W piątek 31 marca nauczyciele przyjdą do pracy, ale nie będą prowadzić zajęć. Strajkujący żądają m.in. podwyżek. Ale w rzeczywistości strajk wymierzony jest w reformę edukacji, czyli min. Annę Zalewską. Reformę, która dla dyrektorów, nauczycieli, rodziców, a przede wszystkim uczniów – także przedszkolaków – oznacza chaos. Bez merytorycznego uzasadnienia

Związek Nauczycielstwa Polskiego, organizator strajku, nie podaje na razie, ilu nauczycieli weźmie w nim udział. To dlatego, że – jak wyjaśnia rzeczniczka ZNP Magdalena Kaszulanis – na nauczycieli wywierane są naciski, by nie strajkowali. Znane są za to postulaty. O co walczą nauczyciele?

  • o podwyższenie statusu zawodowego. Domagają się 10 proc. podwyżki. Dlaczego? Bo podwyżek w oświacie nie było od pięciu lat
  • o miejsca pracy. Żądają gwarancji utrzymania stosunku pracy do 31 sierpnia 2022 r. Dlaczego? Bo w ciągu następnych pięciu lat reforma edukacji może spowodować ogromne zwolnienia w oświacie
  • o utrzymanie warunków pracy i płacy, czyli zamrożenia warunków pracy na dotychczasowych zasadach do 31 sierpnia 2022 r. Dlaczego? Bo w wyniku reformy edukacji każdy może stracić zatrudnienie na dotychczasowych zasadach.

ZNP apeluje do rodziców, by w piątek 31 marca nie posyłali dzieci do szkoły.

Co z tysiącami nauczycieli?

Z szacunków „Głosu Nauczycielskiego”, na które powołuje się ZNP wynika, że w wyniku reformy, a więc m.in. likwidacji blisko sześciu i pół tysiąca gimnazjów i przekształceń w szkolnictwie zawodowym, pracy może zabraknąć nawet dla 36 tys. nauczycieli. To, pisze ZNP, jedna trzecia wszystkich nauczycieli gimnazjów. Część przejdzie do liceów i podstawówek, ale dla wielu pracy nie będzie, bo dyrektorzy tych szkół prędzej przydzielą dodatkowe godziny swoim nauczycielom, niż zatrudnią nowych. W trudnej sytuacji znajdą się też dyrektorzy i dyrektorki tych szkół, którzy przejdą jako wicedyrektorzy i wicedyrektorki do podstawówek. Iga Kazimierczyk z fundacji Przestrzeń dla Edukacji komentuje:

Będzie dochodziło do trudnych sytuacji interpersonalnych i związanych z zarządzaniem zespołami. Los nauczycieli gimnazjów jest najbardziej niepewny, bo w wielu miejscach jest niż demograficzny i nauczyciele już w tej chwili pracują na cząstki etatu.

To dramaty wielu osób, ale też szkół, które powstawały jako nowe szkoły, nowe gimnazja, gdzie dyrektorzy budowali kadrę nauczycieli przez kilkanaście lat. Chodzi o szkoły, które były dużym graczem w miejscowościach czy dzielnicach, kształtowały środowisko społeczne, włączały w to rodziców. W tej chwili to wszystko jest likwidowane.

Zalewska wylicza, że miejsc pracy przybędzie, bo roczniki do tej pory gimnazjalne „przejdą” do podstawówki, gdzie klasy są mniej liczne (średnio 18 zamiast 21 osób). To ma zwiększyć ilość pracy, bo zwiększy się liczba klas (fachowo – oddziałów). Potwierdzają to szacunki niektórych miast (Kraków, Wrocław), ale sprzeczne z nimi są szacunki np. w Słupsku. Poza tym, ten efekt byłby krótkotrwały, gdyż od 2022 roku będą cztery klasy licealne, a one są najliczniejsze (aż 27 osób).

Destabilizacja, centralizacja, brak perspektywy

Reforma oznacza destabilizację systemu: w szkołach raz będzie mniej dzieci, raz więcej. Będzie to oznaczało i rozwiązywanie umów z nauczycielami, i większą liczbę zwolnień lekarskich, bo nauczyciel będzie chciał gdzieś przeczekać ten rok, kiedy uczniów jest mało. To pokazuje, że brakuje perspektywicznego spojrzenia.

„Problemem jest też centralizacja, bo ustawa zwiększa zakres kompetencji kuratorium, co ogranicza autonomię dyrektorów szkół. Ciasna siatka godzin oznacza, że nauczyciele de facto nie będą mogli realizować własnych koncepcji. Pojawia się też pytanie, dlaczego dyrektorzy, którzy już raz wygrali konkurs na to stanowisko, po pięciu latach mają startować w nim powtórnie? Jaka jest intencja tej zmiany?”

– mówi OKO.press jedna z menedżerek oświaty.

To dlatego, jak wyjaśniał na konferencji prasowej prezes ZNP Sławomir Broniarz, związek został zmuszony do zorganizowania tak dramatycznego wydarzenia, jakim jest strajk. Zaprasza wszystkich nauczycieli. Tymczasem w kwietniu, jak zapewnia ministra edukacji Anna Zalewska, ma zostać podany harmonogram podwyżek dla nauczycieli.

W budżecie 2017 przewidziano waloryzację płac nauczycielskich na poziomie 1,3 proc., po 35-63 zł brutto na osobę. Zalewska zapowiada też podwyżki, ale bez żadnych konkretów.

Kolejną z konsekwencji reformy będzie powstawanie filii szkół, bo w istniejących placówkach uczniowie się po prostu nie pomieszczą. „Szkoły nie miały żadnych możliwości, żeby przystosować infrastrukturę szkolną do tego, że nagle ma się pomieścić dwa roczniki więcej. Przez kilkanaście lat te budynki były przebudowywane, zmniejszane tak, żeby zmieściło się tam sześć klas, a nie osiem” – mówi Iga Kazimierczyk. W wielu sytuacjach całe klasy będą przenoszone do innych budynków, do oddziałów zamiejscowych, co dla nauczycieli wiąże się z koniecznością jeżdżenia między filiami, bo zespół nauczycieli dla szkoły podstawowej jest ten sam. Już w tej chwili do gimnazjów dojeżdża 46 proc. uczniów na wsi i 10 proc. w mieście.

I trzylatki, i piętnastolatki 

Szczególnie trudne będą lata 2019/20-2021/22, kiedy w liceach spotkają się dwa roczniki (jeden, który kończy gimnazjum, i drugi, który będzie kończył ósmą klasę) ucząc się jednocześnie według starego i nowego programu, do starej i nowej matury. To ponad 700 tys. uczniów. Spowoduje to ogromne obciążenie dla szkół. Choć ministra Zalewska przekonywała, że takie roczniki zdarzały się w ostatnich latach i licea są na nie przygotowane, to nieprawda: z danych GUS wynika, że ostatnim rocznikiem, który był tak liczny, był 1984. Urodzone w tym roku dzieci poszły do szkoły średniej w 1999 r.

Tłok będzie nie tylko w liceach, ale i przedszkolach, do których wrócą sześciolatki. Jednocześnie gmina będzie miała obowiązek przyjąć do przedszkola każdego trzylatka, którego rodzice wyrażą taką wolę. „Najmłodszym rocznikiem, który odczuje konsekwencje edukacji, są maluchy urodzone w 2014 roku – tak głęboko sięga ta reforma. Także ci uczniowie, którzy idą do liceum, nie będą mogli spać spokojnie, bo te szkoły już przygotowują się na kumulację roczników i ograniczają miejsca” – mówi Iga Kazimierczyk.

Argumenty? Polityczne

Eksperci podkreślają, że reforma to ewenement na skalę światową: zamiast utrzymać dziewięć lat kształcenia ogólnego, skraca się czas nauki o rok. Za reformą nie stoją żadne argumenty merytoryczne. Poza politycznymi, bo jak powiedział na spotkaniu z rodzicami w Centrum Partnerstwa Społecznego „Dialog” Maciek Kopeć, wiceminister edukacji odpowiedzialny za koordynowanie reformy,

wejście w życie ustawy nie może zostać opóźnione, bo jest uzależnione od kalendarza wyborczego.

Biorąc pod uwagę tempo wprowadzania reformy, jest oczywiste, że Zalewska chce zdążyć przed wyborami samorządowymi. Uczniowie, którzy – jak zapewniała min. Zalewska – mieli nie odczuć zmiany, stali się więc zakładnikami polityki.

Z powodu błędów merytorycznych, pośpiechu i nagromadzenia tymczasowych rozwiązań – jak filie szkół – reformę odrzuciły wszystkie związki samorządowców: Unia Metropolii Polskich, Związek Miast Polskich, Unia Miasteczek Polskich, Związek Gmin Wiejskich RP, Związek Województw RP, a nawet Związek Powiatów Polskich, choć powiaty mają pod sobą najmniej zagrożone licea.

Koalicja przeciw reformie jest szeroka, bo siły połączyły ZNP, fundacja Nie dla Chaosu w Szkole, Rodzice przeciwko Reformie Edukacji a także opozycja PO, PSL i Nowoczesna – wszyscy popierają referendum w sprawie reformy, zorganizowane przez ZNP. „Czy jest Pani/Pan przeciw reformie edukacji, którą rząd wprowadza od 1 września 2017 roku?” – brzmi pytanie, które ZNP chce zadać w „Referendum szkolnym”.

„Jestem przekonany, że mamy już pół miliona podpisów, ale ta liczba nie jest zadowalająca. Chcemy, by podpisów było więcej” –  mówi prezes ZNP Sławomir Broniarz podczas briefingu prasowego 20 marca 2017 r. 500 tys. podpisów to minimum, które zakłada ustawa o referendum ogólnokrajowym z 2003 roku. Referendum to sprawa raczej symboliczna, bo ustawa już została podpisana prezydenta. Pokazuje jednak skalę frustracji wśród nauczycieli i rodziców.

Niszczenie szans

Tymczasem min. Zalewska dziarsko zapewnia, że

„to nie ona jest stroną sporu, tylko dyrektorzy szkół”

Formalnie ma rację, bo ustawa o rozwiązywaniu sporów zbiorowych (z 1991 roku) do pracodawców nie zalicza rządu. Stroną są więc – i muszą być – dyrektorzy szkół i zatrudniające ich (oraz nauczycieli) samorządy. Strajk w formule 31 marca był jedynym dostępnym nauczycielom sposobem wyrażenia sprzeciwu wobec reformy firmowanej przez ministrę edukacji Annę Zalewską.

Trudno wierzyć zapewnieniom min. Zalewskiej, kiedy mówi o wyrównywaniu szans, które ma zapewnić reforma. Jest wręcz przeciwnie. Reforma uderzy zwłaszcza w dzieci na wsiach i miasteczkach, które teraz w jednym środowisku będą spędzały osiem lat, z mniejszymi szansami rozwoju niż w większym ośrodku, w którym zwykle znajdowało się gimnazjum. Poza tym o rok skróci się czas edukacji szkolnej, która wyrównuje szanse i o rok przyspieszy moment wyboru ścieżki edukacyjnej. Na domiar złego podwyższenie wieku szkolnego sprawia, że oddziaływanie wyrównujące szanse zacznie się o rok później.

„Szkoła ma być miejscem bezpiecznym, spokojnym i dającym gwarancję edukacji uczniom” – pisze w komunikacie dotyczącym zapowiedzianego strajku ministerstwo. Brzmi jak zaprzeczenie chaosu, który szkołom – i uczniom – zafundowała ministra Zalewska.

Podchodzimy najbliżej barierek. Dla Was.
Wesprzyj OKO, byśmy mogli działać dalej.

Lubisz nas?

Dołącz do społeczności OKO.press