0:00
04 listopada 2020

Niemiecka Antifa zaatakowała Polaków? Wiemy, skąd wzięła się ta fałszywka

Nie było żadnej niemieckiej Antify atakującej Polaków, nie trzeba było się mobilizować w obronie przed Niemcami, wbrew ostrzeżeniom, wielokrotnie powtarzanym przez prawicę podczas demonstracji Strajku Kobiet. Sprawdziliśmy kto wrzucił do sieci ten fake news i kto go rozpowszechniał

Wydrukuj

Po raz kolejny prawica dla własnych celów wykorzystała historyczny lęk przed naszymi zachodnimi sąsiadami, kreując antyniemiecką narrację bez jakichkolwiek faktycznych dowodów. Sprawdzamy, kto i jak budził w Polakach lęk przed „niemieckimi bojówkami”.

O "niemieckiej Antifie" w Polsce w ciągu sześciu ostatnich dni października pojawiło się w sieci prawie 12 tysięcy wzmianek. Przekaz był prosty: „Niemiecka Antifa przyjedzie do/ już jedzie/ przyjechała/ jest na ulicach Warszawy i będzie walczyć w Polsce po stronie lewicowych protestujących”.

Taka narracja zaczęła funkcjonować 26 października i rozwijała się przez kolejne dni, aż do 31 października - kiedy wreszcie stało się jasne, że choć największy protest w Warszawie minął, nie zidentyfikowano na nim żadnego „bojówkarza” z Niemiec. Mimo że TVP Info starało się, jak mogło, by tych Niemców gdzieś znaleźć, a przynajmniej zasugerować ich obecność.

Wszystkie informacje o włączeniu się „anarchistycznych bojówek z Niemiec” (cytuję za Robertem Bąkiewiczem, liderem kilku radykalnie prawicowych organizacji) okazały się nieprawdziwe.

A jednak w tym bardzo niestabilnym czasie w Polsce, związanym z protestami kobiet przeciwko wyrokowi zaostrzającemu prawo aborcyjne, w prorządowych mediach ukazało się przynajmniej kilkanaście artykułów na ten temat.

Wprost straszono niemieckimi bojówkami. To właśnie Niemcy mieli się okazać agresorami wobec Polaków. Mieliśmy się mobilizować, by bronić się przed naszymi sąsiadami z Zachodu.

W rozprowadzaniu przez niektóre media tej narracji nie przeszkadzały nawet wprowadzone kilka dni wcześniej ograniczenia, dotyczące przekraczania granicy polsko-niemieckiej (przy wjeździe do Niemiec trzeba albo mieć negatywny test na koronawirusa, albo odbyć 14-dniową kwarantannę, kara za nieprzestrzeganie tych przepisów to nawet 25 tys. euro – co miałoby znaczenie dla ewentualnych antyfaszystów, wracających z polskich protestów).

W przekazie o zagrożeniu atakiem niemieckiej Antify istotne było bowiem nie tylko to, że do protestów w Polsce dołączą organizacje antyfaszystowskie, których radykalny odłam jest obecnie uznawany w niektórych krajach (także w Niemczech) za ruch ekstremistyczny i używający przemocy. Ostrzeżenia nie dotyczyły też polskiej Antify. Chodziło o wykorzystanie lęku przed Niemcami.

Radny PiS Bogucki: „Przybyły posiłki z Niemiec”

„Lewica ściąga anarchistyczne bojówki z Niemiec. Do Polski może przyjechać do kilkuset bojówkarzy wyposażonych w broń białą. Apel o pełną mobilizację w piątek, sobotę i niedzielę” – pisał w alarmistycznym tonie na Facebooku Robert Bąkiewicz (organizujący wówczas samozwańczą Straż Narodową) w środę, 28 października.

Był on jednak kolejnym ogniwem w sieciowym łańcuszku, rozprowadzającym informację o niemieckich bojówkach. Sprawdziłam, gdzie ów łańcuszek się zaczął.

Okazuje się, że do wywołania fali antyniemieckiej narracji wystarczyły cztery tweety – przy czym pierwszy został już usunięty przez autora. Żaden z nich nie zawierał nawet fragmentu dowodu na udział niemieckich antyfaszystów w polskich protestach.

Ta historia zaczyna się 26 października. Zbigniew Bogucki, radny PiS w sejmiku województwa zachodniopomorskiego, wg informacji szczecińskiej „Gazety Wyborczej” szykowany do funkcji wojewody, obserwował protest kobiet w Szczecinie.

To on napisał na Twitterze:

„Nie trzeba było długo czekać. W Szczecinie grupom dopuszczającym się barbarzyńskich ekscesów na pomoc przybyły posiłki z Niemiec. W Reichu mają wielkie osiągnięcia w zakresie eugeniki – znają się na tym, to fakt”.

Z dyskusji pod tym wpisem oraz z artykułu „Gazety Wyborczej” wynika, że Bogucki zamieścił także film lub zdjęcie (niestety, tweet został już wykasowany), pokazujące samochód z hasłami protestu i niemieckimi tablicami rejestracyjnymi, który uczestniczył tego dnia w szczecińskim proteście samochodowym.

Bogucki miał pytać kierowcę samochodu, co robi wśród protestujących, ale nie doczekał się odpowiedzi.

To byli Polacy

Pod tweetem wylało się morze hejtu na Niemców. Ale szybko okazało się, że w samochodzie siedziało… małżeństwo Polaków. Na dodatek rozpoznane przez szczecińską radną Dominikę Jackowski: „To akurat koleżanka i jej mąż – Polacy z Gryfina… żeby w dziejących czasach narodowość ustalać w oparciu o blachy trzeba być mocno ograniczonym” – napisała Jackowski pod tweetem Boguckiego.

Ba, chwilę później na Twitterze na wpis zareagowała sama koleżanka radnej, bohaterka tweeta, która – po polsku oczywiście – pozdrowiła radnego PiS z przygranicznej wioski Staffelde.

Kto jak kto, ale Bogucki, mieszkający w zachodniopomorskim, powinien wiedzieć, że na pograniczu, gdzie są prawie cały czas otwarte granice, tablice rejestracyjne, miejsce pracy czy nawet miejsce zamieszkania nie świadczą o narodowości. Tu wszystko się miesza, samochody kupowane są tam, gdzie się to bardziej opłaca, pracuje się tam, gdzie jest miejsce pracy etc. To samo dzieje się na granicy z Czechami czy Słowacją.

Hitlerjugend i bandyci, czyli rozkwit narracji

„Pisałem »posiłki z Niemiec«, nie pisałem Niemcy, a miejscowość Staffelde niewątpliwie jest po niemieckiej stronie granicy” – tłumaczył się w końcu na Twitterze Bogucki.

Ale mleko się rozlało – sensacyjną informację radnego powtórzyły bowiem media. „Artykuł”, w którym nie było żadnych innych danych poza tweetem radnego, opublikował tego samego dnia portal wdolnymslasku.com.

Został on następnie udostępniony na pięciu fanpage'ach na FB: jeden to fanpage posła PiS Jacka Świata, a kolejne cztery – to strony popierające: Andrzeja Dudę, Mateusza Morawieckiego i Beatę Szydło.

Ta propisowska linia rozchodzenia się „artykułu” nie powinna dziwić. Portal wdolnymslasku.com prowadzony jest przez stowarzyszenie Dolnośląski Instytut Korfantego, założone w 2007 roku przez posłankę PiS Aleksandrę Natalii-Świat, która zginęła w katastrofie samolotu pod Smoleńskiem.

Obecnie dwie osoby zasiadające we władzach tego stowarzyszenia to współpracownicy posła PiS Jacka Świata: Mateusz Winnik, członek zarządu Instytutu, jest jednocześnie pracownikiem w biurze poselskim Świata, a zasiadająca w komisji rewizyjnej Małgorzata Molenda jest asystentką społeczną posła.

Zaś wśród założycieli stowarzyszenia jest Radosław Rozpędowski, obecny członek zarządu PiS we Wrocławiu.

Przekaz o „niemieckich posiłkach” i eugenice w Reichu dotarł więc najpierw do zwolenników PiS. Zwłaszcza że ten sam tweet Boguckiego wykorzystał też prawicowy portal niezalezna.pl, opisując szczeciński protest.

To był początek. Jak wynika z monitoringu sieci, kolejny istotny dla antyniemieckiej narracji wpis pojawił się następnego dnia rano. Jego autorem był Marcin Palade, socjolog sympatyzujący z PiS. „Nie wykluczyłbym scenariusza weekendowego wsparcia dla rewolty ze strony antify z Niemiec” – napisał.

To nie jest pierwszy raz, gdy Palade publikuje na TT zaskakującą „wrzutkę”, która zapoczątkowuje prawicową narrację. Podobna sytuacja miała miejsce 12 marca, na początku pandemii w Polsce. Palade napisał wtedy antyunijny tweet, rozpoczynający prawicową narrację pod hasłem „Gdzie jest Unia Europejska?” (chodziło o to, że trwa pandemia, a Unia Europejska nic nie robi – lub robi za mało, by jej przeciwdziałać).

„Nadszedł odpowiedni moment, żeby w obliczu gwałtownego wzrostu zachorowań na koronawirusa zapytać gdzie jest Unia Europejska?” – pisał Palade, Jak sprawdzałam wówczas, w krótkim czasie po tym wpisie, w sieci pojawiło się ponad 400 wzmianek z frazą „gdzie jest Unia Europejska?”, a pochodziły one głównie ze środowisk pisowskich lub propisowskich.

Tego samego dnia co tweet Palade, tyle że później, pojawiły się jeszcze dwa istotne dla narracji wpisy:

  • dziennikarza Radia Wnet Łukasza A. Jankowskiego
  • i posła Konfederacji Roberta Winnickiego.

Jankowski napisał o obecności niemieckiej Antify jako o fakcie dokonanym: „To pewnie czysty przypadek ale w Warszawie pojawił się oddział niemieckiej antify. W sumie to już tradycja, że pod znakiem hitlerjugend, Niemiecy bandyci będą uczyć Polaków wolność obywatelskich.” (pis. oryg.)

Pod wpisem wiele osób pytało dziennikarza o jakieś materiały na potwierdzenie jego słów – niestety, nie wskazał takich. Ja również mailowo poprosiłam Jankowskiego o dowody na obecność niemieckiej Antify w Warszawie. Do momentu publikacji materiału nie otrzymałam jednak ani dowodów, ani odpowiedzi.

Winnicki: „Terroryści z Niemiec”

Wieczorem oliwy do ognia dolał poseł Robert Winnicki. Tuż przed godz. 21:00 napisał na Twitterze: „Z kilku źródeł napłynęły informacje o niemieckich bojówkach anarchistycznych, które zmierzają do Polski na zaproszenie lewicy. To kolejny raz kiedy terroryści z Niemiec, znani m.in. z dewastowania Hamburga w 2017 r., wzywani są nad Wisłę. Poprzednio – przeciw Marszom Niepodległości”.

Dodał do tego bardzo sugestywne zdjęcie, z ulicznych zamieszek. Pochodzi ono z Hamburga, sprzed 3 lat, z protestów podczas szczytu G20, zostało zrobione przez Pawła Kopczyńskiego, fotoreportera Reutersa, i nie ma nic wspólnego z Polską.

Po tym tweecie „news” eksplodował w mediach. „Niemiecka antifa jedzie do Polski na zaproszenie ich polskich odpowiedników” – podawało Radio Poznań.

„Bojówki z Niemiec podłączą się pod protesty w Polsce? Niepokojące doniesienia” - portal wsensie.pl.

Rafał Ziemkiewicz w dorzeczy.pl: „Na protesty zmierzają bojówki z Niemiec? Poseł podzielił się niepokojącymi informacjami”.

W żadnym z tych artykułów znów nie znalazło się jakiekolwiek potwierdzenie informacji ze źródeł innych niż poseł Winnicki.

„Niemieckie bojówki nadciągają z Niemiec? »Zagrożenie może być realne«” – informowało z kolei TVP Info, na potwierdzenie cytując wypowiedź rzecznika ministra koordynatora ds. służb specjalnych Stanisława Żaryna.

Jego słowa brzmiały jednak inaczej niż fragment nagłówka – Żaryn stwierdził bowiem, co zresztą napisało samo TVP, tyle że nie w nagłówku, a w leadzie tekstu: „Monitorujemy, czy zagrożenie jest realne”.

Taka „drobna” manipulacja, która ze zdania o sprawdzaniu, czy zagrożenie w ogóle istnieje, zrobiła stwierdzenie, że zagrożenie jest.

Bąkiewicz: bojówki z Niemiec są już w Warszawie!

Następnego dnia, 28 października, w narrację włączył się Robert Bąkiewicz, lider stowarzyszeń Marsz Niepodległości i Roty Marszu Niepodległości, który w czasie protestów organizował samozwańczą Straż Narodową, „pilnującą” kościołów.

Alarmował w mediach społecznościowych, informował dziennikarzy: „niemiecka antifa przyjeżdża do Warszawy”.

Te same treści pojawiały się na kanałach informacyjnych obu stowarzyszeń. 30 października po południu, tuż przed największym marszem kobiet, opublikował post na FB, w którym stwierdził:

„Dochodzą nas jednak informacje, że bojówki anarchistyczne z Niemiec są już w Warszawie i mają pomagać w aktach wandalizmu rodzimej lewicy. Apeluję więc do wszystkich którzy będą dziś chronili kościoły: Bądźcie ostrożni, chodźcie w grupach, pilnujcie się wzajemnie, miejcie ze sobą gaz pieprzowy. Zagrożenie jest realne!”

Do tych słów dołączył film, przedstawiający grupę młodych mężczyzn w kominiarkach, biegnących przez centrum Warszawy. I zaapelował o wpłacanie pieniędzy na Stowarzyszenie Straż Niepodległości (trzecie już, związane z Bąkiewiczem). Film może zrobić wrażenie. Tyle że pochodzi sprzed 9 lat, a dokładnie z 11 listopada 2011 roku, z kanału You Tube „Nowy Ekran TV”.

Czyli znów – nie miał on żadnego związku z bieżącymi wydarzeniami. Został wykorzystany prawdopodobnie po to, by zmobilizować własne środowisko.

TVP Info: „Ludzi w Warszawie biła niemiecka Antifa?”

Czarny protest, który odbył się 30 października wieczorem, nawet w ocenie policji był spokojny. Na kilkadziesiąt tysięcy uczestników zatrzymano tylko 37 osób, z czego 35 należało do samozwańczych „straży kościołów” (takiej jak ta, stworzona m.in. przez Bąkiewicza).

Do dziś nie ma żadnej informacji o zatrzymaniu czy choćby rozpoznaniu jakiegokolwiek członka "niemieckiej Antify" – mimo że już po proteście TVP Info bardzo starało się uwiarygodnić tę narrację. W sobotę, 31 października, opublikowała materiał zatytułowany „Ludzi w Warszawie biła niemiecka Antifa? Analiza nagrania”.

Z tekstu wynika, że pobity podczas piątkowego protestu mężczyzna był ofiarą Antify, czego dowodzą nagrania, zaś wg „pojawiających się komentarzy w internecie, lewaccy napastnicy mogli pochodzić z Niemiec”.

Nieco uważniejszy czytelnik, jeśli nie zakończy lektury po przeczytaniu pierwszego akapitu, dowie się jednak, że: nagrano pobicie mężczyzny przez kilka osób, są dwa nagrania tego zdarzenia, na jednym widać, że jeden z napastników nosi białą maskę i ma bęben, na którym widać logo Antify z dwiema flagami (ja tego logo nie widzę, TVP pokazuje stop-klatkę, która ma dokumentować, że jest).

Zaś na nagraniu słychać jakiś okrzyk – ale nie wiadomo jaki. Samo TVP informuje, że „dźwięk nie jest wyraźny i trudno na pewno stwierdzić”, czy okrzyk był po niemiecku czy nie.

Poza tym jest też nagranie jeszcze jednego incydentu, na którym widać „lewicowego ekstremistę szarżującego na ludzi z młotkiem” (nie opisano, skąd wiadomo, kto „szarżuje”, ani nie podano linku do nagrania).

Czyli o niemieckim pochodzeniu atakujących ma świadczyć niewyraźny okrzyk, którego nie sposób zrozumieć, ale - według internautów - może być po niemiecku. I to by było na tyle.

Brak dowodów, ale antyniemiecka narracja hula

Podsumujmy: nie było i nie ma ani jednego dowodu na obecność Niemców na protestach, ani tym bardziej członków niemieckiej Antify. Były natomiast wpisy kilku osób w mediach społecznościowych, podchwycone przez prorządowe media i szybko rozprowadzone w internecie.

Posłużyły do budowania atmosfery zagrożenia oraz mobilizowania samozwańczych obrońców kościoła, by wyszli na ulice i szykowali się do wojny – z Niemcami oczywiście, bo do prawdziwej wojny z Polakami jednak wciąż szykować się nie wypada.

Skończyło się absolutnie niczym, cała narracja okazała się nie mieć realnych podstaw. Ale znów udało się obudzić powojenne lęki części Polaków wobec zachodnich sąsiadów oraz wykorzystać je do własnego celu.

Największe zdumienie budzi to, jak łatwo taką narrację dziś w Polsce wykreować. Nie trzeba żadnej sieci botów czy trolli. Wystarczy kilka wpisów, bez dowodów czy potwierdzeń, powtórzonych przez media, by stworzyć wrażenie, że Niemcy znów nas atakują.

Tym razem narracja nie przyniosła oczekiwanych skutków w świecie rzeczywistym. Obawiam się jednak, że następnym razem może być już łatwiej. Przecież wystarczy nie mówić o Niemcach, lecz o obcych. A cudzoziemcy na demonstracji czy w jej pobliżu zapewne jacyś się znajdą…

Udostępnij:

Anna Mierzyńska

Analityczka mediów społecznościowych, specjalizuje się w analizie dezinformacji. Z OKO.press współpracuje od 2017 roku. Autorka książki "Efekt niszczący. Jak dezinformacja wpływa na nasze życie".

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne