwracają uwagę, że Kreml coraz częściej wykorzystuje działania hybrydowe, operacje wpływu, sabotaż i instrumenty prawne (tzw. lawfare), aby osłabiać państwa zachodnie bez przekraczania progu otwartego konfliktu zbrojnego. Jednocześnie podkreślają, że odbudowa rosyjskiego potencjału wojskowego po wojnie w Ukrainie będzie jednym z najważniejszych wyzwań bezpieczeństwa dla regionu w kolejnych latach. Szef łotewskiej armii, gen. Kaspars Pudans, ocenił w ubiegłym tygodniu w rozmowie z „Financial Times”, że Rosja zyskała przewagę technologiczną, którą może wykorzystać do ataku na NATO do końca 2028 roku. Podkreślił, że przewaga Moskwy polega na jej zdolności do masowej produkcji dronów w czasie wojny. Dowódca zaznaczył, że Rosja nie posiada obecnie wystarczających sił do przeprowadzenia pełnowymiarowej inwazji na państwa NATO, dopóki prowadzi działania wojenne w Ukrainie. Ostrzegł jednak, że zagrożenie może wzrosnąć po zakończeniu wojny. „Działamy z założeniem, że agresja w jakiejś formie może nastąpić już dziś wieczorem” – wyjaśnił.
  • Duński wywiad wojskowy (FE) w raporcie z lutego 2025 roku stawia tezę, że jeśli wojna w Ukrainie zostanie zamrożona lub zakończy się na warunkach korzystnych dla Moskwy, Rosja może być zdolna do rozpoczęcia lokalnej wojny przeciwko państwu sąsiedniemu w ciągu około sześciu miesięcy, regionalnego konfliktu na obszarze Morza Bałtyckiego w ciągu dwóch lat oraz stanowić wiarygodne zagrożenie dla jednego lub kilku państw NATO w perspektywie około pięciu lat.
  • Jak zwracała uwagę w tekście Anna Mierzyńska, polskie ABW podsumowało dwa lata służby w raporcie, opublikowanym po raz pierwszy od dekady. Kontrwywiad podaje w nim, że wymierzona w Polskę działalność wywiadowcza i dywersyjna Rosji nieustannie eskaluje. Jednocześnie ABW nie zdecydowała się na przedstawienie prognoz na przyszłość.

Co mówi Ukraina?

Informacje na temat potencjalnie agresywnych zamiarów Rosji względem państw NATO regularnie ujawnia Ukraina. W połowie maja prezydent Zełenski poinformował, że Ukraina zna szczegóły rozmów między Moskwą a Mińskiem, z których wynika, że Rosja zamierza wciągnąć Białoruś w wojnę i rozważa atak z terytorium Białorusi na jedno z państw NATO. Zełenski ujawnił te informacje po naradzie sztabowej z dowódcami wojskowymi, szefami wywiadów wojskowego i zagranicznego oraz Służby Bezpieczeństwa Ukrainy.

O tym, że Rosja przygotowuje się do rychłej konfrontacji z Zachodem, zdaniem strony ukraińskiej świadczy m.in. to, że Moskwa nie tylko odbudowuje potencjał wojskowy zużywany w Ukrainie, ale równolegle przygotowuje struktury, które w przyszłości mogą zostać wykorzystane przeciw państwom NATO. Szef ukraińskiego wywiadu wojskowego (HUR) Kyryło Budanow wielokrotnie podkreślał, że Kreml postrzega obecną wojnę jako element szerszej konfrontacji z Zachodem, a nie wyłącznie konflikt z Ukrainą.

Podczas posiedzenia Rady NATO–Ukraina w Kijowie na początku czerwca Zełenski zwracał uwagę przede wszystkim na rosnące możliwości rosyjskiego przemysłu zbrojeniowego. Według przedstawionych przez niego danych Rosja jest obecnie zdolna produkować około 120 rakiet balistycznych miesięcznie. Ukraińskie władze argumentują, że taka skala produkcji wykracza poza potrzeby bieżących działań wojennych i pozwala Moskwie stopniowo odbudowywać zapasy uzbrojenia.

Ukraińskie służby regularnie informują również o rozbudowie rosyjskiej infrastruktury wojskowej przy granicach Finlandii i państw bałtyckich oraz o tworzeniu nowych jednostek wojskowych w Zachodnim Okręgu Wojskowym. Zdaniem Kijowa świadczy to o tym, że Rosja planuje nie tylko prowadzenie wojny przeciw Ukrainie, ale także przygotowuje się do długoterminowej konfrontacji z NATO.

Jednocześnie warto zauważyć, że po głośnym ostrzeżeniu Zełenskiego z maja ukraińskie władze nie przedstawiały nowych publicznych informacji wskazujących na bezpośrednie przygotowania Rosji do natychmiastowego ataku na państwo NATO. Dominują raczej ostrzeżenia o charakterze strategicznym: Rosja odbudowuje potencjał militarny, przygotowuje się do wieloletniej rywalizacji z Zachodem i może w przyszłości próbować wykorzystać ten potencjał przeciw państwom Sojuszu. Informacje ujawniane przez ukraiński wywiad są traktowane z pewną ostrożnością. Ukraina pozostaje państwem w stanie wojny, zależnym od zachodniego wsparcia, i ma naturalny interes w podkreślaniu skali rosyjskiego zagrożenia dla całego Zachodu. Dlatego analitycy zwykle zestawiają oceny Kijowa z ustaleniami innych służb wywiadowczych i niezależnych źródeł.

Co świadczy o tym, że Rosja mogłaby zdecydować się na takie działania?

Jest kilka czynników, które przemawiają za tym, że Rosja może widzieć wartość w ostrzejszej prowokacji europejskich państw NATO.

Sytuacja na froncie w Ukrainie i wewnętrzna sytuacja Rosji

Sytuacja na froncie ukraińskim nie rozwija się dla Kremla tak korzystnie, jak zapewne chciałby Putin. Rosyjskie zdobycze terytorialne pozostają ograniczone i są okupione bardzo wysokimi stratami ludzi oraz sprzętu. W maju Ukraińcy odzyskali więcej terytorium, niż utracili, o czym w analizie dla OKO.press pisał płk Piotr Lewandowski. Według danych przywoływanych przez prezydenta Finlandii Alexandra Stubba w wywiadzie z „Neue Zürcher Zeitung” z 7 czerwca 2026 Rosja traci obecnie miesięcznie więcej żołnierzy, niż jest w stanie pozyskać poprzez rekrutację nowych. Ekspert ds. bezpieczeństwa, Michał Piekarski z Uniwersytetu Wrocławskiego, diagnozuje, że wojna w Ukrainie ma coraz wyraźniej charakter wojny na wyczerpanie. Także ukraińskie ataki w głąb Rosji są dla Rosji coraz bardziej dotkliwe.

Nie oznacza to jeszcze, że Rosja przegrywa wojnę. Oznacza to, że mimo ogromnych kosztów ponoszonych od ponad czterech lat Kreml nadal nie osiągnął swoich podstawowych celów w Ukrainie.

Część ekspertów zwraca uwagę, że właśnie w takich sytuacjach rośnie pokusa działań eskalacyjnych, ale wciąż utrzymywanych poniżej progu pełnoskalowej wojny. Putin mógłby liczyć na to, że ograniczona prowokacja wobec NATO lub poważny incydent bezpieczeństwa:

  • wzmocni narrację o bezpośredniej konfrontacji Rosji z całym Zachodem i ułatwi uzasadnienie kolejnych działań mobilizacyjnych, a być może nawet poboru, co jest kluczowe dla szansy na przełamanie sytuacji na froncie w Ukrainie;
  • pozwoli przedstawić coraz bardziej dotkliwe ukraińskie ataki na cele w głębi Rosji jako element szerszej agresji Zachodu przeciw Federacji Rosyjskiej;
  • pozwoli mu zweryfikować siłę i determinację NATO do wspólnej obrony.

To może mieć znaczenie także w kontekście zbliżających się wyborów do Dumy. W rosyjskiej polityce od lat widoczna jest prawidłowość polegająca na wykorzystywaniu tematów związanych z bezpieczeństwem, konfliktem z Zachodem i odbudową mocarstwowej pozycji państwa do mobilizacji elektoratu. Najbardziej spektakularnym przykładem pozostaje aneksja Krymu w 2014 roku, która doprowadziła do gwałtownego wzrostu poparcia dla Putina.

Europa znajduje się w „oknie podatności”

Wiele ekspertów wskazuje na to, że Europa znajduje się obecnie w tzw. oknie podatności. Amerykanie już ogłosili stopniowe ograniczanie zaangażowania w obronę konwencjonalną Europy i skutecznie zasiali wątpliwość, czy w razie ataku na któreś z europejskich państw, zastosują się do zobowiązania do kolektywnej obrony z artykułu 5 i zaangażują w obronę Europy. To bardzo ważne, bo europejska obrona wciąż polega na wielu amerykańskich zdolnościach militarnych.

Tymczasem w ciągu najbliższych tygodni rozstrzygnie się, czy Amerykanie wycofają z Europy co najmniej 5 tysięcy żołnierzy. Nie wiadomo, co z przyjazdem zmiany dla jednej z amerykańskich brygad rotacyjnych do Polski, a także z zastąpieniem 1000 amerykańskich żołnierzy, którzy właśnie wyjechali z Litwy.

Już wiadomo też, że Amerykanie nie wyślą do Niemiec batalionu wojsk dalekiego zasięgu, dysponującego pociskami manewrującymi Tomahawk. Jak mówił w przywoływanym już wywiadzie z „Süddeutsche Zeitung” generalny inspektor Bundeswehry Carsten Breuer, „to kwestia o znaczeniu strategicznym”. Breuer podkreślił, że zamiarem Niemiec było wykorzystanie amerykańskich zdolności do czasu, aż zbudują własne możliwości precyzyjnego rażenia celów na dużych odległościach, co pozwoli się im skutecznie bronić na dalekich dystansach. Ponieważ jednak administracja Trumpa cofnęła decyzję administracji Bidena, Niemcom pozostają „rozwiązania przejściowe”, na przykład zakup systemów już dostępnych na rynku. Jak podkreślił, trwają rozmowy na ten temat z Pentagonem.

Breuer zaznaczył też, że równolegle przyspieszany jest rozwój własnych zdolności w Europie. Pracują nad tym Niemcy i Wielka Brytania od 2023 roku.

USA ograniczają się do swojej „strefy wpływów”?

Amerykańskie dokumenty strategiczne – opublikowana na początku grudnia 2025 nowa strategia bezpieczeństwa narodowego oraz niecały miesiąc później, nowa strategia obrony – wprost wysyłają w świat sygnał, że Amerykanie ograniczają swoje zaangażowanie wojskowe do obszaru, który uznają za swoją „strefę wpływów” – zachodnią półkulę. USA będą przeciwdziałać temu, by państwa spoza półkuli zachodniej rozmieszczały tam siły wojskowe, zdolności zagrażające bezpieczeństwu lub przejmowały kontrolę nad strategicznymi aktywami.

Czy takie podejście do bezpieczeństwa Ameryki oznacza, że nowa administracja USA akceptuje podział świata na takie strefy, zgodnie z XIX-wieczną teorią? Trump nigdy nie powiedział tego wprost, ale część komentatorów właśnie tak interpretuje jego politykę, a Kreml może wyciągnąć z tego niebezpieczne wnioski.

Anne Applebaum pisała na łamach „The Atlantic”, że „wizja świata podzielonego na trzy strefy wpływów, kontrolowane przez trzy wielkie mocarstwa, wywiera wpływ na część administracji Trumpa”. Jej zdaniem dążenie Trumpa do budowy własnej strefy wpływów nie przyniesie ani pokoju, ani stabilności – podobnie jak rosyjska inwazja na Ukrainę nie przyniosła ich Rosjanom. Również tygodnik „Time” ostrzegał przed „niebezpieczeństwami stref wpływów”.

Nie brakuje jednak głosów przeciwnych. Matthew Kroenig, wiceprezes i dyrektor programowy Centrum Strategii i Bezpieczeństwa Scowcrofta przy Atlantic Council, zwraca uwagę na łamach „Foreign Policy”, że Trump rzeczywiście dąży do umocnienia amerykańskiej dominacji na półkuli zachodniej, ale „nie oznacza to automatycznie zgody na podobne ambicje Rosji czy Chin”.

„Trump rzeczywiście chce, by Stany Zjednoczone posiadały własną strefę wpływów na półkuli zachodniej. Jest jednak politykiem wyjątkowo nastawionym na rywalizację i nie zamierza przyznawać Putinowi ani Xi podobnych obszarów dominacji. Pod tym względem przypomina bardziej tradycyjnych amerykańskich prezydentów: dąży do umacniania bezpieczeństwa USA w ich najbliższym otoczeniu, a jednocześnie stara się nie dopuścić do tego, by przeciwnicy zdominowali kluczowe regiony geopolityczne świata” – pisze Kroenig.

Niezależnie od tego, która interpretacja polityki Trumpa okaże się trafniejsza, z perspektywy Kremla efekt jest podobny. Putin może wyciągać z obecnych sygnałów płynących z Waszyngtonu jeden, bardzo korzystny dla siebie wniosek: administracja Trumpa nie jest zainteresowana ponoszeniem wysokich kosztów obrony dotychczasowego porządku bezpieczeństwa w Europie i może być mniej skłonna do przeciwstawiania się rosyjskim próbom odbudowy wpływów na obszarze postsowieckim.

Potencjalna prowokacja wobec NATO mogłaby więc stanowić dla Kremla sposób na sprawdzenie, gdzie przebiegają rzeczywiste granice amerykańskiego zaangażowania.

Rosja szykuje grunt prawny

Ze strony Rosji widać jeszcze inne niepokojące działania. Rosyjska Duma Państwowa przyjęła w połowie maja ustawę znacząco rozszerzającą możliwości użycia rosyjskich sił zbrojnych poza granicami kraju. Nowe przepisy pozwalają prezydentowi użyć sił zbrojnych w celu „ochrony” rosyjskich obywateli zatrzymanych, aresztowanych lub ściganych przez zagraniczne sądy i trybunały, których jurysdykcji Rosja nie uznaje.

Zgodnie z zapisami ustawy rosyjska armia może zostać użyta w sytuacji, gdy obywatele Rosji zostaną zatrzymani, aresztowani lub objęci postępowaniem karnym za granicą. Regulacja obejmuje również przypadki decyzji sądów międzynarodowych, których Rosja nie uznaje lub w których – według Moskwy – „nie uczestniczyła w sposób właściwy”. Ustawa została podpisana przez Władimira Putina 25 maja 2026 roku i już weszła w życie.

Czy przyjęcie takiej ustawy jest elementem wojny psychologicznej z Zachodem, czy faktycznym przygotowywaniem gruntu pod kolejne działania militarne poza granicami Rosji?

Większość zachodnich analityków skłania się ku opinii, że ustawa pełni jednocześnie obie funkcje. Sama w sobie nie oznacza przygotowań do konkretnej operacji wojskowej przeciw państwu NATO. Jest jednak kolejnym elementem budowania prawnych i propagandowych uzasadnień dla potencjalnych działań Rosji poza własnym terytorium. Podobne argumenty o konieczności ochrony rosyjskich obywateli i ludności rosyjskojęzycznej Kreml wykorzystywał wcześniej wobec Gruzji w 2008 roku, Krymu i Donbasu w 2014 roku oraz podczas pełnoskalowej inwazji na Ukrainę.

Gdzie Rosja mogłaby uderzyć?

Eksperci ds. bezpieczeństwa, którzy rozważają scenariusze rosyjskiej prowokacji wobec NATO, najczęściej wskazują na takie miejsca jak: Gotlandia, graniczne tereny Estonii – zwłaszcza Narwa oraz przygraniczne regiony Łotwy. A oprócz tego Przesmyk Suwalski oraz Morze Bałtyckie.

Gotlandia

Położona na Morzu Bałtyckim szwedzka Gotlandia od dawna uchodzi za jeden z najważniejszych punktów strategicznych w regionie. To właśnie tam odbywały się tegoroczne ćwiczenia „Aurora 26” – największe szwedzkie manewry wojskowe od czasu wejścia kraju do NATO. Wzięło w nich udział 18 tys. żołnierzy z 13 państw.

„Kto kontroluje Gotlandię, ten kontroluje Morze Bałtyckie” – mówił przy okazji tych ćwiczeń płk Andreas Gustafsson, dowódca pułku Gotland P18.

Znaczenie wyspy wynika z jej położenia. W razie kryzysu państwa bałtyckie byłyby w dużej mierze uzależnione od wsparcia prowadzonego drogą morską i powietrzną. Gotlandia stanowiłaby kluczowy punkt tych szlaków. Gdyby jednak znalazła się pod kontrolą Rosji, mogłaby zostać wykorzystana do rozmieszczenia systemów przeciwlotniczych i przeciwokrętowych, utrudniających działania NATO na niemal całym Bałtyku.

Estonia, w tym Narwa

Drugim często wskazywanym miejscem jest estońska Narwa – miasto położone tuż przy granicy z Rosją, naprzeciw Iwangorodu. Jego newralgiczność wynika nie tylko z położenia geograficznego, ale także ze struktury społecznej: zdecydowaną większość mieszkańców stanowią osoby rosyjskojęzyczne.

To dlatego Narwa od lat pojawia się w zachodnich scenariuszach jako potencjalny punkt rosyjskiej prowokacji. Kreml mógłby próbować wykorzystać narrację o „ochronie rosyjskojęzycznej ludności”, podobnie jak wcześniej robił to wobec Gruzji i Ukrainy. Bardziej prawdopodobny od klasycznej inwazji byłby jednak scenariusz działań hybrydowych: kampanii dezinformacyjnej, cyberataków, prowokacji przygranicznych czy ograniczonej presji militarnej, mających wywołać kryzys trudny do jednoznacznego zakwalifikowania jako zbrojna agresja.

Na takie ryzyko zwracają uwagę autorzy raportu Europejskiej Rady Spraw Zagranicznych (ECFR) „The Bear in the Baltics”. Jennifer Kavanagh i Jeremy Shapiro podkreślają, że Narwa i cały region Ida-Viru pozostają najbardziej podatnym społecznie obszarem Estonii. Choć lojalność miejscowej ludności wobec państwa estońskiego jest wysoka, region jest bardziej narażony na rosyjską dezinformację z powodu słabszej integracji językowej, korzystania z rosyjskich mediów oraz utrzymujących się różnic społeczno-ekonomicznych.

Autorzy raportu wskazują jednak także na szersze słabości Estonii. To niewielkie państwo pozbawione większej głębi strategicznej, położone bezpośrednio przy granicy z Rosją i zależne od wsparcia sojuszników w przypadku długotrwałego konfliktu. Eksperci zwracają uwagę na ograniczone zasoby ludzkie i logistyczne, wciąż rozwijaną obronę przeciwlotniczą oraz podatność na cyberataki. Jako jedno z najbardziej zinformatyzowanych państw świata Estonia od lat pozostaje ważnym celem rosyjskich operacji wymierzonych w infrastrukturę krytyczną i administrację publiczną.

Łotwa – w tym Dyneburg

Łotwa – podobnie jak Estonia – również ma przygraniczne regiony zamieszkałe przede wszystkim przez mniejszość rosyjskojęzyczną. Kreml regularnie oskarża też Łotwę o współpracę z Ukrainą w prowadzeniu dronowych ataków dalekiego zasięgu na Rosję. Część tych oskarżeń zawiera tezę, jakoby ukraińskie drony miały startować właśnie z terytorium Łotwy.

Potencjalnym celem zainteresowania Rosji na Łotwie jest przede wszystkim południowo-wschodnia przygraniczna część kraju. Po pierwsze, większość mieszkańców stanowi tam ludność rosyjskojęzyczna, po drugie właśnie tam położony jest Dyneburg – miasto uważane przez Kreml za „rosyjskie”, w dodatku również zamieszkane w większości przez łotewską mniejszość rosyjską.

Przesmyk Suwalski

Czwartym klasycznym scenariuszem pozostaje Przesmyk Suwalski – około 65-kilometrowy pas terenu między rosyjskim obwodem kaliningradzkim a Białorusią, stanowiący jedyne lądowe połączenie państw bałtyckich z resztą NATO.

Jego znaczenie jest oczywiste: gdyby Rosja i Białoruś zdołały czasowo przeciąć ten korytarz, Litwa, Łotwa i Estonia zostałyby odcięte od lądowego wsparcia sojuszników. NATO musiałoby wtedy opierać obronę regionu przede wszystkim na transporcie morskim i powietrznym, które również mogłyby być zagrożone przez rosyjskie systemy rozmieszczone w Kaliningradzie.

Jak podkreśla Crisis Group w raporcie „Strategic Flashpoints: Kaliningrad and the Suwalki Gap”, problemem nie jest wyłącznie sam przesmyk, lecz także jego sąsiedztwo. Obwód kaliningradzki stanowi jedną z najbardziej zmilitaryzowanych części Europy. Stacjonują tam m.in. wyrzutnie rakiet Iskander-M, systemy obrony powietrznej S-400, pociski przeciwokrętowe oraz dowództwo rosyjskiej Floty Bałtyckiej. W razie konfliktu dawałoby to Moskwie możliwość utrudniania operacji powietrznych i morskich NATO na znacznym obszarze regionu.

Dlatego Przesmyk Suwalski bywa nazywany jednym z najbardziej wrażliwych punktów NATO, a w zachodnich analizach porównywano go czasem do zimnowojennego Przesmyku Fuldy – miejsca, w którym spodziewano się potencjalnego starcia między NATO a Układem Warszawskim. Dodatkowym problemem jest trudny teren oraz ograniczona infrastruktura transportowa, oparta głównie na kilku drogach i jednej linii kolejowej.

Nie oznacza to, że Rosja musiałaby od razu podejmować próbę trwałego zajęcia tego obszaru. Bardziej ograniczony scenariusz mógłby polegać na serii prowokacji, ćwiczeń wojskowych, cyberataków, presji migracyjnej lub incydentów granicznych, które miałyby sprawdzić, jak szybko Polska, Litwa i NATO są w stanie zareagować oraz czy Sojusz potrafi utrzymać połączenie z państwami bałtyckimi w warunkach kryzysu. Jednocześnie planiści wojskowi od lat zakładają, że w przypadku pełnoskalowego konfliktu jednym z pierwszych celów Rosji byłoby właśnie czasowe zablokowanie tego korytarza i izolacja państw bałtyckich od reszty Europy.

Morze Bałtyckie

Coraz częściej eksperci zwracają jednak uwagę, że najbardziej prawdopodobnym miejscem konfrontacji może być nie ląd, lecz Morze Bałtyckie. To właśnie tam Rosja prowadzi dziś najwięcej działań hybrydowych: zakłóca sygnał GPS, wykorzystuje tzw. flotę cieni, prowadzi operacje rozpoznawcze oraz jest podejrzewana o udział w incydentach dotyczących infrastruktury podmorskiej.

Dla Rosji Bałtyk jest przestrzenią, w której może testować Zachód poniżej progu wojny: poprzez uszkadzanie kabli, podejrzane manewry statków, działania floty cieni, zakłócenia GPS, operacje rozpoznawcze czy incydenty z udziałem okrętów i samolotów. Problem polega na tym, że takie działania są trudne do jednoznacznego przypisania, często wyglądają jak „wypadek” albo „awaria”, a jednocześnie mogą powodować realne koszty gospodarcze i wojskowe.

Właśnie dlatego NATO uruchomiło misję Baltic Sentry, której celem jest wzmocnienie nadzoru nad Morzem Bałtyckim i ochrona infrastruktury podmorskiej. To odpowiedź na serię incydentów z ostatnich lat, które pokazały, że infrastruktura krytyczna na dnie morza stała się jednym z najłatwiejszych celów rosyjskiej wojny hybrydowej.

Dlatego część wojskowych uważa, że ewentualny „test NATO” mógłby przyjąć właśnie formę bardziej agresywnego incydentu morskiego, sabotażu infrastruktury krytycznej lub ograniczonego działania wojskowego poniżej progu pełnoskalowej wojny. Taki scenariusz pozwalałby Rosji sprawdzić determinację Sojuszu, a jednocześnie utrzymywać możliwość zaprzeczania własnej odpowiedzialności.

Niewinna Rosja atakuje tylko wtedy, gdy się broni

A co o tym wszystkim mówi propaganda rosyjska? Jak analizuje Agnieszka Jędrzejczyk, autorka publikowanego w OKO.press cyklu „Goworit Moskwa”, możliwość ataku na Europę jest stałym elementem rosyjskiej propagandy. Fantazje o tym, „co moglibyśmy zrobić, gdybyśmy chcieli”, snute ku pokrzepieniu serc, mieszają się w niej z realnymi planami i przygotowaniami. Ideologiczne podstawy takiego przekazu są przy tym głęboko wpisane w całą kremlowską narrację.

Propaganda Kremla nieustannie zapewnia, że Rosja nie zamierza atakować Europy. Ostatnio przekonywał o tym Władimir Putin podczas forum ekonomicznego w Petersburgu. Problem polega na tym, że jednocześnie Kreml powtarza, iż Rosja nigdy nikogo nie zaatakowała, a jedynie się broniła. W ten sposób każda rosyjska wojna staje się wojną obronną. Tak przedstawiana jest również agresja na Ukrainę.

Drugim stałym elementem kremlowskiej narracji jest przekonanie o egzystencjalnym charakterze konfliktu z Europą. Zachód chce zniszczyć Rosję, doprowadzić do jej rozpadu i odebrać jej suwerenność – dlatego Rosja musi się bronić. Dowodem rosnącego zagrożenia mają być między innymi zwiększane przez państwa europejskie wydatki na obronność.

Fakt, że Europa zbroi się z obawy przed rosyjską agresją, propaganda przedstawia jako potwierdzenie agresywnych zamiarów Zachodu.

„Wzrost militaryzmu w Europie wobec Rosji wymaga od Moskwy podjęcia działań w celu ochrony interesów kraju” – powtarza rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow. Minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow regularnie powtarza, że Zachód wypowiedział Rosji otwartą wojnę. W tej narracji „reżim kijowski” jest wykorzystywany jako „szpica”.

Połączenie dwóch przekazów – o niewinności i pokojowych zamiarach Rosji oraz o konieczności obrony przed niszczycielskimi zamiarami Zachodu – tworzy gotowe ideologiczne uzasadnienie dla każdej przyszłej wojny.

Państwa bałtyckie, Mołdawia i czerwone linie

Obecnie motyw „niewinności” i „niezasłużonej krzywdy” najczęściej wykorzystywany jest w odniesieniu do państw bałtyckich. Poczucie krzywdy podsyca imperialna nostalgia: kraje te były przecież częścią rosyjskiego imperium. Potencjalnym pretekstem do eskalacji mogą stać się ukraińskie drony, które trafiają nad terytorium państw bałtyckich podczas lotów w kierunku Rosji lub są tam zepchnięte przez rosyjską obronę przeciwlotniczą.

Kremlowska propaganda przedstawia to jednak jako dowód, że państwa bałtyckie „udostępniają swoje terytorium do ataków na Rosję”, a więc same stają się uprawnionym celem działań odwetowych.

Dodatkowym argumentem ma być fakt, że NATO nie uruchomiło art. 5 w odpowiedzi na takie incydenty.

Rolę „szpicy” wymierzonej w Rosję może odgrywać również Mołdawia. „Mołdawia, pomimo statusu państwa neutralnego, dostarcza ukraińskim siłom zbrojnym drony wykorzystywane do ataków na Rosję” – twierdził w kwietniu rosyjski ambasador w Kiszyniowie Oleg Ozerow.

Ostatecznym argumentem uzasadniającym potencjalny atak na Europę pozostaje jednak narracja o „przekraczaniu czerwonych linii”. Przez lata Zachód ostrożnie wspierał Ukrainę, obawiając się rosyjskiej reakcji. Z czasem okazało się jednak, że kolejne dostawy uzbrojenia – w tym systemów dalekiego zasięgu – nie wywołują zapowiadanej przez Moskwę eskalacji. Kreml zmienia więc narrację. Zamiast wskazywać konkretne „czerwone linie”, coraz częściej podkreśla, że odpowie wtedy, gdy sam uzna to za stosowne.

Władze Rosji regularnie powtarzają, że ukraińskie ataki dronowe na Rosję są w rzeczywistości atakami Zachodu.

Taki przekaz płynął również z Petersburga podczas tegorocznego forum ekonomicznego. Putin argumentował 4 i 5 czerwca, że drony atakujące Rosję są montowane w Ukrainie z wykorzystaniem zachodnich części i technologii. W ten sposób Kreml konsekwentnie buduje narrację, zgodnie z którą Rosja nie walczy wyłącznie z Ukrainą, lecz z całym Zachodem – a każde przyszłe działanie odwetowe będzie można przedstawić jako akt samoobrony.

Na zdjęciu Paulina Pacuła
Paulina Pacuła

Dziennikarka działu politycznego OKO.press. Absolwentka studiów podyplomowych z zakresu nauk o polityce Instytutu Studiów Politycznych PAN i Collegium Civitas, oraz dziennikarstwa na Uniwersytecie Wrocławskim. Stypendystka amerykańskiego programu dla dziennikarzy Central Eastern Journalism Fellowship Program oraz laureatka nagrody im. Leopolda Ungera. Pisze o demokracji, sprawach międzynarodowych i Unii Europejskiej. Publikowała m.in. w Tygodniku Powszechnym, portalu EUobserver, Business Insiderze i Gazecie Wyborczej.

Komentarze