Ministerstwo Zdrowia po raz pierwszy od 2003 roku nie ujawnia danych o zadłużeniu szpitali. Nietrudno się domyślić dlaczego. Naukowcy z warszawskiej SGH przygotowali raport na temat sytuacji finansowej małych, powiatowych placówek. Okazuje się, że zadłużonych jest już 90 proc. z nich

Przygotowany na zlecenie Ogólnopolskiego Związku Pracodawców Szpitali Powiatowych raport ogłoszono 17 września 2019 w Warszawie podczas konferencji OZPSP oraz Związku Powiatów Polskich. Z liczącym 162 strony dokumentem oraz prezentacją dotyczącą sytuacji szpitali można zapoznać się na stronie Związku Powiatów Polskich.

Naukowcy przeanalizowali dane pochodzące ze 119 placówek z lat 2015-2019. Ponieważ wszystkich tego typu szpitali jest w Polsce ok. 240, można powiedzieć, że badanie dotyczyło połowy z nich. Dodajmy, że szpitale powiatowe obsługują dziś ok. jednej trzeciej wszystkich pacjentów hospitalizowanych w kraju.

Z raportu wynika, że liczba łóżek w badanych szpitalach spadła z ok. 29 tys. w latach 2015-2018 do ok. 26,5 tys. w roku bieżącym. Związane jest to m.in. z nowymi normami dotyczącymi pracy pielęgniarek.

W myśl tych norm od 1 stycznia 2019 szpital ma obowiązek zatrudnić 0,6 pielęgniarki na łóżko na oddziale o profilu zachowawczym i 0,7 pielęgniarki na łóżko na oddziale zabiegowym. A ponieważ pielęgniarek jest w Polsce zdecydowanie za mało, w efekcie trzeba było zlikwidować część łóżek.

Średnia liczba obsłużonych pacjentów w ostatnich 4 latach natomiast się nie zmieniła, co wskazuje na lepsze wykorzystanie mniejszej liczby łóżek. Od stycznia do lipca 2019 118 powiatowych szpitali przyjęło łącznie ponad 660 tys. chorych. Na SOR-ach w tych placówkach obsłużono w tym czasie ponad 526 tys. osób.

Strata rośnie lawinowo

W latach 2015-2019 po zsumowaniu wszystkich wyników finansowych szpitale są na wyraźnym minusie. Jednak – co niepokojące – ostatnie dwa lata okazują się zdecydowanie gorsze od poprzednich.

I tak łączna strata badanych szpitali w roku 2018 była aż o 77 proc. wyższa niż rok wcześniej! Sytuacja w tym roku się nie poprawia.

W ciągu pierwszych sześciu miesięcy 2019 szpitale powiatowe przyniosły takie straty, na jakie poprzednio „pracowały” przez cały rok.

Gdy PiS obejmował władzę przed czterema laty, łączny dług 118 szpitali powiatowych ze sprzedaży usług sięgał niespełna 200 mln zł. Na koniec tego roku strata ta będzie najprawdopodobniej aż trzykrotnie wyższa.

Kto na plusie?

Czy są placówki, które w tych trudnych czasach dają sobie radę i wychodzą na plus?

Tak jest w istocie, z tym że ich liczba szybko maleje. O ile jeszcze w roku 2015 na plusie była prawie połowa badanych placówek (dokładnie 55 ze 114), o tyle w roku 2018 na plusie było już tylko 32 ze 120 szpitali powiatowych.

A pod koniec czerwca 2019 – i to są m.in. te dane, których nie chce pokazać Ministerstwo Zdrowia – długów nie miało zaledwie 10 ze 118 placówek!

Skąd te długi?

Dyrektorzy szpitali winią nierozważne wprowadzenie pod koniec 2017 roku tzw. sieci szpitali, a konkretnie wadliwe finansowanie szpitali w jej ramach.

Szpitale otrzymują pieniądze na swoją działalność w oparciu o świadczenia udzielone w poprzednim okresie. Szkopuł w tym, że ministerstwo nie przewidziało wzrostu poszczególnych wycen. Tymczasem bieżąca działalność szpitali jest droższa dosłownie z miesiąca na miesiąc. Drożeje energia, usługi, sprzątanie, catering.

Do tego stale rosną uposażenia – głównie lekarzy, o których małe placówki muszą specjalnie zabiegać. Ministerstwo wyrażało zgodę na podwyżki dla poszczególnych grup pracowników przerzucając na szpitale odpowiedzialność za wypłacanie wyższych pensji, nie zasilając ich wyższą gotówką.

Dyrektorzy szpitali imają się różnych sposobów, by przeżyć. Zaciągają kredyty w bankach, zabiegają o pieniądze w samorządach, które są właścicielami placówek i zależy im na ich utrzymaniu.

Od miesięcy przekonują, że aby wyrównać rosnące koszty, należy koniecznie zwiększyć stawki o kilkanaście procent. Ministerstwo i NFZ zgodziło się wprawdzie ostatnio na ich wzrost, ale zaledwie o 3-4 proc. To zdecydowanie za mało – mówią zgodnie dyrektorzy.

Modernizować czy przeżyć?

Wielkie obawy rodzi także zapowiedź podniesienia płacy minimalnej w razie zwycięstwa PiS w wyborach.

Obiecywany wzrost płacy minimalnej w gospodarce do 2,6 tys. zł brutto w roku 2020, a potem stopniowo aż do 4 tys. zł w 2024 roku będzie dla szpitali zabójczy.

Nie wydaje się jednak, by PiS się tym przejmował. W obietnicach wyborczych tej akurat partii kwestia ochrony zdrowia prawie w ogóle nie istnieje. Premier Morawiecki zapowiedział jedynie stworzenie specjalnego funduszu modernizacji dla szpitali w wysokości 2 mld zł. Jest to dość mglista obietnica. Nie wiadomo, kiedy ów fundusz powstanie. Co dokładnie da się z niego finansować, na ile lat będzie rozłożony, czy będzie to jednorazowy zastrzyk.

Słowo modernizacja brzmi nieźle i szpitale naturalnie chciałyby się modernizować. Ale na razie walczą o przeżycie.

Radziwiłł zna przyczynę

O tym, że PiS bagatelizuje sprawę, świadczy niedawne wystąpienie w TVN24 w programie „Fakty po faktach” byłego ministra zdrowia Konstantego Radziwiłła, kandydata PiS w najbliższych wyborach do Senatu.

„Zadłużenie szpitali to jest problem mniej więcej jednej trzeciej szpitali [w Polsce] – powiedział Radziwiłł. Można zadać proste pytanie: jak to jest, że dwa szpitale, bardzo podobne do siebie, jeden tonie w długach, a drugi ma się dobrze? Odpowiedź może być tylko jedna. Ten drugi zarządzany jest po prostu dobrze”.

Minister najwyraźniej nie zna sytuacji szpitali powiatowych. Przypomnijmy – najnowsze dane dowodzą, iż 90 proc. z nich wpadło w pętlę zadłużenia. Czy zatem aż 90 proc. placówek ma złych, nieudolnych dyrektorów, a tylko 10 proc. dobrych menedżerów? Czy raczej system sprawia, że kolejne szpitale toną?

Podczas obrad 17 września w Warszawie słychać było, że do końca roku na minusie prawdopodobnie będą już wszystkie powiatowe placówki.

Wtedy okaże się pewnie, że wszyscy zarządzający małymi szpitalami się nie nadają, a jedynym genialnym menedżerem jest były minister zdrowia, senator RP IX kadencji, Konstanty Radziwiłł, który osobiście nadzorował wprowadzenie sieci szpitali i zasady jej finansowania.

Niekorzystnych danych nie publikujemy

Samo Ministerstwo Zdrowia w kwestii zadłużenia szpitali woli na razie nabrać wody w usta. O tym, co się dzieje w całym kraju w tym względzie, nie sposób się oficjalnie dowiedzieć. To sytuacja zupełnie wyjątkowa, ponieważ od roku 2003 – niezależnie od tego, kto był u władzy – urząd zawsze systematycznie publikował dane na ten temat.

Na stronie MZ czytamy, iż „Informacje o zobowiązaniach samodzielnych publicznych zakładów opieki zdrowotnej publikujemy na stronie www.mz.gov.pl raz na kwartał”.

Możemy też w tym samym miejscu przeczytać jaka jest podstawa prawna ogłaszania takich danych.

Tym razem ministerstwo najwyraźniej jednak uznało, że wyniki są na tyle niekorzystne, że ich nie ujawni. Przynajmniej na razie (czytaj: przed wyborami). Kończy się III kwartał 2019 roku, a wciąż nie ma danych za styczeń-marzec 2019. W ubiegłym roku dane za I kwartał podano w lipcu, opóźnienie wynosiło więc ok. 3 miesięcy. Teraz opóźnienie sięga już prawie pół roku i władza się tym nie przejmuje.

Jak to tłumaczy?

Czekamy na korekty

Aleksandra Kurowska z „Polityki zdrowotnej” uzyskała następującą odpowiedź od rzecznik prasowej MZ:

„Dane o zobowiązaniach ogółem i zobowiązaniach wymagalnych publicznych zakładów opieki zdrowotnej, o których udostępnienie Pani Redaktor prosi, mogą jeszcze podlegać korektom. Ostatnia korekta danych za I kwartał będzie mogła zostać dokonana wraz ze sprawozdaniem za III kwartał”.

A zatem na oficjalną informację o długach przyjdzie jeszcze poczekać.

Rzecznik nie wspomina, iż korekty były wykonywane także do tej pory, zmiany zresztą zawsze były kosmetyczne. Nie szkodziło to jednak publikowaniu danych w terminie. Tym razem jest inaczej.

„Przypomina to dziecięcą strategię, gdy maluch zakrywa oczy i myśli, że go nie widać, bo sam nie widzi otoczenia” – komentuje Aleksandra Kurowska.

Po wyborach się zobaczy

Przyszłość szpitali (nie tylko powiatowych) rysuje się niewesoło. Sytuacji nie ułatwi im zbliżający się protest lekarzy, którzy 1 października 2019 zaczynają akcję „Zdrowa praca”. Medycy przystępujący do protestu będą pracować w maksymalnym wymiarze 48 godzin tygodniowo.

Akcja jest bezterminowa. Lekarze liczą na to, że w ten sposób skłonią rządzących do podjęcia rozmów, a w efekcie do znacznej podwyżki nakładów na zdrowie. Gdyby się to udało, przełożyłoby się to także na sytuację szpitali.

Protest lekarzy nie oznacza wszak, że zaraz po 1 października stanie wiele szpitali w Polsce. Prawdopodobnie będą zamykać się kolejne oddziały, czego świadkami z racji chronicznego braku lekarzy jesteśmy już od kilkunastu miesięcy.

Szczególnie trudna sytuacja może wystąpić w szpitalu powiatowym w Tarnowskich Górach i w Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym przy Al. Kraśnickiej w Lublinie. W tych dwóch placówkach wyjątkowo wielu lekarzy przystąpiło do akcji „Zdrowa praca”.

Rządzący najwyraźniej liczą, że do 13 października 2019 jakoś to będzie, a po wyborach „się zobaczy”.

Przychodzi OKO do lekarza...
Chcesz, byśmy nadal pilnowali zdrowia Polaków?

Biolog, dziennikarz. Zrobił doktorat na UW, uczył biologii studentów w Algierii. 20 lat spędził w „Gazecie Wyborczej”, założył tam dział nauki i napisał ok. 1000 tekstów. Niedawno przepracował 3,5 roku w Ambasadzie RP w Waszyngtonie zajmując się współpracą naukową i kulturalną między Stanami, a Polską. W OKO.press redaguje i pisze.


Komentarze

Masz cynk?