0:00
Prawa autorskie: Jakub Orzechowski / Agencja GazetaJakub Orzechowski / ...
01 stycznia 2022

Nauczycielka z granicy: Pomagam uchodźcom, ale o tym nie mówię w szkole. Staram się nie wychylać

Uczniowie nie pytają, co dzieje się w lasach. Odsunęli się od siebie i od nas, nauczycieli. Wielu z nich to dzieci strażników granicznych, policjantów, leśników. Szkoła jest mała, stara się zachować neutralność. Czuję, że tę ciszę trzeba przełamać.

Wydrukuj

Trudno znaleźć nauczyciela z przygranicznej szkoły, który zgodziłby się na rozmowę. Chciałam się dowiedzieć, jak działa szkoła w strefie, czy pomaga dzieciom. Do mojej bohaterki dotarłam przez znajomych, zaangażowanych w pomoc na granicy.

Jest nauczycielką w niewielkiej szkole podstawowej. Rodzice wielu z jej uczniów to strażnicy graniczni i policjanci. Nauczycielka prosiła o anonimowość. Więc tylko tyle mogę o niej napisać.

Dorota Borodaj: Czy na szkolnych korytarzach widać stan wyjątkowy?

Nauczycielka: - Nasze dzieci od prawie dwóch lat funkcjonują w świecie, który nie działa tak, jak nauczyli ich dorośli. One kompletnie się pogubiły, przestały rozumieć, co jest normą, a co nie. Zamykają nas w domach – OK. Musimy wszędzie nosić maseczki – OK. Po ulicach jeżdżą samochody wojskowe a z lasu wychodzą umęczeni ludzie – OK. Choć to ostatnie większość dzieci zna z opowieści. Nie każdy mieszka pod lasem.

Wojsko na ulicach widzą wszyscy.

Ich ciężarówki robią duży hałas, dzieciaki tutaj rozpoznają ten dźwięk bezbłędnie. I kolejny – helikoptery, które latają nam nad głowami. Pamiętam, jak to wszystko się zaczęło, była wczesna jesień, ciepło jeszcze, wyszłam przed dom w letniej sukience, za płotem przejechała mi kawalkada tych ciężarówek. Poczułam się jak statystka w filmie o II wojnie światowej. Szok. I nasze dzieci mają chyba podobnie – patrzą na tę coraz dziwniejszą rzeczywistość jak na filmik w komórce.

Co wam o niej mówią?

Właśnie w tym rzecz – mówią bardzo niewiele. Zamknęli się przed nami, przynajmniej z mojej perspektywy tak to wygląda. Trzeba spojrzeć na tę szkołę nie tylko w kontekście kryzysu na granicy, ale pandemii.

Pamiętajmy, jak wyglądała w ostatnim czasie szkoła, jak mało czasu spędzaliśmy twarzą w twarz. Uczniowie wrócili do niej, ale jakby coś stępiło ich emocjonalnie. Mam wrażenie, że również między sobą przestali załatwiać konflikty i trudne sytuacje osobiście. Przenieśli to do sieci. A tam dużo łatwiej o eskalację złych emocji.

Podejrzewam, że to właśnie dzieje się teraz, podczas kryzysu uchodźczego.

Nie rozmawiają o tym na korytarzach?

Może, ale my, nauczyciele, tego nie słyszymy. Sami też o tym nie rozmawiamy. Jeszcze parę tygodni temu krążyło więcej opowieści – ktoś spotkał uchodźców, do kogoś zapukali. A potem ludzie się przyzwyczaili. Czasem ktoś tylko spojrzy w okno i rzuci: ale pada, a tam ludzie w lesie. Ale nie dodaje, że trzeba im jakoś pomóc.

A ty?

Ja pomagam. Ale o tym nie mówię.

Chodzisz do lasu?

Tak, wieczorem i nocami. Chodzę na spacery – rozglądam się, czy nikt nie potrzebuje pomocy, biorę też udział w interwencjach. Czasem pół nocy jestem w lesie, szukamy ludzi, pomagamy, potem wracam do domu i muszę złapać jeszcze trochę snu. Nie od razu zasypiam, bo emocje buzują. Rano kawa i do szkoły.

Zdarzyło się, że nie spałam wcale. Pamiętam dobrze moją pierwszą akcję – szłam przez las i nagle zobaczyłam, że zza drzewa ktoś wystaje, stał pod takim kątem, że najpierw zobaczyłam jego plecy, a dopiero po chwili twarz. Pierwszy raz widziałam wtedy w naszym lesie cudzoziemca i to, o czym tylko słyszałam, stało się realne. Po tej akcji poszłam na lekcje, robiłam swoje, ale cały czas miałam przed oczami tamtą twarz i skuloną, przyczajoną za drzewem sylwetkę.

Ktoś w szkole wie, że pomagasz?

Nie. Staram się nie wychylać, jak ktoś podejmuje temat, nie włączam się za mocno. Ale to nie znaczy, że zachowuję do tych spraw dystans.

Niedawno odezwał się do mnie uczeń, który już skończył naszą szkołę. Zapytał, czy może ze mną porozmawiać ale tak, żeby nikt nas nie widział. Spotkaliśmy się w szkole – przyszedł opowiedzieć mi, że jakiś czas temu do ich domu zapukali ludzie. Jego rodzice ugościli ich, dali im gorącej herbaty. Zapytałam go, jak się z tym czuje – powiedział, że to było dla niego ważne. „Nie wiedziałem, że można tak dziękować za herbatę” - mówił.

Powiedział, że przyszedł z tym do mnie, bo wydałam mu się jedyną osobą, którą mogło to zainteresować. Czuł, że zrobili z bliskimi coś dobrego i ważnego, ale chciał to zachować w tajemnicy przed innymi. Ta cisza, która panuje wokół tych tematów, nie pozwoliła mu mówić głośno.

A inni uczniowie? Nie przychodzą z pytaniami, co dzieje się w lasach?

Nauczyli się chyba, że z tymi pytaniami trzeba ostrożnie. Jeśli mają w rodzinie kogoś z policji albo straży granicznej, na pewno słyszą dużo. Jeśli ktoś z ich bliskich pomaga w lesie – dzieci również o tym wiedzą. Czasem któreś zażartuje o koledze czy koleżance, „pobrudziłeś się, wyglądasz jak uchodźca”. Raz usłyszałam, jak uczniowie się o coś posprzeczali i jeden drugiego nazwał „uchodźcą”. To słowo zabrzmiało jak obelga. Było obelgą.

Co zrobiłaś?

Powiedziałam temu uczniowi, że uchodźcy to ludzie, którym należy współczuć i pomagać. Wzruszył ramionami. W szkole nie ma miejsca na to, żeby wejść w ten temat głębiej. Nie ma zajęć poświęconych sytuacji na granicy, nie ma programów wsparcia ze strony zewnętrznych psychologów.

Choć zauważyliśmy, że gabinet szkolnej psycholożki jest znacznie bardziej oblegany, niż jeszcze kilka lat temu. Wydaje mi się jednak, że to nie do końca związane jest z sytuacją na granicy, ale zaczęło się wcześniej, a mocno rozwinęło przez pandemię. Dzieciaki odsunęły się od siebie i od nas, nauczycieli.

A nauczyciele?

My staramy się wyrobić z podstawą programową, ogarnąć szkołę w pandemii. Uczniowie siedzą w niewidzialnych klateczkach – na przerwach nie mogą się mieszać między klasami, muszą zostać w swoich salach albo wychodzą tylko na wydzielony dla danej klasy skrawek korytarza. A my biegamy między nimi: po każdej lekcji mam dziesięć minut żeby rozłączyć komputer, z którego korzystam, przebiec do następnej sali i tam podłączyć sprzęt. Jak mamy chwilę, ogarniamy dokumenty. I nie inicjujemy rozmów o granicy.

Co zrobić, żeby przełamać tę ciszę?

Wyobrażam sobie, że w naszej szkole pojawiliby się eksperci, opowiedzieliby dzieciom spokojnie i rzeczowo, co się dzieje, że tyle osób jest teraz w lasach. A potem, w idealnym świecie, z tymi naszymi dziećmi usiadłby psycholog, ktoś z zewnątrz, nieobciążony tymi wszystkimi lokalnymi zależnościami, i powiedział im: jest OK się smucić, jest OK nie rozumieć tego, co się dzieje, jest OK się bać, czuć złość, czuć zagubienie.

Dlaczego nie zrobicie tego wy, nauczyciele i nauczycielki?

Paradoksalnie, jest nam trudniej, choć znamy te dzieci bardzo dobrze. Wydaje mi się, że zmienił się nasz status – nie jesteśmy traktowani jak godni zaufania dorośli. Nie chodzi mi o jakąś nabożną cześć w stosunku do nas, tylko o ten rodzaj zaufania ze strony dzieci, że mogą do nas przyjść z problemami, opowiedzieć, jeśli coś ich martwi czy przerasta.

Poza tym mieszkamy w strefie, wielu naszych uczniów to dzieci strażników granicznych, policjantów, leśników. Mamy tu sporą reprezentację tych zawodów. Szkoła jest mała. Wpływ opinii rodziców jest dużo bardziej widoczny i odczuwalny. Dlatego szkoła chce zostać neutralna.

Czuję, że tę ciszę trzeba przełamać. Może zajęcia, o których przed chwilą rozmawiałyśmy, mogłyby nam w tym pomóc. Musiałby jednak być spełniony jeden warunek – nie mogłoby być obowiązkowe. Przymus napotkałby na opór.

Ze strony dzieci?

Rodziców. Takie zajęcia mogłyby się odbyć w naszej szkole tylko wówczas, gdyby rodzice mieli prawo do odmówienia dziecku udziału w nich. I zastanawiam się, ile dzieci na takie zajęcia by dotarło.

To nie jest tak, że wszyscy rodzice popierają głośno działania władz na granicy. Myślę, że więcej jest takich, którzy współczują ludziom w lasach, ale jednocześnie nie robią nic, by pomagać. To tak, jak z widokiem osób bezdomnych na ulicach. Ile osób do nich podejdzie, żeby pomóc? Ile ja sama w życiu minęłam, nawet na nich nie patrząc?

Parę miesięcy temu odwiedzili mnie znajomi. „Jak tu jechaliśmy to mijaliśmy uchodźcę, szedł rowem wzdłuż ulicy” – powiedzieli. Zapytałam, czy się zatrzymali, czy dali mu wodę. „Nie. Właściwie nawet o tym nie pomyśleliśmy”. Jeśli dorośli tak się przyzwyczajają, to co dopiero dzieci.

Może przez to, że angażujesz się w pomoc, mocniej usuwasz się z tego pola w szkole? Wspomniałaś, że uczysz dzieci wojskowych i pograniczników. Ich rodzice to są ci, przed którymi chowacie się w lesie, idąc z pomocą.

Możliwe. Chociaż bardzo mocno rozdzieliłam te dwie sfery mojego życia, pracę i pomoc w lesie. Jestem bardzo zadaniowa, potrafię spiąć mocno psychikę, ciało – to mi pomaga, kiedy przełączam się z jednego świata do drugiego.

Przypomniałam sobie niedawno sytuację z dzieciństwa, grzebałam coś przy naszym wielkim telewizorze, stał na komodzie, to były naprawdę duże, ciężkie sprzęty. Nagle telewizor zaczął spadać a ja, mała dziewczynka, byłam w stanie go utrzymać i postawić z powrotem w pionie. Moje ciało dało radę. Teraz też daje.

A głowa?

Na razie tak. Na razie jak idę przez las w nocy, to nawet się nie boję, nie analizuję, ale jak wracam pod dom, to podskakuję jak coś zaszeleści w krzakach, zapalam światła.

Pamiętaj, że my tutaj nie przyjechaliśmy z jakiegoś miejsca w Polsce. My się w tej rzeczywistości obudziliśmy, ona przyszła do nas. I każdy musiał się w niej odnaleźć na swój sposób.

Mam poczucie, że to jest nawet bardziej prawdziwe, niż inne rzeczy. Jak idę do szkoły, to myślę o tym, że po pracy wrócę do lasu. Do innej, trudniejszej rzeczywistości. Las stał się teraz najważniejszy.

Udostępnij:

Dorota Borodaj

Reporterka, autorka wywiadów, publikowała m.in. w „Dużym Formacie”, magazynach „Pismo” i „Kontakt”, „Wysokich Obcasach”, absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu, pracuje nad książką-reportażem o obronie Puszczy Białowieskiej w 2017 roku.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne