Raport Economic Policy Institute mówi jasno – największym złodziejem w USA są pracodawcy. Szacuje się, że każdego roku okradają pracowników na co najmniej 15 miliardów dolarów. W Polsce brak badań, ale problem istnieje. Bezpłatne nadgodziny, łamanie przepisów o płacy minimalnej, nielegalne potrącanie części pensji – wszystko to znamy z naszego rynku pracy

Kto jest największym złodziejem w USA? Nie chodzi ani o włamywaczy, ani organizatorów spektakularnych napadów na banki. Nie mamy też na myśli oszustów finansowych, ani nawet bankierów.

Raport Economic Policy Institute nie pozostawia wątpliwości: największym złodziejem w Ameryce są pracodawcy. Szacunkowe dane wskazują, że każdego roku okradają oni pracowników na co najmniej 15 miliardów dolarów.

Dla porównania dane FBI wskazują, że w 2017 roku łączna wartość kradzieży aut w USA wyniosła 5.4 miliarda, włamań – 3 miliardy. Sumaryczna wartość wszystkich rodzajów kradzieży w gospodarce amerykańskiej jest niższa niż kwota, na jaką każdego roku okradani są pracownicy przez zatrudniających.

W Polsce nikt dogłębnie nie zbadał skali podobnego zjawiska. Jest jednak wiele powodów, by sądzić, że sytuacja wcale nie jest u nas lepsza niż w Stanach Zjednoczonych.

Czym jest kradzież pensji?

Kradzież pensji (ang. wage theft), bo o tym zjawisku mowa, jest w Polsce tematem zupełnie niezbadanym. Nie poświęca się mu też dość uwagi, szczególnie biorąc pod uwagę jego społeczną istotność. Economic Policy Institute – uznany amerykański ośrodek badań związany ze związkami zawodowymi – definiuje to zjawisko między innymi jako:

  • płacenie pracownikom mniej niż gwarantuje płaca minimalna,
  • zmuszanie pracowników do bezpłatnych nadgodzin,
  • nielegalne potrącanie części pensji na poczet wydatków, które powinien ponosić zatrudniający.

Jako kradzież pensji traktuje się też okradanie pracowników z napiwków czy zatrudnianie na podstawie umowy niezgodnej z charakterem rzeczywiście wykonywanych usług w celu ominięcia płacy minimalnej.

Amerykański instytut przebadał pracowników z dziesięciu najludniejszych stanów USA, których populacja stanowi połowę mieszkańców kraju.

Okazuje się, że każdego roku 2.4 miliona pracowników pada ofiarami kradzieży pensji. Przeciętnie, amerykański pracownik, który należy do tej grupy, jest okradany na 3300 dolarów w skali roku.

Najbardziej narażeni są pracownicy najniżej opłacani, należący do dolnych 25 proc. rozkładu dochodów – problem dotyka niemal jedną piątą z nich.

Pracownik na słabszej pozycji

Rynek pracy nie jest zwykłym rynkiem, na którym dochodzi do wymiany usług za pieniądze – jest przede wszystkim podstawowym narzędziem dystrybucji dóbr w gospodarce. Przez to charakteryzuje się fundamentalną nierównością stron – pracodawca zawsze może zrezygnować z zatrudnienia pracownika, bo jedyne co straci, to szansę na dodatkowy zysk. Pracownik natomiast, jeżeli nie podejmie pracy – nie będzie miał za co żyć.

Z tego względu do największej liczby nadużyć dochodzi tam, gdzie władza zatrudniającego nad pracownikiem jest największa, a więc pośród grup dyskryminowanych i najniżej opłacanych. Dla przykładu: w Teksasie nieco ponad 10 proc. spośród pracowników o najniższych dochodach pada ofiarą kradzieży pensji. Choć na tle innych stanów jest to wynikiem względnie dobrym, jeżeli już należy się do tych 10 proc., to przeciętnie jest się przez swojego szefa okradanym na 4400 dolarów rocznie – jedną trzecią należnego wynagrodzenia.

Amerykański Koszmar

Kradzieże pensji nie wzięły się znikąd. W Stanach Zjednoczonych od lat osiemdziesiątych spada siła przetargowa pracowników, dla znacznej większości społeczeństwa płace stoją w miejscu, a konsumpcję wewnętrzną napędza się kredytami, a więc narzędziami zależności, które dodatkowo osłabiają pozycję negocjacyjną na rynku pracy.

Stany Zjednoczone mają też zupełnie niewydolny i niedofinansowany system inspekcji pracy. Kilka lat temu w ramach polityki oszczędności zamknięto na przykład stanowy departament pracy na Florydzie, który powinien zajmować się sprawami takimi jak kradzieże pensji. Jak wskazują autorzy raportu – właśnie tam problem jest dziś najpowszechniejszy.

Osobną kwestią jest to, że w Stanach Zjednoczonych okradać pracowników po prostu się opłaca.

W wielu przypadkach kary przyznawane firmom za takie przestępstwa są niższe, niż wynosiłoby zgodne z prawem i umowami wynagradzanie pracowników od początku zatrudnienia

Przypomina to sytuacje z polskiego rynku pracy, gdy kary nakładane przez Państwową Inspekcję Pracy za nielegalne wypychanie pracowników na umowy śmieciowe zwykle wahały się w granicach tysiąca – dwóch tysięcy złotych, co w skali budżetów firm jest kwotą marginalną. Gdy kary są wyższe i stanowią na przykład trzykrotność kwoty, na którą okradziono pracownika, skala przestępstw tego rodzaju spada.

Widać to, gdy spogląda się na rozbieżności pomiędzy poszczególnymi stanami – wspomniana Floryda jest stanem o piątym najniższym poziomie ochrony praw pracowniczych, nie posiada własnego ciała inspektorskiego, w rezultacie czego 25 proc. pracowników o niskich dochodach doświadcza tam kradzieży pensji. Dla porównania – w Pensylwanii czy Georgii było to odpowiednio 10.4 prac. i 9.4 proc.

Kradzieże pensji w Polsce

W Polsce nikt dogłębnie nie zbadał tego zjawiska, nie ma jednak powodów, aby sądzić, że sytuacja jest jakkolwiek lepsza niż w Stanach Zjednoczonych.

Wiemy, że 43 proc. pracujących Polek i Polaków wyrabia bezpłatne nadgodziny.

Raport ADP wskazuje, że przeciętnie każdego tygodnia pracuje się w Polsce za darmo o 3,5 godziny dłużej, niż wskazywałaby umowa. Z kolei 8,5 proc. najbardziej wyzyskiwanych polskich pracowników przepracowuje bez wynagrodzenia ponad 10 nadgodzin tygodniowo.

Na polskim rynku pracy cyklicznie powraca też problem nielegalnego potrącania pieniędzy z wynagrodzenia pracowników. Na dużą skalę pojawił się po wprowadzeniu minimalnej stawki godzinowej obowiązującej na umowach zlecenie, na skutek czego zatrudniający zaczęli zmuszać sprzątaczy do dzierżawienia odkurzaczy, a ochroniarzy do wynajmu umundurowania od firm, w których pracują.

W odpowiedzi na te problemy NSZZ Solidarność wraz z Państwową Inspekcją Pracy podjęły próbę walki z nadużyciami poprzez kampanię “13 zł… i nie kombinuj”. Problem jednak nie zniknął całkowicie – wciąż jest powszechny na przykład w sektorze usług przewozowych czy kurierskich, zdominowanych przez korporacje, takie jak Uber.

Wreszcie, za kradzież pensji uznaje się też celowe wypychanie pracowników na śmieciówki, żeby uniknąć konieczności płacenia składek. Choć problem nie jest już tak dotkliwy, odkąd oskładkowano umowy zlecenie i wprowadzono minimalną stawkę godzinową, wciąż w niektórych sektorach, takich jak gastronomia, łamanie prawa pracy i zatrudnianie pracowników na umowach cywilno-prawnych jest absolutnie powszechne.

Nie znamy skali problemu

Nie mamy szczegółowych szacunków dotyczących skali problemu w Polsce – nie wiemy, czy pracownicy okradani są na setki milionów, miliardy czy dziesiątki miliardów złotych rocznie.

Mamy dysfunkcyjną i niedofinansowaną Państwową Inspekcję Pracy, bardzo niski poziom uzwiązkowienia i słabą pozycję przetargową pracowników.

Choć nieustannie powtarza się mity o „rynku pracownika”, to udział płac w PKB – miara pokazująca, jaką część wytworzonej wartości w gospodarce trafia do pracownika, a jaka do właścicieli kapitału – wciąż należy do jednych z najniższych w Unii Europejskiej. Z każdej złotówki wytworzonej w Polsce, ponad 60 proc. trafia dziś do zatrudniającego, a tylko 39.2 proc. do pracownika.

Okradanie pracowników nie jest patologią czy wynaturzeniem kapitalizmu – jest jego naturalnym elementem.

Jeżeli okradać pracowników się opłaca, a kary są skandalicznie niskie, to konkurujące ze sobą firmy, napędzane żądzą zysku, będą to robić.

Właśnie dlatego należy walczyć o pozycję przetargową pracowników na rynku, o wyższe pensje, o uzwiązkowienie i solidarność w miejscu pracy, o wolność od kredytów na kilkadziesiąt lat.

Musimy też zacząć nazywać rzeczy po imieniu. Gdy ktoś okrada pracowników – nie jest przedsiębiorcą w trudnej sytuacji. Jest złodziejem.

Nauczyciel ekonomii, redaktor Magazynu Kontakt. Zajmuje się socjologią nauk społecznych.


Komentarze

  1. Pawel Pawel

    A jeśli dodać to wszystkiego powszechnie znany fakt, że pensja, nawet wypłacana zgodnie z prawem, nie jest – w kapitalizmie – pełnym ekwiwalentem wypracowanego zysku… to wyzysk pracownika rośnie do kwadratu. Uprzedzając komentarze – w socjalizmie resztę wypracowanej wartości pracownik otrzymywał pod postacią tzw. konsumpcji zbiorowej – darmowej lub mocno dotowanej.

Lubisz nas?

Dołącz do społeczności OKO.press